Historia

Policjanci i złodzieje w okupowanej Warszawie

Najzwyklejsi bandyci, którym nie w głowie były jakiekolwiek cele polityczne, podawali się za podziemie niepodległościowe. „Dla równowagi” prawdziwe oddziały niepodległościowe, jak narodowcy niescaleni z AK, miały zwyczaj dla kamuflażu udawać bandytów.

Jak podaje Rocznik Statystyczny z 1939 roku, przedstawiający dane za rok 1938, w Warszawie łatwiej było paść ofiarą oszusta i złodzieja, niż zostać zabitym. Liczba zabójstw – 55 przypadków – plasuje stolicę w tyle za jej okolicami oraz innymi województwami. Rocznik nie zestawiał w jednej tabeli stolicy z innymi miastami ponieważ ponad milionowa Warszawa nie mogła być porównywana do ośrodków o wiele mniejszych, czyli wszystkich innych.

Napady z bronią w ręku bywały, ale częściej bez – zawodowi złodzieje nie brali „na robotę” nawet noża, by w razie wpadki nie powiększyć sobie wyroku. Policja Państwowa była sprawna i budziła respekt. Wprawdzie niejaki „Tata Tasiemka” latami terroryzował Kercelak, ale on miał przyjaciół w obozie sanacyjnym, jako dawny zasłużony bojowiec PPS-u w latach walki o niepodległość. Ktoś z mniejszymi koneksjami bał się policji, i wcześniej czy później wpadał.

Wolne Miasto Gdańsk. Od niemieckiego nacjonalizmu do swastyki

Międzywojenni gdańszczanie „wolność” w nazwie rozumieli jako wolność od zobowiązań wobec Polski i lekceważenie Wysokiego Komisarza. Właściwie to nie chcieli żadnej wolności. Chcieli należeć do Niemiec.

zobacz więcej
Paniusie wdzierały się do opuszczonych sklepów

Już oblężenie Warszawy we wrześniu 1939 roku spowodowało zmianę stosunku mieszkańców do prawa i porządku. Podpisanie aktu kapitulacji i wejście do miasta Niemców przedzielały dwa dni. Tak je opisał Ferdynand Goetel w „Czasach wojny”:

„Rozładowywanie składów publicznych, słusznie chyba i nawet koniecznie, dało okazję do igrzysk, gdzie bary i pięści miały rozstrzygające znaczenie. Za darmochą, którą zdobywało się «legalnie» z otwartych okien i drzwi składów z tytoniem, spirytusem, cukrem, poszedł amatorski już rabunek sklepów i składów prywatnych. Szturm rabusiów na magazyny Zamku i jego ocalałe lokale nie cofnął się przed milicją obywatelską, przełamał jej opór i ogołocił Zamek z resztek dobytku. Nie oszczędzono również i Biblioteki Narodowej, gdzie wydzierano z ksiąg iluminowane karty, a ze starych inkunabułów oprawy ze skóry. W grabieży brał udział nie tylko motłoch, zmieszany z opryszkami wypuszczonymi z aresztów. W Śródmieściu paniusie w szykownych futrach wdzierały się do opuszczonych sklepów i wynosiły z nich, co popadło pod rękę.”

Policja okazała się bezradna, wielu jej funkcjonariuszy jeszcze w początkach września rozkazy skierowały na wschód, a powołana podczas oblężenia Straż Obywatelska (milicja) nie miała doświadczenia, ani wystarczającej ilości ludzi.

Podczas kampanii wrześniowej władze RP rozładowały więzienia. Najpierw dekret prezydenta uwolnił przestępców z wyrokami do pięciu lat, a w miarę postępów ofensywy niemieckiej reszta uwolniła się sama. Większość niedawnych więźniów dotarła do stolicy. Pobojowiska bitew wrześniowych pełne były porzuconej broni i niejeden z wędrujących byłych więźniów się po nią schylił.

Przestępczość, i to taka najgroźniejsza, godząca w zdrowie i życie, gwałtownie wzrosła jeszcze jesienią 1939 roku i rosła przez całą okupację do Powstania Warszawskiego. W odróżnieniu od czasów przedwojennych, za okupacji nawet włamywacz do piwnic mógł teraz mieć przy sobie pistolet.

