Kultura

Zlekceważyli karierę i pieniądze. Zabarykadowani przed światem

Na ścianach obrazy i rysunki; pokryty ceratą stół zawalony pracami. Najlepiej w tym bałaganie radził sobie kot. Erna zdawała się nie dostrzegać odmienności swego domostwa od innych. Młodszą od niej o 32 lata Krystianę także poznałam w otoczeniu domowym. Mroczna, magiczna aura mieszkania na Saskiej Kępie nie miała nic wspólnego z funkcjonalną nowoczesnością.

Kupił chałupę „na Pismo Święte”. Swoją trumnę postawił wśród aniołów

Zainspirował go cmentarz w Rumunii – w jakiejś wiosce zobaczył groby z niebieskimi krzyżami, co dawało nastrój zupełnie „nie cmentarny”, lecz radosny, optymistyczny.

zobacz więcej
W wystawowym repertuarze w Polsce daje się zauważyć dwa równoległe i równie intensywne nurty: polowanie na młode talenty i przetrząsanie pracowni mistrzów. Co daje się zauważyć: po lawinie ekspozycji tematycznych, przeglądowych, odpowiadających na problemy współczesności lub za nimi podążających nastał czas wyciszenia. Kuratorzy skupiają się na wąskim tematycznym poletku bądź biorą pod lupę postawy indywidualne, pozostające na marginesie modnych trendów.

Przyznaję – „pobocza” sztuki zawsze mnie interesowały. Zwłaszcza powody, dla których autor/ka wybierał/ła świadomie pozycję outsidera. W przypadkach, gdy autor lekceważy karierę, twórczość staje się czymś więcej niż tylko potrzebą kreacji. Bywa rozliczeniem z życiem. Z losem.

Każda Noc Muzeów (w tym roku 18/19.05.) dla wszystkich galerii jest mobilizacją. Jedne szykują wystawową niespodziankę właśnie na ten wieczór, inne spokojnie urządzają wernisaże wedle własnego harmonogramu, jeszcze inne – spektakularne finisaże.
Z ogromu propozycji wybrałam dwie. Z osobistych powodów. O czym – poniżej. Dwa miejsca, które odwiedziłam to Galeria Szydłowski i Galeria aTAK w Warszawie. Obie w lokalach „niegaleryjnych”, w dawnych mieszkaniach niedawno zaadaptowanych do celów wystawienniczych. W obydwu miejscach pokazano twórczość autorów już wśród nas nieobecnych. Ale ich sztuka wciąż żyje i wyzwala emocje.

Najlepiej radził sobie kot

Miała prawie dziewięćdziesiątkę, kiedy odeszła. Jej mąż, Artur Sandauer – jej rówieśnik, rocznik1913 – zmarł 15 lat wcześniej. Nie zmieniła się do końca. Biegała, a z czasem (kwestia wieku) już tylko przychodziła na wszystkie wernisaże. Jak zawsze w ozdobach własnego pomysłu i wyrobu, z siatką pełną zdobycznych papierów i tomikami poezji.

Zanosiła się dziecięcym chichotem, rzucała odjechane uwagi. Coraz mniej obecna w realnym świecie, coraz głębiej zanurzona w rzeczywistości wyobrażonej. Odpłynęła w nią, chyba bez bólu… Erna Rosenstein zmarła 15 lat temu.

Od pierwszej wizyty w jej domu zapadłam na ciężkie uwielbienie Erny. To premierowe spotkanie odbyło się za sprawą Koła Miłośników Sztuki przy Zachęcie, gdzie jako małolata biegałam na wykłady oraz uczestniczyłam w wizytach w mieszkaniach znanych artystów. Odwiedzaliśmy twórców w mieszkaniach, bowiem w PRL artyści dysponujący oddzielnym atelier należeli do nielicznej grupy szczęśliwców. Większość organizowała sobie stanowiska pracy w jednym z pokojów, kosztem innych domowników.
Ale u Erny… Wrażenie przejścia na drugą stronę obrazu. Nic tu nie było normalne. Szafka służyła za magazyn rysunków. Szafka? Szafkopodobny kształt oblepiony reprodukcjami, rysunkami, sznurkami jak wodorosty. Obok krzesło, na którym strach było siadać – całe pokryte naroślami, a nuż wchłonie jak rosiczka owada? Telefon z ptasimi łapkami i wybebeszonym wnętrzem – obrzydliwy, zarazem fascynujący. Natłok obiektów nie z tej ziemi – surrealistycznych, niepoważnych, niepraktycznych.

