Cywilizacja

Odwrócił sojusze, spacyfikował wojsko, zburzył fundamenty republiki. Niebezpieczny jubileusz

W polityce zagranicznej nie zerwał co prawda z Zachodem, postawił jednak na zbliżenie ze światem muzułmańskim. To po części delikatny straszak, mający uświadomić sojusznikom Turcji, że nie jest ona skazana na współpracę z Europą i Ameryką, lecz ma też inne możliwości. Jakąś rolę gra tu zapewne zauroczenie imperium ottomańskim. Erdogan chętnie też podkreśla odrębność świata islamu. Bo też nie da się zrozumieć, kim jest i czym się kieruje, bez uwzględnienia jego stosunku do religii i jej miejsca w życiu państwa.

Niewolnice zostają sułtankami, patrioci walczą z Grekami, a dziewczyny wygrywają z oprawcami. Nowe tureckie imperium

Do serc polskich widzów przemawia dziś już nie Isaura, lecz Hürrem, Elif, Fatmagűl albo Kősem. O gwiazdach tureckiego kina można też poczytać w tabloidach i na portalach plotkarsko-celebryckich.

zobacz więcej
Turcja jest republiką, a jej prezydent Recep Tayyip Erdogan nie ma nic wspólnego z rządzącą niegdyś dynastią Osmanów, ale wielu publicystów chętnie nazywa go sułtanem. To oczywiście bezpodstawne, ale brzmi efektownie, a w dodatku nawiązuje zarówno do stylu sprawowania rządów, jak do historycznych inklinacji tureckiego przywódcy.

Erdogan nie kryje, że dawne potężne imperium jest o wiele bliższe jego sercu niż powstała na jego gruzach republika.

Co do stylu rządów, skojarzenia nasuwają się same. Recep Erdogan nie jest panem życia i śmierci poddanych, jak to było z sułtanami, a jego władza jest, mimo wszystko, ograniczona przez prawo i zasady. Ale upór, z jakim dążył do jej poszerzenia, jest znamienny.

Co ciekawe, ostatni sułtanowie, świadomi odpowiedzialności za kraj i dążący do jego zreformowania, godzili się na stopniowe ograniczanie swej władzy. Erdogan przebył drogę dokładnie odwrotną – ku przejęciu pełni rządów.

Wybory prezydenckie z czerwca ubiegłego roku były tej drogi, rozłożonej na wiele etapów, widomym zwieńczeniem. Dziś Erdogan może o wiele więcej niż szefowie państw stanowiących klasyczny wzorzec prezydenckiego systemu rządów – Stanów Zjednoczonych i Francji.
Zarówno Recep Tayyip Erdogan, jak i jego żona Emine są gorliwymi wyznawcami islamu i wcale się z tym nie kryją. Emine Erdogan nie pokazuje się publicznie bez chustki na głowie. Fot. Reuters/ Umit Bektas
Podporządkował sobie rząd i parlament, sądownictwo i media. Mianuje ministrów, wysokiej rangi urzędników i część sędziów, do niego należy wybór wiceprezydentów, których może być kilku (w przyszłości, bo na razie nie ma żadnego) i tworzenie budżetu.

Rządzi Turcją z przeogromnej rezydencji Ak Sarayi, Białego Pałacu, który nawiązuje stylem do budownictwa osmańskiego, ale jest o wiele bardziej okazały niż sułtańskie pałace Topkapi czy Dolmabahce.


Erdogan z pewnością dobrze się czuje w roli nowoczesnego sułtana. Ale może bardziej jeszcze odpowiadałby mu tytuł kalifa – zwierzchnika religijnego świata islamu? Jest przecież gorliwym muzułmaninem i wcale się z tym nie kryje.

Ostatni z Osmanów Abdulmedżid II urzędował już tylko jako kalif, bo kalifat przetrwał w Turcji pół roku dłużej niż sułtanat, do marca 1924 roku.

Droga przez Stambuł

„Kto zdobywa Stambuł, zdobywa całą Turcję” – mówi tureckie powiedzenie. Czy działa to także odwrotnie? To może być ważne, bo wszystko wskazuje na to, że w wyborach lokalnych, które odbyły się 31 marca, rządząca Turcją Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) straciła Ankarę i właśnie Stambuł.

