Kultura

Księgarnia na Tłomackiem

Z przeciwległej strony fontanny zbliża się emeryt. Posługuje się balkonikiem, to bardzo przykry widok, ale mam wystarczająco dużo czasu, by skończyć jedzenie i wstać z ławki w momencie, w której staruszek jest już bliziutko i rozdziawia gębę. Teraz! Żegnam pana!

Wiosenne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.

Kluski z makiem

Wszystko znikło. Nie było Pragi, znowu stała w Alejach Jerozolimskich. Ciocia, wigilijny pokój z choinką na pianinie, matka i ojciec przy stole, świece w srebrnych lichtarzach, wszystko rozpłynęło się jak płatek śniegu na rękawie zimowej kurtki…

zobacz więcej
Przychodzę tu czasem. Oglądam okładki książek, biorę je do ręki, czytam spis treści, odkładam na miejsce. Łakomie spoglądam na pracująca tu Basię. Księgarnia jest bardzo mała, w pierwszym pomieszczeniu jest lada z kasą, a naprzeciw wnęka z nowościami. Dalej jeszcze jedna przestrzeń urządzona dziwnie. Ławy pod ścianami, żeby sięgnąć po książkę trzeba się pochylić nad siedziskiem.

To pewnie po to, żeby więcej osób zmieściło się podczas organizowanych tu spotkań z autorami, promocji, prezentacji. Tak sobie myślę, popatrując na okładki, na kolorowe grzbiety. Calek Perechodnik „Spowiedź”. Próbowałem kiedyś czytać tę książkę, utknąłem na pierwszym rozdziale, nie dało rady dalej.
Może to dlatego, że zwykle czytałem po pięć książek na raz i rzadko która udało mi się doczytać do końca. A może za względu na mord codzienny, taki na chodniku koło cukierni, tu, gdzie wczoraj lizało się lody. Tego nie mogłem wytrzymać, choć nie, poszukiwałem innej literatury, takiej, która towarzyszyłaby mi w codziennym życiu, wspomagała podczas pracy nocnego taksówkarza, podczas jazdy i spacerów po mieście. Pokazywała Warszawę trochę inną niż ta, która dobrze znałem.

Mieszkanie niedaleko placu Zbawiciela. Tam zapraszam kobiety, które udało mi się poderwać na mieście, tam kocham się z nimi, a potem daję do zrozumienia, że to już koniec, bo ja, Cezary, Czarek czy Czar, jak nazywała mnie kiedyś Swieta, matka mojej córki, jestem inny i one nie potrafią mnie zrozumieć. Dlatego muszą odejść, najlepiej natychmiast, tak, żebym ich już więcej nie oglądał.

Dziś idę na Tłomackie, bo tak mi się podoba. Może znajdę tam jakąś publikację na temat Nowego Jorku, miasta, które kocham. Najchętniej na temat sztetl Nowy Jork, bo nigdy nie zapomnę wieczornego spaceru po Wielkim Jabłku i dzielnicy żydowskiej, kiedy nagle w setkach okien zapaliły się szabasowe świece. Wtedy poczułem, że jestem nowojorczykiem i do dziś starałem się żyć tak jak w moim mieście.

Na przykład dzisiaj jest pięć stopni, ale ja idę placem Konstytucji w marynarce, szaliku i butach do biegania. Wczesna wiosna. Zupełnie jakbym miał zaraz kupić big coffee oraz big beagle i zbiec do nowojorskiego metra. Głowę od dwóch lat golę na łyso, na głowie mam kaszkiet w szkocką kratę, tu i tam czuję chłodny powiew i dobrze mi z nim.

Dwa gigantyczne kandelabry nocą oświetlają to miejsce. Czasem siadam i wypijam białą kawę w barku hotelu MDM, patrzę na nie, potem idę prosto Marszałkowską na spotkanie rozmaitych przygód. Na przykład na rogu Wilczej zastąpił mi drogę jakiś człowiek, z pewnością emeryt.

– Czy pan wie – zaczął – że w całej Polsce wprowadzono stan wojenny. Zaraz zostanie pan aresztowany!

Po czym szybkim krokiem oddalił się w głąb przecznicy, a ja szedłem dalej. Inny razem wydawało mi się, że spotykam znajomego księdza, z którym przyjaźniłem się jeszcze przed moim wyjazdem do Nowego Jorku.

– Szefie! Szefie! – zawołałem za szybko oddalającą się sylwetką, bo tak nazywaliśmy go ze znajomymi.

To jednak nie był on, tak myślałem idąc dalej pryncypalną ulicą mojego miasta, które co prawda nie było Nowym Jorkiem, ale było moje. Zresztą życie w Big Apple jest drogie, co bym tam robił, na taksówkach za duża konkurencja, zresztą musiałbym strasznie zasuwać, dwa razy tyle co tu w Warszawie, a latka lecą, młodziakiem to ja już nie jestem, o nie.

Szkoda, że na tej Marszałkowskiej tak niewiele się dzieje. Lokale na parterze to oddziały banków albo salony operatorów telefonicznych. Czasem bardzo droga restauracja zupełnie zez lokalnego klimatu, splajtuje, będzie następna. Niedawno zamknięto „Kuchnię domową”, czasem tu jadłem, jak nie było czegoś lepszego, obiady od 16 do 25 złotych i smaczne.

Rzadko spotykałem znajomych, ulicą sunęli obcy mu ludzie, spacerowałem samotnie, przed wystawami zawsze było więcej światła, przystanek. Pod Rondem Dmowskiego zawsze miałem problem z szaletem. Myliły mi się wejścia, było kilkoro drzwi, niektóre prowadziły do kanciapy babć klozetowych albo magazynków na środki do czyszczenia tego przybytku. Odlewałem się pienistą strugą za dwa złote, czasem w pozie nad pisuarem zastanawiałem się nawet, kim tak naprawdę jestem.

Satanizm dla lemingów. Czy zaspokoi religijne potrzeby klasy średniej?

Mroczna, gęstniejąca atmosfera. Leśny krajobraz, w tle słychać niepokojące dźwięki. Czy w okalającym domostwo lesie drzemią jakieś tajemnicze siły? Duchy, ufoludki? – zastanawia się Filip Memches

zobacz więcej
Kilka lat temu zmarła moja matka, zostawiła mieszkanie, które wynajmowałem. Swieta z mężem i moją Klaudią mieszkały w Londynie, alimentów już nie wysyłałem, córa miała dwadzieścia jeden lat. Było trochę zaskórniaków, poza tym jeździłem na taksie. Problemem było raczej moje życie z dnia na dzień, łapałem się na tym, że coraz częściej dręczyła mnie myśl – po co to wszystko? Po co było? Po co jest?

Zapiąłem rozporek. Przy umywalkach facet z wystrzyżonymi bokami i czubem włosów na środku głowy. Spuścił wzrok, starannie mył ręce.

Po drugiej stronie ronda plac budowy. Będzie nowa rotunda PKO i stojący tuż za nią biurowiec. Czułem niechęć do tego miejsca, kojarzyło mi się zawsze z prowizorką, z żebrzącymi Cyganami, złodziejstwem i cinkciarstwem. To nie było dobre miejsce. Zupełnie nie rozumiałem powodów, dla których odbudowuje się akurat tę budowlę. Widocznie warszawiacy lubią swoją rotundę, przywiązali się do niej.

Głowę podniosłem wyżej dopiero na pasażu Wiecha, betonowym wybiegu między domami Centrum a resztą zabudowy. Niebo dzisiaj wymuskane, wyzłocone zimowym słońcem, które rzucało refleksy na ciągnącą się szaro-burą płaszczyznę. Nowy Jork to to nie jest! I ludzie w tym miejscu poruszali się wolniej, obciążeni zakupami, sprawiali wrażenie przyjezdnych, niepewnych w przestrzeni poznaczonej sklepami.

Na Złotej przywitałem się z neonem mojego dzieciństwa. „Relax”, jeszcze go nie zdjęli. Każdy seans w tym kinie był świętem. „Wejście smoka”, „Gwiezdne wojny”, „Nieśmiertelny” z muzyką Queen, „E.T.”, „Superpotwór”, pamiętałem te wszystkie filmy.

Niedawno był „E.T.” w telewizji. Przypomniałem sobie ulubione fragmenty, ale już bez emocji, tych pierwszych, dziecięcych jeszcze. Może kiedy bohater na rowerze wzbił się w górę i szybował na tle wielkiego Księżyca poczułem delikatne ukłucie w okolicy słonecznego splotu. Co poza tym? Niewiele. Więc kim byłem? Wtedy kim? A teraz?

Pan Zygmunt, sąsiad z klatki w mojej kamienicy, który zapraszał mnie niemal bez przerwy na kawę i herbatniki, trząsł się i wspominał: pierwszy samochód zaparkowany na rynku Starego Miasta, tak żeby widziały go wszystkie dziewczyny wychodzące z „Krokodyla”, kolega Irek, który się bał i dlatego pił, pierwsza żona, druga żona.

Czasem wyłączałem się i pozwalałem staruszkowi na swobodne monologowanie, już nie było ciągłości we wspomnieniach starca, nagle pojawiał się jakiś Trepczyński, ale nie mogłem się połapać, kto to. Wydawało mi się wtedy, że zwariowałem, niczego już nie kontroluję, i że już do końca życia będę siedział na kanapie, jadł herbatniki i wpatrywał się w pomarszczoną twarz pana Zygmunta. Ostatnio znowu zadzwonił do drzwi, serdecznie zaprosił do siebie.

