Cywilizacja

Kreml gotów uderzyć atomem? Przeciw słabym sąsiadom, zanim zareaguje Ameryka …

Prawdopodobieństwo wojny nuklearnej jest dziś większe niż w latach osiemdziesiątych XX wieku, poziom wzajemnego zaufania między mocarstwami mniejszy, a stare kanały komunikowania się, przede wszystkim wojskowych, już nie funkcjonują.

Generał Curtis Scaparrotti, naczelny dowódca sił NATO w Europie, występując w połowie marca na forum Komisji Obrony Izby Reprezentantów USA powiedział, że rosyjska strategia poważnie zakłada użycie ładunków jądrowych w trakcie lokalnych konfliktów o ograniczonym zasięgu.

Eskalacja i dominacja

„Rosyjskie arsenały ładunków jądrowych nie mających strategicznego znaczenia są dlatego tak niepokojące – powiedział w trakcie swego wystąpienia amerykański generał – że utwierdzają Moskwę w błędnych założeniach w myśl których użycie przez jej siły zbrojne w trakcie lokalnych konfliktów zbrojnych ładunków jądrowych o małej mocy, dać im może, zwłaszcza w pierwszej fazie działań zbrojnych przewagę.”
Czy Władimir Putin byłby gotów zaatakować Zachód wszelkimi dostępnymi środkami? Na fotografii na Syberii w 2009 roku. Fot. REUTERS/RIA Novosti/Pool/Alexei Druzhinin
Jego zdaniem, założenie o wyprzedzającym, „prewencyjnym” użyciu taktycznych ładunków jądrowych jest częścią rosyjskiej doktryny wojskowej i elementem myślenia o tym jak mogą wyglądać przyszłe lokalne konflikty zbrojne o niewielkiej intensywności. Odrzucił jednocześnie tezę, iż Moskwa kolportuje tego rodzaju informacje wyłącznie celem zastraszenia potencjalnych przeciwników.

Zdaniem Pentagonu, Rosja, która jest świadoma swej słabości w porównaniu z siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w sytuacji ewentualnego długotrwałego konfliktu konwencjonalnego, rozwija tego rodzaju strategię po to, aby w krótkim czasie móc osiągnąć przewagę militarną nad słabszymi sąsiadami, zanim amerykańskie wojska gotowe będą interweniować.

Scaparrotti określił rosyjska strategię mianem „eskalacji, po to aby dominować” i zwrócił uwagę kongresmanów na to, że realizowane przez Rosję programy modernizacji sił zbrojnych mają na celu tego rodzaju sposób prowadzenia działań wojennych.

Wyprzedzić NATO

Jak można było przypuszczać, słowa amerykańskiego generała były reakcją na ogłoszenie przez szefa rosyjskiego sztabu generalnego tzw. Doktryny Gierasimowa 2.0, która tym się różniła od poprzedniej, że określała państwa Zachodu mianem „wrogów” (wcześniej w rosyjskiej terminologii używano określenia rywale), co jest zmianę nie tylko na poziomie retoryki, ale również zapowiadała powrót do znanej jeszcze z czasów sowieckich strategii „uderzenia wyprzedzającego”, po to aby wyprzedzić ewentualne działania NATO, oraz neutralizować zagrożenia dla Rosji. Gierasimow zapowiedział też, że w razie użycia rakiet średniego zasięgu rosyjskie siły zbrojne nie zawahają się uderzyć „w centra podejmowania decyzji”. Przy okazji zawieszenia przez Waszyngton Traktatu INF i równoczesnego wycofania się z niego Moskwy, w rosyjskiej Dumie słychać było głosy o potrzebie powrotu nie tylko do doktryny uderzeń wyprzedzających, ale przyznania, że mogą to być również uderzenia przy użyciu broni jądrowej.

A teraz wiele wskazuje na to, że w rosyjskich elitach trwa ożywiona dyskusja na temat celowości powrotu do polityki stawiania przez Rosję na odstraszającą siłę triady nuklearnej (w jej skład wchodzą: wojska rakietowe wyposażone w międzykontynentalne pociski balistyczne, lotnictwo bombowe oraz okręty podwodne o napędzie jądrowym). Na stronie wpływowej i opiniotwórczej Rosyjskiej Rady ds. Polityki Zagranicznej ukazał się w ostatnich dniach artykuł, autorstwa Walerego Aleksiejewa pod znamiennym tytułem „Mit powstrzymywania jądrowego”.

Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?

