Kultura

Czułe ucho laryngologa. Pół wieku po śmierci Krzysztofa Komedy

Nie pamiętam Krzysztofa w czerwonym krawacie. Unikał go nawet 1 maja, 22 lipca i w tym podobne święta tamtej epoki. Wykręcał się, że krawat przeszkadza mu podczas gry na klawiaturze. I ta argumentacja działała – wspominał kolega z ZMP.

Jak to się stało, że dwukrotnie nie przyjęto Krzysztofa Komedy w poczet Związku Kompozytorów Polskich? – To brudna plama w historii Związku – opowiada znany kompozytor, zastrzegający sobie anonimowość. – Nie do wywabienia, bo przecież trudno przyznać członkostwo pośmiertnie. Został zignorowany, ponieważ odniósł spektakularny sukces, podczas gdy twórczość większości zrzeszonych w związku twórców nie znał pies z kulawą nogą.

Ten opis sytuacji nie do końca jednak odpowiada prawdzie. W komisji rozpatrującej kandydaturę Komedy do ZKP figurują przecież personalia słynnych muzyków i kompozytorów: Grażyny Bacewicz, Witolda Lutosławskiego, Kazimierza Serockiego czy Tadeusza Bairda.

Za pierwszym razem odmowną decyzję uzasadniono zdaniem: „głosy instrumentalne (bez partytur) kilku utworów jazzowych nie są wystarczającą podstawą do członkostwa ZKP”.

Druga próba zakończyła się fiaskiem, gdyż: „przedstawione utwory przynależą raczej do nowoczesnych nurtów jazzu, niźli współczesnej muzyki poważnej”. Zarazem sugerowano kandydatowi akces do Związku Autorów i Kompozytorów Rozrywkowych, z czego zresztą skorzystał.
Komeda – muzyczne ścieżki życia
„Jego kompozycje uwodziły nowatorskim brzmieniem, dotychczas niespotykanym, lecz miał początkowo spore problemy z poprawnymi zapisami nutowymi, co być może wpłynęło na odrzucenie kandydatury Komedy przez komisję decydentów. W grę mogła tez wchodzić zawodowa zawiść, którą wzbudzał w środowisku dynamiczną karierą” – oceniał redaktor naczelny pisma „Jazz” Józef Balcerak.

Jak wyglądał proces twórczy muzyka dobrze zapamiętał jego pasierb Tomasz Lach: – Zasiadając do pianina pozostawał w pokoju sam. Obowiązywały bezwzględne, nadzorowane przez Matkę, rygory. Cisza, spokój i nie zagadywanie – gdy wchodził do kuchni czy łazienki. Nie mieliśmy telewizora, gdyż mógłby przeszkadzać. Radio stojące na parapecie kuchennym grało cichutko jedynie wieczorem, kiedy Matka słuchała Wolnej Europy. Głośniej, gdy Krzysztof robił sobie około półgodzinne przerwy w pracy, włączając jakiejś zachodnioeuropejską tudzież amerykańską rozgłośnię emitującą jazz. Rankiem, po długiej kąpieli w wannie, pojawiał się w kuchni na śniadaniu. Zawsze identycznym: kajzerka z masłem, plasterek żółtego sera, jajko na miękko albo dwa w szklance, kawa względnie herbata. A potem do pokoju, i praca. Nawet nocami, do rana, a niekiedy kilkudobowa. Matka spała wraz ze mną w kuchni. Ona w moim łóżku, a ja na dmuchanym materacu pod stołem. Kiedy komponował, odpalał papierosa od papierosem, chociaż się nie zaciągał. To nie był nałóg, raczej katalizator twórczy. Nałogiem było skrupulatne mycie dłoni. Rodzaj jakiegoś natręctwa, a może forma odreagowania.

Pseudonim z wojska

Krzysztof Trzciński, bo tak brzmiały jego prawdziwe personalia, wywodził się z wielkopolskiej rodziny szlacheckiej o patriotycznych tradycjach. Dzieciństwo upłynęło mu w dostatku. Ojciec, bankowiec, zarabiał na tyle dobrze, że żona nie musiała pracować. Ferie syn spędzał w Tatrach, wakacje nad Bałtykiem.

Tam też latem 1939 roku zapadł na paraliż dziecięcy. Nie znano wtedy jeszcze szczepionki przeciwko polio (nota bene wynalazł ją w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia roku nasz rodak, profesor Hilary Koprowski). Po chorobie pozostał trwały przykurcz nogi.

