Cywilizacja

Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra aroganckie elity. Czy Trump uratuje Amerykę?

Ludzie, którzy walczą z ksenofobią i atakują Trumpa za brutalną rozprawę z nielegalną imigracją, sami mieszkają w miejscach, gdzie odsetek mniejszości rzadko przekracza 5 procent. Dotyczy to i państwa Clintonów, i Obamów, a na Zachodnim Wybrzeżu choćby szefa Facebooka. Mark Zuckenberg nie chce wprawdzie muru na granicy z Meksykiem, ale sam tworzy dookoła swej rezydencji, jak mówią niektórzy, „Linię Maginota”.

Fochy naiwnego ojkofoba. Peryferia kontra metropolie. Wojna cywilizacji wciąż trwa

To widać najlepiej w czasie wyborów. Miasta są heroiczne, odważne i prawe. Zaś gbur ze wsi, nie wiadomo, czy więcej braków ma w edukacji, czy w uzębieniu.

zobacz więcej
Szczęśliwe narody nie wybierają sobie Trumpa
na prezydenta, tylko zdesperowane


Jesienią 2016 roku, w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej, Hillary Clinton określiła połowę wyborców Donalda Trumpa jako „deplorables”, czyli ludzi żałosnych, godnych potępienia, którzy są: „rasistami, seksistami, homofobami, ksenofobami i islamofobami”. Jej elektorat miał reprezentować oczywiście Amerykę przyszłości: nowoczesną i tolerancyjną.

Victor Davis Hanson, znany amerykański historyk swą świeżo wydaną i już bestselerową książkę „The Case for Trump”, gdzie wyjaśnia fenomen obecnego prezydenta USA, dedykuje właśnie owym „deplorables”. Obserwacje Hansona mają tę wyjątkową zaletę, że funkcjonuje on równocześnie w dwóch światach. Jako pracownik Instytutu Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda ma naturalny kontakt z elitą USA. Od urodzenia mieszka jednak na niewielkiej kalifornijskiej farmie, leżącej w otoczeniu, które Hillary Clinton nazwałaby zapewne „godnym potępienia”.

Ofiary kolonialnego wyzysku

Kiedy w 1971 roku, po ukończonych studiach, Victor Davis Hanson wrócił do rodzinnej miejscowości Selma w Kalifornii, koledzy z klasy mówili mu, że zmarnował cztery lata życia. Większość z nich po szkole średniej poszła od razu do pracy: na farmie czy w drobnych firmach przetwórstwa żywności. Hanson, który potem zrobił doktorat w Stanfordzie i napisał wiele książek, mówi dziś o tym bez sarkazmu. Były to czasy, gdy na prowincji nawet z jednej pensji za pracę fizyczną można było utrzymać rodzinę.

Problemy zaczęły się w latach osiemdziesiątych. Na rynku pojawiły się tanie subsydiowane rodzynki i brzoskwinie z Grecji, duże koncerny zaczęły scalać ziemię, w efekcie wielu drobnych farmerów stanęło na granicy bankructwa. Równocześnie przybywało tanich, często nielegalnych imigrantów z Meksyku, którzy wypychali miejscową ludność z rynku pracy.
Na kalifornijskiej prowincji większość ludzi zagłosowała na Trumpa. Na zdjęciu: zwolennicy prezydenta śpiewają amerykański hymn w czasie spotkania z Donaldem Trumpem w San Diego. Fot. David McNew/Getty Images
Ta ludność, czyli szkolni koledzy Hansona, też zresztą w większości była potomkami meksykańskich imigrantów. O ile jednak jeszcze do lat 70. XX wieku rząd USA prowadził konsekwentnie politykę asymilacji, o tyle potem, zwłaszcza w Kalifornii, dominować zaczął model „tożsamościowy”, afirmujący różnice etniczne i kulturowe.