Wszędzie na ścianach obrazy i rysunki; pokryty ceratą stół zawalony pracami. Najlepiej w tym bałaganie radził sobie kot. Ona zdawała się nie dostrzegać odmienności swego domostwa od innych.


Nierealna wydawała się też postać artystki – zawsze uśmiechniętej, ubranej więcej niż skromnie, ale kokietującej własnoręcznie wykonaną biżuterią. Robiła ją ze znalezionych na ulicy, wśród śmieci, zdestruowanych przedmiotów. Kamyk, kapsel, klucz, spinacze – oto jej „precjoza”. Dla artystki nic nie miało wartości – i wszystko było cenne.

Erna nie skarżyła się na los, nigdy nie drążyła tematu Holokaustu. Jednak to w niej tkwiło: wojna we Lwowie, ucieczka z getta, ukrywanie się pod przybranym nazwiskiem. Stąd jej infantylno-nieobecna poza. Żarty z życia. Żarty ze śmierci. Szaleństwo, które stało się metodą. Surrealizm, panaceum na ból.

Ni to kokony, ni gniazda, ni to gigantyczne jaja

Druga bohaterka wystawy w Galerii Szydłowski (czynna do 30.05.2019) to Krystiana Robb-Narbutt. Młodsza od Erny o 32 lata. Mimo różnicy wieku, łączy je wiele podobieństw. Krystiana, urodzona tuż po wyzwoleniu (1945-2006), także była naznaczona wojną i Holokaustem. A potem wydarzeniami roku 1968…
Podobnie jak Erna, Krystiana uciekła z rzeczywistości w stronę poezji, surrealizmu, przerabiania zwykłych przedmiotów w cuda-niewidy. Rysowała obłędnie misterne, koronkowe kompozycje, na których pojawiały się ni to kokony, ni gniazda, ni to gigantyczne jaja. Wszystko subtelne, mgławicowe, niematerialne.

Te rysunki nie przystawały do sztuki lat 70. i 80. Ani nie komentowały polskiej rzeczywistości, ani nie trafiały w nurt konceptualny, a już na pewno nie miały nic wspólnego z „nową dzikością”.

U Szydłowskiego pokazano mało komu znany cykl w sztuce Krystiany: malowidła na płocie. Ot, ktoś tam rozmontowywał stare ogrodzenie i wyrzucał deski. A Krystiana dostrzegła w nich wspaniałe podłoże, z fakturą i… historią. Na połamanych i „wygryzionych” zębem czasu sztachetach artystka namalowała kwiaty. Nie jakieś bukiety – pojedyncze okazy, bezlistne i ubogie, sztywno wpisane w wąski kształt desek. Kwiaty, którym życie nadała nierówna, pobrużdżona słojami faktura desek.

Kwadraty i kółka jako „użyteczni idioci”

Związek Sowiecki, Włochy Benita Mussoliniego i III Rzesza uczyniły awangardę artystyczną narzędziem wykuwania nowej rzeczywistości.

zobacz więcej
Krystianę także poznałam w otoczeniu domowym. Mroczna, magiczna aura mieszkania na Saskiej Kępie w Warszawie nie miała nic wspólnego z funkcjonalną nowoczesnością. Miejsce, które działało jak wehikuł czasu…

Erna i Krystiana za życia nigdy nie spotkały się na jednej wystawie. Teraz są razem. I, jak sądzę, bardzo im z tym dobrze.

Przewiercone na wylot

Z pokazem w Galerii Szydłowski koresponduje inna intymna prezentacja. Ta naprawdę jest dostępna w prywatnym mieszkania Jerzego Grzegorzewskiego, legendy polskiego teatru. Reżyser (nieżyjący od 14 lat) stworzył sobie w warszawskim mieszkanku muzeum, gromadząc taką ilość zabytkowych mebli i przedmiotów, że prawie brakowało miejsca dla domowników.

