Rozmowy

Polska nauczyła mnie pracować, a Hiszpania – żyć i korzystać z życia

Praca na Śląsku była bardzo ciężka. Silny etos pracy, nie było migania się. A naród hiszpański lubi się bawić. Cechuje go radość i optymizm. Jest mało kontemplacyjny, stąd łatwo być optymistą. Natomiast rdzenni Majorczycy mają podobny kod przetrwania i zachowania, jak Polacy. Byli tak samo, jak my, ciężko prześladowani i najeżdżani, między innymi przez Hiszpanów. Łatwiej jest im zatem zaakceptować obcokrajowca niż Hiszpana – mówi skrzypaczka Barbara Walus, prezes Stowarzyszenia Polaków na Majorce i pracownik miejscowej Orkiestry Symfonicznej.

Organizacja wpiera Polonię na wyspie w podtrzymywaniu rodzimej kultury i tradycji. Szacuje się, że na Archipelagu Baleary mieszka trzy do czterech tysięcy Polaków. Od 2002 roku obchodzimy 2 maja Dzień Polonii i Polaków za Granicą.

TYGODNIK.TVP.PL: Mieszka pani na Majorce już od ponad 28 lat. Traktuje pani wyspę jako swój pierwszy czy drugi dom?

BARBARA WALUS:
Moje miejsce na ziemi jest tam, gdzie jest moja rodzina. Tu mieszka moja córka i moja mama, czyli moi najbliżsi. Dlatego Majorkę traktuję jako swój pierwszy dom. Dobrze mi tutaj. Czuję się jak u siebie, choć staram się prowadzić gospodarstwo domowe tak, jak to robiłam w moim ojczystym kraju. Teraz jest o to dużo łatwiej, bo mamy dobrze wyposażony sklep z polską żywnością, nie trzeba jej przywozić z kraju.

Początki w obcym kraju jednak musiały być trudne. Co panią najbardziej zaskoczyło na wyspie?

Na Majorkę przyjechałam w latach 90-tych ubiegłego wieku, kiedy na miejscu dostępne były główne lokalne produkty. Najbardziej brakowało mi tradycyjnego chleba robionego na zakwasie. Majorkański jest bowiem bez zakwasu, nie ma w nim soli, czyli właściwie jest bez smaku. Dla mnie jest absolutnie niejadalny. Było wtedy jeszcze dostępne pieczywo tostowe, ale nie możemy go nazywać chlebem (śmiech). Jak się trafiło na bagietkę w piekarni, to był sukces. Po paru latach od mojego przyjazdu dostępność artykułów zaczęła się zwiększać. Pojawiły się sklepy niemieckie, a jak wiadomo Niemcy pieką bardzo smaczne chleby. Obecnie można w nich przebierać.

Zaskoczyło mnie też, że tutaj woda w kranie jest słona. Jest oczywiście odsalana, ale mimo to nadal ma słonawy smak. Trudno było sobie na przykład wypłukać usta po umyciu zębów. Do tej pory pamiętam nerwową reakcję kolegi, któremu zrobiłam kawę z ekspresu na bazie wody z kranu (śmiech). Nie dało się jej wypić. Na Majorce do picia czy gotowania używaliśmy zatem wody butelkowanej.
Smak Majorki
Ostatnio woda z wodociągów jest zdecydowanie lepsza. To zależy od opadów, tego na ile zapełnią się podziemne zbiorniki. Były takie dwa lata niemal bez deszczu i wtedy wodę na Majorkę trzeba było przywozić statkami. Pamiętam, że woda z jednego statku została wlana do zbiornika, który nie zdążył wyschnąć po malowaniu. W efekcie miała posmak farby i trzeba ją było wylać. Hektolitry wody! Pieniądze wyrzucono w błoto.

W niektórych miejscowościach do tej pory są latem ograniczenia w dostępie do wody, na przykład jest ona tylko przez osiem godzin dziennie.

