Cywilizacja

Co ma stolarz do terapii?

Tu produkuje się kilka ich rodzajów: inne są dla sikorek, inne dla szpaków, jeszcze inne dla jerzyków czy pustułek, a nawet nietoperzy. Tu nie ma żadnego amatorstwa, na ścianach wiszą modele i instrukcje. Wedle wytycznych ornitologów. Budka lęgowa z patyczkiem przed wejściem, żeby ptaszek mógł sobie przysiąść, z tego warsztatu nie wyjdzie, bo to niezgodne ze sztuką. Jednak przede wszystkim błahe nie jest to, kto te domki buduje.

Była w niebie i zaczęła płakać. Śpiączka to nie był koniec życia

Każdy ma swoje Himalaje do pokonania. Katarzyna jeździ na wózku inwalidzkim, a zdobywa najwyższe szczyty w Tatrach, Gorcach, Beskidach… I chce jechać w Apeniny.

zobacz więcej
Już sam rzut oka przez okno wprawia mnie w zdumienie. W sali, wokół dużego stołu praca wre. Kilku młodych mężczyzn ubranych w robocze kombinezony dopasowuje do siebie przygotowane już drewniane elementy. Ktoś mierzy, ktoś inny skręca ze sobą sosnowe deseczki. Na ścianie w idealnym porządku wiszą narzędzia. Jest też tablica ze zdjęciami pracowników i podziałem zadań.

Wygląda to jak perfekcyjnie zorganizowany zakład pracy. A przecież miałam odwiedzić warsztat terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych intelektualnie, który w Katowicach prowadzi Stowarzyszenie SPES. Wyobrażałam sobie, że zobaczę ludzi malujących portrety, tworzących jakieś drobiazgi z gliny albo masy solnej, czy przygotowujących okolicznościowe dekoracje, które potem można sprzedać na kiermaszu lub jarmarku.

– Mówiłam, że u nas warsztat terapii zajęciowej wyglądają inaczej – przypomina Monika Pinkowska ze Stowarzyszenia SPES, która była moim przewodnikiem, opowiadającym o inicjatywach tej katowickiej organizacji. SPES zamiast na prace plastyczne czy ozdoby postawił na robienie tego, na co można znaleźć klientów na rynku. Uczestnicy zajęć w ośrodku terapii robią więc budki lęgowe dla ptaków, ekologiczną rozpałkę K-Lumet na szwajcarskiej licencji, okolicznościowe kartki pocztowe na zlecenie firm czy instytucji.

– Chcieliśmy, żeby warsztat był w stanie się utrzymać, jeśli kiedyś zabrakłoby wsparcia ze środków publicznych – tłumaczy Monika Pinkowska. Jednak przede wszystkim – dodaje – dla osób pracujących w warsztacie znaczenie ma to, że wytwarzają użyteczne przedmioty. Coś, na co rzeczywiście jest zapotrzebowanie. A robione przez siebie budki mogą zobaczyć m.in. w okolicznych lasach, na osiedlach, w parkach.

Sikorki, pustułki i nietoperze

Warsztat Terapii Zajęciowej mieści się w budynku udostępnionym Stowarzyszeniu SPES przez ojców franciszkanów. W drzwiach wita nas kierownik ośrodka Roman Piela, technolog drewna, stolarz z wieloletnim doświadczeniem, ale i pedagog. Tworzył szafy, stoły czy krzesła. Dziś jest kierownikiem warsztatów, wykształconym terapeutą. O tym jak to się stało, jeszcze mi opowie, ale na razie prowadzi od jednej pracowni do drugiej. Bo Stowarzyszenie SPES stworzyło miejsce dla 35 niepełnosprawnych intelektualnie dorosłych, dla których jest to nie tylko praca, ale i rehabilitacja, doskonalenie prostych czynności nieodzownych w codziennym życiu oraz okazja do uspołecznienia się.
Pierwszy, stolarski zawód Romana Pieli (na drugim planie) idealnie wpisał się w ten drugi, bo wiedza i umiejętność pracy z drewnem przydaje się przy produkcji budek, a więc pomaga w terapii. – Maszyny są bezpieczne, ale uczestnicy nigdy nie pracują w stolarni sami. Ja tnę deski, oni mi w tym pomagają – mówi terapeuta. Fot. AN
Podzieleni na kilkoosobowe grupy, pracują w siedmiu pracowniach wyposażonych we wszystkie niezbędne sprzęty. Każda grupa działa pod nadzorem terapeuty. – Może będzie miała pani okazję, żeby złożyć własną budkę dla ptaków – rzuca Roman Piela, otwierając drzwi do pomieszczenia na parterze.