Analitycy wojskowi są zdania, że Rosjanie dążą do przekształcenia akwenu w obszar zamknięty i podlegający całkowicie ich kontroli.

zobacz więcej
„Nuklearnej zimy” nie będzie

Autor w swym wystąpieniu polemizuje z tezą, iż pełnowymiarowa, czyli światowa wojna jądrowa, musiałaby zakończyć się niechybną zagładą ludności. Jego zdaniem jest akurat odwrotnie. To XX wieczne konflikty konwencjonalne, pierwsza oraz druga, wojny światowe, ale również wojna domowa w Chinach pociągały za sobą znakomicie większe straty niż ładunki nuklearne zrzucone przez Amerykanów w Hiroszimie i Nagasaki.

Polemizuje również z rozpowszechniona tezą, iż choroby popromienne pociągną za sobą wielkie ofiary podając przykłady zarówno ćwiczeń prowadzonych przez Stany Zjednoczone na poligonie w Newadzie, jak i opisując efekty zdetonowania przez Moskwę w latach sześćdziesiątych na Nowej Ziemi, wielkiej 58,6 megatonowej bomby wodorowej, ale też powołując się na doświadczenia francuskie w związku z budową bomby wodorowej i zebrane przez naukowców w czasie katastrofy w Czernobylu.

Równie nieuprawniona, jego zdaniem, jest teza, że po wymianie ciosów przy użyciu głowic atomowych nad światem zapanuje „nuklearna zima”. W jego opinii, nawet wystrzelenie wszystkich posiadanych przez mocarstwa ładunków może zniszczyć w efekcie kraj co najwyżej wielkości Francji, i to przy założeniu, że nikt się nie będzie bronić, nie będzie dyslokacji i atakujący osiągnie efekt pełnego zaskoczenia.

Jako dodatkowy argument, przytacza opinie ekspertów, którzy mówią, że wszystkie te skutki ataku nuklearnego, to jedynie modele i szacunki, a jak to jest naprawdę w gruncie rzeczy nie wiadomo, bo przecież broń atomowa nie była używana, a co więcej, od ponad 30-lat, nie prowadzi się z nią prób, badań i testów.

Powrót do poligonowych prób

W ostatnich latach poglądy tego rodzaju nie są niczym szczególnym na łamach rosyjskich czasopism wojskowych. Dyskusje jak najlepiej zaatakować Stany Zjednoczone i co nastąpi po spodziewanej odpowiedzi Waszyngtonu, trwają już od lat. Pierwszymi krokami, które proponuje autor jest wycofanie się Rosji z moratorium nad badaniami nad bronią atomową i powrót do poligonowych prób. Wówczas, jak zapewnia Aleksiejew, świat przekona się, że bron jądrowa jest co prawda bardzo silnym narzędziem prowadzenia wojny, ale jej użycie nie musi oznaczać apokalipsy.

Konstantin Siwkow, regularnie piszący na tematy związane z bronią atomową na łamach „Kuriera Wojenno-Przemysłowego”, przeprowadził sumienny rachunek zmian potencjałów atomowych Rosji i Stanów Zjednoczonych od czasu rozpadu ZSRR. Otóż jego zdaniem w 1991 roku Amerykanie dysponowali ładunkami jądrowymi o mocy ok. 20 tys. megaton (dla przypomnienia bomba zrzucona na Hiroszimę miała 15 kt), zaś ZSRR 35 tys. megaton.
Pierwsza sowiecka próba atomowa przeprowadzona została w 1949 roku na poligonie w Semipałatyńsku (dziś miasto Semej w północno-wschodnim Kazachstanie). Ładunek wybuchowy RDS-1 był bombą plutonową, wierną kopią amerykańskiej bomby "Fat Man" zdetonowanej w 1945 roku nad Nagasaki. Fot. Wikimedia / RIA Novosti archive / Alexander Polyakov / Automatyczna kamera na poligonie - Muzem Broni Nuklearnej (Wszechzwiązkowy Instytut Badawczy Fizyki Eksperymentalnej)
Stany Zjednoczone jednak dysponowały znacznie lepszymi (celniejszymi), niźli Związek Sowiecki, platformami przenoszenia, w związku z czym średnia wielkość amerykańskiego ładunku jądrowego była 2 razy mniejsza niźli sowieckiego.

Ładunków jest znacznie mniej

Wówczas to powstała koncepcja „atomowej zimy”, sprowadzająca się w skrócie sprawę ujmując do tezy, iż pyły, które dostaną się do atmosfery w wyniku odpalenia tego arsenału, ale również wywołane gigantycznymi pożarami, doprowadzą do powstania powłoki otulającej ziemię, która nie przepuści promieni słonecznych. W efekcie nastąpi gwałtowne obniżenie temperatury na naszej planecie i śmierć wszystkich organizmów żywych.