Dziś może się wydawać dziwne, że zamieniła pani pracę w Wielkiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radio i Telewizji w Katowicach, jednej z największych orkiestr w kraju, na pracę w stawiającej pierwszej kroki majorkańskiej Orkiestrze Symfonicznej.

Nigel Kennedy nie ufa profesorom

– Jeśli spotykam utalentowanego muzyka, to radzę mu, żeby rzucił szkołę – mówi światowej sławny skrzypek. Dlaczego?

zobacz więcej
To był zupełny przypadek. Kiedy Hiszpania otrzymała pierwsze pieniądze unijne, zaczęły powstawać orkiestry symfoniczne. I pojawiły się oferty pracy. Z jednej z nich skorzystał mój kolega muzyk. Przyjaźniliśmy się i zaproponował mi, żebym przyjechała na chwilę ma Majorkę, bo brakowało im w tym czasie osób grających na skrzypcach. Zdecydowałam się więc na wyjazd trochę za jego namową, ale też z powodów ekologicznych. Byłam wtedy w ciąży. A na Śląsku był wówczas duży odsetek poronień w związku z silnym zanieczyszczeniem powietrza. Wszystkim kobietom przepisywano leki na podtrzymanie ciąży. Miałam 26 lat, czułam się zdrowa i nie byłam przekonana do brania tego typu medykamentów. Chciałam, by dziecko urodziło się zdrowe. Wzięłam zatem bezpłatny urlop w pracy i wyjechałam do stolicy Majorki – Palmy.

Urzekło mnie, że majorkańska orkiestra przyjęła z otwartymi rękoma kobietę w szóstym miesiącu ciąży. W owym czasie załatwienie pobytu w innym kraju było dość skomplikowane, do wyjazdu potrzebowałam wizy z pozwoleniem na pracę i żeby ją uzyskać, musiałam przedstawić w Ambasadzie Hiszpańskiej w Warszawie podpisany kontrakt z orkiestrą. Dostarczyłam go bez problemu. Dla majorkańskiej dyrekcji moja ciąża nie była przeszkodą.

Przed porodem pracowałam z nimi tylko trzy miesiące, a dzień po urodzeniu Ani otrzymałam od moich nowych szefów kosz kwiatów z gratulacjami. Później kilku członków orkiestry przyniosło do szpitala ubrania i inne potrzebne artykuły dla dziecka. Płakałam ze wzruszenia jak bóbr.

Po jakimś czasie zmarł mój tata. Jestem jedynaczką, więc postanowiłam wziąć mamę do siebie. Z Polski dojechał do mnie również mój mąż, który jest pianistą. W nowym miejscu zaczął osiągać sukcesy, nagrał płytę i wspólnie postanowiliśmy nie wracać do kraju. Za porozumieniem stron rozwiązałam umowę z katowicką orkiestrą i związałam się na stałe z majorkańską.

W hiszpańskiej orkiestrze panowały te same reguły, które poznała pani w Polsce?

To były dwa różne światy. Orkiestra w Katowicach była prężna, na wysokim poziomie, z wieloletnimi tradycjami. Z kolei orkiestra w Palmie, kiedy do niej dołączyłam, istniała zaledwie od roku. W Hiszpanii muzyka klasyczna, symfoniczna, nie była wtedy rozpowszechniona. Była za to bogata tradycja orkiestr dętych, grały w nich całej pokolenia.

