Rozmowy

Wstrzykiwali kobietom żrącą chemię. Parzyli rentgenem. Potem kastrowali

Blok 10 w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Tu profesor Carl Clauberg testował na więźniarkach własną metodę sterylizacji masowej: wprowadzał im do narządów rodnych drażniący środek chemiczny, który powodował ostry stan zapalny i zarośnięcie jajowodów. Dr n. med. Horst Schumann naświetlał rentgenem jajniki, powodując na ciałach kobiet ciężkie oparzenia. Później operował je, bez znieczulenia, by obejrzeć efekty swych działań. Dr Bruno Weber prowadził badania krwi, wypróbowywał też skuteczność preparatów i leków na zlecenie IG Farbenindustrie, a głównie wchodzącej w skład tego koncernu firmy Bayer. Dr Helmut Wirths prowadził doświadczenia związane z powstawaniem raka szyjki macicy. Za te zbrodnicze eksperymenty nie zostali skazani. Clauberg wręcz chwalił się po wojnie swoimi „badaniami”.

– Nigdy nie interesowało go, jak czują się kobiety po jego zabiegach, nie pokazywał się w salach, gdzie dochodziły do siebie po zastrzykach, które im podawał. Po latach zeznał, że „jedynym uszczerbkiem, jaki mogły ponieść te kobiety, jest bezpłodność” – mówi Hans Joachim Lang – niemiecki dziennikarz, historyk i wykładowca antropologii kulturowej na uniwersytecie w Tybindze, który napisał książkę na temat eksperymentów medycznych dokonywanych na kobietach w Auschwitz.

Bloki od 1 do 10 do sierpnia 1942 r. stanowiły pierwszy obóz kobiecy. Dwa lata później, w sierpniu 1944 roku, Niemcy rozpoczęli likwidację Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau i ewakuację więźniów w głąb Rzeszy – wkrótce ruszyły marsze śmierci.

TYGODNIK.TVP.PL: Co sprawiło, że tematem pana książki stał się blok 10?

„Numer obozowy starałam się zakleić plastrem, żeby nikt nie pytał”

Historia Lidii Maksymowicz, która do obozu Auschwitz-Birkenau trafiła jako 3-letnia dziewczynka.

zobacz więcej
HANS JOACHIM LANG: Po pierwsze: w swojej pracy dziennikarskiej od zawsze zajmowałem się tematami naukowymi. Po drugie: pani także jest dziennikarką, więc wie, że czasem są tematy, którymi nikt nie chce się zajmować i blok 10 był właśnie jednym z nich. Dlaczego mnie tak zainteresował, że postanowiłem się nad nim pochylić? W 1943 roku w komorze gazowej w KZ Natzweiler-Struthof (Alzacja) zabito 86 wyselekcjonowanych w Auschwitz żydowskich kobiet i mężczyzn. Szkielety ofiar miały zostać wystawione w Instytucie Anatomicznym Uniwersytetu Rzeszy w Strasburgu i służyć badaniom w przyszłych „wolnych od Żydów” czasach. Okazało się, że odpowiedzialny za to profesor anatomii August Hirth ukrywał się w mieście, w którym żyję. Przebieg popełnionej przez niego i jego kolegów zbrodni opisałem w książce „Nazwiska numerów”, ale postanowiłem też wtedy, że głębiej zacznę badać temat bloku 10. Chciałem dowiedzieć się, kim były te kobiety, których szkielety znalazły się w „kolekcji” Hirtha. Tak właśnie powstała książka „Kobiety z bloku 10”. Temu, co robił Hirth również poświęcam jeden z jej rozdziałów.

I kim były te kobiety i jak dokonywano ich selekcji?

To były Żydówki wybierane z transportów przybywających do obozu w Auschwitz. Gdy schodziły z rampy było już wiadomo, że trafią właśnie do bloku 10, gdzie przeprowadzane były eksperymenty medyczne.

Z racji tego, że celem eksperymentu były głównie badania nad sterylizacją, ważne było, aby u tych kobiet w miarę prawidłowo funkcjonował układ rozrodczy. Dlatego wybierano głównie te z nich, które były zamężne i miały już dzieci.

Przecież z medycznego punktu widzenia u kobiet, które nie rodziły, również wszystko może sprawnie funkcjonować.

