Rozmowy

Rwał włosy z głowy, łamał patyczki. Nerwus, choleryk, brat łata. Kim był twórca serialu „Stawiam na Tolka Banana”

W wielkanocny poniedziałek zmarł Stanisław Jędryka, twórca kultowych filmów dla dzieci i młodzieży. – Przekomarzał się z nami, wspólnie układaliśmy wierszyki, planowaliśmy kawały. Prosił nas o opowieści szkolne i podwórkowe. Myślę, że w ten sposób prowadził swoje „badania terenowe” – tak reżysera wspomina Filip Łobodziński, który zagrał Dudusia w „Podróży za jeden uśmiech” i Julka w „Stawiam na Tolka Banana”.

TYGODNIK TVP: Jakie jest pierwsze wspomnienie, które przychodzi panu do głowy na myśl o Stanisławie Jędryce?

FILIP ŁOBODZIŃSKI:
To akurat wspomnienie bardzo niedawne. A może nie tyle wspomnienie, co świadomość, że jest to człowiek bardzo samotny, bardzo zapomniany, niesłusznie zresztą. Reżyser, który od lat nie zrobił żadnego filmu, mimo, że miał pomysły. Nie wiem, czy były dobre, ale myślę, że był mocno rozczarowany, że świat się na niego wypiął.

Być może, jeżeli popatrzy się na filmy, które przyniosły mu renomę, i porówna je z obecnie panującym stylem opowieści, nie znajdzie się w nich efektów specjalnych, spektakularnych wyścigów, czy bójek, ale z drugiej strony mam wrażenie, że wciąż jest miejsce na taki rodzaj narracji filmowej skierowanej do młodych ludzi, jaką miał do zaproponowania Jędryka.

Można powiedzieć, że wielu młodych ludzi, którzy dziś są rodzicami, ukształtowała właśnie ta narracja Jędryki?

Myślę, że tak. Niestety wydaje mi się, że ci, którzy mogliby dać pieniądze na produkcje filmowe pana Jędryki, uważali, że to się dziś nie sprzeda, że to za bardzo staroświeckie. Ale ja podejrzewam, że – wbrew pozorom – byłaby to narracja równie atrakcyjna, co te obecnie stosowane.

Podobno wielu młodych ludzi nadal ogląda „Podróż za jeden uśmiech” czy „Stawiam na Tolka Banana” i jest zachwycona, że tak można i że to ciekawe. Spotkał się pan z takimi opiniami?

Owszem, spotkałem się. Nie wiem, na ile mieszczą się w progu statystycznym i czy stanowią mniejszość, czy większość, ale rzeczywiście dzieci są zachwycone tym, że coś takiego jest możliwe, że może nie być disco-błysków, a i tak się to dobrze ogląda. Może to jest kwestia podglądania trochę innego świata, którego kompletnie nie znają.
Styczeń 2016 r. Pokaz filmu "Tolek Banan i inni", opowiadającego o losach aktorów grających główne role w filmach Stanisława Jędryki. Na zdjęciu reżyser. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
W filmach Jędryki jest przecież magia czarno-białego obrazu, polskie pejzaże, budynki, często już nieistniejące, inne samochody, autobusy, bruk, kamienice, brak telefonów komórkowych. Sam się czasem zastanawiam, jak w tamtych czasach udawało nam się – zwłaszcza bez tego ostatniego – żyć i funkcjonować.

Jak wyglądała pana znajomość z Jędryką?

Nie mogę powiedzieć, że poznałem go bardzo dobrze, bo najintensywniej kontaktowaliśmy się przez dwa lata, czyli w 1971 roku, gdy kręciliśmy „Podróż za jeden uśmiech”, i w 1972, gdy powstawało „Stawiam na Tolka Banana”. Przy czym, gdy pracowaliśmy przy tym pierwszym, między nami była bardziej intymna, intensywna zażyłość. Był tak naprawdę Jędryka, Heniek Gołębiewski i ja. Poza nami tylko ekipa i kilkoro dorosłych aktorów, którzy okazjonalnie pojawiali się na planie.