– I coś panu, panie Cezary, powiem – staruszek kontynuował zaczęty wątek już nie wiadomo od czego się zaczynający. – W Biurze Odbudowy Warszawy byli komuniści, ale byli też przedwojenni architekci i oni wszyscy chcieli odbudować stolicę jako miasto socjalistyczne. Wie pan, co to znaczy? Miasto miało być już bez czynszowych kamienic, powszechnie uznawanych za niezdrowe.

A to ma być, przepraszam, zdrowe? Pobazgrane ściany w wybetonowanym centrum, pod spodem azbest, strzępy plakatów, brudne szyby, a z podziemi wyjeżdżają samochody, spoglądają w górę i oglądają ohydne balkony. Płakać mi się chciało od tego zdrowia, przyspieszyłem w kierunku Sienkiewicza.
Przystanek obowiązkowy. Zawsze tu zaglądałem, szukając dziewczyn. Rodzaj akwarium z rybkami. Za szybą siedzą przy stolikach i nic nie mówią, wpatrują się w ekrany laptopów. Wszyscy bardzo młodzi, studenci, właściwie dzieci jeszcze. Nie rozmawiają ze sobą, są aktywni, ale w innej rzeczywistości.

Ja też tak kiedyś siedziałem, ale w „Etnografie” na placu Małachowskiego, wszystko wyglądało inaczej: papierosy, głośne rozmowy, krzyki, które musiała uciszać wyglądająca z okienka i wydająca potrawy pani, a były to kasza z mięsem, zupy, krokiety z barszczem. Były połamane krzesła, potłuczone spodki i popielniczki.

Teraz patrzyłem na grzecznie siedzących nad komputerami i popijających wodę lub też ciecz o słomkowej barwie moczu, zapewne zieloną herbatę. Udało mi się poderwać kiedyś pannę z takiego towarzystwa, w łóżku zachowywała się całkiem normalnie, tylko rano nie chciała jajecznicy na boczku, piła wodę i wymiotowała. A potem na szczęście wyszła.

Za Moniuszki w pasażu wciąż stoi ten dziadek. Twarz nalana i nieogolona, na łbie wełniana czapka w nieokreślonym kolorze. Brudna brzoskwinia. Kiedy otwiera usta, odkrywa szczątki zębów. Ale mówi całkiem sensownie. Opowiada o wykonawcach, których płyty żeni z rozkładanego stolika, o J.J. Cale’u.

Skąd bierze towar? Przecież nie wygrzebał go na śmietniku, choć na takiego wygląda. Niektóre płyty są jeszcze zafoliowane. Swoją podstawową potrzebę facet załatwia w pobliskiej żabce, tuż przy sklepie Skali. Spożywa zaś wyłącznie wódkę czystą z setkowych buteleczek, a majdanu pilnuje wówczas obszarpany kolega, któremu sprzedawca zapewne stawia szczeniaczka.

Dzisiaj tu się nie zatrzymuję, choć kątem oka dostrzegam nowość: plastykowa skrzynka na warzywa z winylami. Powróciły w glorii i chwale, czasem nawet żałowałem, że trzydzieści lat temu pozbyłem się swojej kolekcji. No, ale potrzebowałem wtedy pieniędzy na wyjazd do Nowego Jorku, a życie w Wielkim Jabłku wcale nie jest tanie.

Kebab kupiony na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej smakuje bardzo dobrze. Zawsze biorę baraninę w cienkim cieście, sos mieszany, zero sałatek. Najlepiej smakuje na ławce na placu Dąbrowskiego niedaleko nieczynnej teraz fontanny.

Jest trochę zimno, kaszkiet mnie chroni, w ruchu cieplej, ale musze usiąść i zjeść, żeby nie zachlapać sobie katany sosem. Dokładnie przeżuwam każdy kęs, to dziś będzie mój główny posiłek, przed nocką za kółkiem jeszcze przekąszę coś na ząb.

Niestety z przeciwległej strony fontanny zbliża się emeryt. Posługuje się balkonikiem, to bardzo przykry widok, ale mam wystarczająco dużo czasu, by skończyć jedzenie i wstać z ławki w momencie, w której staruszek jest już bliziutko i rozdziawia gębę. Teraz! Żegnam pana.

Tym samym unikam proszenia o pieniądze i szybko znajduję się w miejscu, w którym zaczyna się ulica Kredytowa, między zaparkowanymi tu samochodami. To wybitnie zapyziałe miejsce, poznaczone betonowymi słupkami i obszczane przez psy, ale muszę tędy przejść w drodze na Królewską.

Zawsze muszę tu zaczepić spodniami o jakiś słupek, na szczęście już jestem po drugiej stronie ulicy i idę alejką, a nad sobą mam szeleszczące drzewa. Ten szum, znany mi, uspokaja, powracają w nim minione chwile, moja Swieta, to była kiedyś ekstra laska, nieduża, bardzo zgrabna brunetka, nawet chciałem mieć z nią wtedy dziecko. Naprawdę. Kiedy zaszła w ciążę, podobało mi się to, czułem się, że jestem kimś szczególnym.

Zachęcała wojsko do buntu. Nosi przy sobie szczoteczkę, bo boi się aresztowania. Szańce Marii Nurowskiej

W kukłę nielubianego polityka wbija szpileczki. Deklaruje: „Nie chce mi się żyć w takiej Polsce, bezmyślnej i okrutnej! Nie ma się gdzie przed nią schować”.

zobacz więcej
Ale szybko mi się znudziło. Mój wielki idol Marek Hłasko miał wiele kobiet, ja nie mogłem być gorszy. A co to ja kot jestem, żebym za jedną dziurą chodził? Hłasko zapytał kiedyś swojego przyjaciela, zobacz ile tych dziewczyn, kto je wszystkie będzie ruchał?

Wczoraj oglądałem reportaż o dziewczynie, z urody całkiem, całkiem. Nie wiem, może to było przedwczoraj. Nazywała się Kmieć, na imię Helena. Zwyczajna dziewczyna gdzieś ze Śląska. Na dworcu we Wrocławiu śpiewała jasnym głosem „Słuchaj Izraelu”, było coś w tym śpiewie, jakiś rodzaj oddania, siły, coś takiego, dzięki czemu to syfiaste wnętrze nagle się zmieniło. Wyolbrzymiało. Tak czułem przez chwilę, ten głos nagle powrócił do mnie w Ogrodzie Saskim.

Pan Zygmunt był bardzo wrogo nastawiony do katolików.

– Nienawidzę ich – powiedział mi przy jednej z okazji.

– Mnie pan nienawidzi? – brałem dziadka pod włos, choć ja z praktykowaniem dawno dałem sobie spokój. Nie będą urzędnicy państwa Watykan mówili mi co mam robić, zwłaszcza w łóżku.

Pan Zygmunt jednak wcale się nie stropił, przeciwnie, zamachał dłonią i z dużą swadą zaczął opowiadać o jakimś B., koledze Hłaski, którego on też ponoć znał. A ponieważ było o Hłasce zacząłem nawet słuchać gadki sąsiada. B. to był wysoki, przystojny facet, ale bardzo porywczy i brutalny. Dziwkarz. Pojechał kiedyś z Hłaską do Orzysza i tam w restauracji doszło do bójki, a potem Igor Newerly się od nich odciął.

– To Newerly był z nimi w Orzyszu?

– Nie! – żachnął się pan Zygmunt. – W Związku Literatów napisał, że się odcina i inne takie. B. pisał potem scenariusze, w każdym razie ja kiedyś na ulicy spotkałem mojego kolegę Irka, a on mnie bardzo lubił. Był wtedy związany z panią redaktor z „Czytelnika”, ona była poważną postacią, miała męża, niech pan nie myśli, panie Cezary. Wtedy na ulicy zapytał, czy ja mam jakieś teksty, opowiadania, a ja, że mam, pewnie, że mam, nazbierało się. Wtedy Irek mówi dawaj, przynieś mi, zaniosę Irenie. I niech pan sobie, panie Cezary wyobrazi, że za tydzień mam telefon, proszę przyjść do wydawnictwa, podpisujemy umowę. Moja pierwsza książka.

Tu należy się małe wyjaśnienie: pan Zygmunt jest literatem, który od czterdziestu lat żył przeszłością, Związkiem Literatów, bez przerwy wspominał tego jakiegoś Irka, wciąż łudził się, że zacznie publikować swoje teksty. Było mi go nawet trochę żal, samotny, żona umarła, syn w Australii, więc od czasu do czasu zmuszałem się, żeby wysłuchać jego przydługich opowieści.

Przy okazji wypytywałem o Hłaskę, tylko tego pisarza ceniłem i stylizowałem się na niego w życiu. Czyli byłem wolnym człowiekiem zaliczającym dupy, jeżdżącym szybko samochodem, ubierałem się w stylu lat 50. Swetry, skórzane kurtki, golfy, tweedowe marynarki, sztyblety. To była moja epoka.