Jesienią 1939 roku rodzinę Trzcińskich, jak większość Polaków, Niemcy wypędzili z Poznania. Trafili do Częstochowy, gdzie chłopiec kontynuował naukę gry na fortepianie, rozpoczętą w szóstym roku życia.

Do Krakowa jeździł szyć marynarki, a do Katowic – spodnie

Tak, jak o elegancję, dbał o prawdę. O Leopoldzie Tyrmandzie opowiada Andrzej Dobosz – część 3.

zobacz więcej
Pomiędzy bajki należy jednak włożyć opowieść, że na lekcje udawał się do miejscowego getta, przekraczając bramę dzielnicy żydowskiej dzięki specjalnemu glejtowi.

Równie legendarnie wygląda sprawa pseudonimu, pod którym zdobył światowy rozgłos. Ponoć powstał on w wyniku dziecięcej zabawy w wojsko. Przyznawszy sobie wysoką rangę „komendanta” napisał na szopie, miejscu zbiórek rówieśników, „Komęda”. Koledzy starli ogonek pod „e” i zaczęli przezywać go Komeda.

Po wojnie ojciec Krzysia został skierowany do pracy w banku wałbrzyskim. W tamtejszej szkole podstawowej syn regularnie uświetniał recitalami akademie. Świadectwo maturalne zdobył w Ostrowie Wielkopolskim. Za drugim podejściem, bo miejscowy nauczyciel historii uznał jego nieznaczne utykanie za fanaberię. Ponadto pedagoga irytowało, że podczas wykładów Trzciński nieraz pogwizdywał, akompaniując sobie ołówkiem uderzanym o blat ławki.

A że uczeń w dodatku hołdował modzie określanej jako bikiniarskiej, postanowił nie dopuścić go do matury. Na nic zdały się próby udobruchania zawziętego pedagoga. – Na własnej skórze przekonałem się o prawdzie powiedzenia, że walka z nauczycielem przypomina pojedynek gołej d… z batem – wspominał po latach. Repetował ostatnią klasę.

Talent Trzcińskiego odkrył Witold Kujawski, kontrabasista „Melomanów”, legendarnej formacji jazzowej tamtych lat.

– Gimnazjum, do którego uczęszczałem, nieco przede mną ukończył Witek Kujawski. Często odwiedzał rodzinę w Ostrowie i gdy usłyszał o istnieniu orkiestry w swojej „budzie”, przyszedł do nas na próbę. Od niego dowiedziałem się, że wariacje, jakie na fortepianie zaprodukowałem mu po temacie Glenna Millera „In The Mood”, są improwizacją jazzową. Odtąd zacząłem interesować się jazzem, szukać go w radio – opowiadał Komeda.

Radiowe spóźnienia

W środy i piątki opuszczał pierwszą lekcję, gdyż w te dni o godzinie 7.45 Polskie Radio nadawało koncerty muzyki rozrywkowej orkiestry Jerzego Haralda, mającej w repertuarze także synkopowe rytmy. Niebawem zaczął słuchać zagranicznych radiostacji emitujących jazz, bowiem w Polsce bierutowskiej ten gatunek muzyczny był na cenzurowanym. W 1949 roku zniknął z fal eteru, sal koncertowych i dancingów. – To kakofonia zgniłego imperializmu – grzmiała Zofia Lissa, czołowy muzyczny ekspert socrealizmu.

Komeda łapał, więc na przedwojennym „Telefunkenie” audycję „This is jazz”, a potem muzyczne programy Willisa Conovera, adresowane do amerykańskiego regimentu stacjonującego w Niemczech Zachodnich.
Karta Immatrykulacyjna Krzysztofa Komedy wydana przez Akademię Medyczną. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Zakazana muzyka stała się jego pasją, lecz zdawał sobie sprawę, że powinien zdobyć bardziej uniwersalny zawód. Pomyślał o medycynie. Na egzaminie wstępnym otrzymał noty dobre z przedmiotów kierunkowych i dostateczną z „Nauki o Polsce i świecie współczesnym”, traktowanej priorytetowo. Był rok 1950. Od studentów w pierwszym rzędzie oczekiwano znajomości marksizmu.

