Cywilizacja

Robert Kubica. Anatomia porażki. Fenomen nadziei

Czy to już koniec kariery polskiego kierowcy w Formule 1? Światowe media sportowe zapowiadają, że Kubicę miałby zastąpić kierowca testowy Williamsa Kanadyjczyk Nicholas Latifi. Ten wprawdzie dementuje, ale mało zdecydowanie.

Robert Kubica zajął 18, ostatnie miejsce w Grand Prix Hiszpanii. To był piąty wyścig sezonu. Poprzednie cztery zamykał także bez punktów na dalekich pozycjach: w Australii był 17; w Bahrajnie – 16; w Chinach – 17; w Azerbejdżanie – 16. Nic dziwnego, że pojawiły się pogłoski, iż Polak zostanie wycofany z wyścigów.

Kłopoty z bolidami mają obaj kierowcy Williamsa (ten drugi to Brytyjczyk George Russell) i obaj wypadają kiepsko. Nie na to liczył Kubica rezygnując z posady kierowcy testowego Ferrari. Nie na to czekali jego wierni kibice. Nowy początek Roberta w F1 po latach przerwy, długi negocjacjach, testach i zabiegach nie wygląda brawurowo. Jednak wrócił na tory, wrócił do sportu, który jest jego żywiołem, realizuje - na razie - swój plan, z którego nigdy nie zrezygnował mimo ostrych zakrętów losu i licznych przeciwności. I to jest wizytówka jego biografii.
Wypadek Roberta Kubicy na torze w Montrealu w czerwcu 2007 roku. Fot. REUTERS/Christinne Muschi
Brak dokładnych informacji, czy dokonał swojego wyboru jeszcze w kołysce albo gdy zaczął raczkować, najpóźniej zaraz potem kiedy odrzucił smoczek, lecz na pewno już za młodu wiedział, czego chce. Chciał być kierowcą wyścigowym Formuły 1 i jest: konkretnie był, długo nie był, teraz znów jest.

Szczęście w nieszczęściu

Siedzi za kierownicą już 29 lat. Miał 6, gdy pojechał pierwszym gokartem. Miał 10, kiedy dostał licencję kartingową. Dziś ma trzydzieści pięć i szybsze autko, jednak ciągle sam steruje i swoim bolidem i własnym życiem. Oczywiście w takim zakresie, w jakim ma na to wpływ, ponieważ… live is brutal and ful of zasadzkas and sometimes kopas w d…

Powyższa dziwaczna konstrukcja językowa celnie opisuje zarówno życiorys, jak i sportową karierę Kubicy, co zrozumiałe, gdyż pierwsze pokrywa się z drugim.

Zaczynał tak, jak wielu kierowców - w niższych seriach wyścigowych. Na pozór typowo, ale tylko na pozór. W 2003 roku tuż przed debiutem w Formule 3 Euroseries miał wypadek samochodowy. On go miał, ale nie on go spowodował. Był pasażerem w samochodzie, który prowadził ktoś inny.

Złamaną rękę tak mu poskładano, że nie mógł ruszać dłonią. Po rehabilitacji we Włoszech w końcu wystartował tyle, że z 18 śrubami w ramieniu, nie mogąc zginać ręki w stawie łokciowym. Taki był ten jego debiut oryginalny.

Kariera Roberta Kubicy w F1 została szczegółowo opisana, fani znają ją na pamięć, gdyż każdy wyścig, wszelkie perturbacje poczynając od awarii mechanicznych, poprzez przegrzane albo niedogrzane opony, po większe lub mniejsze kolizje to ocean informacji głęboki jak Rów Mariański, można by z nich złożyć kilka grubych książek.

Kubica stawał na podium, zajmował dalsze lub odległe pozycje, a wszystko to zostało fachowo wyjaśnione, wytłumaczone z detalami niemal co do jednego okrążenia. Chyba żaden polski sportowiec nie doczekał się aż tak drobiazgowej analizy swoich występów. Może dlatego, że żadna dyscyplina nie obejmuje aż tyle elementów przypadkowych i nieprzewidywalnych, a każdy przypadek niesie za sobą bardzo konkretne, już nieprzypadkowe konsekwencje.

W 2007 roku, podczas Grand Prix Kanady, Kubica miał kolejny, koszmarny wypadek jadąc z prędkością 230, choć według niektórych źródeł nawet – 300 km/godz. Przeleciał przez tor, uderzył w bandę, bolid został zmasakrowany i wydawało się, że człowiek też. Noga kierowcy wystawała z kokpitu, co ilustrowało grozę sytuacji.