AKP te wyniki kwestionuje, ale trudno zaprzeczyć, że mają one wymowę symboliczną, i to nie tylko dlatego, że mogą zwiastować początek końca.

Ajatollahowie przeciw „rządom ajatollahów”. „Reformatorzy” za obroną systemu. Irańskie paradoksy

Wśród zwolenników zmian w Republice Islamskiej jest wnuk jej twórcy, Ruhollaha Chomeiniego

zobacz więcej
W 1994 roku w rezultacie takich samych wyborów burmistrzem Stambułu został Recep Erdogan, reprezentujący wówczas islamską Partię Dobrobytu (Refah), i tak rozpoczął swą drogę na szczyt.

Była to kariera nie błyskawiczna, ale konsekwentna. W ciągu minionych 25 lat Erdogan przez cztery lata rządził Stambułem, przez jedenaście (od 2003 roku) był premierem, przez pięć (od 2014 roku) – prezydentem, i to wybranym w wyborach powszechnych, a nie, jak jego poprzednicy, przez parlament.

W międzyczasie, w 1999 roku, trafił do więzienia za propagowanie idei islamskich, bo parę lat wcześniej wyrecytował na wiecu wiersz średniowiecznego poety, według którego „minarety są naszymi bagnetami, a wierni – naszą armią”. A w 2001 roku założył AKP, która już rok później wygrała wybory.
Erdogan włożył wiele wysiłku w to, by podkopać fundamenty republiki Mustafy Kemala Atatürka (1881 - 1938). Fot. General Photographic Agency/Getty Images
W 2018 roku Erdogan został prezydentem po raz drugi. Ale urząd, jaki sprawuje, jest zupełnie inny niż ten, który obejmował za pierwszym razem. To już nie prezydent o ograniczonych kompetencjach, lecz szef państwa mający pełnię władzy.

Widać, jak przemyślane są działania Erdogana. Tak ambitnego polityka nie mogło zadowolić reprezentowanie państwa, podróże zagraniczne i podpisywanie ustaw. Dlatego pierwsza kadencja to czas pracy nad poszerzeniem uprawnień szefa państwa i referendum w tej sprawie, wygrane, choć z niewielką przewagą.

Odwrót od Atatürka

Lata, gdy stał na czele rządu, były zresztą czasem intensywnej pracy. Odnotujmy reformy gospodarcze, które wyniosły Turcję do grona państw najszybciej się rozwijających, wielkie inwestycje, zwłaszcza w Stambule (trzecie lotnisko, tunel pod i trzeci most nad Bosforem, kanał Morze Czarne-Morze Marmara, który ma zostać oddany do użytku w 2023 roku, w stulecie republiki), a także rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z Unią Europejską i pokojowych z separatystami kurdyjskimi.

Na obu polach zresztą nie zanotowano sukcesu. Rozmowy z Kurdami zostały zerwane, z Unią praktycznie zawieszone, ale i tak szły przedtem jak po grudzie, bez większych szans na sukces.

Państwo Islamskie przeprowadza się do Europy

Na ulicach miast Starego Kontynentu pojawią się tysiące doświadczonych dżihadystów i dziesiątki tysięcy ich dzieci, także wychowanych na dżihadystów.

zobacz więcej
Recep Erdogan bywa porównywany do Mustafy Kemala Atatürka i jest to porównanie zarazem celne i nietrafne. Celne – bo Erdogan gruntownie przekształca Turcję, podobnie jak sto lat temu czynił to Atatürk. I nietrafne – bo zmiany, jakie inicjuje i wprowadza, oznaczają burzenie fundamentów, na jakich wielki reformator zbudował poosmańską republikę.

Erdogan włożył wiele wysiłku w to, by dzieło Atatürka nie tyle całkiem odwrócić (nawet gdyby chciał, jest to raczej niemożliwe, bo trudno by było na przykład odbudowywać monarchię), co zmienić te elementy, które on sam uważa za ważne. Na przykład powoli oswajać Turków z powrotem religii muzułmańskiej do życia publicznego czy też odnawiać więzy ze światem islamu.

