Cywilizacja

Koszulka z Adolfem

Swastyki w lolitkowato-japońskim stylu oblepione mnóstwem różu, lukru i kotków to jeden styl.

Drugi to „führer chic”, lekko podszyty sadomasochizmem, fascynacją światem skórzanych płaszczy, bryczesów i czapek z wysokim daszkiem.

Hitleromania podbija Azję.

Hitler lepszy żywy niż martwy?

Może dobrze się stało, że polskie próby zamachu na przywódcę III Rzeszy nie powiodły się. Bo odwet byłby tak krwawy, jak nigdy.

zobacz więcej
Takie zdjęcie zawsze ma szanse zawędrować wysoko na Facebooku, na Instagramie, a bywa, że i trafić na rozkładówkę typu „Ach, dziwny jest ten świat” w jakimś tygodniku ilustrowanym, by jego gospodyni w szczodrze nałożonym makijażu miała się czym zgorszyć. Zawsze widać na nim uliczkę w jednym z tych odległych, ciepłych krajów: palmy i bambusy, barwny rozgardiasz, uchachana czereda dzieciaków, a gdzieś na pierwszym planie – plakat, na którym lody w chrupiących waflach reklamuje swoją twarzą sam Kanclerz Rzeszy (Reichskanzler). Albo – łopoczące na straganie, obskakiwane przez makaki T-shirty z wizerunkiem Naczelnego Wodza Wehrmachtu. Albo bodaj szyld sklepu spożywczego, na którym czerwienieje mała swastyka – niby tradycyjna, hinduska, ale przerobiona tak, że do złudzenia przypomina godło na opasce funkcjonariusza NSDAP.

Czy rzeczywiście Adolf Hitler cieszy się rosnącą popularnością od Indii po Tajlandię? Czy oznacza to, że na Dalekim Wschodzie neonaziści zdobywają rząd dusz i możemy mówić o nowej, antyizraelskiej osi Bangkok-Islamabad? Czy raczej mamy do czynienia po prostu z pospolitą, dochodzącą dziś do głosu na większą skalę niż kiedyś, bezbrzeżną ignorancją?

Sprawa nie jest jednoznaczna, zwłaszcza, jeśli sięgnąć głębiej niż do migawek z tajlandzkiego trekkingu. Kanadyjski portal Vice.com, specjalizujący się w opisywaniu mód kulturowych, poświęcił zjawisku „hitleromanii” kilka tekstów, osobno opisując zespoły rockowe w rodzaju południowokoreańskiej kapeli „Pritz”, która wygląda, jakby obszywał ją sam Hugo Boss, poprzez sieć kafejek i „barów tematycznych” w rodzaju Soldatenkaffee, aż po indonezyjskiego gwiazdora muzyki pop Ahmada Dhani, który przed pięciu laty wystąpił na koncernie na rzecz kandydata w wyborach prezydenckich w mundurze, którego mógłby mu pozazdrościć sam Heinrich Himmler. W Tajlandii lokalne bary franczyzujące usługi Kentucky Fried Chicken usiłowały zastąpić Hitlerem płk. Harlanda Sandersa, a liczby wydań „Mein Kampf” nie sposób się doliczyć.
Cytowana przez portal prof. Laura Kidd, specjalistka od historii brandingu wykładająca na Southern Illinois University, w pierwszym zdaniu swojej wypowiedzi wymienia dwa główne nurty nowej mody: „swastikawaii”, w lolitkowato-japońskim stylu oblepiający swastyki mnóstwem różu, lukru i kotków oraz odrobinę tylko bardziej zborny „führer chic”, sięgający do wyobrażeń związanych z Adolfem Hitlerem, a także służbami specjalnymi i siłami zbrojnymi Trzeciej Rzeszy. Dewizą entuzjastów tego drugiego stylu mogłaby się okazać znana sentencja: „Naziści byli źli, ale ładnie się ubierali” –niewątpliwie kieruje nimi lekko podszyta sympatiami sadomasochistycznymi fascynacja światem skórzanych płaszczy, bryczesów i czapek z wysokim daszkiem.