Warsztat SPES produkuje kilka rodzajów budek lęgowych. Inne są dla sikorek, inne dla szpaków, jeszcze inne dla jerzyków czy pustułek, a nawet nietoperzy. Współpracuje z Lasami Państwowymi, ale także spółdzielniami mieszkaniowymi czy firmami budowlanymi, które prowadząc termomodernizację budynków muszą zapewnić budki lęgowe dla ptaków, mających gniazda na ocieplanej elewacji.
Tu nie ma żadnego amatorstwa, budek nie tworzy się według indywidualnej artystycznej wizji. Na ścianach wiszą modele i instrukcje do każdego rodzaju domku dla ptaków. Przygotowywane są zgodnie z wytycznymi ornitologów. Budka z patyczkiem, żeby ptaszek mógł sobie przysiąść przed wejściem? Z tego warsztatu taka z pewnością nie wyjdzie, bo to niezgodne ze sztuką. – Taki patyczek ułatwiłby zadanie drapieżnikowi – tłumaczy Roman Piela.

Rozpałka, czyli franczyza społeczna

Budkowe instrukcje objaśniają mi panowie z warsztatu. Witają się szarmancko. Terapeuta zachęca, by opowiedzieli i zademonstrowali jak wykonują ptasie domy. Do opowiadania wyrywa się Robert. Z miejsca instruuje mnie, jak z przygotowanych już elementów złożyć perfekcyjną skrzynkę lęgową dla ptaków. Sięga po miarkę, dopasowuje elementy. Wyciąga wkręty i w mgnieniu oka skręca budkę z pachnących jeszcze sosnowych desek.

W warsztacie na drugim piętrze Patryk pokazuje mi tablicę z piłami, śrubokrętami, pilnikami i sprzęt do wiercenia w deskach otworów, które służą ptakom za wejście. Wiercenie to jedna z jego ulubionych czynności. Profesjonalnie wylicza jakiej średnicy otwór robi się w budce dla tego czy innego ptaka.

W innej warsztatowej sali wita mnie Agnieszka. Jej grupa przygotowuje ekologiczne rozpałki do grilla czy ogniska. To wiązka patyczków, owinięta tekturową opaską, z knotem przełożonym przez środek i nasączona woskiem. Agnieszka pokazuje sprzęty służące do produkcji, maszynę do rozłupywania drewnianych szczapek na mniejsze patyczki, sprzęt, który pozwala na założenie knota i odpowiedniej liczby patyczków w papierowej obręczy, przygotowanej z pociętych tekturek po zużytych rolkach papieru toaletowego.

Licencja na rozpałkę jest udostępniana w ramach franczyzy społecznej. – Gotowy produkt musi spełniać odpowiednie kryteria, kontrolujemy jakość, kilka sztuk z partii mamy obowiązek wysyłać właścicielowi licencji do kontroli – opowiada Roman Piela i dodaje, że zaletą tak zaprojektowanej rozpałki jest to, że kolejne etapy produkcji dają możliwość pracy osobom z poważną niepełnosprawnością intelektualną.

Na proces składają się także proste czynności, jak segregacja patyczków polegająca na wkładaniu ich do pudełka z otworami odpowiedniej średnicy. Patyczki, które nadają się na rozpałkę, wrzucane są do zielonego pojemnika, pozostałe do czerwonego. Kolory – jak tłumaczą terapeuci – nie są przypadkowe. Odpowiadają barwom sygnalizacji świetlnej. Ułatwia to uczestnikom pracę, zmniejsza ryzyko błędu. Dzięki takim rozwiązaniom każdy uczestnik jest aktywny i należy do zespołu produkującego rozpałkę.

Tu nie ma podopiecznych

Tekturek po rolkach papieru toaletowego, niezbędnych do produkcji podpałek, nie brakuje. Roman Piela wskazuje na wielką półkę pod sufitem pracowni, na której w szeregu stoją wielkie kartony wypełnione tekturowymi rolkami. – Zbierają je nam sympatycy i rodzice uczestników – mówi.