Jeszcze Zbyszek Cybulski. Wszystkie jego filmy znałem na pamięć. Na nosie miałem okulary w identycznych oprawkach jak on. Dałem za nie tysiaka. Vintage, świetny wzór, niemieckie. W garażu miałem podrasowanego starego mustanga, rocznik 1980.
Moje dni na pozór wyglądały podobnie. Pobudka o 12.00 jeśli jeździłem na nockę, gimnastyka, śniadanie, kanapka ser Sam Smak z pomidorem, pycha, potem spacer, taki jak ten, żeby się rozruszać i zachować sprężystość sylwetki, nie dopuścić do zapuszczenia samary.

Czasami szedłem do jakiegoś urzędu lub na pocztę na Poznańską, zwykle jednak absorbowało mnie co innego – podryw! Ten w moim życiu trwał cały czas, nocami podczas pracy, każdego dnia, w zasadzie w każdej godzinie każdego dnia.

Na poczcie na Poznańskiej lubiłem usiąść na obitej jaskrawoczerwoną ekologiczną skórą kanapie i oglądać interesantów. Jacy oni wszyscy zabawni, jacy poczciwi! Kobieta psiocząca na urzędników, wyzywająca ich od złodziei. Może sama kiedyś kradła?

Inna, ze śladami dawnej piękności, co ukryte jest choćby w sposobie chodzenia, trzymania głowy, teraz pokrytej siwizną. Zbliża się ze swoim numerkiem do okienka, jaka grzeczna, nie zawsze bywała taka grzeczna w życiu, o nie. Śmieszna! O, a ta ma ze dwadzieścia lat, patrzy w moją stronę, więc jak zawsze uśmiecham się promiennie, jeśli kontakt wzrokowy potrwa dłużej, wtedy uderzam.

Potem zjadam jakiś posiłek i jeśli nie jestem umówiony, oglądam filmy, trochę czytam, ale niewiele, zwykle mam po pięć zaczętych książek, a jeśli już totalnie mi się nudzi, to w ostateczności odwiedzam pana Zygmunta i wysłuchuję jego gawęd.

Około 23.00 wyruszam w miasto. Zawsze w skórzanym kaszkiecie i rękawiczkach, to moja zwykła nocna stylizacja. Czasem ląduje u jakiejś w łóżku, a jeśli nic się nie trafi, to koło 6.00 wracam do siebie, szybki prysznic, kilka pompek i do łóżka. Taki po prostu jestem.

Dziś po południu spaceruję, chłodne popołudnie, ale może tak mi się zdaje od kiedy zgoliłem głowę na łyso, wychodzę z Ogrodu Saskiego i jestem na ulicy Senatorskiej. Szukam śladów wiosny, ale chyba jeszcze nie przyszła.

Postanawiam wejść na chwilę do podcieni kościoła św. Antoniego. Mam czas. Mury gęsto pokryte tablicami upamiętniającymi poległych podczas ostatniej wojny, pomordowanych, wywiezionych, ofiary komuny. Boże, ile tego! Jacy młodzi: 16 lat, 23 lata, 17 lat, dziewczyny. Im dalej od ulicy, tym ciemniej. Pali się kilka zniczy.

Jestem przeciwny gloryfikowaniu takich wydarzeń jak powstanie warszawskie. Ono moim zdaniem było bez sensu i nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Zdecydowanie opowiadam się za modelem czeskim, zresztą przed wielu laty studiowałem bohemistykę przez cztery semestry, ale mi się znudziło, to było po tym, kiedy sześć razy z rzędu nie dostałem się na wydział aktorski i nie zostałem Cybulskim, niemniej jestem zdania, że Czesi podczas wojny postąpili dużo rozsądniej niż my i przez to ocalili rdzeń narodu i przepiękną Pragę. A tu? Pawiak, Szucha, Auschwitz, Bergen-Belsen, Stutthoff. Zniszczona Warszawa. I po co?

Zresztą czeski stosunek do życia w ogóle mi imponował. Obyczajowa swoboda, rozczytywałem się swego czasu w książkach Milana Kundery, erotyzm zupełnie naturalny, dywan mokry od kobiecego orgazmu, normalne sprawy, a u nas dużo z tym trudniej. Choć teraz i to się zmienia, urzędnicy państwa Watykan jakby słabną, baby już ich tak nie słuchają. Kiedyś było z tym trudniej.

Pan Zygmunt też był bawidamkiem, kobieciarzem. Kiedyś opowiedział mi historię swej miłości do pewnej kobiety, która była żoną dyrektora teatru. Siedziałem na kanapie w cuchnącym lekarstwami wnętrzu i słuchałem:

Wyznania burzyciela

Robert Bogdański, który zlikwidował budynek cenzury, włącza się do dyskusji o zburzeniu PKiN. „Tych, którzy wielbią Pałac i tych, co go nienawidzą, łączy jedno: to On włada ich emocjami. Nie potrafią się oderwać od świata, jaki On zbudował”.

zobacz więcej
– Poznałem ją w „Manekinie” na Starówce, samochód stał na pustym rynku. Czy ty wiesz, co to wtedy znaczyło? Ona sporo piła, ja mniej, spotykaliśmy się to tu, to tam, między innymi w knajpie „Błota” za Warszawą albo w restauracji węgierskiej. Pewnego razu siedziała tam ze mną i nagle zerwała się z miejsca, wypadła z budynku, złapała taksówkę. Ja zatrzymałem drugą i kazałem jechać za nią. Zatrzymała się przed jakimś budynkiem na Ochocie, wbiegła na górę po schodach. Ja za nią. Wpadła do mieszkania, ja także, w środku położyła się do łóżka i stwierdziła, że jest chora. A za chwilę przyszedł tam Irek. Zdziwił się na mój widok, ale tylko trochę. Zostań z nami, zaproponował, było bardzo miło. A potem, ze dwa lata później, Irek przyszedł do mojego i żony mieszkania, byliśmy młodym małżeństwem, właśnie z tą kobietą, która zaczęła zachowywać się wobec niego protekcjonalnie, jak wielka pani. Za co ten dał jej potem w windzie po łbie. Usłyszałem tylko łomot, na pewno ją bił, znałem go bardzo dobrze.

Miło w tych kościelnych podcieniach, tylko za dużo martyrologii. Uważam, ze liczba tych ofiar to częściowo nasza wina, kara za zły, lekceważący stosunek do Niemców. Gdyby przed wojną nasze władze postępowały inaczej, to ofiar byłoby mniej.

A tak! Wieczne potrząsanie szabelką, prężenie się na nie wiadomo co, a przecież nasze położenie geopolityczne wymaga dogadania się przynajmniej z jednym z wielkich sąsiadów, wspaniałymi narodami niemieckim i rosyjskim, które prześcignęły nas w cywilizacyjnych i innych osiągnięciach. Polacy są przy nich raczej śmieszni i dopóki sobie tego nie uświadomimy, to nadal tacy będziemy, niestety.

Miałem taki epizod w pierwszej klasie liceum, że zostałem nazi. Uznałem, że Adolf Hitler to będzie najprostsza recepta na coraz bardziej skomplikowaną rzeczywistość wokół mnie. Złapałem kontakt z ludźmi ze Śląska, dostawałem od nich listy popstrzone swastykami, obciąłem się na nazistę z „Kabaretu”, tego co śpiewał w gospodzie. Zacząłem psychicznie gnoić koleżankę z klasy, która była Cyganką, ale nagle mi przeszło. Znudziło mi się to śmiertelnie.

Potem zostałem Żydem. Serio! Tego bakcyla załapałem już w Nowym Jorku, kiedy pewnego wieczora przespacerowałem się po sztelt New York. Zacząłem czytać żydowskich pisarzy, Singera, Alejchema, Asza, łaziłem po koszernych knajpach, oczywiście takich na jakie było mnie stać, słuchałem klezmerów, oglądałem filmy Woody’ego Allena, kupiłem sobie kipę, nawet trochę do dziś mi tego pozostało, dlatego odwiedzam Księgarnię na Tłomackiem, po prostu lubię tam przychodzić, poprzeglądać książki o starej Warszawie, ale nie tylko.

Za sobą słyszę kroki, drobne kobiece kroki, dlatego odwracam się i widzę, że jakaś pani tak jak ja spaceruje tutaj i odczytuje napisy na płytach. Zbliża się do mnie, ma jakieś trzydzieści lat. Jest ubrana w pikowaną żółtą kurtkę i kozaczki. Patrzy na mnie, a ja miło się do niej uśmiecham. To jest uśmiech nieśmiały, zachęcający. W sam raz na taką okazję. Odzywam się tonem lekko ściszonym, dostosowanym do dostojeństwa tego miejsca:

– Niestety wielką ofiarę ponieśliśmy podczas ostatniej wojny, może zbyt wielką…

Podczas wypowiadania tej kwestii nie wpatruję się w kobietę, tylko dyskretnie spoglądam na zawilgłą ścianę z tablicami. To rękojmia mego zaangażowania w przeżywanie.

Teraz ona:

– Tacy młodzi ludzie, mogli jeszcze żyć, zakładać rodziny, cieszyć się…
Teraz dopiero spoglądam na swą ofiarę. Jest to blondynka o przylizanych włosach, raczej małych oczach i dużym nosie. Żadna piękność, ale co tam, od kilku lat działam tak, że nie darowuje żadnej, innymi słowy: uderzam do każdej.

Słucham siebie:

– Ma pani rację, ja mam nadzieję, że takie straszne czasy już się nie powtórzą i wszyscy będziemy żyć w pokoju. Nasze pokolenie ma w ogóle dużo szczęścia, że tego wszystkiego uniknęliśmy, prawda?