Podczas pracy nad „Stawiam na Tolka Banana” było nas już zdecydowanie więcej, bo historia dotyczyła większej młodzieżowej grupy. Wtedy już moje kontakty z Jędryką nie były tak intensywne, bo on sam starał się poświęcać czas i uwagę w równej mierze nam wszystkim.

„Tolek” zresztą kręcony był w Warszawie, gdzie większość z nas mieszkała i po zdjęciach rozchodziliśmy się do domów. Kręcąc „Podróż za jeden uśmiech”, byliśmy filmową karawaną, która zjeździła kawał Polski. Dla mnie i Henia to były takie długie wakacje.

10 najlepszych ról dziecięcych w historii polskiego filmu. Ranking Tygodnika TVP

Filmy dla dzieci łączą polskie pokolenia. Na produkcjach z lat 60. i 70. wychowali się nie tylko dzisiejsi rodzice i dziadkowie, ale też obecna młodzież.

zobacz więcej
Potem były jeszcze okazjonalne spotkania w latach 90., gdy Jędryka kręcił dokument „Tolek Banan i inni” oraz gdy nagrywaliśmy komentarz do DVD „Podróży za jeden uśmiech”.

Jaki był?

Wydaje mi się, że to był człowiek niezwykle emocjonalny. Razem z Heniem Gołębiewskim zadebiutowaliśmy w filmie „Abel, twój brat” Janusza Nasfetera. To był rok 1969. Henio trafił potem na plan „Wakacji z duchami”, a dwa lata później, już razem pracowaliśmy na planie „Podróży za jeden uśmiech”.

Porównanie pracy z Nasfeterem z pracą z Jędryką można określić słowami „piekło–niebo”. Ten pierwszy był zimnym dyktatorem, despotą, który nie wahał się sięgać po bardzo kontrowersyjne metody, by wydobyć z nas to, czego aktualnie chciał. Straszył nas, kłamał, żeby wywołać odpowiednią reakcję. Do tego był trudnym człowiekiem, sprawiał wrażenie, że nie lubi swoich aktorów. Dopiero po pewnym czasie się otwierał, pod koniec realizacji „Abla” zabrał nas na wycieczkę pod Wrocław. To był jednak taki pan i władca.

Jędryka był jego przeciwieństwem. Typowy brat łata, który zagadał z każdym, nie siedział na foteliku z napisem „Reżyser”. Bez przerwy stał za kamerą, grał razem z nami, wtórował nam minami, które odgrywaliśmy. Mocno przeżywał i tak, jak spektakularnie się cieszył, tak samo się smucił, martwił czy rozpaczał, gdy pogoda była nie taka, jak chciał. Gdy cokolwiek było nie tak, krzyczał. Był nerwusem i cholerykiem.

Gdy pracowaliśmy w 1971 roku, miał krótko przystrzyżone włosy, ale w 1972 spotkaliśmy go na planie z bujną czupryną czarnych loków. Jak się denerwował, to sobie te włosy z głowy wyrywał.

Miał jednak pewien wewnętrzny mechanizm kontroli. Wiedział, że nie może przesadzić z tym irytowaniem się. Wtedy szedł na bok, brał patyczki czy gałązki i je łamał. W ten sposób rozładowywał swoje napięcie. On żył filmem, nie był jedynie rzemieślnikiem, który wykonuje swoją pracę, to był człowiek, który tworzył dzieło.

Zawsze tak było?

Zawsze był tym pierwszym, który wycofywał się, żeby nie zaogniać sytuacji. Pamiętam, że kiedy po wielu latach spotkaliśmy się i chciał, żebym nagrał ten komentarz do DVD „Podróż za jeden uśmiech”, wziął mnie na bok i powiedział: „Wiesz, Filip, jest taka głupia sprawa, że trzeba to zrobić za darmo. Ja też nie biorę za to żadnych pieniędzy, bo one są gdzie indziej bardziej potrzebne”.

Widać było, że honoraria nie są dla niego najważniejsze. O swoje bił się tylko wtedy, gdy chodziło o to, czy film powstanie, czy nie. Nigdy nie chodziło mu tylko o zarobki. Takie odnosiłem wrażenie.