Oczywiście, ale Auschwitz to była fabryka śmierci i nie brano pod uwagę kryterium ściśle naukowego, tylko takie, które pozwoli dokonać szybkiej selekcji. Wybór mężatek i kobiet, które rodziły, było właśnie kryterium pozwalającym je po prostu błyskawicznie wskazać.
Kobiety na rampie dworca w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, około 1944 r. Fot. Ullstein bild/ullstein via Getty Images
Było ono w dużej mierze bez sensu, niedokładne i niemiarodajne. Przykładowo w transportach z Grecji było wiele młodych dziewczyn, które w getcie w Salonikach zawierało małżeństwa fikcyjne tylko po to, aby mieć odpowiednie papiery i uniknąć natychmiastowej zagłady. Kiedy pytano je, czy są zamężne, odpowiadały, że tak, ale często nie widziały swojego męża na oczy. One także trafiały do bloku 10.

Główne eksperymenty wykonywane w bloku 10 dotyczyły, jak pan mówi, sterylizacji. Były jeszcze inne?

Wróciłam do Oświęcimia i już z niego nie wychodzę

Na podstawie powieści Zofii Posmysz „Pasażerka” powstały słuchowisko radiowe, film i opera.

zobacz więcej
Jeśli chodzi o sterylizację to należy zaznaczyć, że były to dwa rodzaje eksperymentów. Jeden przeprowadzany przez ginekologa, prof. dr n. med. Carla Clauberga, który testował na kobietach autorską metodę sterylizacji masowej. Drugi to były zabiegi dr n. med. Horsta Schumanna, który już wcześniej miał okazję popisać się w ośrodkach eutanazji w Grafeneck i Sonnenstein swoją bezwzględnością. Uczestniczył tam w mordowaniu osób ułomnych i psychicznie chorych. W bloku 10 zajmował się metodą sterylizacji przy użyciu promieni rentgenowskich.

Inne wykonywane w Auschwitz badania i doświadczenia to te nad powstawaniem raka szyjki macicy, którymi kierował m.in. dr n. med. Helmut Wirths, czy te dotyczące krwi, prowadzone przez dr n. med. Bruno Webera.

Na czym polegały te ostatnie?

Weber zmuszał kobiety z bloku 10 do oddawania krwi do badań specjalnych, w ilościach zagrażających życiu. Interesowały go również reakcje organizmu na wstrzykiwanie krwi odmiennej grupy. Pracowano też nad metodą określania grupy krwi na podstawie analizy śliny.

Te zabiegi w normalnej sytuacji, niewojennej, wymagają warunków higienicznych i znieczulenia. Czy w obozie istniało to w jakiejkolwiek formie?

Kobietom były podawane jedynie miejscowe środki znieczulające przy pobieraniu próbek tkanek. Tymczasem te eksperymenty, podobnie jak eksperymenty związane ze sterylizacją, powodowały straszne bóle i były dla tych kobiet torturą. Alina Brewda, polska ginekolog żydowskiego pochodzenia, która współpracowała m.in. z Claubergiem, wspominała, jak przychodziły do niej nadzorczynie z SS i dopytywały, co takiego doktor robi tym kobietom, że tak krzyczą. On sam w ogóle się tym nie przejmował.

Clauberga nigdy nie interesowało, jak czują się kobiety po jego zabiegach, nie pokazywał się w salach, gdzie dochodziły do siebie po zastrzykach, które im podawał. One często dla złagodzenia bólu dostawały tylko chłodzącą butelkę z zimną wodą.

Poza bolesnymi skutkami ubocznymi, w niektórych przypadkach dochodziło do ciężkich powikłań, bo kobiety były osłabione, zastrzyki wykonane nieprawidłowo, a sprzęt niewysterylizowany.

Jeśli chodzi o problem higieny i w ogóle jakichkolwiek warunków sanitarnych, to był on ogromny. Tam brakowało wszystkiego. Często używano tego, co akurat było pod ręką. Gdy do bloku 10, nie wiadomo jakim cudem, dostarczony został papier toaletowy, to posłużył jako materiał opatrunkowy. Nie można tego było uważać za jakikolwiek postęp i zmianę, ale dla przebywających tam nawet taki materiał był krokiem naprzód.

Jak kobiety były przygotowywane do przyjęcia w bloku 10?

