Rozmowy

Po co dziecku książka?

Współczesny świat proponuje już najmłodszym inne, jak niektórzy twierdzą – atrakcyjniejsze – formy rozrywki. Łatwe, lekkie i przyjemne, które sprawiają, że nieco starsze dzieci sięgają wyłącznie po lektury lub, co gorsze, po opracowania – mówi Ewa Świerżewska.

TYGODNIK TVP: Gdy myślę o książce dla dzieci, mam niemal od razu przed oczyma kilka osób: Wandę Chotomską, Zofię Stanecką, Michała Rusinka, swoje córki rzecz jasna i… Ewę Świerżewską.

EWA ŚWIERŻEWSKA:
Bardzo mi miło, że tak przyjemnie się kojarzę! Od wielu lat zawodowo zajmuję się między innymi literaturą dziecięcą: jako recenzentka, promotorka, tłumaczka, a także – choć w najmniejszym wymiarze – autorka. Książkami dla dzieci otoczona jestem od zawsze, gdyż moja mama, gdy byłam mała, pracowała w wydawnictwie Nasza Księgarnia i dostęp do książek mieliśmy ułatwiony.

Na dodatek moja babcia, Ludmiła Marjańska, była poetką, pisarką i tłumaczką, z tomikiem wierszy i powieścią dla młodszych dzieci w bogatym dorobku; moja mama tłumaczyła książki dla najmłodszych z czeskiego i słowackiego. Nic więc dziwnego, że i ja związałam się z tą dziedziną.

Niedawno, jako osoba związana właśnie z tą dziedziną, zadebiutowała pani na antenie TVP Kultura w Tygodniku Kulturalnym.

Tak, to prawda. Całkiem nowe, choć niełatwe doświadczenie. Dyskusja z prawdziwymi wyjadaczami, zajmującymi się „dorosłą” kulturą i sztuką wymaga dobrego przygotowania i wysiłku, ale najwyraźniej dałam radę, bo będę pojawiała się w programie z propozycjami dla dzieci raz w miesiącu.
Wanda Chotomska, kultowa autorka książek dla dzieci, w 2007 roku podczas Targów Książki w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Pisarka zmarła w roku 2017. Fot. PAP/Leszek Szymański
Jednak nie tylko wymiar zawodowy jest tu ważny. Od lat z ogromną przyjemnością obserwuję, jak moje córki (15 i 12 lat) szukają kontaktu z dobrą literaturą, czytają, wyrabiają sobie własne zdanie na temat przeczytanych książek. Zawsze z błyskiem w oku sięgają po przychodzące do mnie nowości, nawet jeśli są to propozycje dla znacznie młodszych czytelników.

A więc pani córki kultywują tradycję rodzinną, ale – tak generalnie – po co dziecku książka?

Bo świat bez książek jest smutny. Szczególnie ten świat, który jest bardzo powierzchowny, który muskamy tylko i który nas muska, bez zagłębiania się, bez zmuszania do refleksji. To w książkach znaleźć można inne światy – pobudzające wyobraźnię, poszerzające horyzonty, uruchamiające wyobraźnię. Dzięki książkom dzieci rozwijają się, stają się ciekawe świata, niekoniecznie tego serwowanego im przez nowe technologie. Qlturka, portal o kulturze (dla rodziców i dzieci), który w sposób szczególny traktuje dziecięcą literaturę, stworzyła Pani dziesięć lat temu. Dostrzega Pani jakieś zmiany w promowaniu kultury dziecięcej i czytelnictwa wśród dzieci na przestrzeni tego czasu?

Tak, to już ponad dziesięć lat, odkąd Qlturka jest w sieci. W tym czasie zmieniło się naprawdę dużo. Rozkwitła raczkująca wtedy blogosfera, dziesiątki rodziców pisze o książkach przeczytanych swoim dzieciom, część z nich nawet wyspecjalizowała się w tej dziedzinie. Zyskał wymiar wizualny – w tej chwili praktycznie nie ma recenzji czy opisu książki bez artystycznych zdjęć zawartości, najczęściej w wystylizowanym otoczeniu.

Nie mówię tego złośliwie, raczej z podziwem, bo, niestety, osobiście nie mam wystarczająco dużo czasu, by nauczyć się robić tak dobre zdjęcia, zachęcające do sięgnięcia po książkę.

Jest zatem więcej informacji o książkach, ale czy więcej czytamy (również dzieciom) niż dziesięć lat temu?

Statystyki raczej o tym nie świadczą. Według badań jest coraz gorzej, czytamy coraz mniej, choć książek ukazuje się naprawdę dużo. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z coraz większym rozwarstwieniem – rośnie grupa nieczytająca w ogóle, za to ci, którzy czytają, sięgają po większą liczbę tytułów.

Arcydzieła z blokowiska. Tajemnica sukcesu Edmunda Niziurskiego

W PRL Polacy byli odcięci od Zachodu. Musiała więc powstać rodzima literatura młodzieżowa.

zobacz więcej
Chciałabym, aby pozytywny snobizm na czytanie sprawił, że grupa czytających będzie się powiększała i w zasadzie nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat czynię wielkie wysiłki, by dorzucić do tego swoje trzy grosze.

Akurat moda na czytanie dzieciom i pozytywny snobizm, o którym pani mówi, jest bardzo silnym trendem. Czy myśli pani, że dzisiejszy boom literatury dla dzieci i świadomość rodziców będą lekiem na słaby poziom czytelnictwa?