Na dziewięć wymienionych czynów zabronionych, za pięć groziła kara śmierci

Administracja niemiecka, najpierw wojskowa, potem cywilna największą uwagę zwracała na przestępstwa przeciwko Rzeszy i Niemcom. Nadludzi nie interesowało, czy podludzie się okradają i zabijają, czy nie. Oczywiście, jakiś porządek musiał być i w Warszawie funkcjonowała niemiecka Ordnugspolizei (policja porządkowa) i Kriminalpolizei (policja kryminalna).

Jak się szybko okazało, formacje te miały inne priorytety. Ktoś musiał wspomagać nie tak znowu liczne Geheimestaadspolizei (tajna policja państwowa, Gestapo) i Sicherheitspolizei (policję bezpieczeństwa) w ich zadaniach politycznych.
Przed wojną niejaki „Tata Tasiemka” terroryzował Kercelak, ale on miał przyjaciół w obozie sanacyjnym, jako zasłużony bojowiec PPS-u. Ktoś z mniejszymi koneksjami wcześniej czy później wpadał. Na zdjęciu proces przeciwko gangowi Łukasza Siemiątkowskiego („Taty Tasiemki”), lipiec 1932. Siemiątkowski siedzi z lewej, łysy. Fot. NAC/Jan Binek/IKC
Na co dzień do ścigania kryminalistów pozostała Policja Porządkowa i Policja Kryminalna, polskie formacje podległe odpowiednio Orpo i Kripo, stworzone z funkcjonariuszy przedwojennej Policji Państwowej. Polscy policjanci musieli się stawić do służby u Niemców pod groźbą kary śmierci. Policję Polską od koloru mundurów powszechnie zwano policją granatową.

Do spraw pomiędzy Polakami Niemcy pozostawili szczątkowe polskie sądownictwo przedwojenne. Tam, gdzie dochodziło do działań mogących być uważanymi za szkodliwe dla Rzeszy, sądziły sądy niemieckie w tym osławione Sady Specjalne, szafujące wyrokami śmierci.

Prawo niemieckie miało prymat nad polskim, ale naprawdę najważniejsze w Generalnym Gubernatorstwie były rozporządzenia Generalnego Gubernatora, Hansa Franka. Już 31 października 1939 roku wydał on pierwsze z nich, gdzie – na dziewięć wymienionych czynów zabronionych – za pięć groziła kara śmierci. Za gwałt przeciw niemieckiej władzy, czy poszczególnym Niemcom, za uszkodzenia urządzeń niemieckich, nawet za zachęcanie do nieposłuszeństwa władzom. Dodano na końcu, że „Czyn usiłowany będzie karany jak dokonany. Podżegacz i pomocnik będą karani jak sprawca”.

Później doszła kara śmierci dla młodzieży za unikanie służby w Baudienstcie (przymusowej „służbie budowlanej”), a od listopadzie 1941 roku za jakąkolwiek pomoc Żydom – oczywiście, „czyn usiłowany będzie karany jak dokonany”.

W 1943 roku dodano odpowiedzialność zbiorową – też pod groźbą kary śmierci. Niejasne sformułowania – poza paragrafem godzącym w pomoc Żydom – i szeroki zakres „przestępstw” legalizował rozstrzelanie Polaka za cokolwiek i tylko potrzeba niewolniczej siły roboczej pracującej dla Rzeszy kierowała winowajców do obozów, odraczając najwyższy wymiar kary. Nie wszystkie strzały na ulicach świadczyły o potyczkach podziemia z Niemcami

Reakcję Warszawy na politykę okupanta tak opisał Kazimierz Brandys w „Mieście niepokonanym”: „Śmierć groziła za słoninę i złoto, za broń i fałszywe papiery, za ukrywanie się przed rejestracją, za radio i za Żydów. Dowcipni powiadali, że boją się wyroków dopiero wyżej kary śmierci (...) Nad miastem zawisł śmiertelny absurd, posępna groteska zakazów obdarzała Warszawę straceńczym humorkiem pełnym drwiny i pogardy dla hitlerowców.” Ten straceńczy humorek był niezbędny, aby przeżyć.