Jak wiemy, wszyscy, którzy przyjeżdżali do Auschwitz, musieli oddawać swoje ubrania i rzeczy osobiste. Byłe więźniarki opowiadały mi, jak uzupełniały i poprawiały jakość tego, co na sobie nosiły. Kromkę chleba czy kawałek masła można było wymienić na bieliznę. Oddane przez więźniów mienie trafiało bowiem do ogromnych magazynów, gdzie było wszystko: biżuteria, ubrania, instrumenty muzyczne. Jeśli ktoś potrafił dogadać się z osobami pracującymi w tych magazynach, mógł sobie taką wymianę jedzenia na ubrania załatwić.
Ściana Śmierci. Po lewej blok 10, w którym umieszczano kobiety opisane w ewidencji obozowej jako „więźniarki dla celów doświadczalnych”. Okna budynku wychodziły na dziedziniec, ale były na stałe przysłonięte, aby uniemożliwić obserwację egzekucji. Fot. Wikimedia Commons/pzk net, CC BY 3.0
Poza tym po przyjeździe kobiety trafiały do budynku, który nazywano „sauną”. Tam je tatuowano, a potem golono im głowy i usuwano włosy z całego ciała. Elektryczne maszynki nie zawsze działały sprawnie, nożyczki były tępe, więc nie raz je to bardzo bolało.

A jak wyglądał blok 10 i ile było w nim więźniarek?

O tym jak świat powiedział Hitlerowi: Z Żydami rób, co chcesz

W roku 1938 i w roku 1943 świat określił swój stosunek do sytuacji Żydów, którzy znajdowali się w zasięgu władzy Hitlera.

zobacz więcej
Na piętrze były dwa pomieszczenia, obydwa po około 250 metrów kwadratowych, a w każdym z nich ok. 180 kobiet ściśniętych, śpiących na łóżkach trójpiętrowych. Na parterze znajdowały się gabinety lekarzy i większe pomieszczenia dla personelu pielęgniarskiego, choć nazwa tych drugich była nieco myląca. Te osoby niekoniecznie były związane z tym zawodem i wykształcone w tym kierunku. W sumie w bloku 10 przebywało mniej więcej 1000 osób.

Między piętrami przebiegała granica dwuklasowej społeczności?

Owszem, tak właśnie było. „Zwykli więźniowie” na parter schodzili tylko wtedy, gdy mieli udać się do pomieszczeń sanitarnych, na apel albo po posiłek. Kobietom w obecności lekarzy wolno było zejść tylko wtedy, gdy były przez nich wzywane. Na dłużej zostawały na dole, jeśli wymagały intensywnej opieki, a więc po zabiegu lekarskim lub w razie ciężkiej choroby. W dwóch pomieszczeniach urządzono coś w rodzaju oddziału intensywnej opieki.

Samych kobiet, które przeszły przez blok 10, było niemal 800. Czasem bywało tak, że przysyłano je tam i po selekcji część z nich zostawała, a część odsyłano do innych obozów. Latem 1944 roku więźniarki z bloku 10 przeniesiono do bloku, gdzie panowały lepsze warunki, a wiele z nich podczas tych przenosin również zostało odesłanych.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie ile z nich przeżyło, ile zostało odesłanych na śmierć, ile do innych obozów. Do komór gazowych trafiały te, które miały chorobę zakaźną, np. dyfteryt, pozostałe, gdy nie były już potrzebne do eksperymentów, trafiały do obozu zagłady w Birkenau.

Kim był doktor Carl Clauberg, główny wykonujący zabiegi sterylizacji?

To był przede wszystkim bardzo wysoko wykwalifikowany naukowiec. Badacz, medyk, który jako lekarz asystent w Klinice Chorób Kobiecych uniwersytetu w Kilonii zajmował się w latach 1925 – 1932 głównie kwestiami naukowymi dotyczącymi płodności kobiet. W toku szeroko zakrojonych badań medykom z tej kliniki, w tym Claubergowi, udało się udowodnić, że zidentyfikowany właśnie hormon płciowy – progesteron należący do grupy gestagenów – wywołuje w drugiej połowie cyklu znaczące zmiany w śluzówce macicy. W roku 1930 Clauberg opublikował w prasie test gestagenowy, za pomocą którego można było wykluczyć niepłodność i jest on stosowany, tyle że w zmodyfikowanej formie, do dzisiaj.