Warto jednakże pamiętać, że ograniczenie sektora publicznego i oparcie gospodarki na zasadach rynkowych nie jest wyłącznie dziełem Erdogana. To nastąpiło znacznie wcześniej, od lat 60., a szczególnie na przełomie lat 70. i 80., gdy polityka gospodarcza znalazła się w rękach Turguta Özala, wicepremiera i późniejszego prezydenta.

Etatyzm, jedna z sześciu tzw. strzał Atatürka, czyli zasad, na jakich oparto funkcjonowanie republiki (pozostałe strzały to republikanizm, sekularyzm, egalitaryzm, nacjonalizm, reformizm), był pierwszą, w której sens zaczęto powątpiewać.

Zupełnie inny kraj

W 1994 roku, gdy Erdogan przejmował władzę w Stambule – mieście, gdzie się wychował, choć nie urodził, i które darzy szczególnym sentymentem – Turcja była krajem niestabilnym politycznie (żadna partia nie była wówczas w stanie dłużej utrzymać się u władzy), borykającym się z wielkimi problemami gospodarczymi, zwłaszcza wysoką inflacją, a przy tym zdecydowanie prozachodnim: najbliższymi sojusznikami były USA i Niemcy.

Na straży spuścizny Atatürka stało potężne wojsko. We wschodnich prowincjach trwała wojna z Kurdami, których zresztą w ogóle nie wolno było nazywać Kurdami. Większość sąsiadów, z różnych zresztą powodów, była Turcji niechętna, poza jednym tylko Izraelem, z którym łączyły Ankarę stosunki wręcz doskonałe.
W czasie, gdy Erdogan był u władzy gospodarka rozkwitła, a Stambuł się zmodernizował. Fot. Diego Cupolo/NurPhoto via Getty Images
A dzisiaj? To nie ten sam kraj. Gospodarka rozkwitła, choć już zarysowuje się recesja. Turcja ma jednak za sobą czas bezprzykładnego boomu, który sprawił, że znalazła się w gronie państw G20. Tempo rocznego wzrostu sięgało nawet 10 proc.

Ale od lata ubiegłego roku nastąpił szybki spadek, zarówno tempa wzrostu, jak kursu tureckiej liry, co spowodowało szybki wzrost cen i zahamowanie inwestycji i po części tłumaczy, dlaczego wyborcy zaczęli odwracać się od AKP.

Równie bezprzykładna jest stabilność polityczna. Od 2002 roku AKP niezmiennie wygrywała wszystkie wybory i referenda. „Zero konfliktów z sąsiadami” – polityka zagraniczna, zainicjowana przez byłego już ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoglu, przyniosła znaczącą poprawę stosunków z państwami regionu.

Ale Izrael nie jest już przyjacielem, podobnie jak USA i Niemcy przestały być najbliższymi sojusznikami. Przeciwnie – w stosunkach z oboma ostatnimi dominują konflikty, spory i wzajemna wymiana oskarżeń.

Prezydent na wojnie z narkotykami, Kościołem i Ameryką. Potrzebuje pieniędzy na buty, motocykle i dziewczyny

Do zachodnich organizacji praw człowieka zwrócił się: - Przepraszam, czy uważacie nas za małpy, które mówią?!

zobacz więcej
Rolę może nie przyjaciół, ale bliskich partnerów przejęły za to Rosja i Iran. A wojsko, po pokazowych procesach, po których 10 proc. kadry dowódczej znalazło się w więzieniach, nie ma już nic do powiedzenia. Zamach stanu z lipca 2016 roku, ostatnia próba przejęcia inicjatywy, przypieczętował klęskę armii.

No i rządy sprawuje prezydent, nie, jak przez lata, premier – bo premiera w ogóle już nie ma. A pani Emine, żona prezydenta, podobnie jak jego dwie córki, a także żony większości przedstawicieli władz, pokazują się publicznie w chustach. Jeszcze w początkach rządów AKP coś takiego było po prostu nie do pomyślenia.

Bez zahamowań

Nie da się zrozumieć, kim jest i czym się kieruje Recep Erdogan, bez uwzględnienia jego stosunku do religii i jej miejsca w życiu państwa. Turcja nie jest teokracją – i zapewne nigdy się nią nie stanie – co nie zmienia faktu, że Erdogan jako wierzący muzułmanin lubi w różnych formach uzewnętrzniać swe przekonania religijne.