Kartkowe przydziały przewidywały 611 kalorii dziennie dla Polaków i 237 dla Żydów. Do przeżycia potrzeba człowiekowi około 2400 kalorii i gdyby nie czarny rynek, to getto nie dożyłoby do likwidacji, a większość ludności reszty miasta do Powstania Warszawskiego. Szmuglowanie żywności do miasta i wycenianie powyżej cen kartkowych również karane miało być śmiercią już w pierwszym rozporządzeniu Hansa Franka.

Jego gazety lekceważyły zasady ortografii, epatowały zbrodnią i seksem, kupowały tajne informacje od morderców

Przyjaźnił się z Kornelem Makuszyńskim i Janem Kiepurą. Finansował budowę „zakopianki” i Pomnik Nieznanego Żołnierza. Stworzył największe w Polsce imperium prasowe.

zobacz więcej
Podwarszawskie miejscowości miały swoje specjalizacje. Karczew był od mięsa i przetworów, Jabłonna alkoholu, choć bimber na wsi pędzono wszędzie, a Rembertów od tytoniu. Ceny na żywność stale rosły i zwiększała się siła nabywcza rolników. Gdy chłop przyjechał do miasta z pieniędzmi po ubrania, czy bogatszy – inwestować w złoto, to czekali na niego oszuści, a często bandyci.

Oszustwom i wyłudzeniom towarzyszyły rozboje z użyciem broni palnej. Strzelaniny towarzyszyły włamaniom do mieszkań i zdecydowanie nie wszystkie strzały słyszane przez przechodniów świadczyły o potyczkach podziemia z Niemcami. Nie raz granatowi strzelali do bandytów, a oni nie pozostawali im dłużni. Kiedyś w środku miasta trzej bandyci zabarykadowali się na piętrze jednej z kamienic i wytrzymali wielogodzinne oblężenie policyjne, któremu kres położyło dopiero użycie przez policję granatów zapalających.

Innym razem przechodnie byli narażeni na ogień z dachu, gdy na strzały policji z dołu odpowiadał bandyta i były straty wśród przypadkowych świadków zdarzenia. Nie tylko wzrosła liczba przestępstw znanych przed wojną, ale też ich przebieg był nieporównywalnie bardziej brutalny. Okradanie mieszkań zamieniło się w napady na nie z bronią w ręku, a gdy lokator wzywał pomocy lub nie chciał wskazać skrytki z pieniędzmi i biżuterią, przestępcy nie wahali się owej broni użyć.

Złodzieje uliczni stali się bezczelni, a rabusie bezwzględni. Tego przedwojenna Warszawa nie znała. Doszły także wydarzenia inspirowane ideologicznie i politycznie, ale zachowania sprawców były czysto kryminalne.

Żydzi uwierzyli, że zamknięcie getta murem jest ochroną przed Polakami

W marcu 1940 roku doszło do tak zwanego pogromu wielkanocnego. W Wielki Piątek kilkusetosobowy tłum wyrostków rozbijał witryny i rabował żydowskie sklepy. Próbujących się bronić kupców bito do nieprzytomności. Bito i rabowano także przechodniów żydowskich na ulicach. Zajścia trwały osiem dni i tak jak się nagle zaczęły, tak nagle skończyły. Policja niemiecka i polska nie interweniowały. Niemcy za to robili zdjęcia.

Do podobnych zajść doszło i w innych miastach, a później w Paryżu i Antwerpii. W Polsce kronikarze żydowscy, Emanuel Ringelblum i Ludwik Landau podejrzewali inspirację niemiecką i bezpośrednie kierownictwo środowisk wywodzących się z Narodowej Organizacji Radykalnej (okupacyjnej mutacji ONR – Falangi). Narodowcy chcieli zasłużyć się Niemcom, aby ci ich traktowali po partnersku.