Powoływano się, przeprowadzając te symulacje, na wybuch indonezyjskiego wulkanu Krakatau w 1883 roku (moc wybuchu – 150-200 megaton), który wyemitował tyle pyłów, że odnotowano kilkustopniowe obniżenie temperatur na całej planecie.

Ale teraz, jak argumentuje Siwkow, który jest doktorem nauk wojskowych i członkiem Akademii Wojsk Rakietowych, sytuacja na świecie się zmieniła i to znacznie. Ładunków jest znacznie mniej, bo łączny potencjał Rosji to dziś, jego zdaniem 700 Mt, a Stanów Zjednoczonych 900 Mt, i w związku z rozwojem techniki rakietowej (celność trafienia) nie muszą już być tak duże. Amerykanie, jego zdaniem prowadza prace nad dalszym ich zmniejszeniem.

Najwyżej jesień

Co to może, w jego opinii, oznaczać dla Rosji? Otóż jeżeli Amerykanie zdecydują się na odpalenie salwy atomowej i użyją w tym celu 272 rakiety z głowicami jądrowymi o mocy 100 kt każda, które mają zainstalowane na atomowych łodziach podwodnych i dodadzą do tego 200 do 300 tzw. jądrowych jednostek bojowych, którymi dysponuje lotnictwo strategiczne, to efekcie zniszczą 90% rosyjskiego potencjału nuklearnego, zanim jeszcze na Kremlu zdążą nacisnąć atomowy guzik. Wojna dla Rosji jest już raczej przegrana.

A co to może oznaczać dla świata? Łączna moc zdetonowanych głowic atomowych to 50 – 60 megaton, czyli raptem połowa mocy indonezyjskiego wulkanu. I w tej, sytuacji, jak konkluduje Siwkow, trudno mówić, że na ziemi zapanuje atomowa zima - co najwyżej jesień.

Jakie z tego wnioski? Zdaniem rosyjskiego eksperta wojna nuklearna to nie apokalipsą, ale „obszar racjonalnego wyboru”, narzędzie uzyskania przewagi politycznej i dominacji na świecie.

„Machiny piekielne” Putina: Kindżał, Awangard, Posejdon, Cyrkon…

Rosja tworzy „broń dnia ostatniego”. Taką, jak torpeda, która powoduje eksplozję ładunku nuklearnego o mocy 100 megaton, wywołując gigantyczne tsunami, zabijając setki tysięcy ludzi i na stulecia skażając ogromne połacie wybrzeża radioaktywnym promieniowaniem.

zobacz więcej
Niejako „przy okazji” zginie kilkaset milionów ludzi, ale zdaniem Siwkowa, amerykańskie elity mogą podjąć tego rodzaju decyzję w obliczu kryzysu związanego ze światowym przeludnieniem i nasilającymi się procesami migracyjnymi, które destabilizują stare, bogate społeczeństwa Zachodu. Takie oskarżanie przeciwnika o niecne intencje jest typowe dla rosyjskiej myśli strategicznej.

Ważniejsze jest w tym wypadku jednak co innego. Otóż w Rosji następuje na naszych oczach „odczarowywanie” problemu wojny jądrowej i jej skutków.

Ataki wywołają tsunami i trzęsienia ziemi

Rosyjscy eksperci uważają, że Moskwa nie tylko nie jest w stanie wygrać wyścigu zbrojeń z Waszyngtonem w tym zakresie, ale nawet nie dotrzyma kroku, jeśli USA zdecydują się przyspieszyć. A to – paradoksalnie – jest zła informacja. Bowiem – wedle analityków - tej w sytuacji Kreml powinien wykorzystać przewagi, którymi obecnie dysponuje. A zdaniem Siwkowa Rosjanie są w stanie zbudować kilkadziesiąt wielkich bomb wodorowych, z których każda będzie miała moc powyżej 100 megaton.

Warto przy tej okazji przypomnieć, że znakomita większość amerykańskiego potencjału gospodarczego oraz ludnościowego znajduje się na obszarach niestabilnych tektonicznie. Gdyby więc Moskwa zdecydowała się na zaatakowanie Ameryki przy użyciu tego rodzaju wielkich ładunków, to nastąpiłyby ogromne fale tsunami, erupcja wulkanów, przesunięcia płyt tektonicznych i trzęsienia ziemi. Efektem byłaby śmierć kilkuset milionów Amerykanów i całej elity Zachodu (bo uderzenia wcale nie powinny się koncentrować na Stanach Zjednoczonych).