Jednocześnie był też bardzo dobrym słuchaczem. Gdy prywatnie mieliśmy swoje dziecięce problemy, służył nam niejako za spowiednika.
Z czego to się brało?

Nie wiem, sam nie miał dzieci. Kiedyś wpadła mi w ręce jego książka ze wspomnieniami. Widać z niej było, że jest człowiekiem pielęgnującym w sobie poczucie krzywdy. Bardzo dużo miejsca jest w tej książce poświęcone jego byłej żonie – Joannie Jędryce, która od niego odeszła. Do końca życia nie mógł o niej zapomnieć.

W tych wspomnieniach pojawia się też motyw dwóch matek i żadnego ojca. Rzeczywiście urodziła go jedna kobieta, wychowywała druga, potem ta pierwsza się o niego upomniała. Nigdy nie dowiedział się, kto był jego ojcem, a w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie się wychowywał, w ludzi wdrukowana była potrzeba tradycyjnych, stabilnych konstrukcji rodzinnych. Myślę, że mógł czuć, że się w ten model nie wpasowuje, mógł mieć z tego powodu kompleksy.

W 2003 roku na festiwalu w Cieszynie odbyło się urocze spotkanie, benefis Stanisława Jędryki, którego gospodarzem był Kazimierz Kutz. Obydwaj wspominali dawne czasy. Słuchaliśmy wtedy dwóch znanych reżyserów, którzy stali może nie po dwóch stronach barykady, ale na dwóch brzegach rzeczki Brynicy, stanowiącej historyczną granicę między Śląskiem a Zagłębiem. Opowiadali, że w dzieciństwie rzucali w siebie kamieniami, ale cztery lata różnicy wieku między nimi sprawiają, że to nie musiała być prawdziwa historia. Pewnie budowali swego rodzaju mit. Mit reprezentacji dwóch historycznych światów.

Czy tak jak relacje z Jędryką, wspomina pan również pracę na planie?

Zupełnie inaczej. Praca na planie wiele mi dała, mam dzięki niej umiejętności, z których korzystam do dziś, gdy na przykład muszę stanąć przed dużą grupą ludzi i coś powiedzieć. Nauczyłem się walczyć z tremą, wiem, jak się w takich sytuacjach zachować, jak opanować emocje.

Ale niechętnie wracam do wspomnień z planu, bo to po prostu była praca w nerwowej atmosferze. Trzeba pamiętać, że to był ogromny zespół ludzi, różnych charakterów, temperamentów.

To był początek lat 70. Z planu filmowego podprowadzane były różne rzeczy, nie brakowało na nim wódki, zdjęcia się przeciągały, nieustannie trzeba było czekać, aż słońce wyjdzie albo przestanie padać. Pieniądze na to były, więc nikt się nie przejmował tym, że czas biegnie, że trzeba się spiąć.

Nie brakowało nerwowości, brzydkich zachowań, widać było, który z aktorów ma muchy w nosie. To powodowało, że jako dziecko czułem się zmęczony, miałem momentami bardzo serdecznie dosyć tego, co robię, a po latach nie za bardzo chciałem wracać do tamtych czasów.
Stanisław Jędryka. Jestem po prostu
Te złe wspomnienia nie wpłynęły na to, co czuję do pana Jędryki. Chociaż nie jestem w stanie oglądać tych filmów tak jak moi rówieśnicy, czy młodsze pokolenia. Ja przy prawie każdej scenie pamiętam, na co trzeba było czekać, że miałem kłopot z zapamiętaniem tekstu, albo że ktoś z kimś się pokłócił. Nie doświadczyłem więc wielkości Stanisława Jędryki jako twórcy fajnych filmów.

Reżyser na planie podpowiadał tekst, którego pan zapomniał?

Bywało, że pokrzykiwał zza kamery. To były czasy, kiedy dźwięk był dogrywany później na postsynchronach, więc można było bezkarnie tak robić. Jeżeli widział, że komuś naprawdę nie idzie, że się ciągle zacina, wrzucał kluczowe słowo i jakoś szło.