Jak konkwistador w meloniku stworzył najpotężniejsze miasto-państwo

To „miasto lwa” czytelnikom turystycznych blogów znane z zakazu żucia gumy, politologom – za sprawą szczególnego modelu autorytaryzmu, a inwestorom całego świata – ze względu na 67 tys. dolarów PKB na głowę rocznie.

zobacz więcej
Portal Vice w swoim demaskatorskim zapale nie jest do końca wiarygodny (pod koniec pewnego tekstu jedna z najbardziej znanych prowokacji performera Zbigniewa Libery, czyli imitacja pakietu klocków Lego służących do budowy KZ-tu, przywołana została jako przykład tego, że azjatycka moda objęła również Polskę). Akademiccy badacze zgadzają się jednak, że wśród mieszkańców Azji, którzy posiadają naskórkową kompetencję w zakresie historii, Trzecia Rzesza może z różnych powodów budzić przychylność. Już to ze względu na marzenie o silnym liderze, który przegoni skorumpowanych urzędników i narzuci krajowi program forsownej modernizacji, już to z racji tego, że walczyła z potęgami kolonialnymi Starego Świata.

Nic w tym nowego: różne cegiełki – które swego czasu złożyły się na hitlerowską wizję ładu politycznego, od integralnego antysemityzmu prowadzącego do postulatu ludobójstwa, po marzenie o systemie wodzowskim – przyjmują się, niczym bakterie, w nowych lokalizacjach, w nowych czasach i hasło „neonazizm” nie jest tylko (choć nieraz bywa) łatką, przyczepianą przez lewicę nielubianym ruchom. Wydaje się jednak, że tym, co najbardziej szokuje odbiorców wiadomości o „kulcie Hitlera w Azji” jest nie tyle obawa przed brunatnymi batalionami Sikhów, ile połączenie bezbrzeżnego zdumienia połączonego z oburzeniem: jak można być takim ignorantem, jak można nie wiedzieć – no, o kim jak o kim – ale o HITLERZE?

Tu jednak zaczynają się pułapki, paradoksy i nieoczywistości, które czynią całą sytuację tak ciekawą, a nasze poczucie wyższości moralnej (uczucie, które zawsze warto kwestionować) mocno nieoczywistym.

Po pierwsze bowiem: czy rzeczywiście możemy mówić o całkowitej niewiedzy? Przecież nie: na T-shirtach i plakatach nie widnieje „jakiś śmieszny gość z wąsikiem”. W takiej roli mógłby wystąpić John Cleese, Salvador Dali, albo i stereotypowy „Janusz”, wyśmiewany bezustannie przez nadwiślańskich ojkofobów (Janusz, projekcja ojkofobicznych lęków, jak wiadomo zawsze występuje w sandałach i skarpetach, z reklamówką, otwartą butelką piwa i z dość niechlujnym, wiechciowatym wąsem kmiecia). Tajowie i Syngalezi postanowili jednak obsadzić w tej roli Adolfa Hitlera. Nie jest więc tak, że „nie wiedzą o nim nic”. Nie wiedzą o nim „niemal nic”. Wiedzą, że ktoś taki istniał – i że jego wizerunek jest powszechnie rozpoznawalny, a zarazem budzi silne emocje. Jego okazywanie kojarzone jest z przekorą, ze zdolnością do postawienia się na kontrze wobec narzucanych odgórnie norm – a w świecie współczesnej popkultury postawa taka jest w najwyższej cenie.
Innymi słowy, jak powiedziałby specjalista od semantyki, we wszystkich przypadkach pracowicie gromadzonych przez portal Vice, blogerów i oburzone żurnalistki – czy będzie to mural na ścianach tajlandzkiej uczelni Chulalongkorn, na którym wódz Tysiącletniej Rzeszy stał ramię w ramię z Supermanem, zanim zamazano go farbą po interwencji kilku europejskich ambasadorów, czy sklep papierniczy w Hong Kongu, oferujący reprinty nazistowskich plakatów – mamy do czynienia z zabiegiem oderwania pojęcia (i całej kaskady skojarzeń historycznych i kulturowych, łączących się z osobą Hitlera) od znaku graficznego: chmurnego jegomościa z niewielkim wąsikiem.

Kłamstwo, podstęp i komiksy. Jak amerykański showbiznes ukradł superbohatera

Superman, przybysz z planety Krypton, skończył 80 lat. W ciągu długiego życia zarobił miliony dolarów, ale jego ojcowie – Jerry Siegel i Joe Shuster – zaznali nędzy.

zobacz więcej
Tylko czy rzeczywiście stanowi to taką osobliwość? Adolf Hitler jest jedną z najpopularniejszych postaci zachodniej popkultury, na różnych jej szczeblach i cytowany z różną dozą ironii. Pojawia się w dziesiątkach gier komputerowych, począwszy od „Wolfensteina” i „Call of Duty”, w komiksach i komediach, parodiowany przez Charlesa Chaplina i Binga Crosby’ego. Jego obecność w „ikonosferze” na tym poziomie nie budzi niczyjego oburzenia, mimo że nie towarzyszy jej żaden komentarz, dodatkowa informacja czy rutynowa fraza potępienia. Za przekroczenie granic (ale też nienadmiernie naganne) uważane bywa dopiero sięgnięcie po hitlerowski mundur podczas halloweenowych i karnawałowych zabaw. Ta pokusa jest jednak spora, nie oparł się jej w końcu sam książę Harry.