– Czasem myślę, że to wszystko nie była prawda. Niby o tym jest w książkach czy na filmach, ale trudno uwierzyć.

– To bardzo ciekawe co pani mówi – leciutko się przysuwam. – Mam podobne odczucia. Często tu przychodzę, wpatruję się w tablice, w zdjęcia, czytam nazwy miejsc kaźni i nie mogę uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się tu, na tych ulicach, a przecież to byli tacy sami ludzie jak pani czy ja.

– Ja też tu czasem przychodzę, po pracy, sama nie wiem dlaczego, może żeby trochę, żeby odreagować biuro, wie pan – śmieje się cicho.

Na tak szczere wyznanie trzeba zareagować bardziej zdecydowanie.

– Tak w ogóle to ja panią przepraszam, że ją zaczepiam. Mam na imię Czarek i byłbym niezmiernie rad, gdybym mógł pani zaproponować zimową herbatę. O tu, niedaleko, w „Resorcie”. Mają tam świetną herbatę, miód, cytryna, imbir. Naprawdę rozgrzewa.

Słowa „niezmiernie rad” zwykle działają, są eleganckie i neutralne, znamionują gościa z klasą, takiego jak ja, nowojorczyka. Potem dalej nadaję w tym tonie, przede wszystkim nie starając się przestraszyć lub osaczyć. Ale w tym jestem dobry, ćwiczyłem po wielokroć, więc teraz też wstawiam gadki obłe, mile łechcące, a przy tym tryskam humorem, a poczucie humoru to w takich sytuacjach podstawa.

Kiedy Ania zdjęła żółtą kurtkę w „Resorcie” dostrzegłem, że niestety nie jest zgrabna. Zwłaszcza nogi miała grube, co dla mnie zawsze jest przykrym widokiem, po prostu nie mogę na to patrzeć. Przypomniała mi się idealna linia łydek mojej Swiety i choć minęło przecież już tyle lat, to nawet coś mnie jakby zakłuło w dołku. Ale leciutko.

Za to biust miała powabny, ładnie podkreślony obcisłym sweterkiem. Już niedługo zobaczę ją w całej okazałości pod moją oprawioną grafiką z Jamesem Deanem wiszącą nad łóżkiem.

Słowo się rzekło i piliśmy herbatę z sokiem, z pomarańczą i z całą masą różności. Ania była rozwódką z mnóstwem problemów, które przerabiałem w ostatnich dwóch latach przynajmniej z dziesięć razy. Mąż ją zostawił dla innej, dzieci nie mieli, została w mieszkaniu z kredytem, pracowała tu i tam, teraz pracuje tu, ale szuka czegoś innego. Z wykształcenia jest dziennikarką po dziennikarstwie, ale w zawodzie nigdy nie pracowała.

Ponieważ miałem na dziś wieczór inne plany, doprowadziłem tylko do tego, że wymieniliśmy się telefonami, a ja wstawiłem jej mój stały tekst o człowieku, który jest rozpaczliwie samotny i poszukuje, ale znaleźć nie może, miał żonę, która zostawiła go dla innego (wariant – kiedy poznaję kobietę, która rzuciła męża, wtedy często mówię, że ja też rzuciłem żonę), o romantycznym Czarku, trochę zagubionym, ale delikatnym, czułym, który wciąż nie może znaleźć bratniej duszy w zimnym i betonowym mieście.

Pewnego wieczora wracałem do domu, Pan Zygmunt uchylił drzwi swojego mieszkania, zaprosił mnie i poczęstował taką historią:

Kultura burzenia i rekonstrukcji

Grzegorz Sieczkowski: Zostawmy Pałac Kultury. Unicestwienie tego gmachu pozbawia Warszawę co najmniej kilkunastu placówek kulturalnych i oświatowych.

zobacz więcej
– W 1967 roku poznałem Elżbietę. Była aktorką, musiała mieć wszystkich mężczyzn, których znała. Bardzo doświadczona w seksie. Zapoznał mnie z nią Irek, który szepnął, że on już nie może sobie z nią poradzić. Po kilku miesiącach jednak wyjechała do Londynu i tak to się skończyło. A kiedy mieszkałem w Australii, dostałem od niej list i wybrałem się na miesięczny urlop do Anglii. Ona tam miała męża, potem następnego. Znowu byliśmy razem, świetny miesiąc spędziłem w Londynie, mieszkałem w Whitechapel. Panie Cezary, ona zmarła w zeszłym roku. A jeszcze innym razem opowiedziała mi ciekawą historię o tym, że można jednocześnie być kurwą i się bać. Jechała kiedyś samochodem z Anglii do Polski z facetem, który chciał ją zgwałcić. Bała się, choć sama w tych sprawach była otwarta i obyta, w zasadzie nie miała ograniczeń. Opowiadała, że podczas postoju zaproponował jej spacer, szli przez jakiś ciemny park, a ona czuła, że on zaraz na nią ruszy. Czuła lęk. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia, prawda panie Cezary?

Kończymy naszą herbatę, czas skończyć i tę rozmowę. Świetnie, że się spotkaliśmy i inne takie, pomagam brzydkiej Ani założyć żółtą kurtkę, przed wejściem do knajpy żegnamy się, podaję jej rękę, jeszcze bez pocałunku w policzek, zadzwonię, oczywiście, że zadzwonię. Jutro. A potem będzie to, co będzie. A raczej to, co ma być.

Szybko idę Bielańską i skręcam w lewo, w Corazziego między bloki. To najkrótsza droga na Tłomackie. Chcę zdążyć na kilkanaście minut przed zamknięciem księgarni. Muszę dziś tam być. Panna ma jasnorude, kręcone włosy, niesamowicie gładką cerę usianą drobnymi piegami. Jest młoda i silna, tylko takie kobiety przetrwają i urodzą zdrowych synów.

Przetrwają, ale co? Może zagładę nuklearną, epidemię, wybuch wulkanu. Tego nie jestem do końca pewien, ale wiem, że tylko takie jednostki jak Basia wychodziły z opresji, dzięki silnym i odpornym ciało, i dlatego rasa ludzka istnieje nadal. Dwaj jej przedstawiciele raczą się właśnie wódką z biedronki na ławce, ale oni muszą odejść, ich nie będzie, zostanie gorące słońce prażące w Warszawie i zimny deszcz w Ogrodzie Saskim jesienią. To jest odwieczne, to się nie zmieni.

Skąd to wiem? Też trudno powiedzieć, może z jakiejś piosenki, ale co tam, idę dalej. No i wiecznie będą trwać takie kobiety jak moja Basia z księgarni. Moja już niedługo. Wielkie nadzieję wiążę z tą dziewuchą, podchodzę do niej już nie po raz pierwszy. Ale spokojna czaszka ja mam czas, nie pali się. Nie takie u mnie leżały. Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.

Musi mieć fenomenalnie gładką skórę na plecach. Kiedy poranne słońce odgrywa na nich swoją etiudkę, ja leżę na prześcieradle i podziwiam to, co jest już tylko moje. Basia odwraca się do mnie profilem, promienie słoneczne przeświecają przez rude pierścienie jej włosów.

– Zawsze rano czuję się samotna.

– To zaraz minie. Jesteśmy razem.

Minie raz, dwa, trzy, bo ja muszę spieszyć do moich obowiązków, które są rozliczne. Zupełnie jak Hłasko, który strząsał z siebie noc, rankiem nie chciał mieć przy sobie żadnej i zasiadał do maszyny. Hłaskower to mój wielki idol. Jesteś Basiu piękna, zobaczymy się wieczorem, teraz muszę lecieć – zupełnie jak Zbyszek Cybulski – cześć, starenia! Nie mam dodatkowego klucza, gdybym miał, naturalnie bym ci go zostawił Basiu, ale teraz musimy wyjść, podwiozę cię tam, gdzie zechcesz, oczywiście. Ten wieczór znowu będzie nasz, obiecuję.
The Story of My Life. Tak się ono po prostu toczy, soundtrackiem są piosenki The Beatles, w samochodzie lecą non stop. Hey Jude i noga z gazu. Życie jest piękne. Po co mam szukać nowej muzyki, skoro ta jest najlepsza? Hamburg 1960–1962 muzycznie mnie ukształtował, nic innego. I jakoś mi się nie nudzi w odróżnieniu od wszystkiego innego, bo wierzę, że nawet Pan Bóg się może znudzić tym, co w niego wierzą. Dlaczego nie?

Skręt w prawo, już jestem przed budynkiem. Ogromne drzwi, chyba przedwojenne, westybul jak w nowojorskim hotelu. Zawsze mi się to podobało. Ściany białe, pokryte hebrajskimi literami, ale nie ma czasu, żeby to wszystko oglądać. Po prawej stronie portier, a zaraz za nim wejście do księgarni. Za ladą z kasą siedzi ona. Ona! Ma na sobie czarną bluzkę z dekoltem, wygląda z klasą, wygląda z seksem, tak się kiedyś mówiło, za czasów pana Zygmunta i Hłaski.

– Cześć – rzucam lekko.

– Witam – uśmiecha się.

Ja też uśmiecham się najpiękniej jak umiem. W księgarni nikogo nie ma, to powoduje we mnie przypływ pozytywnych wibracji. Kiedyś jak moja Swieta wchodziła do knajpy to wszystkie oczy były w nią utkwione, nie było na nią mocnego. Wtedy uważałem, że Ukrainki są najpiękniejsze na świecie, a moja urodzona w Dniepropietrowsku Swieta jest najpiękniejsza z pięknych, ale potem mi przeszło. Ale teraz dokładnie to samo sądzę o Basi. W tej chwili.