Gdy się denerwował, czasami sytuacja sama się rozładowywała, ale bywało, że trzeba było przeczekać tę burzę. Wszyscy wiedzieli, że taki jest i nie ma się co tymi jego humorami zbytnio przejmować.

Pamiętam jednak, że ktoś w połowie zdjęć do „Podróży za jeden uśmiech” wyleciał z planu. Powodem był fakt, że niefrasobliwie podchodził do swoich obowiązków. Tego Jędryka nie tolerował. Dyscyplina musiała być.

Bawił się z wami?

Tak. Gdy czekaliśmy na zdjęcia, a nie musiał niczego robić, nie był zajęty ustalaniem czegoś z operatorem, siadał na trawie obok nas i proponował zabawę. Przekomarzał się z nami, wspólnie układaliśmy wierszyki, planowaliśmy kawały. Prosił nas o opowieści szkolne i podwórkowe. Myślę, że w ten sposób prowadził swoje „badania terenowe”, chcąc zdobyć jakieś grepsy czy pomysły do kolejnych filmów młodzieżowych.

W trakcie kręcenia „Podróży” większą uwagę poświęcał Heniowi, bo czuł, że powinien wypełnić świat Henia dobrocią, bliskością. Henio też czuł, że to mu dużo daje. A skąd pana zdaniem wzięło się zamiłowanie Jędryki do kręcenia filmów dla dzieci i młodzieży?

Może to również kwestia podwórkowego wychowania w Sosnowcu. Był człowiekiem melancholijnym i sentymentalnym. Chętnie odtwarzał świat dzieciństwa, w którym czuł się najlepiej. Może nie chciał w ten sposób stracić tego dziecka, które w sobie miał, a może chciał je odzyskać.

Najbezpieczniej czuł się tam, gdzie były te dwie jego matki, koledzy na podwórku, którzy grali w piłkę i którą on również był bardzo mocno zafascynowany. Na planie również trochę grywaliśmy. Ja nie byłem za dobry w sporcie, więc irytowało mnie, że nie umiem w tej dziedzinie konkurować z kolegami.

Podobno Jędryka był kobieciarzem?

Nie za bardzo zwracałem na to uwagę, bo miałem wtedy 12 lat, a w głowie swoje dziewczyny. Ale niewykluczone, że miał szczególną słabość. Być może chciał w ten sposób zrekompensować sobie odejście żony.
Pamiętam, że gdy Joanna Jędryka podkładała głos jako Karioka w „Stawiam na Tolka Banana”, a nie byli już wówczas małżeństwem, był w nią wpatrzony jak w obraz. Każdym gestem i spojrzeniem chciał jej przekazać, że jest najwspanialsza na świecie. Naprawdę nigdy nie pogodził się z tym, że od niego odeszła.

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Stanisław Jędryka (1935–2019) był reżyserem filmowym, autorem przede wszystkim filmów dla dzieci i młodzieży. Do jego najbardziej znanych dzieł należą seriale „Do przerwy 0:1” (1969), „Wakacje z duchami” (1970), „Podróż za jeden uśmiech” (1971), „Stawiam na Tolka Banana” (1973) i „Szaleństwo Majki Skowron” (1975) oraz filmy fabularne „Koniec wakacji” (1974) i „Najlepsze w świecie” (1976).

Filip Łobodziński (ur. 1959): dziennikarz, tłumacz, muzyk „Zespołu Reprezentacyjnego”, urzędnik państwowy (obecnie w NIK). Jako aktor dziecięcy zagrał w dwóch filmach Jędryki: „Podróży za jeden uśmiech” (w roli Dudusia) oraz „Stawiam na Tolka Banana” (w roli Julka). Wystąpił też w filmach Janusza Nasfetera „Abel, twój brat” (1970) oraz Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana” (1973).
Zdjęcie główne: Kadr z serialu "Stawiam na Tolka Banana" w reżyserii Stanisława Jędryki. Na zdjęciu Filip Łobodziński jako Julek i Agata Siecińska jako Karioka. Fot. TVP/ EAST NEWS
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.