Wracając do majorkańskiej orkiestry symfonicznej, jej skład był międzynarodowy. Oprócz Hiszpanów byli z Japonii, Rosji, Bułgarii, ze Stanów Zjednoczonych czy Francji. Z różnych szkół, o różnym poziomie. Musiało minąć sporo czasu, aby się wzajemnie dotrzeć. Obecnie gramy wszystko, i programy symfoniczne, i balety, i opery, i programy szkolne. Zdarza się też lżejszy repertuar.
Siedem lat temu orkiestra miała problem z przetrwaniem, w związku z poważnym kryzysem ekonomicznym w Hiszpanii. Cztery miesiące nie dostawaliśmy pensji. Powiało grozą. To było trudne szczególnie dla przyjezdnych. Kiedy się nie zapłaci za mieszkanie, można łatwo wylądować na ulicy. Ale na szczęście udało się przetrwać ten kryzys. To jest miejsce, które pozwala mi przeżyć i przy okazji mogę się tu realizować. Ale że muzyka jest ważną częścią mojego życia, to próbuję swych sił również na innych forach: grałam w miejscowej Orkiestrze Kameralnej, miałam trio smyczkowe, uczyłam też w szkole muzycznej.

Wspomniała pani ciepłe przyjęcie przez członków orkiestry. Czy Hiszpanie i rdzenni Majorkanie są otwartym i przyjaznym narodem?

Turyści barbarzyńcy. Są miejsca, gdzie stają się gośćmi niemile widzianymi

Nie szanują miejscowych zwyczajów, bazgrzą, brudzą, hałasują...

zobacz więcej
Zawsze powtarzam, że w Polsce nauczyłam się pracować, a w Hiszpanii nauczyłam się żyć i z tego życia korzystać. Praca na Śląsku była bardzo ciężka. Silny etos pracy, nie było migania się. A naród hiszpański lubi się bawić. Cechuje go radość i optymizm. Jest mało kontemplacyjny, stąd łatwo być optymistą.

Hiszpanie potrafią cieszyć się z drobnych rzeczy. Są towarzyscy i dużą mówią. Kochają jeść, to jest dla nich celebracja, potrafią godzinami rozmawiać na temat jedzenia, koloru wina i jego smaku. Podczas wyjazdów Orkiestry, najważniejszym punktem programu była przerwa obiadowa (śmiech). Są także bardzo pomocni. Przytoczę jedno takie zdarzenie w czasu, kiedy byłam w ciąży: gdy wsiadałam do autobusu, kierowca przywitał mnie serdecznie i wskazał miejsce siedzące z przodu. A na przystanku otworzył dla mnie przednie drzwi, mimo że jest zwyczaj wypuszczania pasażerów tylnymi.

Jeśli chodzi o rdzennych Majorczyków, to są raczej zamknięci i skryci. Mają podobny kod przetrwania i zachowania jak Polacy. Byli tak samo ciężko prześladowani jak my. Najeżdżani raz po raz, między innymi przez Katalończyków czy Hiszpanów. Łatwiej jest im zatem zaakceptować obcokrajowca niż Hiszpana. Dlatego tyle nacji mieszka w tym miejscu. Szacuje się, że na Archipelagu Baleary, który składa się z kilku wysp hiszpańskich, w tym trzech największych – Majorki, Minorki, Ibizy – mieszka trzy do czterech tysięcy Polaków.

Dość sporo, choć miejsce nie wydaje się zbyt oczywiste, jeśli chodzi o emigrację zarobkową.

Niewielu ludzi przyjechało tutaj specjalnie. Większość znalazła się tu przypadkowo, chcieli wyemigrować na przykład do Australii i na Majorce czekali na wizę. A ostatecznie tu zostali. Było też polskie małżeństwo, które wybrało się w podróż dookoła świata, zatrzymało się na wyspie i tu się w końcu osiedliło. Oferty pracy dotyczą głównie turystyki, obsługi gastronomicznej czy hotelowej, więc łatwiej znaleźć taką pracę, jeśli ktoś zna dobrze języki.