Przez pewien okres Clauberg współpracował z biochemikiem Adolfem Butenandtem, laureatem Nagrody Nobla z roku 1939, któremu dzięki tej kooperacji udało się wyodrębnić oba hormony – estrogen i progesteron, stwarzając podstawy do ich syntetycznej produkcji. Do dzisiaj występują one w lekach, które stosowane są do leczenia niepłodności. (Butenandt był członkiem Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników - NSDAP i złożył przysięgę na wierność Hitlerowi; w 2002 r. media oskarżyły go o udział w zbrodniczych eksperymentach dokonywanych na więźniach Auschwitz przez doktora medycyny i filozofii Josefa Mengele – red.)

W 1932 roku Clauberg przeniósł się do Królewca, gdzie uzyskał habilitację z tematu „Kobiece hormony płciowe i ich oddziaływanie na cykl owulacyjny oraz na przedni płat przysadki mózgowej”. Już wówczas analizował, jak można wywołać czasową bezpłodność za pomocą sterowania hormonalnego. Chyba podobała mu się wizja możliwości sterowania kobiecą płodnością.
W 1937 roku, kiedy był już ordynatorem, został mianowany docentem, a w 1939 r. profesorem nadzwyczajnym. W międzyczasie wstąpił do NSDAP i SA (oddziały szturmowe nazistowskiej partii – red.), a w lutym 1936 roku dołączył do grona niewielu lekarzy, którzy uzyskali prawo przeprowadzenia sterylizacji promieniami rentgenowskimi.

Clauberg opublikował ponad 70 fachowych artykułów. Gdyby nie wybuchła wojna, z pewnością miałby przed sobą wielką karierę na uniwersytecie.

Z drugiej strony nie był łatwym człowiekiem.

Antysemitka ratująca Żydów i kronikarz zagłady

Zofię Kossak-Szczucką i Tadeusza Borowskiego wspólne obozowe doświadczenie połączyło i zarazem podzieliło.

zobacz więcej
Był bardzo problematyczny. Miał trudny charakter i był osobą z ogromnym kompleksem niższości. Ja mam 168 centymetrów wzrostu, a Clauberg mierzył 154 cm. To odbiegało znacznie od wzrostu obowiązującego w SS, której członkiem nigdy nie został. Zawsze się bał, że przez ten wzrost ludzie nie biorą go na poważnie, dlatego chciał być postrzegany jako ktoś wielki. Do tego dochodziły jego skrajnie zmienne emocje, despotyczne zachowania, chorobliwa ambicja i ekscesy alkoholowe.

Jego niegdyś dobry znajomy opowiadał, że Clauberg mówił zawsze w taki sposób, jakby inni lekarze na niczym się nie znali, on natomiast dokonywał rzeczy nadzwyczajnych. Żona Clauberga z kolei powiedziała temu znajomemu o zaskakującym zdaniu wypowiedzianym przez jej męża. Brzmiało ono: „Friedel, twój Carl albo zasiądzie na złotym tronie, albo zostanie zbrodniarzem”.

Ta żona zresztą nie do końca spełniła oczekiwania Clauberga.

Była bezpłodna, a on bardzo chciał „własnego” dziecka. Kobieta zmagała się z zapaleniem otrzewnej w obrębie miednicy. Ta bezpłodność była efektem ryzykownej operacji, którą przeprowadził sam Clauberg. To przez nią dochodziło do wielu przykrych scen w małżeństwie Claubergów. Kiedyś przystawił jej nawet spust strzelby myśliwskiej do ust i powiedział, że jeśli go kocha, to powinna być gotowa dla niego umrzeć. Był tyranem, ale potrafił też przepraszać, więc – jak wspominała sama Friedel Clauberg – za każdym razem mu ulegała.

Po kilku latach małżeństwa nawiązał intymny stosunek ze swoją sekretarką, która urodziła mu córkę w 1940 roku i syna trzy lata później. Zmusił żonę do adoptowania tych dzieci i zażądał, aby wychowywała je razem z nim. Romansu z sekretarką zresztą nie zakończył i żył z obiema kobietami naraz.

Jego przeciwieństwem – jeśli chodzi o podejście do więźniarek, na których wykonywał eksperymenty – wydaje się być doktor Maximilian Samuel.