To „partnerstwo” skończyło się śmiercią przywódców NOR w Palmirach w czerwcu 1940 roku, w ramach niemieckiej akcji AB, skierowanej przeciwko inteligencji, ale z 6,5 tysiąca ofiar tej zbrodni, trzy tysiące to byli kryminaliści. Nie zahamowało to wzrostu przestępczości pospolitej w mieście.
Niemcy pod groźbą kary śmierci powoływali do służby w granatowej policji przedwojennych funkcjonariuszy. Fot. Wikimedia
Jesienią Żydzi warszawscy uwierzyli, że zamknięcie getta murem jest ochroną przed Polakami. Wtedy narodził się nowy proceder przestępczy wobec ludzi wyjętych przez Niemców spod prawa. O ile Polak narzekał słusznie na skorumpowanie granatowych, to jednak oni od czasu do czasu ścigali bandytów, nawet wielu w tych potyczkach poległo. Żyd nie mógł na nic liczyć.

Szmalcownictwo, proceder szantażu dotykający Żydów poza dzielnicą żydowską, miał dwa etapy. Początkowo Żydowi opuszczającemu getto groziła grzywna lub więzienie. Po wprowadzeniu w listopadzie 1941 kary śmierci za przebywanie poza gettem ceny u szmalcowników znacznie wzrosły. Specjalizowały się w tym całe gangi, bywało że międzynarodowe, polsko-niemieckie.

Przeważnie jednak bandy szmalcownicze były czysto polskie. Motywy szantażystów były natury kryminalnej, a okupacyjne przepisy odmawiające Żydom praw ludzkich wydawały w ręce bandytów ofiary tak bezbronne, jak nikt w normalnych warunkach.

Okupacja przyniosła Warszawie także korupcję na skalę wcześniej nie do wyobrażenia. Skorumpowana była także część okupantów. W1943 roku na targowiskach Warszawy pojawiło się tysiące greckich żółwi. Złodzieje kolejowi rozładowali kilka wagonów z żółwiami na berlińskie stoły, czego dziwnym trafem Bahnschutzpolizei (niemiecka straż ochrony kolei) nie zauważyła. Innym razem na rampę rozładunkową niepostrzeżenie przetoczono kilka wagonów papierosów, które przeładowano do czekających samochodów.

Także żandarmeria niemiecka na zewnątrz bram do getta ani policja żydowska po stronie wewnętrznej nie zwracały uwagi na to, że do getta wjeżdżają ciężarówki i wozy konne z jedzeniem.

Gdyby nie przemyt na wielką skalę, to bohaterskie dzieci przekradające się przez dziury w murze nie wyżywiłyby dzielnicy żydowskiej, w której i tak do akcji likwidacyjnej w lipcu 1942 roku zmarło z głodu i chorób sto tysięcy ludzi. Korupcja w nienormalnych warunkach nie podlega normalnej ocenie, a ta okupacyjna na jakiś czas ratowała życie.

Oddział, którego żołnierze wierzyli, że są w polskim podziemnym wojsku

Żołnierze niemieccy w przejeździe na front wschodni i z powrotem handlowali czym się dało. Można było nawet kupić od nich broń i to nie tylko krótką. Potrzebowali pieniędzy na zapomnienie w alkoholu i ramionach prostytutek, których liczba wielokrotnie przewyższała liczbę przedwojenną.

Na ile to zapomnienie o froncie wschodnim było bezpieczne w Warszawie dla Niemców podaje Tomasz Szarota w „Okupowanej Warszawy dzień powszedni”: „tylko w okresie od 9 do 24 maja 1944 r. na ulicach miasta «zniknęło» 19 żołnierzy Wehrmachtu, czterech żandarmów, jeden esesman, czterech Niemców umundurowanych, czterech konfidentów Gestapo wraz z kilkoma osobami związanymi z siłami okupanta.”

Jednooki prorok historycznych ślepców

Romuald Szeremietiew: Współcześni zwolennicy sojuszu z Hitlerem bezrefleksyjnie zachwycają się Studnickim.

zobacz więcej
Transakcje zakupu broni przeprowadzali ludzie z podziemia niepodległościowego, ale przeważnie pośrednicy z półświatka byli szybsi i dopiero od nich, oczywiście drożej, kupowała Armia Krajowa.