Słowo „uczestnik” nie jest zresztą przypadkowe. Zespół Stowarzyszenia SPES zwraca uwagę na takie dobieranie słów, aby budowały one człowieka, który doświadcza niepełnosprawności. Dlatego nie ma tu „podopiecznych” tylko właśnie „uczestnicy”. – Jeśli używamy odpowiednich słów, to w ten sposób kształtujemy też swoje postrzeganie osób niepełnosprawnych jako tych, które mogą i chcą być aktywne, potrzebne, nie gorsze od innych. Oczywiście samo słownictwo to za mało, ważne żeby tak planować terapię, produkcję wyrobów, aby udział w nich dawał uczestnikom satysfakcję, dumę, budował poczucie wartości – opowiada Monika Pinkowska.
Role się odwróciły – podczas Ptaszkowe Love to nie im, ale oni udzielali innym instrukcji. Na zdjęciu Katarzyna Kardasz i uczestnik warsztatów prezentujący klientom centrum handlowego, jak zrobić budkę lęgową dla ptaków. 2019 rok. Fot. Stowarzyszenie SPES
Taką satysfakcją dla uczestników warsztatów była np. niedawna ornitologiczna akcja społeczna Ptaszkowe Love w katowickim centrum handlowym 3 Stawy. Słyszę o niej niemal w każdej warsztatowej sali. Wspomina ją i Robert, i Patryk, i Alek. W jej ramach uczestnicy warsztatu instruowali klientów centrum handlowego, jak poprawnie złożyć budkę lęgową. Zorganizowali także warsztaty montowania budek dla mieszkańców na rynku w Katowicach. Nie byli tymi, którym trzeba pomóc. Role się odwróciły. To oni udzielali instrukcji.

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
– Mieliśmy pełne ręce roboty aż do samego zamknięcia centrum handlowego – opowiada Roman Piela. – Ustawiały się do nas długie kolejki. Warunkiem zabrania takiej budki do domu było właśnie zrobienie jej pod nadzorem uczestników naszego warsztatu – tłumaczy. Przy okazji tego przedsięwzięcia mieszkańcy Katowic mieli okazję spotkać się z niepełnosprawnymi intelektualnie, a uczestnicy mogli dzielić się wiedzą i sprawdzić swoje umiejętności w praktyce.

Przygodą dla uczestników okazała się realizacja największego, jak dotąd, zlecenia na wykonanie 3 tys. tradycyjnych kartek wielkanocnych. Uczestnicy przygotowali je ręcznie, a delegacja pojechała do Warszawy, by osobiście dostarczyć je do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które je zamówiło. – Byli zachwyceni przyjęciem, zwłaszcza, że po ogrodach ministerstwa oprowadził ich sam minister Piotr Gliński. Po powrocie deklarowali, że jak jeszcze trzeba będzie osobiście dostarczyć komuś kartki, to chętnie pojadą – relacjonuje Roman Piela.

Rekolekcyjne postanowienie

Kiedy udaje nam się zajrzeć już do wszystkich pracowni, schodzimy do stolarni. – Maszyny są bezpieczne, ale uczestnicy nigdy nie pracują tu sami. Ja tnę deski, oni mi w tym pomagają – mówi Roman Piela, pokazując fachowe urządzenia i opowiadając o sposobach przechowywania świeżo zakupionego drewna. Jego pierwszy, stolarski zawód idealnie wpisał się w ten drugi, bo wiedza i umiejętność pracy z drewnem przydaje się przy produkcji budek.

Jak to się stało, że będąc stolarzem został terapeutą? – Za sprawą żony i córki – mówi. Namówiły go na zaangażowanie się w wolontariat SPES w parafii. Stowarzyszenie organizowało tam sobotnie spotkania integrujące osoby niepełnosprawne, ich rodziny i wolontariuszy.