Czyli konsumentom zachodniej popkultury wolno wykorzystywać wizerunek Hitlera i hitlerowskich parafernaliów, mimo że, jak można przypuszczać, mają nieporównanie większy zasób wiedzy niż ich azjatyccy rówieśnicy na temat zbrodni Trzeciej Rzeszy? Oznaczałoby to, że – wbrew zdroworozsądkowej i tradycyjnej zarazem zasadzie, iż niewiedza stanowi okoliczność łagodzącą (jeśli nie przesłankę usprawiedliwiającą) – w przypadku odwoływania się do ikonografii Hitlera usprawiedliwia dopiero posiadana wiedza, z której nie wyciąga się jednak konsekwencji.


To jednak dopiero pierwszy z paradoksów. Wiele bowiem wskazuje na to, że sięgając po wizerunek „podobno szeroko znanego jegomościa ze śmiesznym wąsikiem” mieszkańcy Azji podejmują po prostu działanie, w którym przez stulecia przodowała Europa, a które pod piórem specjalistów od badań nad kolonializmem zyskało uczone miano „przywłaszczenia kulturowego” (cultural appropriation).

Na czym polega, zdaniem jego krytyków, przywłaszczenie kulturowe? Ujmując to najprościej: na sięganiu po elementy (znaki, zachowania, przedmioty) stanowiące istotną składową innej kultury i eksploatowanie tych elementów w oderwaniu od całego kontekstu, najczęściej do celów rozrywkowych lub komercyjnym. Prawnicy komentują takie działania jako zawłaszczanie zbiorowej własności intelektualnej, etnografowie mówią o demontowaniu bądź osłabianiu kodów kulturowych. Aktywiści niechętni kolonialnemu dziedzictwu „białych” często wylewają dziecko z kąpielą, unosząc się gniewem na pióropusz indiański czy meksykańskie sombrero, po które sięga wybierający się na kinderbal pięciolatek. Mniejsza o kinderbale – w kuźniach poprawności politycznej, jakimi są campusy amerykańskich uczelni, nie ma już mowy o tym, by do atrybutów danej kultury odwoływał się (choćby w formie aluzji graficznej w rysunku czy na plakacie) ktokolwiek, kto nie należy do związanej z tą kulturą mniejszości. Mariaż filozofii brandingu z nieczystym postkolonialnym sumieniem sprawił, że trudno znaleźć nakrycie głowy, broń czy zestaw barw wojennych, które nie byłyby obwarowane swego rodzaju copyrightem.
Trudno jednak zaprzeczyć, że w sięganiu po przedmioty i wzory niemal liturgiczne i przetwarzaniu ich, aż staną się plastikowym gadżetem do kupienia za parę dolarów w sklepie z zabawkami, jest coś obraźliwego. Taki los spotkał pióropusze czy rytualne tatuaże Maorysów. Na zdjęciu Azjatka w pióropuszu amerykańskich Indian podczas festiwalu muzyki i sztuki Hong Kong's Clockenflap 2016 w Chinach. Fot. Stefan Irvine / LightRocket via Getty Images
Oczywiście niechęć do przywłaszczania kulturowego, podniesiona do rangi doktryny, prowadzi donikąd. Tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że podobne wymiany dokonywały się od najdawniejszych czasów: pomysły na użycie koła, siew prosa i makijaż rozpowszechniane były nie drogą podboju lub handlu, lecz naśladownictwa. A jednak trudno nie zgodzić się, że w sięganiu po przedmioty i wzory niemal liturgiczne, wiążące się ze sferą kultu, z szeroko pojętym sacrum, i w przetwarzaniu ich, aż staną się plastikowym gadżetem, który można kupić w sklepie z zabawkami za kilka dolarów lub euro, jest coś głęboko obraźliwego. Taki los spotkał pióropusze, toporki, rytualne tatuaże Maorysów czy Aborygenów; próba ich obrony nie byłaby bezzasadna. Dodajmy zresztą, że podobne zjawiska zachodzić mogą w obrębie nominalnie jednej, choć w rzeczywistości głęboko rozwarstwionej kultury: przykładem krucyfiks, który – zredukowany do kolczyków lub wisiorka – stał się standardową ozdobą gwiazd glam rocka już dobrych 40 lat temu.