Życie na Majorce ma swoje dobre i złe strony. Jeśli ktoś chce tu zamieszkać, powinien sprawdzić, czy jest w stanie przeżyć tutejszą zimę – w wilgoci, w nieogrzewanych mieszkaniach. Upał też potrafi być nieznośny. Choć majorkańskim rodzinom to nie przeszkadza. Potrafią całe dni spędzać na plaży, to dla nich rytuał. Można by uznać, że zatem z przyczyn pogodowych nie ma tu etosu nauki czy pracy. Słońce, plaża zniechęcają do tego typu obowiązków.
Armia katalońska podbijająca Majorkę w 1229 roku. Szczegóły z ołtarza św. Urszuli z XIII w. w kościele św. Antoniego z Padwy w Palma de Mallorca. Fot. Prisma/UIG/Getty Images
W efekcie poziom nauczania nie należy tutaj do wysokich i jeśli ktoś myśli o dobrym zawodzie dla swoich dzieci, to proponowałbym je wykształcić w innym kraju. Obowiązek szkolny istnieje tutaj tylko do 16 roku życia, więc wielu młodych ludzi kończy w tym wieku edukację i idzie do pracy. Podobny pomysł miała moja córka, ale wybiłam jej to z głowy – ostatecznie skończyła studia aktorskie. Mimo że urodziła się na wyspie i deklaruje się jako stuprocentowa Majorkanka, czuje więź z Polską. Jest z tego dumna. To ją wyróżnia wśród rówieśników i dlatego lubi podkreślać, że ma takie korzenie.

Wraz z rosnącą liczbą Polaków na Balearach powstało stowarzyszenie, które ich reprezentuje. Jaka jest jego główna rola?

Polonia bezsilna i lekceważona.
Dlaczego amerykańscy politycy się z nią nie liczą?

Bezczelność burmistrza Stevena Fulopa obudziła polską społeczność w Stanach Zjednoczonych.

zobacz więcej
Stowarzyszenie założyli w 2001 roku Jola i Jacek Kleszcz. Miało służyć integracji środowiska, ale przede wszystkim wspierać inicjatywy promujące polską kulturę, język, tradycje. Polacy mogli się poczuć dowartościowani, że mają reprezentację, z którą trzeba było się liczyć. Pojawiły się też z czasem dyżury konsularne na Majorce, to również zasługa stowarzyszenia.

Jednak muszę zaznaczyć, że nie pomagamy na przykład w załatwianiu formalności związanych z pracą, bo organizacja działa przede wszystkim na polu kulturalnym. Naszym zadaniem jest zachowanie zwyczajów polskich, pokazywanie naszej kultury na zewnątrz, czytelnie dla szerszej publiczności. Organizujemy zatem polski piknik, gdzie jest nasze jedzenie czy muzyka. Są też koncerty, wystawy i kiermasze.

Stowarzyszenie odpowiedziało również na potrzeby duchowe Polaków i postaraliśmy się o mszę świętą po polsku. Polski ksiądz jest też reprezentantem kraju, tak jak nasze stowarzyszenie i są sytuacje, w których powinniśmy stać obok siebie. Dlatego zawsze zapraszałam księdza, gdy organizowałam cywilną imprezą. Swoim autorytetem potwierdzał, że jesteśmy razem.

Muszę jednak przyznać, że z czasem na niedzielne nabożeństwa przychodziło coraz mniej rodaków. Początkowo msze gromadziły sto osób, później może z dwadzieścia, co spowodowało, że ostatecznie ksiądz wyjechał z Palmy i dziś nie mamy polskiego duszpasterza na Majorce. A o kolejnego coraz trudniej, bo jest coraz mniej powołań.

Polski ksiądz był gościem w majorkańskiej parafii, zamkniętej, hermetycznej. Jeśli nie stoi za nim duża liczba wiernych, jego sytuacja jest kiepska. Jest mało szanowany. Gdy wybierano nowego proboszcza, nie został nawet wzięty pod uwagę, choć uważam, że miał duże szanse. Ale tu działa prosty czynnik ekonomiczny: ile dusz, tyle pieniędzy dla kościoła.

Stowarzyszeniu udało się natomiast utworzyć w Palmie polską szkołę.