Samochody Tesli to zabawki dla znudzonych kalifornijskich bogaczy

Łukasz Warzecha: Produkcja akumulatorów do jednego auta produkowanego przez firmę Elona Muska wytwarza tyle dwutlenku węgla, co jazda na benzynie przez osiem lat.

zobacz więcej
Na szczęście kokpit pozostał cały i chyba to uratowało Roberta od śmierci. Miał fenomenalne szczęście w nieszczęściu. Doznał obrażeń jakby spadł z huśtawki w ogródku. Skręcił sobie kostkę, miał lekkie wstrząśnienie mózgu. Trudno uwierzyć, że tylko tyle. I trudno to uznać za typowe zakończenie tak ciężkiego karambolu.

Scenariusz jak z Hollywood

Pointa tego wypadku jest równie niezwykła jak finał. Dokładanie rok później, na tym samym kanadyjskim torze, Kubica odniósł swoje pierwsze i jedyne zwycięstwo w F1. W kraju rozpętało się szaleństwo. Kubicomania doganiała Małyszomanię, a w kręgach młodzieżowych chyba prześcigała. Szczęśliwość nastała wielka, bo nie dość, że Polak, nasz pionier na torach Formuły, to jeszcze zwycięzca i to dokładnie w tym miejscu, z którego ledwie uszedł z życiem.

Takie scenariusze powstają przeważnie w Hollywood, nieczęsto zdarzają się w realu. Nic dziwnego, że małolaty odreagowały sukces Roberta entuzjastycznie i emocjonalnie.

W głosowaniu telefonicznym podczas dorocznej Gali wybrali go najlepszym sportowcem roku 2008 w plebiscycie TVP i „Przeglądu Sportowego”. W kilkadziesiąt minut, bo tyle trwało głosowanie SMS-owe, młodzież (wiadomo, że młodzież, bo pokazały to badania) zdmuchnęła z pierwszej pozycji Tomasza Majewskiego, mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą, który już witał się z gąską.

Pokolenie starszaków dąsało się na ten wybór. Media miały kolejny powód, by przyłożyć Plebiscytowi, stawiając sakramentalne, aczkolwiek retoryczne pytanie, o co chodzi w tej zabawie? O wartość sportowych dokonań czy wyłącznie o popularność?

Oczywiście chodziło o popularność trzeci - a może nawet czwarty po szczęściu w nieszczęściu - fenomen Kubicy. A na takie napady euforii nie działają żadne tabletki, że pominę miłościwie fachowe wywody czy apele do rozsądku. W takich stanach działają wyłącznie hormony, które coś tam wyrzucają, a to coś przybiera formy bezgranicznego podziwu i uwielbienia.

Startując w F1 Kubica startował także w rajdach samochodowych, tak po sezonie, jak i między wyścigami. 6 lutego 2011 doszło znowu do wypadku, co też zostało szeroko opisane, więc nie ma sensu powtarzać. Jego kariera w Formule została przerwana. Jego sprawność jako kierowcy – ograniczona.

Nie znam badań z tamtego okresu, które by coś mówiły o sile wiary narodowej w jego powrót do ścigania. Pewnie nikt takich badań nie robił, lecz nie sądzę, by wynik mógł być wówczas optymistyczny. Tymczasem Robert tak jak zwykle robił swoje: rehabilitował rękę, pilnie trenował i wrócił. Najpierw do rajdów, od niedawna do F1.
Robert Kubica w Warszawie podczas konferencji anonsujacej wspólpracę Orlenu z teamem Williamsa. Fot. REUTERS/Kacper Pempel
Kiedy los mówi mu – sprawdzam, on odpowiada – bardzo proszę i jedzie dalej. Tak to wygląda z boku, choć zapewne miewa także wątpliwości i pewnie zdarzają mu się, jeżeli nie czarne to przynajmniej szare dni, jak każdemu człowiekowi. Ale celu nie porzuca, ambicji nie traci, patrzy do przodu i dociska gaz.

Niewidzialna ręka rynku

Zespół Franka Williamsa i Patricka Heada powstał w 1977 roku. Zaliczany jest do „Wielkiej Trójki” Formuły 1 razem z Ferrari i McLarenem. Jego kierowcy wygrali ponad 100 wyścigów.

W jego barwach jeździli m.in. - Alan Jones, Keke Rosberg, Nigel Mansell, Alain Prost, Nelson Piquet, Ayrton Senna, Damon Hill, Jacques Villeneuve czy Jenson Button. W latach 1980 -1997 Williams zdobył 9 tytułów w klasyfikacji konstruktorów, co było rekordem do 2000 roku. I co?