– Jak minął dzień, ciężki? – uśmiecham się najpiękniej jak umiem.

– Niespecjalnie. Mało ludzi dzisiaj.

– Ale jednak powinnaś po pracy jakoś się zrelaksować, jak się relaksujesz?

– To znaczy? – w jej ciemnoniebieskich oczach dostrzegam zdziwienie.

To mnie nieco wybija z rytmu, ale zaraz powracam.

– No wiesz, bieganie, fitness…

– Jeszcze nie wiem. Coś cię dzisiaj interesuje z książek? Mamy nową monografię o Nalewkach, świetne zdjęcia. W ogóle pierwsza monografia o tej ulicy.

Biorę od niej książkę i zauważam, że paznokcie Basi są polakierowane na zielono. Dziś jest po prostu doskonała. I delikatnie pachnie, to chyba paczula. Kartkuję książkę, zupełnie nie widzę zdjęć, coś tam miga, co mnie zresztą teraz obchodzą Nalewki, kiedy ja chce tę dziewczynę mieć dziś w łóżku.

– Basiu, a może wybierzesz się dziś ze mną po pracy do „Resortu”, tu niedaleko, na Senatorskiej. Mają świetną zimową herbatę. Z miodem i goździkami. Tylko na chwilkę…

– Dziękuję, wiesz, ale dziś ktoś po mnie przychodzi. Nie da rady!

– Daj spokój, przecież nie masz żadnego chłopaka, nie musisz tego przede mną ukrywać – śmieję się wesoło, choć wcale mi nie do śmiechu.

– To moja sprawa! – ucina dziewczyna. – Bierzesz te Nalewki czy nie?

– Proszę cię, Basiu, nie gniewaj się na mnie. Jestem twoim najwierniejszym klientem. Gdyby nie ty, to w ogóle bym tu nie przychodził.

Teraz robię jedna z moich min: zdziwienie i prośba o uśmiech.

– Uśmiechnij się do mnie, proszę cię! – próbuję jeszcze.

Ale ta ruda kretynka ma zaciśnięte usta, już nie patrzy mi w oczy. Niedobrze. Sam już nie wiem, co robić. Czy docisnąć na maksa czy wycofać się chyłkiem i wrócić za kilka dni. Jednak próbuję:

– Przecież wiesz, jak mi się podobasz, jesteśmy wolnymi ludźmi. Pomyśl: ty i ja, może być nam bardzo dobrze. I oczywiście bez żadnych zobowiązań, jeśli ich nie chcesz.

Kolekcjoner klatek

Peerelowska siermiężność w obiektywie Bogdana Łopieńskiego.

zobacz więcej
Nic nie mówi i bierze telefon. Coś tam stuka, czyta. Nie wiem, co mam, kurwa, robić. Przechodzę do większego pomieszczenia i udaję, że oglądam książki. Może Basia się namyśli, może oceni, co może stracić, kiedy nie spróbuje tego miasta ze mną, nie posmakuje go niczym wuzetki z „Amatorskiej” na Nowym Świecie, nie podąży ścieżkami Tyrmanda i Hłaski, których zbadanie jej oferuję. Nadal nic się nie dzieje, ona stoi za ladą i przestawia jakieś przedmioty. Wreszcie słyszę:

– Zamykamy!

– Basiu, proszę cię, podaruj mi jeszcze chwilkę, wysłuchaj mnie. Kiedy mieszkałem w Nowym Jorku byłem zakochany w Irlandce. Była taka jak ty, niebieskooka, irlandzki błękit, czyli oczy zupełnie takie jak twoje, Basiu, rudowłosa, chodziła w ramonesce. Musiała wyjechać, a ja cierpiałem. Nie chcę, żeby mnie to drugi raz spotkało…

– Wychodzisz?

– Pomyśl o tym, pomyśl o mnie. I daj mi szansę!

Przechodzę koło ciecia, gapi się na mnie, narasta we mnie wściekłość. Za kogo ona się uważa? Myśli, że jak jest dwadzieścia lat ode mnie młodsza, to już jej wszystko wolno? Więcej tu nie przyjdę, jebał ją pies. Jeszcze dziś wieczorem zadzwonię do tej Ani. Jednak inaczej sobie wszystko zaplanowałem, nie jest dobrze.

– Kolego, hej kolego!

Jakiś facet podchodzi do mnie na schodach przed gmachem na Tłomackiem. Jest młodszy ode mnie, wyższy, nosi skórzaną kurtkę, dżinsy i buty harlejki.

– Po co tu przychodzisz? Czego za nią łazisz?

Teraz uświadamiam sobie, że to może być rzeczywiście jej chłopak.

– Odpierdol się od niej, nie będziesz za nią łaził!

Czuję piekący ból. Ten facet złapał mnie za ucho i wykręcił z całej siły. Drugą ręką zrzuca mi kaszkiet z głowy.

– Rozumiemy się?

Nic nie mówię, widocznie uznaje to za potwierdzenie, bo puszcza moje ucho.

– Jak tu jeszcze raz przyleziesz, to dostaniesz w mordę! Rozumiemy się?

Podnoszę czapkę, odchodzę parę kroków w stronę alei Solidarności. Wtedy widzę, że zza wielkich drzwi wysuwa się Basia i krzyczy:

– Zostaw go, proszę cię! Miałeś mu tylko powiedzieć!

Ale facet jest rozjuszony. Na jej oczach podbiega i z całej siły kopie mnie w dupę. Boli. Nie odwracam się. Przyspieszam.

– Przestań! – wrzeszczy Baśka.

Nienawidzę przemocy. Brzydzę się nią, choć to może dziwne u taksówkarza. Ale przecież ja nie jestem normalnym taksówkarzem, tylko night driverem. Kiedy mam problemy z awanturującym się klientem, zawsze wzywam gliny, sam nigdy nie wdaję się w szarpaniny. Takie mam zasady.

Idę przed siebie i nie widzę nic. Wiem, że to adrenalina, że to do tego drania Basia pisała esemesa w mojej obecności, dlatego się pojawił na Tłomackiem. Widocznie krążył w pobliżu. Bydlak! Dobrze, że nie uszkodził mi okularów.
Pan Zygmunt opowiedział mi kiedyś taką historię z Irkiem (znów ten cholerny Irek!) w roli głównej. Siedzieliśmy tradycyjnie u niego. W pewnym momencie gospodarz sięgnął do stojącego przed kanapą stolika zastawionego butelkami z syropem, koszyczkami z lekarstwami i talerzykiem z niedojedzonymi herbatnikami, wziął popstrzony długopisem maszynopis. Założył okulary, bacznie mi się przyjrzał i rzekł:

– Niech pan posłucha, panie Cezary, może to pana zainteresuje…

I zaczął czytać: „Tego wieczoru Irek oraz B. spędzili czas w restauracji na MDM-ie. Podczas kolacji poznali dziewczynę, którą namówili, żeby im towarzyszyła. Co się zdarzyło w mieszkaniu, trudno jest mi ustalić. Kiedy B. ją objął, dziewczyna wybiegła z mieszkania z myślą o tym, żeby dostać się do swojego domu. Ponieważ brama była zamknięta na noc, zadzwoniła do dozorcy. Zaś zanim on zdążył otworzyć bramę, koledzy ją dogonili i spróbowali zatrzymać. „Uważaj on złamał rękę milicjantce!”, straszył olbrzymim B. dziewczynę Irek. Podczas kłótni dozorca zamknął całą trójkę w pralni. Następnie zadzwonił do komisariatu milicji. O tym, że sprawa miała polityczny charakter świadczyły wygłaszane w telewizji umoralniające pogadanki. W prasie ukazały się notatki o podobnej treści… Mnie zaś ta sprawa dała dużo do myślenia na temat warunków, w jakich młodzi pisarze żyli w Polsce. Utwory tych autorów wzbudzały zainteresowanie, ale przez władze nie byli dobrze widziani. Za jakiekolwiek przewinienie mogli trafić do więzienia. A na tym większe ryzyko bywał narażony młody człowiek, który nie miał zezwolenia na zameldowanie w Warszawie, nie miał stałej pracy i mieszkał w wynajętych pokojach”.

– I co pan o tym powie? – zapytał pan Zygmunt.

– Myślę, że wszyscy mogli być pijani. A może ona była podstawiona?

Pan Zygmunt uśmiechnął się.

– To miał być przykład dla innych, żeby nie podskakiwali. Obaj, Irek i B., dostali po trzy lata za próbę gwałtu. Ale wyjaśnienie, panie Cezary, jest jeszcze inne. Właśnie o tym piszę. Chodzi o to, że to w ogóle nie była sprawa polityczna. Irek miał w tym czasie romans z żoną lekarza, który pracował w szpitalu w Tworkach i był zaprzyjaźniony z innym lekarzem, który z kolei był zaprzyjaźniony z Gomułką. I obaj, ci dwaj lekarze, postanowili, żeby w jakiś sposób ukarać Irka. Tamten lekarz dał cynk Gomułce i wszystko się potoczyło. Jeździłem potem do Irka na widzenia do Sztumu moim samochodem.