Był żydowskim lekarzem, który z jednej strony wykonywał okrutne procedury medyczne, a z drugiej był więźniem, więc oczekiwano od niego solidarności z innymi. Usuwał kobietom spalone jajowody po naświetlaniach przeprowadzanych przez dr Schumanna. To był brutalny sposób sprawdzania wyników naświetlania. Kobiety, które przeżyły Auschwitz opowiadały, że Samuel wykonywał te zabiegi, ale pocieszał je w trakcie i mówił, że mimo tych operacji będą mogły mieć dzieci. Miały wrażenie, że Samuel po cichu ignorował polecenia Schumanna i zamiast dwóch jajników usuwał im jeden. Być może Samuel po prostu nie zaprzeczał tym pogłoskom albo utwierdzał te kobiety w takim przekonaniu, aby dodać im otuchy. W każdym bądź razie podczas wszystkich operacji w ramach jednego zabiegu zawsze wycinano tylko jeden jajnik. Gdyby Samuel dostał polecenie wycięcia obydwu, a wyciął tylko jeden, Schumann z pewnością by to zauważył. Nie miałby odwagi, aby aż tak ryzykować.

Dlaczego to robił?

Liczył, że dzięki współpracy z niemieckim lekarzami będzie mógł uratować córkę. Deportowano ją do Auschwitz razem z nim i jego żoną, która z kolei od razu została wysłana do komory gazowej. Nie miał więc odwagi wycofać się z tego, co robił, bo chciał ocalić swoje dziecko, ale dodawał otuchy kobietom, które operował.
Jedna z nich, Garmaine Beracha, wierzyła, że rozkazano mu usunąć jej całą macicę, a mimo to on ocalił jej narządy. Jak mówiła po wyzwoleniu, usunął tylko jeden jajnik i wykonał na powłokach brzusznych cięcie pozorujące radykalne usunięcie macicy. Na pożegnanie powiedział jej: „Gdy kiedyś tam będziesz miała dzieci, to pomyśl o mnie”. Po wojnie urodziła ich aż czworo. Czterech synów. Pierwszemu dała imię po swoim ojcu – Salomon. Sol Pitchon mówił, że matka chętnie dałaby mu na drugie imię Samuel, ale oficjalnie było to niemożliwe, nie wiadomo dokładnie dlaczego. Często jednak – co on wspomina w mojej książce – nazywała go właśnie tak. Jeden z urodzonych po nim braci otrzymał imię Max.

Więzień Auschwitz, agent wywiadu PRL. Popełnił samobójstwo

Oni szalenie głodowali. Uprzywilejowani byli ci, którzy z dna zupy ze zgniłych pokrzyw mogli wydobyć parę kartofli. O Tadeuszu Borowskim opowiada Andrzej Dobosz.

zobacz więcej
Wszyscy lekarze więźniowie mieli pewne pole do decyzji, po którym mogli się poruszać. Nie było to jasno zdefiniowane, więc nie wiedzieli jak daleko mogą się posunąć. Tak naprawdę każdego dnia sprawdzali te granice.

Kogo w lekarzach więźniach odnajdywały te kobiety?

Jeżeli potrafiły się z nimi porozumieć – bo należy pamiętać, że więźniarki pochodziły z różnych stron Europy i warstw społecznych, więc mogły nie znać ich języka – taki lekarz stawał się partnerem do rozmowy. Kimś, od kogo można usłyszeć coś, co brzmiało jak słowa otuchy. Między więźniarkami często także dochodziło do konfliktów z racji tego, że wywodziły się z różnych warstw społecznych. W bloku często panowała drażliwa, konfliktowa atmosfera. Jedna z wiedeńskich lekarek, która w lecie 1943 roku przez kilka tygodni przebywała w bloku 10, wspominała, że Żydówki przesiąknięte kulturą Zachodu były bardziej naturalne i swobodne, w przeciwieństwie do tych pochodzących z krajów, gdzie silny antysemityzm zmuszał je do nieustannej izolacji lub asymilacji, która równała się podporządkowaniu. Z reguły głównymi poszkodowanymi były Holenderki. Więźniowie wspominali, że nie było dnia, by jedna czy druga Holenderka nie została przez Polkę czy Polaka nazwana „głupią holenderską krową”. Z relacji wynika, że Polki miały więcej instynktów pierwotnych. Kobiety nie zawsze potrafiły się wzajemnie wspierać, wielokrotnie to była walka o przetrwanie, a może i sposób na radzenie sobie z obozową codziennością, na wyładowanie agresji. Tej obozowej rzeczywistości nie da się postrzegać w kategoriach czarno-białych.