– Znałem Warsztat Terapii Zajęciowej, bo wykonywałem dla nich różne usługi, robiłem stoły do pracy, szafę, ale na początku, kiedy żona z córką namawiały mnie na wolontariat, puszczałem to mimo uszu. Mówiłem, że mam inne sprawy na głowie, a nie tam wolontariat – wspomina Roman Piela. Aż pewnego razu wrócił z rekolekcji z postanowieniem, że podejmie się tej pracy społecznej na kilka miesięcy. – Dziewczyny się ucieszyły, a ja mogłem zrealizować postanowienie. Akurat z pracy zwolnił się jeden z terapeutów i któregoś razu kierowniczka warsztatu zapytała mnie, czy ja bym nie chciał tej posady. „Może i bym chciał” – odpowiedziałem, ale zaraz zaznaczyłem, że tylko tak sobie żartuję. Przy następnej okazji zapytała czy moglibyśmy wrócić do tamtych żartów – opowiada.
W warsztacie na drugim piętrze Patryk pokazuje mi tablicę z piłami, śrubokrętami, pilnikami i sprzęt do wiercenia w deskach otworów, które służą ptakom za wejście. Profesjonalnie wylicza jakiej średnicy otwór robi się w budce dla tego czy innego ptaka. Fot. AN
Po serii rozmów się zdecydował. – Kiedy zarabiałem jako stolarz, przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym być terapeutą pracującym z niepełnosprawnymi intelektualnie – przyznaje. Odkąd zaczął pracę w warsztacie terapii zajęciowej, skończył studia pedagogiczne. – Jak je zaczynałem, nadmieniłem wykładowcy filozofii, że nie uczyłem się od 20 lat. Z pewnego rodzaju ironią w głosie życzył mi powodzenia. Wróciliśmy do tamtej rozmowy, jak kończyłem studia – śmieje się dziś Roman Piela. Teraz we Wrocławiu kontynuuje jeszcze naukę na studiach magisterskich.

Boże nie zabieraj mi pamięci. Ja chcę wiedzieć, że żyję

Gabriela Muskała: – Tkwi we mnie dzika dusza, siedzi gdzieś stłumiona asertywność, na której brak cierpiałam przez wiele lat.

zobacz więcej
Gdy rozmawiamy o nowym zawodzie, mówi o budowaniu wspólnoty. – Kiedy robiłem szafy czy krzesła, to po zakończeniu pracy zamykałem drzwi i już o tym meblu nie myślałem. Tu się tak nie da. Tu się nie pilnuje czasu, nie patrzy na zegarek. Człowiek cały czas myśli o uczestnikach, o tym, czego potrzebują, jak można im pomóc. Nie wszyscy mieszkają z rodzinami, czasem trzeba zwrócić uwagę, że komuś potrzebna jest nowa koszula, albo skarpetki i po zakończeniu pracy w warsztacie pojechać z uczestnikiem na zakupy – opowiada Roman Piela.

Jak zaznacza, terapeutom zależy także na tym, żeby orientować się w sytuacji domowej uczestników: – Angażujemy ich w sobotnie spotkania z wolontariuszami, organizujemy wyjazdy wakacyjne. W ramach warsztatu robimy spotkania, które nazwaliśmy „Kawa z terapeutą”. Budujemy relacje indywidualnie z rodzicami czy opiekunami naszych uczestników. To są chwile, gdy mówią nam o problemach, o których w innej sytuacji by nam nie powiedzieli.

SMS z autobusu

Celem terapeutów jest między innymi to, by uczyć uczestników możliwie największej niezależności. Część udało się nauczyć samodzielnego dojeżdżania do warsztatu komunikacją miejską. Każdy trenował to indywidualnie z terapeutą. Najpierw pokonywali trasę razem. Za drugim razem to uczestnik podejmował decyzję, na którym przystanku stanąć, do którego autobusu wsiąść, gdzie wysiąść. Terapeuta tylko mu towarzyszył.

– Później już jechali samodzielnie, choć początkowo dyskretnie obserwowani przez terapeutów. Teraz jeżdżą sami. Wysyłają mi tylko sms-y. Jak widzę wiadomość z wklejonym symbolem autobusu i numerem to już wiem, że uczestnik wsiadł do swojego autobusu i jest w drodze na zajęcia – opowiada Roman Piela.