W początkowym okresie swych rządów, gdy armia miała dość siły, a ówczesny prezydent Ahmet Necdet Sezer potrafił skutecznie hamować zapały islamistów, Erdogan zachowywał daleko idącą powściągliwość w mowie i czynie. Ale teraz, gdy AKP przejęła wszystkie instytucje państwowe, a spacyfikowana armia już nie może bronić atatürkowskiej idei świeckości państwa, Erdogan nie musi się hamować.
Choć Erdogan dowodzi, że kobiety nie powinny być jednakowo traktowane, bo są inne od mężczyzn, to na swym miejscu w przyszłości widziałby najchętniej swoją córkę Sumeyye Bayraktar. Fot. Abdullah Coskun/Anadolu Agency/Getty Images
Może zatem swobodnie mówić o tym, że marzy mu się, by „w Turcji wyrosło pokolenie ludzi pobożnych”. Może przeznaczać środki na budowę meczetów i szkół religijnych, takich jak ta, którą sam kiedyś skończył. Za jego rządów średnie szkoły religijne zrównano w prawach ze szkołami świeckimi, choć generalnie uważa się, że mają niższy poziom.

Może sugerować potrzebę oddzielenia kobiet i mężczyzn w akademikach dla studentów, w środkach komunikacji miejskiej czy na basenach. Albo też dowodzić, że kobiety nie powinny być jednakowo traktowane, bo przecież są inne od mężczyzn, słabsze. Co skądinąd nie zmienia faktu, że na swym miejscu w przyszłości widzi wcale nie jednego ze swych synów ani też zięcia, którego rok temu mianował ministrem finansów (co ściągnęło nań zarzut nepotyzmu), lecz jedną z córek.

Trzeba jednak przyznać, że choć sprawy islamu bezsprzecznie leżą Erdoganowi na sercu, w polityce potrafi on doskonale łączyć religię i pragmatyzm.

Od początku był zaangażowany w ruch islamski, za mistrza mając jego wieloletniego przywódcę Necmettina Erbakana. Erdogan wyciągnął jednak wnioski z kolei losu kolejnych partii islamskich, zamykanych za naruszanie świeckości państwa i odradzających się pod nowymi nazwami – co jest zresztą turecką specyfiką.

Nie podają ręki nauczycielom, dziennikarzom, politykom. Nakaz religijny czy pogarda dla niewiernych

Spór o uścisk ręki to nowe pole konfliktu czy może nawet wojny religijnej i kulturowej.

zobacz więcej
Gdy po delegalizacji Partii Dobrobytu w 2001 roku założył AKP, rygorystycznie trzymał się jednej zasady: nigdy nie przyznał, że jest ona ugrupowaniem islamskim. Przez długie lata niezmiennie przedstawiał ją jako partię konserwatywną i robił to bardzo skutecznie – również dlatego, że w Brukseli bardzo chciano w to wierzyć.

W polityce zagranicznej Erdogan nie zerwał z Zachodem, postawił jednak na zbliżenie ze światem muzułmańskim. Jest to po części delikatny straszak, mający uświadomić sojusznikom Turcji, że nie jest ona skazana na współpracę z Europą i Ameryką i ma też inne możliwości.

Zapewne jakąś rolę gra tu również zauroczenie Erdogana imperium ottomańskim. Nie da się go oczywiście wskrzesić, ale przypominanie o dawnych więzach może sprzyjać kontaktom współczesnym, mimo pewnych oporów dawnych osmańskich poddanych. Erdogan chętnie też podkreśla odrębność świata islamu. Czy nie dlatego zarzucał Unii Europejskiej, że jako „klub chrześcijan” nie widzi w swym gronie miejsca dla państwa muzułmańskiego?

Demokracja to ja

Z Erdoganem nie ma żartów. W parze z żądzą władzy idzie u niego kompletny brak odporności na krytykę. Turecki przywódca nie przyjmuje do wiadomości nawet najbardziej oględnie wyrażanych wątpliwości. Jak można go krytykować, skoro wygrał demokratyczne wybory i wobec tego może przecież robić i mówić, co mu się tylko podoba?