W ostatnich latach większość tej kolekcji trafiła do muzeów, jednak duch Grzegorzewskiego w lokalu na czwartym piętrze kamienicy przy Mazowieckiej 11 pozostał.

Kilkanaście miesięcy temu zadomowiła się tu galeria aTAK. Może ktoś z państwa pamięta dawny aTAK – przedsięwzięcie finansowane przez biznesmena Krzysztofa Musiała. Pierwsza galeria pod tym szyldem funkcjonowała od 2007 roku przy Krakowskim Przedmieściu, nieopodal Uniwersytetu Warszawskiego. W 2016 roku zniknęła ze stołecznej galeryjnej mapy, by teraz odrodzić się przy Mazowieckiej, po sąsiedzku z Domem Artysty Plastyka.

Tamże, zapraszam na spotkanie z obrazami Jacka Sempolińskiego (dostępna do 31.07). Jest ich raptem 29, z różnych okresów. Taki mini przegląd dokonań profesora, pokazujący jego drogę przez życie i sztukę.
Należał do pokolenia urodzonego kilkanaście lat przed wojną (1927– 2012); pokolenia, które tego doświadczenia nigdy nie zapomniało. Tytuł pokazu w galerii aTAK jest cytatem z wywiadu, udzielonego przez Sempolińskiego kilka lat przed śmiercią: „Z malarstwem sobie poradzę”.

Brzmi buńczucznie – ale ta było w istocie. Sempoliński „radził sobie” z techniką, którą zwykliśmy nazywać malarstwem. Jednak farb używał nie dla smakowania wizualnych efektów, lecz po to, by… wyjść poza stronę wizualną świata.

Pejzaż był dla niego oddaniem lokalnej aury, portret – majakiem przywołującym charakter danej osoby. Najważniejsze były dlań kwestie egzystencjalne: próby dotarcia do sensu życia, sensu cierpienia.

Zawsze największe wrażenie wywierały na mnie kompozycje Sempolińskiego przez niektórych uważane za abstrakcje. Fioletowe lub niebieskie połaci, pokrywane farbą tak grubo, namiętnie i intensywnie, że przewiercone pędzlem na wylot. Podarte, podziurawione, poranione przez autora żądnego dotarcia do sedna swej pracy. Wielogodzinna męka. Za karę, że chce się tego, czego uczą w szkole…

Wiem, to niegdysiejsza postawa. Dziś każdy chce mieć z górki. Jednak gdyby komuś zechciało się spojrzeć w przeciwnym kierunku – niech zdobędzie się na wysiłek i dotrze do sztuki Jacka Sempolińskiego. Na czwarte piętro.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawa prac Krystiany Robb-Narbutt i Erny Rosenstein w Galerii Szydłowski (Warszawa, ul. Wspólna 53) czynna do 31 maja 2019 r.

„Z malarstwem sobie poradzę”, wystawa prac Jacka Sempolińskiego czynna jest w Galerii aTAK (Warszawa, ul. Mazowiecka 11) do 31 lipca 2019 r.
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Antyjudaizm liberałów
Kiedy Sabaudię zajęły w 1792 roku francuskie wojska rewolucyjne, Joseph de Maistre zobaczył bestialstwa okupantów niosących na sztandarach hasło „Wolność, Równość, Braterstwo”.
Kultura Najnowsze wydanie
Postawmy mu pomnik naprzeciw Mickiewicza
Andrzej Wajda był bardzo krytyczny wobec polskiego patriotyzmu powstańczego. Czy to zdrada, jak mu zarzucano, czy jednak troska o Polskę?
Kultura Poprzednie wydanie
Demon twórczego wzmożenia
Monika Małkowska: Pozytywna strona pobudzania kreatywności chorych na SM nie podlega kwestii. Wątpliwości budzi nadmierne rozbudzanie apetytów podopiecznych Althamera.
Kultura Poprzednie wydanie
Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli
Był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Dał się zapamiętać przede wszystkim jako Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”. Właśnie mija pół wieku od jego śmierci.
Kultura Poprzednie wydanie
Ostatni, co się tak z Polską wadził
„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.