W jaki sposób zatem Komedę przyjęto do poznańskiej Akademii Medycznej? Snop światła na to rzucają wspomnienia Jarosława Dubiela, przełożonego Komedy z Związku Młodzieży Polskiej: – Krzysztof do organizacji wstąpił zimą 1949 roku. Odbyło się to hurtowo zimą 1949 roku. Do klasy wszedł nasz przedstawiciel rozdając uczniom stosowne ankiety i nakazując ich wypełnienie. Niepokornych czekały szykany z relegowaniem ze szkoły włącznie. (…) Nie pamiętam jednak Krzysztofa w czerwonym krawacie. Unikał go nawet 1 maja, 22 lipca i w tym podobne święta tamtej epoki. Wykręcał się, że krawat przeszkadza mu podczas gry na klawiaturze. I ta argumentacja działała. A nikt w powiecie nie wyobrażał sobie imprez muzycznych bez zespołu szkolnego „Karioka”, które założycielem i liderem był Trzciński. Na scenie prezentowali repertuar ludowy, na próbach królował dixieland. (…) Przyszedł do mnie z prośbą o opinię, niezbędna do podjęcia studiów. Napisałem, że kol. Trzciński był czynnym członkiem ZMP, prowadził licealną orkiestrę i chętnie współorganizował w powiecie imprezy muzyczne z okazji świat państwowych. Potem mi wylewnie mi dziękował, bo podobno opatrzone stosownym stemplem pismo pomogło mu zdobyć indeks.

„Crazy girl”

Studia medyczne przebrnął bez kłopotów. Wybrał specjalizacje laryngologiczną. Przysięgę Hipokratesa złożył w roku 1955.

Czuło się już wówczas pierwsze symptomy Odwilży. Debiutowali Marek Hłasko i Andrzej Munk. Niebawem Leopold Tyrmand opublikował „Złego”. Zza żelaznej kurtyny przybyli do Warszawy uczestnicy Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Przywieźli nie tylko dżinsy i coca-colę, ale także płyty. Z nagraniami Louisa Armstronga, Duke’a Ellingtona, Cole’a Portera, Oscara Petersona...

Wtedy już słuchano ich bez obaw. Wcześniej za granie i upowszechnianie tej muzyki można było nawet trafić za kratki. Nie pomagały tłumaczenie, że „jazz grają w USA Murzyni bezwzględnie wyzyskiwani przez jankeskich imperialistów” – jak deklarował Paul Robeson, „postępowy” wokalista tamtych lat, Amerykanin regularnie śpiewający w na estradach Związku Sowieckiego i jego sojuszników.

Z racji zbyt młodego wieku Komedę ominął katakumbowy okres polskiego jazzu. Zaliczył epizod z „Melomanami” pod egida Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza i Andrzeja Trzaskowskiego. Koncertował z zespołem dixielandowym Jerzego Grzywińskiego oraz swingowym Janusza Zabieglińskiego.

Dwa jajka w szklance, szalona miłość i czerwone BMW. Wspomnienia syna Krzysztofa Komedy

O Krzysztofie Komedzie opowiada jego przybrany syn Tomasz Lach.

zobacz więcej
Nie zaspokajało to aspiracji artysty in spe. Pociągał go „modern jazz”, toteż stworzył „Komeda sextet”. Zaprosił do współpracy m.in.: Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego i Jerzego Miliana odnosząc spektakularny sukces na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie.

Podczas jednego z muzycznych wyjazdów po raz pierwszy dosięgła go strzała Amora. Za sprawą pianistki Barbary Hesse-Bukowskiej, laureatki Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie.

Nie ona jednak została jego żona. Wybrał Zofię Lachową, urodziwą, barwną, ekstrawagancką nawet, niewiastę tamtej epoki. Admiratorką jazzu, osobę kontaktową i operatywną, toteż piastowała zarazem funkcję impresaria męża. Czy z myślą o niej zatytułował swą debiutancką płytę „Crazy girl”?

Przyjęcie weselne odbyło się w krakowskim Jazz Klubie. Marsz Mendelssohna zaaranżowano na sześć saksofonów przez Andrzeja Kurylewicza. Gdy nowożeńcy wrócili do domu na Grzegórzkach, zastali wyrysowaną przez Wiesława Dymnego pocztówkę z dwoma króliczkami tańczącymi na plaży pod palmą. Z wykaligrafowanym mottem: „Miłości, zdrówka i pogody tutaj mieszkają Komedowie”.

Ona wspominała: – Jak się pobieraliśmy, to zastrzegł, że nie chce mieć dzieci. Powiedział: „Ty już masz dziecko i ono będzie nasze”.

W roli ojczyma Tomasz Lacha, syna Zofii z pierwszego małżeństwa, sprawdził się wybornie.

Od roku 1957 w rubryce zawód wpisywał muzyk. Praca w poznańskiej klinice, gdzie samodzielnie wykonał 26 operacji i wielokroć przy nich asystował, połączona z całodobowymi dyżurami raz w tygodniu okazała się nie do pogodzenia z komponowaniem. Dlatego pod koniec września 1957 roku Komeda porzucił kitel.