Pod adresem swych oponentów miota obelgi i formułuje zarzuty, wśród których koronnym jest niezrozumienie zasad demokracji. Czy oni, pyta Erdogan, w ogóle rozumieją, co to znaczy?
Po fiasku zamachu stanu liczbę zwolnionych z pracy szacuje się na ok. 170 tys., aresztowanych na ponad 50 tys. Na zdjęciu: żołnierze składają broń po próbie zamachu stanu przeprowadzonej nocą z 15 na 16 lipca 2016 roku przez wojskowych średniego szczebla.Fot. Reuters/Murad Sezer
Nie ma znaczenia, czy krytykami są przedstawiciele opozycji, czy też zwykli ludzie, tacy jak Merve Buyuksarac, była miss Turcji, która zamieściła w internecie satyryczny wierszyk, nie swojego zresztą autorstwa, na temat Erdogana. Sprawa skończyła się w sądzie, gdzie za obrazę urzędnika publicznego miss została skazana na 14 miesięcy więzienia z zawieszeniem.

W ciągu tylko dwóch pierwszych lat prezydentury do sądu skierowano ponad 2000 spraw o obrazę szefa państwa!

Tym bardziej trudno się dziwić rozmiarom represji, jakie spadły na rzeczywistych i domniemanych przeciwników Erdogana po fiasku zamachu stanu z lipca 2016 roku. Liczbę zwolnionych z pracy szacuje się na ok. 170 tys., aresztowanych na ponad 50 tys. Odbyło się wiele procesów, w których na ławie oskarżonych zasiadło jednocześnie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset osób – a końca nie widać.

Erdoganowi nie udało się jednak wymusić na władzach amerykańskich wydania Fethullaha Gülena, muzułmańskiego duchownego, niegdyś sojusznika, a teraz arcywroga, który, jego zdaniem, inspirował bunt wojskowych.

Erdogan i jego ministrowie nie przepuszczają też okazji, by od władz innych krajów domagać się zamknięcia szkół, które organizacja Gülena prowadzi na całym świecie (również w Polsce – w Warszawie i Łodzi).

Po 25 latach zaangażowania w polityce, i to na pełnych obrotach, Recep Erdogan wcale jednak nie wygląda na znużonego. Ma 65 lat i niezmiennie wielkie plany. Jego obecna kadencja kończy się w 2023 roku, gdy republika obchodzić będzie stulecie, i obecność Erdogana na czele państwa stanowiłaby widomą oznakę, że republika to nie tylko Mustafa Kemal Atatürk.

Swoją drogą byłoby to nie lada wyzwanie: uczcić stulecie państwa, ale tak, by możliwie jak najbardziej pomniejszyć jego twórcę. Bo że tak właśnie widzi to Erdogan, raczej trudno wątpić.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
O polskim szpiegu w Rosji to jest historia
39-letni Aleksandr Worobiow został aresztowany pod zarzutem zdrady i szpiegostwa. I jest to pierwsze w historii Federacji Rosyjskiej aresztowanie z takiego paragrafu urzędnika tak wysoko umiejscowionego w hierarchii władzy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eutanazja wprowadzana tylnymi drzwiami. Powodują śmierć z głodu...
Dlaczego szpital nie zgodził się na przeniesienie mężczyzny do ośrodka opieki, gdzie byłby on karmiony i poddawany fizjoterapii? Dlaczego lekarze usiłowali wymusić na rodzinie zgodę na jego odwodnienie?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Za 10 ziaren można było kupić usługi prostytutki, a za 100 –...
Było kluczową walutą Majów i jego braki mogły przyczynić się do ich upadku – odkryli archeolodzy. Znaleźli też najstarsze ślady picia czekolady: w Ekwadorze, sprzed ponad 5000 lat.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Łoszarik”, czyli kosmiczna katastrofa w głębinach
Z jakiego powodu elitę dowódczą rosyjskiej floty wsadzono do podwodnej, supertajnej jednostki i dlaczego zginęła?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Piłka nożna nie dla kobiet?
Polskie kadrowiczki grały bez nazwisk na strojach i koszulki prały w domu, a najlepszą zawodniczkę roku nagrodzono… voucherem na kurs gotowania. W tym czasie na świecie damski futbol się rozwijał.