Jaki był finał losów Samuela?

Po jednej z operacji dwóm kobietom powiedziano, że zabieg doktora Samuela był do niczego i że musi zostać przeprowadzony ponownie innym razem. W tym czasie on już nie żył. Po wojnie jeden z naukowców opublikował w gazecie anons, w którym pytał, czy ktoś zna Samuela Maximiliana. Zgłosiło się bardzo wiele kobiet, które opowiadały, jak dobrym, współczującym i miłym był lekarzem.

Jedna z kobiet, mieszkająca dziś w USA, podczas rozmowy telefonicznej ze mną opowiedziała, że gdy spotkała Samuela w bloku 10 okazało się, że w ogóle żyje właśnie dzięki niemu. Jej matka miała bowiem skomplikowany poród i to on go odbierał. Ojcu powiedział, że uda mu się uratować albo dziecko, albo rodzącą. Ostatecznie uratował obydwie. Mimo tego, co robił w obozie, była mu zatem wdzięczna.

Ale chociaż przez kobiety, które go poznały, był wspominany pozytywnie, ruch oporu stworzony w obozie uznał go za zdrajcę. Przekaz tych ludzi mocno wpłynął na to, jak był postrzegany potem przez historię. Ja sam nie ośmielam się wydawać na niego żadnych wyroków. Niech każdy sam w swoim sumieniu go ocenia.

Jak więźniarki bloku 10 po latach wspominały ten czas?

Rozmawiałem tak naprawdę z garstką tych, które przeżyły i jeszcze żyją. Miałem do czynienia z różnymi osobowościami. Niektóre miały tylko kilka wspomnień, bo wyparły wszystko, co przynosiło im ból, co było powrotem do tamtych chwil. Ale były też takie, które miały 95 lat i świetną pamięć. Potrafiły w rzeczowy i szczegółowy sposób opisać to, co działo się w bloku 10.
Dziewczęta z Auschwitz
Ten budynek jest dziś pusty, a wspomnienia z niego są rozsypane po całym świecie. W swojej pracy starałem się go w pewien sposób umeblować, powstawiać to, co było możliwe do wstawienia. Te opowieści, wspomnienia były niekiedy sprzeczne ze sobą. Cieszyłem się, gdy ze wspomnień chociażby Francuzek wychodził spójny obraz piekła, ogromnego cierpienia. Bardzo dokładnie pamiętały szczegóły wyrządzonej im krzywdy. Tak było w przypadku 94-letnie Geni Oboeuf, która nie tylko ze szczegółami opowiadała mi przeżycia z bloku 10, ale wyjaśniła też, że siłę przetrwania zawdzięczała żelaznej woli, by zachować wewnętrzną godność. W żadnym momencie nie dopuszczała do siebie poczucia, że jest ofiarą.

Kobiety, które trafiały do obozowych domów publicznych po wojnie ukrywały to albo były stygmatyzowane. Czy z więźniarkami bloku 10 też tak było?

Muzea życia, pomniki zagłady

Ogłoszono powstanie Muzeum Getta Warszawskiego. W Leżajsku budowane jest Centrum Chasydyzmu. Wiele miast chce jakoś przypomnieć historię polskich Żydów. Ale zadają sobie pytanie: co właściwie powinni upamiętniać?

zobacz więcej
Było różnie. Te kobiety po uwolnieniu często nie mogły mieć dzieci. To był problem, ból, którego nie były w stanie opisać. Nie był to ich wolny wybór, a czuły się przez to wyrzucone poza margines społeczeństwa. Religia żydowska uwypukla rolę kobiety jako matki. Niepłodna nie była godna zostać żoną. Niektóre więc zostawały same, inne nie przyznawały się mężom, że były wysterylizowane. Musiały z tym żyć. Córka jednej z więźniarek bloku 10, mieszkająca w Amsterdamie, była mi bardzo wdzięczna za napisanie tej książki, bo jej matka nigdy nic na ten temat nie mówiła, choć wszyscy wiedzieli, że tam była.