I wspomina, że te treningi niektórzy rodzice przyjmowali z przerażeniem: – Pamiętam jedną z mam, która mówiła, że jej syn przecież ma problemy z mówieniem, więc jak może sam jechać autobusem. Okazuje się, że dobrze dziś sobie radzi, a mama cieszy się że dojeżdża samodzielnie, bo może w tym czasie np. zaprowadzić wnuki do przedszkola. Zauważyliśmy nawet, że grupka tych, którzy dojeżdżają samodzielnie zacieśniła przyjaźń między sobą. Trzymają się razem, wspólnie spędzają czas.
Robert sięga po miarkę, dopasowuje przygotowane już elementy, wyciąga wkręty i w mgnieniu oka skręca budkę z pachnących jeszcze sosnowych desek. Fot. AN
Trudno nie odnieść wrażenia, że w ośrodku panuje rodzinna atmosfera, żaden uczestnik nie jest dla terapeutów bezimienny, anonimowy. Dobrze się znają nie tylko z warsztatu terapii zajęciowej, ale choćby z letnich obozów. Terapeuci nieraz decydują się na to, aby w ramach swojego urlopu wyjechać z uczestnikami warsztatu na letni obóz w charakterze asystenta-wolontariusza. Takich osób wciąż jednak brakuje, dlatego SPES stale szuka chętnych, którzy byliby gotowi poświęcić dwa tygodnie i spędzić je – z własnej woli, za darmo – z osobami niepełnosprawnymi. Może kiedyś wolontariuszy będzie w końcu tyle, że wszyscy chętni uczestnicy będą mogli wyjechać na wspólne wakacje.

Dorosłe Muminki
Kiedy kończy się dzień pracy w warsztacie terapii zajęciowej, dojeżdżający samodzielnie ruszają na przystanek, po część przyjeżdża ktoś z rodziny, inni odwożeni są busem Stowarzyszenia SPES. Z warsztatów wychodzę razem z Elą, Jackiem i Alkiem. Cała trójka mieszka razem w Domu Św. Józefa, utworzonym przez SPES dla osób z niepełnosprawnością intelektualną, których rodzice już zmarli.

To, co stanie się z niepełnosprawnym intelektualnie dzieckiem po śmierci rodziców, jest zazwyczaj najpoważniejszą dręczącą ich obawą. Wspólnotowy dom dla tych, których bliscy już odeszli, SPES stworzył odpowiadając właśnie na te lęki. To nie jest placówka z pensjonariuszami i personelem. Panują tu domowe warunki. Obiad je się przy wspólnym stole, odpoczywa na domowej kanapie, a na półkach stoją oprawione w ramki zdjęcia z przyjaciółmi wspólnoty. Każdy ma tu swoje obowiązki. Alek pokazuje mi tabelkę z rozkładem zadań na każdy dzień. Tego dnia akurat przypada mu wynoszenie śmieci.



Z Elą, Jackiem i Alkiem mieszka na stałe dwóch pełnosprawnych socjuszy – to osoby, które troszczą się o podstawowe potrzeby, organizują czas wolny, budują więzi rodzinne. Mieszkają w Domu św. Józefa nie jako pracownicy, lecz z wyboru, bo taki mają sposób na życie. Wspólnotę tworzą także osoby, które mieszkają poza nią: zaprzyjaźnione rodziny, asystenci, którzy wspierają ją na co dzień.

Budynek domu św. Józefa udało się kupić, przebudować, zlikwidować bariery architektoniczne, wyposażyć w panele słoneczne i ogrzewanie pompą ciepła dzięki darowiznom i dotacjom. Nowoczesne ekologiczne i energooszczędne technologie mają pomóc w tym, by docelowo wspólnota mogła się sama utrzymać.

Kiedy siedzimy z domownikami przy wspólnym stole, Ela z półki wyciąga kronikę stowarzyszenia. W ręcznie ozdobionej księdze wklejonych jest mnóstwo zdjęć. Historia stowarzyszenia sięga lat 80. Wtedy w Katowicach nie było miejsca, w którym rodziny niepełnosprawnych intelektualnie mogłyby się spotkać, odnaleźć przyjaciół i wsparcie. Zaczęły zbierać się przy parafii ojców Oblatów w katowickiej dzielnicy Koszutka. Asystenci wspólnie z klerykami seminarium duchownego organizowali sobotnie spotkania i przygotowania niepełnosprawnych intelektualnie do pierwszej komunii. W 1988 r. wyjechali na pierwszy wspólny obóz. Te spotkania i obozy były zalążkiem instytucjonalnego rozwoju SPES.