Zakręciło mi się w głowie. Może to od zaduchu panującego w mieszkaniu pana Zygmunta. Ale bardziej od zawiłości jego wywodu, nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim sądzić. Czy to może być prawda czy wymysły staruszka, który całymi dniami siedzi w domu i konfabuluje. Poczułem wtedy smutek i niepokój, pozostał we mnie, jest ze mną teraz, kiedy stoję na ulicy, a przed oczami zapalił się neon „Bar kawowy”.

W ten sposób miasto podaje mi rękę, moja Warszawa ofiarowuje mi kolejny raz przybytek pamiętający czasy głębokiej komuny, idealny azyl w moim stanie psychicznym. Chyba z nocnej jazdy też dziś nici. Z tyłu mnie boli, przyjebał mi w kość ogonową, nie ma co. Hłaskower w takich chwilach…

Wchodzę do przyjaznego wnętrza, wita mnie syk ekspresu do kawy, zapach też swojski: piwo i odświeżacz powietrza, może też politura. Kolory stonowane, brązy, beże i bar obity boazerią z lakierem na wysoki połysk. Na niskich parapetach biegnących wzdłuż szklanych ścian stoją paprotki. Powoli się uspokajam po zajściach przed księgarnią. Zmniejsza się poziom hormonu we krwi, teraz trzeba jakoś rozkurczowo to załatwić.

Pablopavo: Ja przez to miasto dostanę zawału

Antysłoikowy hejt mnie śmieszy, zresztą sam od lat przywożę słoiki od teściowej, która od wielu pokoleń mieszka pod Warszawą – mówi piosenkopisarz i wokalista

zobacz więcej
Rozglądam się i kogo widzę? Widzę znajomego przy stoliku. Stary znajomy, reżyser Ryszard, niezrealizowanym filmem jego życia jest „Sowa córka piekarza”, scenariusz napisał dwadzieścia lat temu, ale nic nie nakręcił. Robił za to świetne filmy dokumentalne, kiedyś nawet zatrudnił mnie na planie, woziłem go tu i tam, nocami chlaliśmy i rozmawialiśmy o Warszawie lat 50. i 60. minionego stulecia, a sporą miał wiedzę, nie powiem. W końcu Ryszard to absolwent Filmówki.

Wyglądał tak jak zawsze. Wymięty, wymęczony, opuchnięty, zupełnie jakby przed godziną opuścił przybytek na Kolskiej. Jego marynarka zawsze wyglądała na przysypaną kurzem, wyciągniętą z trumny, dziś też jest pognieciona.

– Cześć Rysiu!

– Cześć Czarek, siadaj.

Ze zdumieniem spostrzegłem, że reżyser jest trzeźwy, a przed nim stoi filiżanka herbaty z cytryną. To niezwykłe w tym sanktuarium dawnego świata, którego klimat wywołuje nostalgię i wręcz skłania do zalewania robala. Na jego stoliku jak zawsze walały się kartki maszynopisu z pozaginanymi rogami. Pracował, wymyślał fabuły, a mnie bolała dupa.

– Napijemy się wódeczki? – pytam, bo wiem już definitywnie, że dzisiaj z nocnej jazdy nic nie będzie, nie wysiedzę, co się będę męczył. I dla kogo.

– Chcesz to się napij, ja nie piję, nie dzisiaj.

– A co się stało? – aż nie mogę uwierzyć.

– Nic. Nie piję, pracuję nad nowym filmem.

U pani za barem zamawiam dwie pięćdziesiątki luksusowej i śledzia w oleju z pieczywem. Pytam Ryśka, czy coś chce, ale kręci głową. Dziś w barku pustawo, przy stoliku w rogu siedzą trzy kobiety, przed każdą piwo z sokiem, na pewno obgadują szefa i koleżanki z pracy.

– Skoro nie pijesz, to pozwolisz, że ja… – unoszę oszroniony kieliszek i wypijam połowę jego zawartości.

– Oczywiście – mruczy i patrzy gdzieś w bok.

Zdecydowanie lepiej, zakąszam dzwonkiem śledzia, zagryzam chlebem. Idzie żyć.

– Nad czym pracujesz? Dokument? Fabuła?

Ryszard przyklepuje dłonią resztki siwych włosów na czaszce. Podnosi głowę i zaczyna coś mówić, a wtedy dostrzegam ubytek z prawej strony. Jeszcze nie wstawił tego zęba! Chyba będzie już z rok czasu, kiedy przy wejściu do restauracji awanturował się po pijaku i dostał klapsa w dziąsło.

Czuję jak wódka zaczyna działać, jak napięcie odchodzi do przeszłości, jednym uchem słucham mówiącego coś reżysera. Opowiada teraz o pewnej dziewczynie, która pojechała do Peru i tam została zamordowana. Coś mi to mówi, ale dopiero, kiedy pada imię „Helena” wszystko wraca na swoje miejsce. To o niej oglądałem reportaż, nawet całkiem niedawno. Pamiętam scenę, kiedy śpiewała na stacji we Wrocławiu. Mocny, wysoki głos. Biedna mała, nożownik działał bezwzględnie.

Daję się wygadać reżyserowi, opowiada mi, że Helena wcześniej była wolontariuszką w Afryce, absolwentka szkoły muzycznej, tratatata, pojechała do Peru pracować w przedszkolu, wszystko szalenie ciekawe, kończy nawijkę, a ja się odzywam.

– Wiesz co było w tym najgłupsze? – mówię do Ryśka.

– Najgłupsze?

– Tak, najgłupsze. Znam sprawę, bo oglądałem o niej reportaż. Najgłupsze było to, że ten morderca to był zwykły bandzior, złodziej. Zadźgał ją, bo nie zauważył, że ktoś śpi w pomieszczeniu, które chciał okraść.
Ryszard mnie nie rozumie. Widzę to po sposobie w jaki kręci siwą głową. Drapie się za uchem.

– A dzisiaj urzędnicy państwa Watykan – kontynuuję bezlitośnie – chcą z tej śmierci zrobić nie wiadomo co. Niedługo tę Helenkę świętą ogłoszą, że niby za wiarę zginęła, tak jak wcześniej chorą psychicznie zakonnicę Faustynę. Chodzi tylko i wyłącznie o kasę i o wpływy. Stary!

W tym oratorskim rozognieniu unoszę kielonek i wypijam trunek do końca.

– Poczekaj, poczekaj, Czaruś. Ja to widzę inaczej. Oglądałem ten dokument, owszem. Chcę zrobić własny film, fabułę, który opowie historię Heleny Kmieć, ale z perspektywy właśnie kogoś takiego jak ty.

– To znaczy kogo? – zaczyna mnie zaciekawiać.

– Wyobraź sobie, że to ty jesteś bohaterem tego filmu. Prowadzisz własne życie i nagle dowiadujesz się, że ktoś taki jak ona ostaje zamordowany w Peru. Na początku masz to w dupie, ale pewne znaki, to będę musiał jeszcze opracować w scenariuszu, bo nie wiem co to będzie, wciąż cię naprowadzają na ślad tej dziewczyny. Niech to nawet będzie reportaż telewizyjny czy jakaś zajawka w prasie. Ale to dotyka cię stary akurat w szczególnym momencie twojego życia, na przykład kiedy jesteś na dnie albo przeciwnie – wszystko ci wychodzi i uważasz, że jesteś nieśmiertelny. I nagle bach! Wtedy bohater zaczyna czuć, że wiążę go z Heleną coś niezwykłego, to będzie taki klimat trochę z Kieślowskiego, ale mój własny, on nie wie, znaczy mój bohater, co to jest, że ciągle myśli o niej i o tym potwornym mordzie. Obsesja jakaś? Kapujesz?

– A kto ci pisze scenariusz?

– Sam piszę. To nie będzie biografia Heleny Kmieć…

– Tyle zdążyłem zrozumieć.

– … tylko film o tym, że w życiu każdego jest potrzebna zmiana i czasami ona przychodzi nie wiedzieć skąd.

– Przypadek. Też był taki film… I myślisz, że ludzie dzisiaj pójdą na to do kina? Teraz stary to rządzi „Planeta singli 2”. Byłem zresztą i spoko się bawiłem. Film na jeden raz.

– I dużo zdjęć z drona, co?

Ryszard dopija herbatę i dodaje:

– Helena Kmieć ma nad tobą, Czaruś, jedną przewagę. Jest już w niebie, a ty jeszcze nie.

W zasadzie to nie wiem, co mam myśleć o tym facecie, nigdy nie wiedziałem. Niby artysta, reżyser, zrobił kilkanaście filmów, ale w sumie nieudacznik, pijaczek, a po alkoholu agresywny, wyskakuje z łapami, kilka razy byłem świadkiem szarpaniny z jego udziałem.

Rzuca się, nie wiadomo o co mu chodzi, najpewniej coś mu się w głowie już poprzestawiało od wódy, jak teraz z tą Heleną. Zawodnik raczej schodzący, no i ten fatalny wygląd. Jak spod śmietnika. Tacy ludzie w tym kraju robią filmy, to jest elita narodu, kurwa mać.

Pacan! Piję drugą lufę. Tym razem po calaku. Jest mi bardzo dobrze, a śledź smaczny. Zaspokoić potrzeby ciała, żyć spoko, podupczyć, pojechać gdzieś dalej od czasu do czasu, żeby odpocząć od miasta, obejrzeć dobry film, przeczytać ciekawą książkę.