– Był laryngologiem o wyjątkowo czułym uchu, więc miłość do muzyki okazała się silniejsza i jej poświęcił życie – powiedział na uroczystości odsłonięcia pomnika artysty przed poznańskim Uniwersytetem Medycznym, rektor uczelni prof. Jerzy Wysocki.

Nuty z ekranu

Oprócz jazzu z upodobaniem tworzył muzykę filmową. Zaowocowało to choćby ponadczasową balladę „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść” – w kongenialnej interpretacji Edmunda Fettinga – oraz ścieżkami dźwiękowe do obrazów Janusza Nasfetera, Jerzego Passendorfera, Janusza Morgensterna, a zwłaszcza Jerzego Skolimowskiego, który w czasie studiów był elektrykiem pracującym przy koncertach zespołu Komedy.

Muzyk stal się dla filmowców inspiracją. Skolimowski wraz z Jerzym Andrzejewskim napisali scenariusz zekranizowany przez Andrzeja Wajdę pt. „Niewinni czarodzieje”. Zdaniem Zofii Komedowej rażący fałszem, choć odtwarzający rolę jazzującego medyka Tadeusz Łomnicki stylizował się „na Komedę” i dla większego podobieństwa rozjaśnił włosy.
Fotos z planu filmu "Niewinni czarodzieje", na zdjęciu z lewej Kalina Jędrusik, z prawej operator Krzysztof Winiewicz, w środku (z pałeczkami) Tadeusz Łomnicki z rozjaśnionymi włosami, odtwarzajacy rolę lekarza - jazzmana. Fot. PAP/Piotr Barącz
Coraz wyższe zarobki – rezultat jazzowych wojaży po Skandynawii – gwarantowały muzykowi barwną egzystencje w szarzyźnie małej stabilizacji towarzysza Wiesława. Stać go było na zagraniczne wakacje i modne ciuchy. Mógł rozwinąć pasję motoryzacyjną, zainaugurowaną kupnem używanego skutera marki Lambretta od aktora Bogusza Bilewskiego. Potem przesiadł się za kierownicę kolejnych aut. „Garbusa”, BMW, Porsche i Forda Mustanga. Dwa ostatnie kupił już w USA.

„Wyprawa za Atlantyk w grudniu 1967 roku stanowiła ukoronowanie jego kariery kompozytora muzycznych ilustracji filmowych. Zwłaszcza, że był twórcą spoza „żelaznej kurtyny". Pozostawiał za sobą świetną, dynamicznie rozwijającą się twórczość europejskiego jazzmana. Sądzę, że po pierwszym sukcesie – muzyce do filmu „Rosemary's Baby” postanowił osiąść w Stanach Zjednoczonych. Tak wynika z analizy jego zachowań, działań oraz korespondencji.

Wizyta żony w Hollywood, która spędziła tam z Krzysztofem parę miesięcy, uświadomiła jej, że na szczycie filmowej drabiny sukcesu dla niej miejsca zabrakło. Wróciła do Polski, pozostawiając męża samego. – Być może sądziła, że tym szantażem skłoni go do powrotu. Przegrała. Związał się z kochanką – mówi Tomasz Lach. Kołysanka z dreszczowca Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary” otworzyła przed Komedą wrota do Hollywood. Ale nie zdążył ich przekroczyć.

Krwiak mózgu

– Był to typowy męski wieczór. Dużo alkoholu, wygłupy. Komeda z Hłaską zostali sami. Na mocnym rauszu wyruszyli na nocny spacer po Beverly Hills, W pewnym momencie Marek szturchnął Krzysia. A ponieważ był bardzo pijany, zabrakło mu wyczucia i pchnął przyjaciela zbyt mocno. Komeda upadł uderzając głowa o kamienie. Nie dawał znaku życia. Przerażony Hłasko zarzucił sobie Krzysia na ramiona i tak nieprzytomnego niósł. Po chwili sam się wywrócił i obaj stoczyli się ze zbocza. – wspominała Zofia Komedowa

Tragiczny wypadek ciągle jednak okrywa mgła tajemnicy. Pomimo drobiazgowych dochodzeń licznych biografów (artysta jest bohaterem 7. książek), co jakiś pojawiają się kolejne informacje, zgłaszają nowi świadkowie, publikowane są alternatywne wersje wydarzenia.