W przeddzień testów przed sezonem 2019 ogłosili, że nie zdążą poskładać bolidu. Jako jedyni w F1 nie zdążyli. Powód podany: konieczność przeprojektowania systemu chłodzenia hamulców. Efekt bieżący: najgorsze bolidy w całej stawce bez szans na punkty. Przyczyna rzeczywista: brak kasy i kiepskie zarządzanie.

Wiele wskazuje, że kryzys ma swoje źródła w przekształceniu podmiotu, którego celem były wyścigi, w korporację, której celem są zyski. Stało się to w roku 2009, gdy Williams i Head odsprzedali część udziałów austriackiemu inwestorowi, który zaczął odsprzedawać swoje części po części kolejnym inwestorom.

W tak zwanym międzyczasie zmieniali się dyrektorzy, prawie tak często jak klubowi trenerzy futbolu. Firma weszła na frankfurcką giełdę papierów wartościowych. Ruszyła rutynowa karuzela gier finansowych, które rządzą się prawami rynku, którym rządzi niewidzialna ręka rynku, o której wszyscy słyszeli, lecz nikt nie wie do kogo należy, choć ponoć wszystko od niej zależy.

Firma Williams zachowała pakiet większościowy, lecz niewiele z tego wynika dla jakości jej bolidów i wyników jej kierowców, którzy wiozą czerwone latarnie. Jakby tego było mało, między kierownictwem zespołu a kierowcami, zapanował niedowład informacyjny. Gdy Kubica mówi, że Russell coś wie o zmianach konstrukcyjnych, Russell mówi, że wie to kierownictwo, które jednak wie, że nie wie i zmian nie potwierdza.

Russell i Kubica byli zgodni w diagnozach największych bolączek bolidów, kiedy ogłaszali chórem, że są nim brak docisku i niestabilność w zakrętach. Ale ta zgodność może nie przetrwać próby czasu albowiem, gdy Williams zdecydował się nareszcie coś poprawić i zbudował nowe podwozie dla Kubicy, to dostał je Russell…

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Rywalizacja to matka sukcesów, także ta wewnętrzna między piłkarzami, siatkarzami w jednej drużynie czy kierowcami w jednym zespole, bo zwiększa motywacje i podwyższa poziom sportowy. Jest tylko jeden warunek – musi być zdrowa. A jest zdrowa tylko wtedy, gdy wszyscy zawodnicy mają równe warunki i możliwości na starcie. I nawet jest na to nazwa – fair play…

Nie wiem, jakie proporcje utrzymują szefowie Williamsa między fair, a play, ale wyczuwam, że takie sobie. Gdyby tak było, byłby to kolejny błąd, który miałby przełożenie najpierw na atmosferę, a zaraz potem na wyniki.

Nawet Kubica nie jest z kamienia, chociaż niekiedy wydaje się, że jest. Od niego trudno się czegoś dowiedzieć, gdyż nie należy do mężczyzn wylewnych ani gadatliwych. Pewnie w kontrakcie też ma jakieś zapisy o tajemnicach służbowych. Jakby nie było, wszedł do firmy, która ma kłopoty, a one nie mogą się nie przekładać na kłopoty kierowców i wyniki wyścigów.

Bogaci dyktują warunki

Wtopa marki z takim dorobkiem i tradycją jak Williams może dziwić, chociaż patrząc na F1 z perspektywy historycznej, bywało gorzej, a kłopoty miewało znacznie więcej zespołów i to jednocześnie.

W 2014 roku odbyło się coś w rodzaju powszechnej spowiedzi finansowej całej branży, w nomenklaturze fachowej – audytu. Wyszły ciekawe informacje, które podmyły potoczną opinię, że F1 to maszynka do robienia pieniędzy. Policzono przychody i wydatki aż z pięciu sezonów. Okazało się, że większość ekip ma w plecy. Wygenerowana strata łączna wyniosła ponad pół miliarda dolarów. Największą poniósł wtedy brytyjski Lotus, bo 308,8 mln.

Ale jak to bywa w życiu, gdy ktoś traci, ktoś inny zarabia. Zarobiły Red Bull Racing i Toro Roso. McLaren wypracował największy zysk, wysokości 158,7 mln. Sauber i Ferrari nie podzieliły się ze światem swoimi danymi finansowymi.

Gorączkowe szukanie przyczyn skończyło się mało oryginalnym wnioskiem, że rynkowych praw szołbiznesu nie da się obejść. Sektor wyścigów notował straty, bo sponsorzy obcinali wpłaty, gdyż zmniejszyła się widownia, ta na trybunach i ta przed ekranami telewizorów.