Czy żeby to wszystko osiągnąć trzeba koniecznie pchać się do Peru? Kompletnie tego nie pojmuję i nawet nie chcę próbować. Po co? No po jakiego ona tam jechała, w Polsce jej było źle?

Sekcja rosyjska to było kłębowisko żmij. Ktoś kiedyś nalał koleżance kleju do butów

Litewska poetka: Unia Lubelska była koniecznością, ponieważ i Litwa, i Polska widziały niebezpieczeństwo w ekspansji Rosji. Mogła ochronić oba państwa. Dopóki były razem, stanowiły siłę.

zobacz więcej
Patrzę na Ryszarda, rozglądam się wokół po wnętrzu barku. Facet w czerwonym szaliku na szyi zamawia coś przy barze, rozmawia z kobietą z Ukrainy, od razu widać, że się dogadują. Uśmiech, błysk w oku. Bierze dwa winiaki i wodę mineralną. I po co się tak spinać jak ta mała Basia w księgarni. Księżniczka w dupę jebana jej mać, niebieskooka cnotka niewydymka z Irlandii. Taką jak ona to ruchałbym na skórzanej kurtce na zielonym brzegu rzeki Shannon. Kurwa mać!

– Ja twierdzę – powiedział pan Zygmunt pewnego jesiennego wieczora, wznosząc artretycznie zakrzywiony wskazujący palec do góry – że najlepszym polskim prozaikiem jest Józef Mackiewicz, zna go pan panie Czarku?

Zrobiłem chyba głupią minę, bo machnął ręką i przemawiał dalej.

– A najlepszy początek najlepszej polskiej powieści brzmi tak, panie Czarku drogi: „Marta obsypała kluski mąką i przykryła stolnicę serwetką, aby nie wyschły zbytnio przed gotowaniem, a także aby chronić je przed natarczywością much, zbierających się w kuchni”. Mackiewicz jak nikt inny potrafi tak zakręcić czytelnikiem, że nagle z poważnego tematu przechodził do opisu ptasiego gniazda i czyta pan o tym, panie Czarku, jak o jakiejś fascynującej sprawie. Może to zresztą jest fascynujące, nie wiem. Ale pokazuje też, że pisarz może z zupełną swobodą włączać do narracji opisy wydarzeń historycznych, w zasadzie reportaż, na przykład opis mordu w Ponarach. Wie pan co się tam stało?

– Nie.

– No więc – kontynuował pan Zygmunt – poznałem Mackiewicza, kiedy mieszkałem w Londynie na East Kensingtonie. Zaprosili mnie państwo Zbyszewscy, ale pani Wanda Zbyszewska zastrzegła, że wieczorem jeszcze ktoś ich odwiedzi i tak dziwnie, znacząco na mnie popatrzyła. To będzie Józef Mackiewicz. A dłużej zatrzymała na mnie spojrzenie, bo chciała się dowiedzieć, czy się nie obawiam go zobaczyć, najbardziej nieprzejednanego antykomunistycznego pisarza. To był test. Ale ja się nie obawiałem, poszedłem do nich i Mackiewicz już tam był, gawędzili sobie, a ja słuchałem. Za to Irek był zupełnie innym pisarzem. Weźmy pierwszych kilka stron jego „Dnia oszusta”, scena przebudzenia głównego bohatera w wynajmowanym pokoju. Kac, palenie papierosów. Jak to dobrze, panie Czarku, że pan nie pali. Potem pojawia się tam niejaka Monika, następuje zbliżenie na szorstkiej kanapie. Czy może raczej na kocu narzuconym na kanapę, nieważne. A dalej wydarzenia jak ze złego snu lub kiepskiego filmu. Bohater miota się, bar, wóda, dziewuchy, noc spędzona u jednej z nich. To byłby taki, panie Czarku, nasz „buszujący w zbożu” z jednym zastrzeżeniem – tamten, Holden, nie był cyniczny, nie posługiwał się ludźmi dla zabawy, dla sprawdzenia, jak się będą zachowywać w sytuacjach dla nich trudnych, a bohater Irka taki właśnie był. On nie ma kręgosłupa moralnego. A wie pan dlaczego? Bo on się boi.

Zrobiło mi się gorąco, dlatego żegnam się z Ryszardem. Mówię mu, że gdyby kiedyś coś, to ja zawsze służę, na planie i w ogóle. Kiwa głową, że jasne, jak będzie realizował film o Helenie Kmieć to się odezwie, jak zawsze, przydasz się, Czarek, pewnie, ale kto go tam wie, co będzie. Będzie jak będzie. Rób sobie film, Rysiu, rób, może coś ci z tego wyjdzie, pewniej jednak nic.

Wzorem Zbyszka Cybulskiego walę jeszcze pięćdziesiątkę przy barze i głęboko patrzę w oczy kobiecie, która mi polała. Widzę w nich tylko ciemność.

– Cześć, starenia! – żegnam się, zakładam kaszkiet i wychodzę.
Jaki wspaniały wieczór! Kolorowe światła na placu Bankowym błyszczą obiecująco, tajemniczy tramwaj numer 4 skręca z alei Solidarności w lewo. To mój kierunek. Schodzę do przejścia podziemnego, lekko mi się idzie, już nie chcę pamiętać o dzisiejszych wydarzeniach, wcale nie pamiętam, to był majak, który minął. A stolica jest znowu moja, a ja w niej. Pomalowane kobiety podążają w wiadomą sobie stronę, za nimi ich faceci gnani siłą życia, która jest nie do pokonania. I po co właściwie z nią walczyć?

Schodami ruchomymi w górę. Też fajnie. Tyle w tym mieście jest darmowej radochy, choć teraz dopada mnie rodzaj smuteczku, że dzisiejszą noc będę musiał spędzić samotnie. Gdybym jeszcze trochę podkręcił Basię, to byłaby moja, pech, nic innego. Nie ta, to inna, nie Irlandka, to Belgijka, i tak w kółko. It’s my life! Kiedyś w Nowym Jorku przykleiłem się do Murzynki, była piękna, siedzieliśmy po imprezie na ławce i zacząłem się ostro przytulać. A ona wtedy do mnie:

– Don’t treat me like black shit!

Wtedy zrozumiałem problemy rasowe Stanów Zjednoczonych, a potem zacząłem prowadzić dzienniki mego pobytu tam. Każdego dnia pokrywałem pismem kolejne strony zeszytu, myśląc o zapiskach Tyrmanda, Hłaski, kogoś takiego. Notowałem wszystko, co danego dnia robiłem, to mnie nawet kręciło. Może jestem pisarzem? Tak dumałem na nowojorskiej ziemi, powtórzę kiedyś sukces Kosińskiego, bo będę pisał po angielsku.

Zacznę od opowiadań, a kiedy wydrukuje je „The New Yorker”, zacznie się inne życie. Wydawcy, redaktorzy, sekretarki w jedwabnych pończoszkach i mieszkanie z widokiem na Central Park. I ja podczas joggingu na nabrzeżu oceanu jak Redford w pierwszej scenie „Legal Eagles”, tam już się zobaczyłem, już nawet uwierzyłem w to, pracowicie zapełniając strony dziennika.

Teraz jadę tramwajem w Warszawie. Pojazd jest lśniącym pociskiem przeszywającym powietrze miasta, a w środku ja, jego władca. Czarek nocny driver. Żuję gumę, żeby nie jechało ode mnie śledziem i wódą, łaskawie spoglądam na siedzące i stojące w wagonie damy. Czuję jak ciepło krąży w żyłach, miłe uczucie.

Na rondzie Dmowskiego wsiada dziewczyna, na oko 19-letnia. To mogłaby być moja córka. Klaudia ma dziś 20 lat, a ja nie widziałem jej od trzech. To znaczy ona nie chce mnie widzieć, buntuje się gówniara, nie chce uznać mych życiowych racji, pewnie uważa, że powinienem być ze Swietą.

Co za bzdura! Przecież ona ma męża, Polaka, właściciela firmy spedycyjnej, porządny facet, chyba też dobry ojczym. Gdyby było inaczej, chyba bym coś o tym wiedział. A może i nie. Do mnie bycie ojcem klasycznie nie pasuje, nie mogę brać odpowiedzialności za dziecko tu i teraz, gdyż zbyt głęboko wniknąłem we własny los, który prowadzi mnie po drodze niezwykłych przygód, która nie jest usłana różami.

Warszawski night driver wcale nie ma lekko! W każdym razie na pieluchy, przedszkole, wywiadówki, wakacje na Mazurach, zajęcia dodatkowe, egzamin maturalny, na cały ten nieprzyjemny pakiet woniejący pokojem nastolatka czy dojrzewającej dziewczyny ja, Czarek, nie mam czasu i ochoty. Po prostu. Moje życie, tylko moje, innego mieć nie będę, dlaczego niby mam się rozdrabniać, skoro tego nie chcę? Opustoszała droga, czarny ford mustang, lakier mat, podrasowany gaźnik i wolność. Moja wolność.