Nazwaliśmy ją Wesołą Polską Szkołą na Majorce. Przez sześć lat kierowała nią Ryszarda Kozikowska- Dub, ale niedawno musiała pojechać za chlebem do Anglii i nie wiemy, czy wróci. W tej chwili staramy się odnowić grono pedagogiczne. To jest bardzo trudne, bo to właściwie wolontariat. Poza tym nie wszyscy lubią pracować z dziećmi. Ryszarda była kobietą z mnóstwem pomysłów, dlatego lekcje były niezwykle żywe i urozmaicone. Korzystały z nich dzieci od 3 do 15 lat, nie tylko tych, których oboje rodziców było Polakami, ale też z mieszanych rodzin, w których jeden rodzic był na przykład Majorkańczykiem czy Hiszpanem.

Podczas spotkań uczono dzieci czytania i pisania oraz innych przedmiotów w języku polskim. Czytano teksty, wiersze czy bajki, w zależności od grupy wiekowej. Wprowadzano słowa, które nie są zazwyczaj używane w codziennym języku, jak choćby słowo „zawierucha”.
To była zabawa i pilnowanie dzieci, aby mówiły do siebie cały czas po polsku, co wcale nie było takie oczywiste – podczas rozmów ze sobą automatycznie przechodziły na hiszpański. Dlatego zajęcia miały przede wszystkim podtrzymać kontakt z językiem i z dziećmi tej samej narodowości. Bo jeśli dziecko ma mamę Polkę a tatę Majorkańczyka i mieszka w małej miejscowości, gdzie wszyscy mówią w lokalnym języku majorkańskim, to czuje się wyobcowane. Inne dzieci z podwórka się z niego śmieją. Natomiast jeśli widzi, że są też inne dzieci, które również mówią po polsku, staje się bardziej pewne siebie. Nie czuje się gorsze i dziwne w środowisku. I to jest główny cel tej szkoły.

Kontakt z językiem i kulturą kraju pochodzenia ma też podtrzymywać polska biblioteka, która od początku do końca jest już pani dziełem.
Kiedy przyjechałam na wyspę, kontakt z językiem polskim był ograniczony, nie było telewizji ani internetu. Na początku wymienialiśmy się więc starymi gazetami, jednak brakowało mi literackiego i bardziej rozbudowanego języka. Książka to nie tylko treść i forma, ale też język, którym posługuje się jej autor. I który cały czas ulega zmianom. Jak przyjeżdżałam do Polski, nie rozumiałam wielu nowych słów, mówiono na przykład „wypasiona bryka” albo „wypasiona fura” – dla mnie to mogła być wypasiona świnia albo fura z sianem. Stąd miałam potrzebę bycia z językiem na bieżąco.

Kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, na wyspie pojawiła się nowa emigracja polska i zaczęto zakładać bary czy sklepy polskie. Wtedy zaproponowałam jednemu z właścicieli sklepu spożywczego, w którym było trochę wolnego miejsca, żeby stworzyć u niego taką bibliotekę. Żeby przy okazji zakupów można było wypożyczyć sobie książkę. On się zgodził.

Podarowałam tej bibliotece swoje książki i poprosiłam też o nie moich znajomych. Jedna z Polek mieszkających na Majorce przekazała mi niemal 250 pozycji. Początkowo zgromadziliśmy ich ponad czterysta. Polacy chętnie dzielili się książkami, kiedy na przykład wyjeżdżali już z Majorki. Nawiązałam też kontakt z polskimi księgarniami, wydawnictwami, nawet z Biblioteką Narodową i przesyłano nam nowe książki reklamowe. Ostatecznie ich liczba w bibliotece urosła niemal do tysiąca. Opiekowałam się tymi książkami. Jeśli były zniszczone, to je ratowałam, kleiłam. Były też stemplowane specjalną pieczątką. Kiedy sklep przejęli nowi właściciele, zaczął się złoty wiek dla biblioteki. Była czynna 10 godzin dzienne przez siedem dni w tygodniu. Kierująca sklepem pani Okoniowa dbała o te książki, jak poczciwa bibliotekarka. Doradzała też klientom, co warto przeczytać.