Kościelny szyk to mody krzyk

Katolicyzm na wybiegu. Między wzniosłą ideą a bluźnierstwem.

zobacz więcej
Wobec sił rynku i mody, które napędzają mechanizmy przywłaszczania kulturowego, jesteśmy na co dzień bezsilni i bywa tak, że narzędziem zemsty staje się ignorancja tych, którzy go dokonują. Przykładem anegdotyczna, lecz co i raz zdarzająca się w rzeczywistości sytuacja, gdy miłośnik tatuaży sięga po bardzo efektowne graficznie znaki alfabetu arabskiego lub (częściej) japońskie logograficzne kanji lub katajanę. Ileż było śmiechu, gdy raz czy drugi okazało się, że któryś z europejskich celebrytów nosi na ramieniu lub kostce nie, jak się spodziewał, frazę o „ognistej zemście smoka”, lecz soczysty wulgaryzm lub, co gorsza, fragment instrukcji obsługi zmywarki…

Ta wymiana dokonuje się coraz częściej w obie strony. Na Dalekim Wschodzie i w Afryce dużą popularnością cieszą się T-shirty, na których znajduje się jakikolwiek napis w alfabecie łacińskim. Często jest to już nie błyskotliwe hasło, logo znanego koncernu czy sentencja, a przekleństwo czy żarcik uderzający w nieświadomego posiadacza modnego stroju. T-shirty z Hitlerem można więc uznać za kolejny przykład przywłaszczenia połączonego z ignorancją, które w efekcie uderza w sprawcę czynu: Indonezyjczyk sięgający po ubranie z czymś, co uznaje za jedną z wielu „ikon Zachodu”, nie chce bulwersować, chce jedynie być modny.

Nic na to nie poradzimy: w świecie, w którym pamięci zbiorowe okazują się coraz bardziej rozłączne i osobne, nic nie zmusi mieszkańców Nowego Świata, by przejmowali się rzeczywistością odległej o 20 tysięcy mil żeglugi i 80 lat wojny, która w dodatku osłabiła ich dawnych ciemiężycieli. Pilnować możemy najwyżej własnych T-shirtów, ale i tego nie chcemy. Jak celnie zareplikował, cytowany przez portal Vice.com, Taj podczas awantury, która rozgorzała sześć lat temu po ujawnieniu grafitti z Hitlerem na campusie uniwersytetu Chulalongkorn: „A czy wy na Zachodzie nie nosicie wszyscy koszulek z Che Guevarą?”.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Studenci Uniwersytetu Księcia Songkhla w Pattani w południowej Tajlandii sprzedają w nocy ubrania i flagi ze swastykami, uznawane za kontrkulturowe. Swastyka jest co prawda symbolem używanym w hinduizmie i buddyzmie, ale w muzułmańskich obszarach południowej Tajlandii i północnej Malezji jest powszechna w wersji nazistowskiej. Ludzie sprzedający je i noszący zazwyczaj mówili pytającym o to dziennikarzom, że nie rozumieją symboliki, ale lubią ten znak graficzny. Tot. Jerry Redfern / LightRocket via Getty Ima
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowa Jałta nie jest potrzebna
Moskwa ma polityczne i gospodarcze atuty, za pomocą których uzależnia od siebie wianuszek państw buforowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Niebezpieczne związki. O księciu, który został bezrobotnym
59-letni Andrzej, książę Yorku, syn królowej Elżbiety II stracił stałą pracę.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Chemsex, czyli geje, narkotyki i AIDS
Wraca „gejowska dżuma”. Wśród homoseksualistów dramatycznie i gwałtownie wzrasta liczba zakażonych HIV/AIDS. Nie tylko w Londynie, ale i w Amsterdamie, Moskwie czy Kijowie…
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bardzo ciemne interesy ludzi władzy
Malta zdumiewająco upodobniła się do Sycylii z jej mafijną kulturą.
Cywilizacja wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Po co gramy? I czym się różni pasja od uzależnienia?
Nauczone zabawy w chowanego, szczury z Berlina rezygnowały na chwilę z kiziania-miziania po brzuchu, by grać dalej. Czy zrezygnowałyby dla gry z pokarmu lub snu?