Przed branżą stanęło pytanie, co zrobić, żeby to zmienić i spadkową tendencję odwrócić? Zaczęły się ostre dyskusje między bogatymi a mniej zamożnymi zespołami. Dla tych drugich przestał istnieć problem walki o najwyższe cele. One walczyły o przetrwanie.
Bernie Ecclestone, jeszcze jako szef Formuły 1, z byłym mistrzem F1 Nikim Laudą w Kitzbuehel w styczniu 2005 roku. Fot. REUTERS/Leonhard Foeger
Wróciła stara koncepcja wprowadzenia limitów budżetowych dla wszystkich ekip na poziomie 150-200 mln dolarów. Ówczesna średnia wynosiła 230 mln. Jednak bogaci ten pomysł odrzucili grożąc, że zabiorą swoje zabawki i opuszczą tory, co spotkało się ze zrozumieniem Bernie Eccelestone’a, wtedy jeszcze szefa Formuły 1, który postawił brawurową tezę w rodzaju, że… on nie potrzebuje aż tylu tancerzy, by zmontować balet. Będzie miał 7 ekip i też zrobi bal. No cóż, bogaci dyktują warunki.

Eccelestone miał też inne odkrywcze pomysły jak taki, że młodzi kibice są Formule niepotrzebni, bo na nic nie mają pieniędzy i zachowują się fatalnie. Krytykował także wprowadzenie hybrydowych silników V6, zbyt cichych jak na klimaty tego sportu. Ryk maszyn to tradycyjny element dyscypliny, a cichutkie pomruki kojarzyły mu się z tancerkami baletu, które tańczą w adidasach. Hybrydy odbierają kibicom połowę przyjemności z bywania na wyścigach. Takie było zdanie twardego szeryfa F 1 i on się z tym zdaniem zgadzał…

Wyścigi to tylko towar

Dzisiaj Bernie już Formułą nie zarządza, choć jego cień nadal nad nią wisi. F1 znajduje się pod pełną kontrolą Liberty Media, jednej z trzech głównych części Liberty Media Corporation, która także bada oraz podaje do publicznej wiadomości wyniki finansowe, ostatnie za rok 2018. W odróżnieniu od poprzedników, i tym się chwali, Liberty nie skupia się na wyciąganiu zysków, lecz na inwestycjach. Wydają więcej na marketing i promocję, wydają na Internet, na imprezy organizowane w miastach, czego dawniej nie robiono.

Tyle, że dawniej (czytaj: za Eccelestone’a) wyniki finansowe, mimo licznych zawirowań, były jednak lepsze niż obecnie. Liberty tłumaczy, że to przez większe wydatki. I pewnie tak jest, jednak nie bez powodu.

Poprzez większe inwestycje F1 nabiera większej wartości jako produkt handlowy. Im więcej będzie warta, tym wyższy będzie zysk sprzedającego. Krążą plotki, że Liberty właśnie do tego zmierza, chociaż korporacja dementuje.

Póki co rozgląda się za dodatkowym inwestorem. A co on będzie robił? Będzie dodatkowo inwestował, dodatkowo podwyższając rynkową wartość produktu. W efekcie będzie więcej do podziału przy ewentualnej transakcji sprzedaży.

Formuła 1 jest obecnie zadłużona na wiele miliardów dolarów z czasów CVC i Eccelestone’a. Tego się nie wyprostuje przez wiele lat.

Robert Kubica, czyli kwestia wiary

zobacz więcej
Liberty Media to spółka giełdowa, która płaci normalne podatki. Poprzednicy obficie korzystali z rajów podatkowych. To czyni poważne różnice w rozliczeniach. Dlatego logiczna wydaje się jednak prognoza sprzedaży F1.

Czy nowy właściciel pójdzie drogą obecnego: zainwestuje, żeby podnieść wartość produktu, po czyn rozejrzy się za nowym kupcem? Tego nie wiemy. Nie wiemy, co w końcu postanowi Liberty.

Ale wiadomo, że do F1 podpięte są końcówki węży nie tylko do tankowania benzyny. Że swoje przyssawki podłączyły do Formuły 1 spółki matki, spółki córki, koncerny, korporacje. Że wyścigi na torach to tylko towar w operacjach finansowych.

Niby nic szczególnego, gdyż współczesny sport zawodowy, już dawno trafił do obrotu handlowego, stał się towarem rynkowym. Ale nasuwa się pytanie raczej proste, chociaż dzisiaj już niemodne – czy sport na tym zyskał, czy stracił?