Książka działała jako zastaw, na przykład w zamian z jej wypożyczenie trzeba było zostawić 2-3 euro. Ostatecznie podnieśliśmy tę kwotę do 10 euro. Ktoś, kto brał dwie książki na miesiąc, po ich zwrocie odbierał 20 euro i mógł za to sobie zrobić zakupy w sklepie (śmiech). Jeden interes nakręcał drugi. Książki pożyczała nie tylko Polonia, ale też polscy turyści, którzy wypoczywali na wyspie.
Niestety potem ten sklep zamknięto i książki trzeba było szybko zdeponować w innym miejscu. Kiedy z Polski przyjechał do nas ksiądz Andrzej, zaproponował przywiezienie ich na plebanię przy majorkańskiej parafii. I tak też się stało. Problem w tym, że tutaj nie ma osoby, która by tę bibliotekę obsługiwała i już nie ma takiego zainteresowania książkami. Podczas naszych spotkań polonijnych wystawiam na specjalnym stanowisku część pozycji, można je wymienić ze swoimi lub kupić za symboliczne euro.

Czy obecnie, kiedy jest powszechny dostęp do internetu oraz łatwość przemieszczania się z kraju do kraju, Polonia na Majorce nadal ma potrzebę integrowania się na wyspie dla podtrzymania polskości?

Wydaje mi się, że coraz mniej, ale to nie oznacza, że nie warto tego robić. Pewne potrzeby trzeba rozbudzać, a szczególnie kulturalne. Trzeba pokazywać, jakie korzyści będą z tego wynikały dla kolejnych pokoleń. Polacy chcą zachować swoje korzenie, tylko codzienność ich zabija. Organizacja życia, pracy, rodziny zajmuje sporo czasu. Na szczęście nadal sprawia mi frajdę urządzanie integracyjnych spotkań polonijnych. Czuję, że to ma głęboki sens. To okazja, by spotkać się i porozmawiać o tym, co dla nas jest bliskie. Tym samym szansa na zachowanie polskiej tożsamości. Wierzę w to, skoro się tym zajmuję.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Trudnej zimy na Majorce doświadczył Fryderyk Chopin. Spędził wraz z George Sand trzy miesiące, do 11 lutego 1839 roku, w klasztorze kartuzów w Valldemossie. Po przyjeździe pisał: „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. Przecudne życie”. Już po miesiącu uskarżał się na pogodę. Skomponował tu m.in. preludium Des-dur Deszczowe. W klasztorze jest muzeum Chopina (na zdjęciu), popiersie kompozytora i od 1930 r. festiwale chopinowskie. Fot. DeAgostini/Getty Images
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy mieli mózgi sprane przez telewizję rosyjską
Moja gazeta przyjęła jednoznaczną pozycję krytyczną wobec tego, co Rosjanie robili na Ukrainie – mówi redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941
Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Do katastrofy elektrowni atomowej dojść już nie może
Barierą w rozwoju odnawialnych źródeł energii jest brak technologii jej magazynowania – mówi dyrektor Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, żebym dał się złapać
Prokurator straszył, że to co robię to obalanie ustroju przemocą i grozi mi kara śmierci – Romuald Szeremietiew wspomina powstanie Konfederacji Polski Niepodległej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Nie chce mi się wierzyć, że „dobrzy chłopcy” służyli diabłu
Janosik zbójował jedynie półtora roku, raczej nigdy nie stanął na polskiej ziemi. Miał zaledwie 25 lat, jak został powieszony na haku. Nie była to jednak znacząca postać w porównaniu do harnasiów działających na naszym terenie.