Oczywiście mam taką nadzieję. Trudno mi sobie wyobrazić, że kontakt z tak dobrymi, pięknymi i ciekawymi książkami nie wytworzy w dzieciach nawyku sięgania po literaturę. A z drugiej strony, współczesny świat proponuje już najmłodszym inne, jak niektórzy twierdzą – atrakcyjniejsze –formy rozrywki. Łatwe, lekkie i przyjemne, które sprawiają, że nieco starsze dzieci sięgają wyłącznie po lektury lub, co gorsze, po opracowania.

Ciężko mi zrozumieć taki fenomen: wydawnictwa dla dzieci przygotowują z roku na rok coraz piękniejsze książki. Mnogość tematów, jakość wykonania, pomysłowość ilustratorów powoduje zachwyt i niemal zawrót głowy, a z drugiej strony kryzys czytelnictwa i dane, w które trudno uwierzyć. Tylko 38% Polaków czyta książki… O co chodzi? Skorupka jednak nie nasiąka?

Mam wrażenie, że cały czas wpadamy w pułapkę patrzenia z perspektywy wykształconych (lub aspirujących) mieszkańców dużych miast. Tak, tu kupujemy dzieciom książki, chodzimy z nimi na warsztaty literackie czy ilustratorskie, odwiedzamy księgarnie specjalizujące się w literaturze dziecięcej.

Jednak nie wszędzie jest tak różowo. Pokutuje opinia, że książki, szczególnie te pięknie wydane – a to dotyczy przede wszystkim książek dla dzieci – są drogie, i to nie jest wyłącznie subiektywny osąd.

Ale one są drogie…

Książek nie musimy przecież od razu kupować, możemy je na przykład wypożyczyć w bibliotekach, w których od pewnego czasu coraz większe środki przeznaczane są na zakup nowości. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: znacznie łatwiej jest nam, rodzicom, dać dziecku do ręki smartfona, by się przez chwilę (często dłuższą) sobą zajęło, niż wybrać się do biblioteki czy księgarni, a potem jeszcze czytać z tym, które jeszcze nie posiadło tej umiejętności.

To oczywiście duże uogólnienie i uproszczenie, ale ja w tym – a także w braku nawyku czytania wśród rodziców – upatruję źródło tego nieszczęścia, jakim są wciąż spadające wskaźniki czytelnictwa.

Pisze pani książki dla dzieci (ja zresztą też), więc nie chcę by to źle zabrzmiało, ale nie ma pani wrażenia, że dziś dla dzieci piszą wszyscy? Aktorki, aktorzy, lekarze, psychologowie, politycy, dziennikarze, celebry ci… Co z zawodem pisarza?
Wspólne czytanie wiersza "Lokomotywa” Juliana Tuwima w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży w Warszawie w czasie Nocy Bibliotek w 2017 roku. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
To prawda, piszą wszyscy, a im bardziej ktoś znany – nieważne, z czego – tym wydawcy chętniej publikują taką propozycję. Może zabrzmi to trochę zawistnie, ale nie takie są moje intencje: jestem zwolenniczką sytuacji, w której ludzie robią to, do czego mają talent, w czym są dobrzy.

Rzadko zdarza się, by pisarz występował w filmie lub śpiewał, a odwrotnie – zbyt często. Niestety, patrzenie wyłącznie na popularność autora i potencjał sprzedażowy to dobre rozwiązanie wyłącznie dla wydawnictwa, a nie dla czytelnika.

A myśląc tylko o czytelniku, to kto dziś, pani zdaniem, jest piórem na miarę Tuwima czy nieodżałowanej Chotomskiej?

Przyznam, że nie za bardzo lubię takie porównania. Na pewno jest współcześnie kilku wybitnych twórców, których książki wejdą do kanonu literatury dziecięcej. Dla mnie zjawiskiem są Małgorzata Strzałkowska i jej poezja, a także Marcin Szczygielski, którego twórczość jest fenomenem na polskim rynku (co książka to nagroda albo i dwie).

Na co w ostatnim czasie zwróciła pani uwagę?

Świetnych książek ukazuje się teraz tyle, że wskazanie jednej jest nie tylko niemożliwe, ale i krzywdzące. Osobiście trzymam mocno kciuki za serię „Feralne Biuro Śledcze” Svena Jönssona vel Rafała Witka (nie zdradzam już tajemnicy, bo wiadomo, kto kryje się pod tym pseudonimem), która od niedawna ukazuje się w wydawnictwie Bajka. Ale trzymam kciuki za wszystkie polskie wydawnictwa, a najbardziej za te małe, które dzięki sprzedaży praw do świetnych polskich książek mogą się rozwijać i wydawać prawdziwe rarytasy dla najmłodszych.

– rozmawiała Kamila Cyz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Zdjęcie główne: Bydgoszcz, 12 czerwca 2018. Ogólnopolskie Święto Wolnych Książek - XV edycja. Fot. PAP/Tytus Żmijewski
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy mieli mózgi sprane przez telewizję rosyjską
Moja gazeta przyjęła jednoznaczną pozycję krytyczną wobec tego, co Rosjanie robili na Ukrainie – mówi redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941
Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Do katastrofy elektrowni atomowej dojść już nie może
Barierą w rozwoju odnawialnych źródeł energii jest brak technologii jej magazynowania – mówi dyrektor Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, żebym dał się złapać
Prokurator straszył, że to co robię to obalanie ustroju przemocą i grozi mi kara śmierci – Romuald Szeremietiew wspomina powstanie Konfederacji Polski Niepodległej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Nie chce mi się wierzyć, że „dobrzy chłopcy” służyli diabłu
Janosik zbójował jedynie półtora roku, raczej nigdy nie stanął na polskiej ziemi. Miał zaledwie 25 lat, jak został powieszony na haku. Nie była to jednak znacząca postać w porównaniu do harnasiów działających na naszym terenie.