Clauberg po latach zeznał, że „jedynym uszczerbkiem, jaki mogły ponieść te kobiety, jest bezpłodność”. Zabrzmi to z pewnością cynicznie, ale wysterylizowane przez niego kobiety zapłaciły tę bardzo wysoką cenę, choć z drugiej strony miały dzięki temu szanse na dłuższe życie w obozie. Bo Clauberg chciał zobaczyć, jak długoterminowo działa jego metoda i czy jest skuteczna.

Domagały się po wojnie sprawiedliwości, odszkodowań?

To zależało od tego, jakie miały możliwości, aby walczyć o swoje. Było wiele aktywnych pod tym kątem, ale były też takie, które odpuszczały, rezygnowały. Trzeba pamiętać, że wiele z nich miało na głowie ważniejszą walkę: o swoje zdrowie, rodziny. Szukały lekarzy, którzy przywrócą im płodność, a do tego dochodziła jeszcze kwestia materialna – musiały znaleźć pracę, musiały z czegoś żyć. Wiele z nich rozpaczliwie szukało po wojnie swoich bliskich. Nawet, jeśli mogły im zostać przyznane odszkodowania, trzeba było udowodnić, że było się więźniarką bloku 10, co było dla nich kolejnym, uwłaczającym godności procesem. Dlatego tak często rezygnowały.

Pana książka to w pewnym sensie krzyk tych pokrzywdzonych kobiet?

Taki był zamiar, dlatego ją napisałem.

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Hans Joachim Lang to niemiecki dziennikarz, historyk i wykładowca antropologii kulturowej w Instytucie Kulturoznawczych Studiów Empirycznych na uniwersytecie w Tybindze. Na tej uczelni ukończył studia językowe i nauki polityczne, był uczniem francuskiego socjologa i wiceprezesem Gminy Żydowskiej w Strasburgu Freddy’ego Raphaela. Jest redaktorem naukowym sekcji codziennej „Schwabisches Tagblatt” w Tybindze, a także autorem kilku książek i artykułów na tematy związane z holokaustem i nazistowskimi zbrodniami wojennymi. W Polsce ukazała się jego książka „Nazwiska numerów” na temat zbrodni dokonanej w KZ Natzweiler-Struthof (Alzacja). W komorze gazowej w 1943 roku zabito tam 86 wyselekcjonowanych w Auschwitz żydowskich kobiet i mężczyzn, których szkielety miały zostać wystawione w Instytucie Anatomicznym Uniwersytetu Rzeszy w Strasburgu i służyć badaniom w przyszłych, „wolnych od Żydów” czasach. Pomysł poddali członkowie Organizacji Naukowej Ahnenerbe (Dziedzictwo Przodków), a za jego realizację odpowiedzialny był profesor anatomii August Hirt. Hans Joachim Lang po pięciu latach poszukiwań w wielu archiwach zrekonstruował przebieg zbrodni, zidentyfikował zamordowanych oraz miejsce ich pochodzenia. Udało mu się odnaleźć członków rodzin niektórych ofiar i przeprowadzić z nimi wywiady.
Hans Joachim Lang. Fot. Wikimedia Commons/Claude Truong-Ngoc - cc-by-sa-3.0, CC BY-SA 3.0
Niedawno wydano przetłumaczoną na język polski książkę „Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz”, napisana na podstawie badań archiwalnych i rozmów z więźniarkami jednego z największych niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady.

To historia ofiar i katów, sadystycznych „operacji” i codzienności bloku 10, w którym od kwietnia 1943 roku umieszczono stację doświadczalną ginekologa Carla Clauberga i dokonywano zbrodniczych doświadczeń na kobietach. Lekarze III Rzeszy szukali masowych, skutecznych metod sterylizacji tych, których uznawali za „elementy niepożądane”.
Umieszczane w bloku 10 kobiety w ewidencji obozowej były oznaczone oficjalnie jako „więźniarki dla celów doświadczalnych”. Okna budynku wychodziły na dziedziniec, gdzie znajdowała się Ściana Śmierci, ale były na stałe przysłonięte, aby uniemożliwić obserwację egzekucji.