Żeromski niezrozumiały? Nieczytany? Nudny? Zawiły? Trudno

Po roku 1989 część krytyków literackich wyczekiwała nowego „Przedwiośnia”. Zamiast tego czytaliśmy o gwałcącym własną matkę pijanym więźniu, kobiecie, której z pleców wyrastały skrzydełka lub miała dwie łechtaczki.

zobacz więcej
Ale ta dziewczyna, co weszła do tramwaju, mogłaby być moją córką. Długie popielate włosy, cudowne brązowe oczy i mały zadarty lekko nosek, skórzana kurtka, spódnica do pół łydki i kozaczki. Super! Z taką córką mógłbym się gdzieś pokazać, na przykład na planie u Ryśka, o to byłoby miłe, albo nawet przedstawić ją panu Zygmuntowi. Panie Zygmuncie, moja córka, nawet pan nie przypuszczał, że ukrywam przed panem taki skarb i tak dalej w ten deseń.

To jest do przemyślenia. Ale ja tam o kontakt z Klaudią nie będę się napraszał, alimenty płaciłem, jeszcze mnóstwo forsy w nią władowałem, nie wiadomo czy w nią, ze Swietą nie dojdziesz prawdy. Na szczęście od kilku lat mam spokój, to znaczy milczenie Klaudii tłumacze tym, że mamusia nakłamała jej, że nie daję pieniążków. Klasyka, ale jestem ponad to. Żadna z moich bab nigdy nie była w stanie zrozumieć, że ja jestem easy rider i nigdy nie przestanę nim być. Nie zmienię się. Koniec. Kropka.

Wysiadam na placu Zbawiciela, na mojej ulicy wchodzę jednak do Żabki i biorę 0,2 wiśniówki. A co tam! Przed drzwiami mieszkania zastanawiam się chwilkę i schodzę piętro niżej.

Pukam do drzwi. Człapanie w korytarzyku, uchylone drzwi, założony łańcuch.

– A proszę, proszę, panie Czarku…

Pan Zygmunt jest wyższy ode mnie, chociaż wyraźnie pochyla się na prawą stronę, kiedyś musiał być bardzo przystojny. Wysoki jak sosna, tak się chyba mówiło. W przedpokoju jest ciemno, ale ja znam drogę na pamięć.

– Panie Zygmuncie, może napijemy się trochę wiśniówki? Dzień dziś taki…

– Ale ja odrobinkę, panie Czarku, bo zażyłem lekarstwo.

– Oczywiście, na spróbowanie.

Pan Zygmunt sięga do kredensu i przynosi dwa kieliszki na nóżkach. Stawia je drżącą ręką na stoliku, przesuwa papiery, kubek z niedopitą herbatą, cukiernicę, talerzyk z herbatnikami. Jeden jest przełamany na pół.

– Proszę, proszę bardzo… – zachęca.

Czerwony trunek tajemniczo skrzy się w kieliszkach. Panuje półmrok, pan Zygmunt zapalił tylko lampę stojąca na biurku pod ścianą.

– Panie Zygmuncie, pańskie!

Upija łyczek. Odstawia kieliszek na brzeg stołu. Smakuje słodką wódkę.

– Kochanka Irka – zaczyna – to była starsza od niego elegancka kobieta. Miała odpowiedzialne stanowisko, męża, była zamożna. Pani z przedwojenną klasą. Ona bardzo Irka kochała, opiekowała się nim, panie Czarku. Lubiła takie słodkie wódki, wiśniówkę, ratafię, ajerkoniak. Woziłem ją kilka razy samochodem do niego do więzienia do Sztumu. To była jego matka i kochanka zarazem.

– Znaczy to była jego dupa? – słyszę swój głos, jest już lekko bełkotliwy.

Pan Zygmunt patrzy na mnie spod krzaczastych brwi przez kilka sekund, a potem się odzywa:

– Raczej on był jej chujem.

Nie spodziewałem się po nim takiego słowa, literat, kompletnie to do niego nie pasuje. Zaskoczenie przeżywam, zatkało mnie, więc siedzę tylko i wpatruję się w makatkę z kolorowymi ptakami. Czuję jak mija dzień, jeszcze jeden mniej, odchodzi gdzieś, wysnuwa się jak ostatnie nitki dymu z komina, właściwie to już go nie ma. A jutro? Jutro będę celebrował, o tak, będę wolno i godnie celebrował moją wolność, zupełnie tak jak dziś, jak wczoraj, jak miesiąc i rok temu. Niczego się nie boję i nie dam się zastraszyć. Wypijam wiśniówkę.

– Panie Zygmuncie, pan powie, co to jest życie?

Garbi się lekko na krześle, potem składa dłonie jak do modlitwy, wreszcie wyciera je o nogawki spodni. I z przekrzywioną w jedną stronę głową zaczyna z namaszczeniem:
– Życie, panie Czarku, to jest jedna wielka niewiadoma. Ja na przykład miałem złe pochodzenie klasowe, bo mój ojciec był przed wojną dyrektorem papierni i zabili go Niemcy, kiedy nie chciał podpisać volkslisty. A gdyby podpisał, to żyłoby nam się bardzo dobrze, bo mieliśmy niemieckich przodków. Zostałem z matką, która była przerażona i zastraszona. W PRL-u nie miałem startu, ani znajomości, do wszystkiego sam doszedłem, ale pewnego dnia okazało się, że stoję pod ścianą. Byłem naznaczony, nie widziałem dla siebie miejsca w tym systemie. Wtedy najpierw do Szwecji, potem do Londynu, a na końcu do Australii. Spędziłem tam ponad dwadzieścia lat, choć to jest kraj wariacki, bo chce tam się osiedlić tyle ludzi z krajów, w których nie da się żyć, z Filipin, z Indonezji, z Wietnamu. Oni są wdzięczni, że w ogóle mogą tam mieszkać, że nikt ich nie zabija i nie torturuje, a władza oczywiście na tym korzysta. Ceny mieszkań i gruntów niewyobrażalne. Związałem się z kobietą, która była żoną dyrektora szkoły prowadzonej przez jezuitów, miała troje dzieci. Ona postawiła mnie na nogi, karmiła mnie, przestałem mieć problemy z żołądkiem. Poza tym Australia to jest harówka i potworna samotność, wódka z colą i telewizja, a w Polsce jest teraz pięknie. Niech pan będzie wdzięczny za to, panie Czarku, że u nas jest teraz lepiej niż w Australii. Co do Irka, to miał straszne życie, bez przerwy mieszkał w wynajmowanych pokojach i pił. A pił dlatego, że się bał. Wydawało mu się, że gra w lidze z największymi, z Mrożkiem, z Gombrowiczem, z Różewiczem, a jak przyszło co do czego, to jego ostatnia partnerka wystawiła mu walizki na korytarz. Był zresztą już wtedy ciężko chory, krótko mówiąc, zapił się na śmierć. Pan, panie Czarku, ma mieszkanie, pracę, nie jest pan alkoholikiem i to bardzo dobrze. Pana pokolenie nie otarło się o wojnę, wojna wszystko zmienia, proszę mi wierzyć. Ja na szczęście mam australijską emeryturę, bo gdyby nie ona, to gorzej bym lądował. Dużo gorzej. Ja przecież, panie Czarku, mam osiemdziesiąt sześć lat. Schodami w górę. Znowu nagadał się dziadyga, a ja kiwałem łbem i wszystko łykałem. I po co? Sam nie wiem. Wódka została wypita. Muszę rano pobiegać po Łazienkach, jak dla mnie – za dużo sznapsa. Złapać znowu formę, oczyścić się. Są takie dni, starenia, ale Big Apple nigdy nie zasypia. Jutro będę miał siniaka. Helena Kmieć. Włosy Basi z Tłomackiego są puszyste i kudłate.

Otwieram mieszkanie, zapalam światło. Jest pusto i cicho. Na ścianie ogromne zdjęcie Jamesa Deana. Patrzy na mnie, zawsze tak na mnie patrzy, kiedy tu wchodzę. Uśmiecha się. Dostrzegam szyderstwo w tym uśmieszku.

– Ty skurwysynu!!!

Rzucam się na niego z pięściami.
– Wojciech Chmielewski, 2019 r.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest krytykiem literackim i prozaikiem, laureatem Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego, wydał zbiory opowiadań „Biały bokser” (2006), „Brzytwa” (2008), „Najlepsza dentystka w Londynie” (2014) oraz powieść „Kawa u Doroty” (2010). Publikował m.in. w „Tygodniku TVP”, „Rzeczpospolitej”, „Odrze”, „Borussii”, „Wyspie”, „Dialogu”, „Arcanach”, „Nowych Książkach”, „W drodze” i „Czterdzieści i Cztery”.
Zdjęcie główne: Szkoda, że na tej Marszałkowskiej tak niewiele się dzieje. Lokale na parterze to oddziały banków albo salony operatorów telefonicznych. Czasem bardzo droga restauracja zupełnie zez lokalnego klimatu, splajtuje, będzie następna... Fot. Karol Serewis/Gallo Images Poland/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Co wolno Polańskiemu
Czy sam talent wystarczy, żeby zrekompensować potworne skutki zbrodni?
Kultura wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Osamotniony, staroświecki, dziwaczny. Poszedł dalej w ciemność…
Pod koniec życia był już na dobre i złe związany z prawicowymi tytułami, ale nigdy nie udawał zadzierżystego antykomunisty.
Kultura wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Żywa Kamienica. Dla ludzi, którzy potrzebują śmiechu
To złoty czas najbardziej warszawskiego z warszawskich teatrów. Trzy premiery w trzy miesiące. Nie tylko zrozumiałym językiem, ale o ważnych sprawach.
Kultura wydanie 8.11.2019 – 15.11.2019
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura wydanie 8.11.2019 – 15.11.2019
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.