Ponieważ prześwietlenie niczego groźnego nie wykazało szybko zwolniono go z kliniki. Dopiero w kilka tygodni później – po fali migren, zawrotów głowy, zaników świadomości – poddano Komedę specjalistycznym badaniom. Wykazały zaawansowany krwiak mózgu. Wkrótce pacjent stracił świadomość.

Leżał w amerykańskim szpitalu ponad trzy miesiące. W śpiączce, z fatalnymi rokowaniami. Kochanka go porzuciła, żona przyleciała do Los Angeles natychmiast po otrzymaniu wiadomości o stanie męża. Opiekowała się nim, usiłując za wszelką cenę ratować. Wielokrotnie rozmawiała z Markiem Hłaską, również odwiedzającym pacjenta w klinice.
Marek Hłasko z Krzysztofem Komedą. Fot. Wikimedia/Marek Nizich-Niziński - Wiadomości Nr 26/1971 - www.kpbc.ukw.edu.pl
– Jego przyjaźń z Krzysztofem, jak to wspominały inne obecne tam osoby, była wyjątkowa, bardzo bliska. Po tragicznej śmierci Hłaski moja matka doszła do wniosku, że podkręcone środkami uspakajającymi i nasennymi upicie się pisarza to była udana próba samobójcza, ponieważ zaciążyła na nim śmierć Krzysztofa. I tak narodziła się ta czarna legenda – mówi Lach.

Dzięki wstawiennictwu malarki i scenografa Małgorzaty Spychalskiej, córki ówczesnego Przewodniczącego Rady Państwa, udało się muzyka przewieźć do Polski. (Pagart, instytucja mająca na celu promowanie polskich artystów za granicą, umył ręce twierdząc, że jazzman jest mu winien 175 dolarów!)

Nie był to jednak dobry pomysł. Komeda musiał być karmiony przecierami – jak niemowlak. Tymczasem w Polsce nie można było jeszcze kupić słoiczków z baby food…

Czy zatem nie było błędem sprowadzanie nieprzytomnego pacjenta do Polski? Przecież opieka medyczna w USA jest przecież znacznie bardziej zaawansowana.

Zmarł trzeciego dnia po przylocie

– Ale też znacznie kosztowniejsza dopowiada Lach. – Trzymiesięczny pobyt Krzysztofa w izolatce, podłączonego do specjalistycznej aparatury i z 24-godzinną fachową opieką medyczną, kosztował wtedy grubo ponad 40 tys. dolarów. Komedowie mieli odłożone wypłaty za dwa amerykańskie filmy, co wystarczyło na pierwszy miesiąc, a potem pojawiły się długi. Niwelowane początkowo dzięki pożyczkom, składkom i zapomogom przyjaciół. Wytwórnie filmowe nie poczuwały się do pomocy. W końcu szpital, w którym leżał Krzysztof, zaczął dopominać się o spłatę narastającego zadłużenia, grożąc przeniesieniem pacjenta do kliniki publicznej, co byłoby dlań natychmiastowym wyrokiem śmierci.

Trzeciego dnia po przylocie do Warszawy zmarł. Jak informuje karta zgonu: „z powodu obustronnego zapalenia płuc spowodowanego długotrwałą comą i brakiem odporności organizmu”. Spoczął w mogile na Powązkach. Ale nie w Alei Zasłużonych. Nigdy bowiem nie otrzymał żadnego państwowego odznaczenia.

„Genialnie łączył jazz ze słowiańskim liryzmem i tradycjami muzyki polskiej” – napisał w nekrologu krytyk muzyczny i konferansjer Andrzej Jaroszewski.

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Przy pisaniu tekstu korzystałem z książek:

Bez niego wielkie filmy byłyby uboższe

Z muzyką filmową Wojciecha Kilara jest tak, że wszyscy ją znają, choć o tym nie wiedzą.

zobacz więcej
• Zofia Trzcińska: „Nietakty. Mój czas, mój jazz”. Wyd. Szelest 2015
• Emila Batura: „Komeda. Księżycowy chłopiec ". Wyd. Rebis 2010
• Tomasz Lach: „Ostatni tacy przyjaciele. Komeda, Hłasko, Niziński". Wyd. Instytut Wydawniczy Latarnik 2013
• Tomasz Lach: „Kumpel. O Komedzie, Zosce i innych”. Wyd. Muza 2017

oraz filmu:

• „Czas Komedy", reż. Robert Kaczmarek i Mariusz Kalinowski. Prod. Dr Watkins/Program II TVP 1994
Zdjęcie główne: Pomnik Krzysztofa Komedy w Poznaniu. Fot. Wikimedia/Stiopa - Praca własna, CC BY-SA 3.0
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.