Zabiegi przeprowadzane były w sposób brutalny i często wywoływały komplikacje w postaci zapalenia otrzewnej i krwotoków z dróg rodnych, przebiegających z wysoką gorączką i ogólną posocznicą. W licznych przypadkach były one przyczyną zapaści powodującej zgon. Część Żydówek na skutek eksperymentów Clauberga zmarła, część uśmiercono celem przeprowadzenia sekcji zwłok.

W maju 1944 r. stację doświadczalną przeniesiono do tzw. Lagererweiterung, czyli kompleksu 20 budynków wybudowanych na terenie przylegającym do obozu Auschwitz. Wykorzystywano je jako tymczasowe koszary SS, warsztaty i magazyny mienia zagrabionego Żydom zgładzonym w komorach gazowych. Potem stopniowo przenoszono tam także więźniarki z pralni SS oraz kobiety zatrudnione w pobliskiej fabryce Union Werke. 6 stycznia 1945 r. miała tam miejsce ostatnia w dziejach Auschwitz publiczna egzekucja.

Co się stało z lekarzami zbrodniarzami?

Carl Clauberg – po zakończeniu wojny został deportowany do ZSRR i postawiony przed sądem w Moskwie. Skazano go na 25 lat więzienia za udział „w zagładzie obywateli sowieckich”, ale po 10 latach doczekał się amnestii. Na mocy porozumienia ministra obrony ZSRR Nikołaja Bułganina i kanclerza RFN Konrada Adenauera w sprawie repatriacji więźniów niemieckich, powrócił do Kilonii w zachodnich Niemczech. Został nawet przywrócony do pracy w klinice. Nie uważał, że postępował źle, nie wykazał się skruchą, a swoje eksperymenty uważał za „osiągnięcia naukowe”. W październiku 1955 r. Centralna Rada Żydów w Niemczech wniosła pozew o „wielokrotne spowodowanie poważnych obrażeń ciała” żydowskich więźniarek, na których przeprowadzał eksperymenty sterylizacyjne w Auschwitz. 22 listopada 1955 r. aresztowany przez policję, 9 sierpnia 1957 r. zmarł w szpitalu kilońskim z przyczyn naturalnych, na krótko przed planowanym rozpoczęciem procesu.

Horst Schumann – po wojnie pracował jako lekarz sportowy i osiedlił się w Gladbeck. Gdy na jaw wyszła jego przeszłość, uciekł z Niemiec i pracował jako lekarz okrętowy. Osiedlił się w końcu w Afryce i pracował najpierw w Sudanie, potem w Ghanie w latach 1959-1966. Władze Ghany w lutym 1966 roku przekazały go władzom niemieckim. We wrześniu 1970 roku rozpoczął się jego proces we Frankfurcie nad Menem. Nie został on jednak zakończony, bowiem ze względu na zły stan zdrowia Schumann został wypuszczony z więzienia i pozostawał pod nadzorem policji. Aby nie stanąć przed sądem, upuszczał sobie krew z żyły i pił ją, symulując krwawienie z wrzodu dwunastnicy. Zmarł 5 maja 1983 roku we Frankfurcie. Wcześniej pozbawiono go prawa do wykonywania zawodu lekarskiego i tytułu lekarza medycyny.
Eduard Wirths – ukrywał się z początku u swojego brata w Hamburgu, w lipcu 1945 roku został zatrzymany przez Brytyjczyków i uwięziony w byłym obozie koncentracyjnym Neuengamme, który pwojnie obóz służył za miejsce internowania członków NSDAP i SS. Tam umarł 20 września 1945 roku w następstwie próby samobójczej.

Bruno Weber – został aresztowany w lipcu 1946 roku przez armię brytyjską, przekazany Polsce i przesłuchiwany przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich. Udało mu się wykręcić od odpowiedzialności, „jako całkowicie niewinnemu”. Nie postawiono mu żadnych zarzutów i od tej pory prokuratura przestała się nim zajmować. Umarł 23 września 1956 roku w Homburgu w kraju Saary jako wolny człowiek.

(za minisłownikiem pojęć z historii Byłego Niemieckiego Nazistowskiego Obozu Koncentracyjnego i Zagłady na stronie Miejsca Pamięci i Muzeum AUSCHWITZ-BIRKENAU oraz za Wikipedią)
Szrajberka z Auschwitz
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.