Fenomen nadziei

Odpowiedź także jest prosta. F1 traci na związkach z biznesem, ponieważ sam sport mija się z fair play szerokim łukiem. Kto ma lepszy bolid, ten może walczyć o trofea. Kto ma gorszy, ten może najwyżej uprzejmie statystować. Lepsze bolidy mają bogate zespoły, gorsze mają ekipy mniej bogate. Fair play kupowana za pieniądze to dirty play. Zatem nie równości szans na starcie, więc nie ma fair play , a skoro jej nie ma, to gdzie jest sport?

Czysta gra jest czystą fikcją – z tym kalamburem zmaga się aktualnie Robert Kubica, chociaż nie wiem, czy tak to odczytuje. Może nauczony doświadczeniem nie widzi tego tak surowo. W końcu zespoły mają konstruktorów, a oni pomysły, jak ulepszyć to, co było dobre.

Dla Kubicy aktualnie lepsze jest wrogiem dobrego, bo jazda bolidem Williamsa to syzyfowa robota z wyrokiem niemożności. Przynajmniej jak dotychczas, chociaż kibice nie tracą nadziei, co jest największym fenomenem w sportowej biografii Roberta.

Odkąd znalazł się w Formule 1 towarzyszą mu nadzieje rodaków, że będzie lepiej niż jest. Paliwem tej nadziei jest jego talent, jego pasja, determinacja w zmaganiach z losem, bo przecież nie wybitny dorobek sportowy.

Kubica wygrał tylko jeden wyścig F1 w karierze. To zwycięstwo, rzecz jasna, podniosło gorączkę oczekiwań. Jego fani wyczuwali w nim mistrza i nie bez przyczyny. Dawał powody stając na podium F1, wygrywając kwalifikacje, bijąc rekordy okrążeń oraz w rajdach, gdy zdobył tytuł mistrza świata klasy WRC2. Nadzieje się nie wypalały, popularność nie spadała, zresztą ciągle oscyluje w stanach wysokich.
Trzeci dzień testów Williamsa na torze w Katalonii, marzec 2018 r. Fot. Xavier Bonilla/NurPhoto via Getty Images
Pod tym względem Kubica jest sportowcem unikalnym. Wielokrotni mistrzowie olimpijscy czy mistrzowie świata innych dyscyplin mogą mu tylko zazdrościć, ponieważ ich wysoka popularność trwa znacznie krócej i tylko dopóty, dopóki realnie spełniają nadzieje.

Robert Kubica dostał od kibiców kredyt wiary, który spłaca w takich transzach, na jakie pozwala mu los i ludzie z branży wyścigowej. Ciągle trzyma kierownicę życia i obrany kierunek, ale nie wszystko zależy od niego. On tej drogi nie budował, on ją poznaje w akcji bezpośredniej. Czasem wylatuje na wybojach, kiedy indziej wymija przeszkody. Ogólnie realizuje swój plan, choć na pewno nie wszystko zgadza się z projektem szczegółowym.

Trudno przewidzieć, czy ludzie Williamsa ogarną problemy swoich bolidów do końca sezonu, i czy ich cierpliwość do ponoszącego ciągłe porażki Polaka się wcześniej nie skończy. Ale Robert Kubica, dopóki jest tam gdzie jest, robi co może, jak zawsze. I tak długo, jak będzie jeździł w Formule 1, będą tacy, którzy w niego wierzą.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

23.11.2018
Zdjęcie główne: Robert Kubica w kwietniu 2019 podczas wyścigów F1 w Baku. Fot. REUTERS/Anton Vaganov
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pole bitwy w centrum światowego biznesu
Protesty trwają już czwarty miesiąc. – Najbardziej przerażające jest to, że się do nich przyzwyczailiśmy – mówi 19-letni aktywista John.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Dlaczego Putin pokochał Gretę Thunberg?
Czy urządzenia do wydobycia gazu i ropy oraz budynki mieszkalne na rosyjskiej Dalekiej Północy zawalą się?
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Memento mori. Jak przygotować się na szczęśliwą śmierć
Ilekroć spotkamy orszak pogrzebowy, ile razy usłyszymy o czyimś zgonie, mówmy do siebie: mnie to samo jutro czeka.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nieśmiertelność. W ciekłym azocie czy w superkomputerze?
200 tys. dolarów kosztuje zamrożenie ciała po śmierci. A niebawem mogą powstać maszyny, które dadzą życie wieczne naszym mózgom.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nie wie strona lewa, co czyni prawa – czyli co mają wspólnego...
Dziś leworęcznych jest więcej, bo nikt już, mam nadzieję, nie „przestawia” ich na siłę.