Zdarzały się sytuacje kiedy żołnierze AK mylili ekspropriację z rabunkiem i służbę z prywatą. Tutaj wkraczali egzekutorzy z AK, którzy także niekiedy likwidowali zbyt rozpanoszonych w danej okolicy bandytów. Dysponujemy tylko danymi wyrywkowymi, na przykład w drugiej połowie 1943 roku na terenie Obszaru Warszawskiego AK zlikwidowała 5 band i zastrzeliła 40 bandytów.

Najbardziej znanym oddziałem (bandą?) na pograniczu świata przestępczego i konspiracji był oddział Andrzeja Popławskiego pseudonim „Andrzej Sudeczko”. Działający na Woli na przełomie 1943 i 1944 roku „Sudeczko” dokonywał napadów na firmy niemieckie. Samodzielnie sformował kilkudziesięcioosobowy oddział, którego żołnierze wierzyli, że są w polskim podziemnym wojsku. U „Sudeczki” zarabiali miesięcznie więcej niż oficerowie Komendy Głównej AK.

Kontrwywiad AK do czasu wykorzystywał jego operatywność i kontakty. Gdy okazało się, że w żaden sposób nie da się watażki wtłoczyć w ramy organizacyjne i dyscyplinę wojskową „Sudeczko” został zastrzelony na Cmentarzu Powązkowskim w lipcu 1944 roku, a jego chłopcy zostali rozprowadzeni po różnych prawdziwych oddziałach.

Andrzej Popławski nie był zaprzysiężonym oficerem AK, raczej podziemnym hochsztaplerem, ale są historycy, którzy nie wątpią w jego patriotyzm. Ale bywali i regularni żołnierze konspiracji, którym pomyliły się drogi. Jakieś nierozliczone pieniądze, prywatna broń, handel produkowanym przez siebie bimbrem, którego spożywanie nie raz powodowało łamanie reguł konspiracji i ogólnie nie najlepiej wpływało na dyscyplinę.

Dowództwo AK walczyło z imieninami, chrzcinami i innymi zakrapianymi imprezami żołnierzy, ale okupacja w Warszawie trwała całe cztery lata i normalne życie upominało się o swoje prawa. Brawura i beztroska chłopców w oficerkach mogła przynieść określone koszty nawet bez alkoholu, na przykład kiedy Niemcy zaaresztowali prawie cały oddział „Osa” – „Kosa 30” na ślubie kolegi w kościele św. Aleksandra.

Innym razem na jednym przyjęciu weselnym spotkało się między innymi żołnierzami AK dwunastu (sic!) cichociemnych. Jakimś cudem nie było donosu i Gestapo nie przybyło na imprezę.
Szkoła granatowej policji w Nowym Sączu przygotowywała kady dla całego Generalnego Gubernatorstwa. Zdjęcie z października 1941 roku. Fot. NAC/Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa
Komuniści z mieszkań zabierali wszystko, nie gardząc bielizną osobista i pościelową

Niestety wykroczenia przeciwko dyscyplinie to nie jedyne przypadki patologii w podziemiu niepodległościowym. Niektórzy żołnierze przekroczyli granicę pomiędzy światem konspiracji i półświatkiem kryminalnym. Nieuzgadniane z nikim i nierozliczane wywłaszczenia mienia niemieckiego, jak w oddziale „Andrzeja Sudeczki”, w nielicznych przypadkach miały formułę rozszerzoną na własność polską, a gdy oprócz Niemców ginęli w nich także napadani Polacy, to już nic nie odróżniało takich wykolejonych żołnierzy od zwykłych bandytów.

Przykłady takich – marginalnych w stosunku do całości sił AK – zdarzeń podaje Kazimierz Krajewski w artykule „Patologia w Polskim Państwie Podziemnym” zamieszczonym w książce „Porządek publiczny i bezpieczeństwo w okupacyjnej Warszawie”.