Oczywiście nie da się tego zrobić, jeśli nie odejdzie się od błędnej, zdaniem wielu rosyjskich teoretyków wojskowych, polityki kontroli broni nuklearnej i rozbrojenia. W interesie Moskwy jest coś wręcz przeciwnego, wznowienie prób z bronią jądrową, udoskonalenie zarówno ładunków, jak i systemów ich przenoszenia a także rozprzestrzeniania.

Ta strategia oswajania opinii publicznej z wizją konfliktu nuklearnego, ale również budowania napięcia międzynarodowego często przyjmowana jest jako rosyjski bluff, próba zastraszenia i wymuszenia groźbami ustępstw na innych polach. Słynne już wystąpienia Putina mówiącego o cudownych rakietach o nieograniczonym wręcz zasięgu, torpedach zdolnych pokonać tysiące kilometrów i poruszać się z nieosiągalną prędkością, przyjmowane są przez światową opinię publiczną trochę w kategoriach papkinowskiej fanfaronady.
Prezydent Władimir Putin pozuje do zdjęcia z członkami wojskowego patriotycznego ruchu "Junarmia" (Młoda Armia) w Sankt Petersburgu. Fot. Alexei Druzhinin / TASS via Getty Images)
A co, jeśli w wystąpieniach tego rodzaju, artykułach z tezą, iż wojna atomowa nie jest wcale straszna jak przyjęło się sądzić, w ostrzeżeniach rosyjskich ministrów i wojskowych o „udzieleniu adekwatnej odpowiedzi” jest sporo prawdy?

Roboty bojowe

Innym zagadnieniem jest kwestia związana z wojnami przyszłości, również nuklearnymi, toczonymi przy użyciu robotów bojowych. Już obecnie specjaliści pracujący na rzecz rosyjskich ośrodków analitycznych są zdania, że w ciągu najbliższych 20 lat postęp w tej dziedzinie może doprowadzić do zniwelowania obecnej amerykańskiej przewagi wojskowej.

Rosja nie zamierza dać się przegonić w tym względzie innym krajom. Jak oświadczył w 2017 roku na spotkaniu z wojskowymi Putin, „autonomiczne kompleksy robotów bojowych” są w stanie zmienić cały system sił zbrojnych powszechnego przeznaczenia. A w związku z tym Rosja winna rozpocząć intensywne prace w tym sektorze.

Można przypuszczać, że wśród rosyjskich elit ścierają się obecnie dwie szkoły myślenia – pierwsza, tradycyjna, uważająca, że kwestie związane z bronią nuklearną winny być objęte międzynarodowymi uzgodnieniami i kontrolą, i druga, której zwolennicy chcieliby w tym względzie zmienić politykę Moskwy.

„Balon próbny” zwolenników wojny nuklearnej

Czołgi wroga w ciągu pół godziny dotrą do Braniewa, po dwóch będą w Elblągu

Uzbrojone w ładunki jądrowe rakiety mają w zasięgu każdy region Polski. Stąd nadejdzie atak?

zobacz więcej
Warto zwrócić w tym kontekście na polemikę, z jaką wystąpił wobec tez zwolenników odejścia od kontroli zbrojeń nuklearnych, najlepszy rosyjski specjalista w tym względzie akademik Aleksiej Arbatow, prywatnie syn nieżyjącego już Gieorgija, doradcy 4 kolejnych I sekretarzy KC KPZR. Podjął on polemikę ze stanowiskiem Aleksiejewa, stwierdzając, że nie może wykluczyć, że artykuł jest „balonem próbnym” wypuszczonym przez tych, którzy „są zwolennikami linii opowiadającej się za użyciem broni jądrowej w charakterze środka militarnego pozwalającego osiągnąć sukces w wojnie”.

Zaś Igor Iwanow, były rosyjski minister spraw zagranicznych, napisał niedawno, że „jeżeli świat nie podejmie natychmiastowych kroków to podzielić może tragiczny los katedry Notre Dame”. Przede wszystkim z tego powodu, że prawdopodobieństwo wojny nuklearnej jest dziś większe niźli w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, poziom wzajemnego zaufania mniejszy, a stare kanały komunikowania się, przede wszystkim wojskowych, już nie funkcjonują.

– Marek Budzisz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Atomowy pułk
Zdjęcie główne: Wiceministrowie obrony Rosji generał Walerij Gierasimow (z lewej) i Rusłan Calikow na Placu Czerwonym w Moskwie w dniu parady zwycięstwa 9 maja 2017 roku. Fot. Mikhail Metzel TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.