Wśród komunijnych zdjęć są i te mieszkańców domu. Eli, Jacka, Alka, który do zdjęcia zapozował z siostrą i nieżyjącymi już rodzicami. Cała trójka jest w SPES od samego początku. Kiedy byli dziećmi, wspólnotę nazywano Muminkami. Tamte Muminki to dziś Wspólnota Spotkań, dorośli ludzie z nieco innymi potrzebami i obawami. – Jedna z uczestniczek, Agnieszka, pyta nas co jakiś czas, co z nią będzie, jak jej mama umrze. Uspokajamy ją. „Jesteśmy, możesz na nas liczyć, zadbamy o ciebie” – mówimy i ona się uspokaja – opowiada Roman Piela.
Mama Agnieszki, Jola, nie ma w rodzinie osoby, która mogłaby zająć się córką po jej śmierci. Postanowiła jeszcze za życia uregulować sprawy prawnie. Testamentem zapisała swój majątek Stowarzyszeniu SPES. Wie, że po jej śmierci wspólnota przyjmie córkę pod swój dach.

Drewno to nie integracja?
Stowarzyszenie SPES ma jeszcze wiele planów. Chce stworzyć kolejne pracownie warsztatu terapii zajęciowej, by móc objąć tą formą rehabilitacji większą liczbę osób. Myśli już o następnym domu, w którym miejsce znaleźliby niepełnosprawni w poważniejszym stanie, wymagający większej opieki. W planach jest rozwijanie Wspólnoty Spotkań dla rodzin z małymi niepełnosprawnymi dziećmi.
Barierą, jak często bywa, są pieniądze. Niekiedy także absurdalne przepisy. Choćby ten, zgodnie z którym funduszy ze sprzedaży budek lęgowych nie można wykorzystać na zakup drewna do produkcji kolejnych egzemplarzy. Na deski trzeba szukać środków z innych źródeł.

– Ustawa mówi o tym, że taki zysk musi być przeznaczony na integrację (np. wyjście do kina), a zakup drewna, czyli materiału do terapii, według przepisów nie jest wydatkiem na integrację. Tymczasem my uważamy, że dla naszych uczestników budowa budek to właśnie integracja i rehabilitacja. Przykładem jest udział w akcji Ptaszkowe Love. Gdyby chociaż część kwoty ze sprzedaży budek można było wykorzystać na zakup drewna, to byłaby dla nas ogromna pomoc – mówi Roman Piela.

SPES wiele działań prowadzi dzięki wsparciu ludzi dobrej woli, przekazujących co roku 1 proc. podatku lub wpłacających darowizny na konto organizacji. – Często słyszymy, że powinniśmy pisać projekty i składać wnioski o ich dofinansowanie – mówi Monika Pinkowska. – My te wnioski składamy, choć trudno o efekt, bo nie działamy projektowo, naszą działalność trudno w takie ramy ująć. Naszym jedynym projektem jest całe życie osób, którymi się zajmujemy – zaznacza.

Stowarzyszenie SPES można wesprzeć przekazując 1 proc. podatku (nr KRS 00000 14574) lub wpłacając darowiznę na rachunek bankowy nr 80 1240 2959 1111 0010 2904 3289.

– Agnieszka Niewińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Zdjęcie główne: W ramach warsztatów terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych intelektualnie produkuje się kilka rodzajów budek lęgowych: inne są dla sikorek, inne dla szpaków, jeszcze inne dla jerzyków czy pustułek, a nawet nietoperzy. Wedle wytycznych ornitologów. Na zdjęciu Drzewa Ptasich Domków w Dublinie, Irlandia w maju 2015 r. Fot. Artur Widak/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pizzerie na Pjonghattanie. Czego chce młody Kim?
W stolicy Korei Północnej powstaje nowoczesna dzielnica wieżowców. Pojawiły się kawiarnie, sklepy z importowaną żywnością, kobiety noszą modne stroje. Nowa elita bogaci się.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nie postanie tu noga żadnego turysty
To przez nich rosną koszty wynajmu mieszkań, na ulicach panuje tłok i hałas. Wielu mieszkańców mówi, że do białej gorączki doprowadza ich wszechobecny turkot kółek od walizek.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polacy pod koszem. Optymizm, adrenalina, dobra energia
W polskim zauroczeniu NBA i koszykówką odegrały swoją rolę wielkie pieniądze. Dlatego, że były tak wielkie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kardynałowie Franciszka
Skład kolegium przestaje odzwierciedlać rzeczywiste podziały w Kościele, a to jest niebezpieczne.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sfrustrowani Rosjanie mają głos
To, jaki jest stan nastrojów w Rosji musiało dotrzeć na Kreml, bo w przedwyborczym tygodniu postanowiono nieco poluzować śrubę.