Latem 1943 roku oddział Kedywu ODB-3, który miał na swoim koncie wiele akcji, także przy murach getta, zaczął dopuszczać się akcji samowolnych. Napadli na nielegalną szulernię przy Koszykowej, gdzie zabrali pieniądze i kosztowności, potem były rabunki ludzi i mieszkań, padli zabici, i w większości byli to Polacy.

Dowództwo z tym walczyło bezwzględnie. Sądy Specjalne wydawały wyroki śmierci, które były wykonywane. W warunkach okupacji to był jedyny wyrok – więzień Armia Krajowa nie miała. Sądy mogły uniewinnić lub skazać na śmierć. W opisywanym przypadku wyroki zapadły na dwóch dowódców oddziałów, „Ryżego” i „Arpada”.

Pierwszego z nich dosięgła sprawiedliwość. Drugi, zraniony przez wykonawców wyroku, schronił się w szeregach Polskiej Armii Ludowej. Ucieczka w szeregi organizacji lewicowych i komunistycznych była dobrym sposobem na uniknięcie odpowiedzialności za przestępstwa popełnione w AK. Dalsze ściganie takich osób prowadziłoby do otwartej walki z częścią podziemia, którą opiekował się sojusznik naszych sojuszników i mogło by dojść do wymówek z Londynu.

Z tego samego powodu także walka z jakakolwiek działalnością komunistycznej partyzantki w okolicach Warszawy i oddziałami GL – AL w mieście napotykała na podobne trudności – dawała antypolskie argumenty Stalinowi w rozmowach z aliantami. Komuniści „wywłaszczali” co zamożniejszych Polaków i są świadectwa, że uczciwie raportowali to swoim władzom politycznym, które żądały coraz lepszych wyników.

Jak Podaje Leszek Żebrowski w Tajnym obliczu GL – AL, PPR” , gdy gwardziści z GL w sklepie przy Złotej 29 zrabowali tylko 90 tysięcy złotych, musieli się tłumaczyć dlaczego „nie zastosowali ostrzejszych środków dla wydobycia ewentualnie ukrytych pieniędzy”, czyli dlaczego nie torturowali właściciela i obsługi.

Zapomniani bohaterowie warszawskiego getta

Piotr Gontarczyk: Historia powstania w warszawskim getcie przez dziesiątki lat była podporządkowana kanonom lewicowej propagandy i zniekształcana.

zobacz więcej
Gwardziści z mieszkań zabierali wszystko, co można było spieniężyć na bazarach, nie gardząc bielizną osobista i pościelową. Kierownictwo komórek PPR zlecało bojowcom Gwardii Ludowej rabunek, a bywało, że oddziały zlecały go sobie same. Trudno to było odróżnić. Jeżeli zlecały władze, to zapewne była to walka klasowa, jeżeli sami, to bandytyzm. Jedno i drugie nie miało nic wspólnego z walką o wyzwolenie Polski spod okupacji.

Poniżej 30 milionów, przy zupełnym bezpieczeństwie akcji, nie rozmawiam o żadnym projekcie

Najzwyklejsi bandyci, którym nie w głowie były jakiekolwiek cele polityczne podawali się za podziemie niepodległościowe. Dla „równowagi” prawdziwe oddziały niepodległościowe, jak narodowcy niescaleni z AK, miały zwyczaj dla kamuflażu udawać bandytów. Z tym, że narodowcy rabowali tylko Niemców.

W sumie napadali i rabowali wszyscy, różnicę robił cel przeznaczenia pieniędzy i rodzaj ofiar – instytucje polskie, czy niemieckie, Polacy, czy Niemcy. Pieniądze na cele organizacyjne zdobywane na Niemcach to – zgodnie z tradycją zapoczątkowana przez Józefa Piłsudskiego jeszcze przed pierwszą wojną – były ekspropriacje. Jednostki szturmowe Armii Krajowej potrzebowały pieniędzy na broń i przeżycie. Na kartkowych racjach żywnościowych nikt by się nie utrzymał.

Jedynie ścisłe kierownictwo AK było na miesięcznym żołdzie. Większość zaprzysiężonych szkoliła się i czekała na sygnał do powstania powszechnego.

Ale były jednostki szturmowe w stałej dyspozycji Komendy Głównej i Komend Obszarów i Obwodów dopiero z czasem wzięte częściowo na żołd, których żołnierze nie mogli iść do zwykłej pracy, to ich, i siebie musiało utrzymać dowództwo z pieniędzy przywożonych przez kurierów z Londynu. Do nielicznych i natychmiast karanych przestępstw dochodziło, gdy szturmowcy zaczynali utrzymywać się sami.

AK potrzebowała pieniędzy także na wykup od Niemców tych, którzy wpadli, i na zakupy broni na „wolnym rynku”. Jednak Komendant Główny, generał Stefan „Grot” Rowecki starał się unikać akcji ekspropriacyjnych, uważając je za niepotrzebne narażanie ludzi i ponadto demoralizujące. Powiedział tak: „Poniżej 30 milionów, przy zupełnym bezpieczeństwie akcji, nie rozmawiam o żadnym projekcie”.

Namówiono go na zgodę na akcję, która przyniosła 105 milionów okupacyjnych złotych. Nie był to napad bandycki, ale warto o nim wspomnieć, bo wyglądał, jak napad gangsterski z filmów sensacyjnych, no i suma niebagatelna, ponad milion ówczesnych dolarów.
Okupacyjne przepisy odmawiające Żydom praw ludzkich wydawały w ręce bandytów ofiary tak bezbronne, jak nikt w normalnych warunkach. Na zdjęciu niemieccy żandarmi kobntrolują mieszkańców warszawskiego getta. Fot. PAP/DPA
12 sierpnia 1943 roku na ul. Senatorskiej przed wjazdem na plac Zamkowy niemieckiej ciężarówce z pieniędzmi, jadącej z Banku Emisyjnego na dworzec, zajechał drogę inny pojazd, z którego rozległy się strzały. Strzały padły także z ulicy i pobliskiej kawiarni. Akcja trwała 2,5 minuty. Zastrzelono niemiecką ochronę i – niestety, w ferworze walki – polskich pracowników bankowych współpracujących przy organizacji akcji. Napastnicy wycofali się z ciężarówką pełną pieniędzy bez strat własnych.

Władze niemieckie rozplakatowały miasto poszukując świadków i obiecując wysoką nagrodę. Anonimowe listy, które dostało Gestapo wskazywały na Zygmunta III Wazę, przecież on na pewno wszystko widział z kolumny na Placu Zamkowym.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Korzystałem z książki „Porządek publiczny i bezpieczeństwo w okupacyjnej Warszawie” red. Robert Spałek, wyd. IPN, Warszawa 2018
Zdjęcie główne: Żołnierz niemiecki i dwaj funkcjonariusze granatowej policji na targowisku. Fot. Wikimedia / Narodowe Archiwum Cyfrowe (Sygnatura: 2-4695)
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
SLD-PSL: koalicja z wrogiem
Postkomuniści i ludowcy po 1989 roku już razem tworzyli wspólne rządy. Ale nie było to współpraca łatwa.
Historia Najnowsze wydanie
Pół wieku na Woronicza. Kultowe miejsca, pamiętne programy
Jedna z pierwszych telewizyjnych emisji zakończyła się podtruciem artystów i ekipy. Dlaczego? Bo studia szykowane w pośpiechu na 25-lecie PRL miały podłogi z klejem nieprzystosowanym do wysokiej temperatury lamp.
Historia Najnowsze wydanie
Telewizyjna kronika agonii
Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.
Historia Najnowsze wydanie
Granice II RP podpaliły mniejszości narodowe. Dwie V kolumny
W przeciwieństwie do zachodnich rejonów kraju, na wschodzie trudniej mówić o wyszkolonych karnych oddziałach dywersantów.
Historia Poprzednie wydanie
Tomasz Kot w roli „Władcy piorunów”. Kim był Nikola Tesla?
Syn popa i popadii, wynalazca prądu zmiennego. Bez niego nie byłoby kart zbliżeniowych, bezprzewodowych ładowarek i dronów.