Asymilacji nie sprzyja stanowa pomoc socjalna dla imigrantów, od której się uzależniają oraz tzw. terapeutyczna edukacja, różne „studia kulturowe”, także po hiszpańsku, gdzie imigrantów przedstawia się jako historyczne ofiary kolonialnego wyzysku białych.

Dochodzi więc do tego, że po przekroczeniu granicy imigranci zaczynają kultywować w sobie sentymentalizm do Meksyku i skrzywione, bo oparte na resentymencie poczucie własnej wartości.

We wcześniejszej książce „Mexifornia” Hanson opisuje, jak w ciągu kilku dekad zmieniły się jego rodzinne strony w okolicach miasta Fresno. Na podupadłych farmach, także w dostawionych przyczepach, pokoje wynajmuje drugie już pokolenie nielegalnych imigrantów, które nie zna dobrze ani angielskiego, ani hiszpańskiego. Obsługują ich meksykańskie gangi trudniące się handlem narkotykami i nierządem.

Na sielskiej niegdyś kalifornijskiej prowincji regularnie słychać odgłosy strzelaniny, a pobocza zawalone są śmieciami. Ukradzione z farmy rzeczy, można w weekend odkupić na pobliskim targu, „sprzedaje je chłopak, który z moim synem chodził do klasy” – pisze Hanson. Kiedyś w okolicy nikt nie zamykał drzwi na klucz, teraz domu Hansona strzeże sześć psów obronnych oraz wysoki na 6 stóp mur.

W tych stronach większość ludzi zagłosowała na Trumpa. 300 kilometrów na zachód, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku zdecydowanie wygrała Hillary Clinton.

Paryż wrze. Bunt przeciwko elitom

Prezydent twierdzi, że to Marine Le Pen ponosi odpowiedzialność za przemoc, bo zwołała ludzi w okolice Pól Elizejskich. Sęk w tym, że „żółte kamizelki” z jej partią nie mają wiele wspólnego.

zobacz więcej
Pas ziemi od San Diego po San Francisco stanowi pulsujące serce zglobalizowanego świata. Tu są: Dolina Krzemowa, słynne uniwersytety jak Caltech, Stanford czy Berkeley oraz Hollywood. Średni dochód rolnika z okolic Fresno to 12 tys. dolarów rocznie, mediana zarobków w firmie Facebook wynosi 240 tys. dolarów.

Paradoks polega na tym, że jeśli kiedyś ludziom zamożnym, a zwłaszcza właścicielom korporacji, bliżej było do wolnorynkowych haseł Partii Republikańskiej, to teraz niemal cała Dolina Krzemowa, podobnie jak zamożny świat finansjery ze wschodniego wybrzeża głosuje na Demokratów.

W krótkim czasie prosocjalne hasła i troskę o równość społeczną w Partii Demokratycznej zastąpiły coraz bardziej progresywne idee, afirmujące różnorodność w każdej postaci: etnicznej, seksualnej, płciowej i religijnej, przy okazji piętnując tzw. przywilej białych (ang. white privilege). Jeszcze w 2008 roku, gdy Obama ubiegał się o prezydenturę, mówił, że jako chrześcijanin uważa małżeństwo za uświęcony związek kobiety i mężczyzny. Potem zmienił zdanie, a Hillary Clinton zaczynała już swoją kampanię w 2015 roku pokazem filmu z parą gejów planujących małżeństwo. Za czasów Billa Clintona aborcja miała być „dostępna, bezpieczna i rzadka”, teraz mówi się o jej dopuszczalności do ostatniego dnia ciąży, a nawet i potem.
Ameryka zaczęła przypominać dwa żyjące obok siebie społeczeństwa: tych, którzy skorzystali, a przynajmniej nie stracili na globalizacji i resztę. Na zdjęciu: Statua Wolności w Nowym Jorku. Fot. Reuters/Brendan McDermid
Walka z „białym przywilejem” doprowadziła do tego, że opłacalne stało się podkreślanie odrębności etnicznej, nawet jeśli nie ma ku temu podstaw. Przykładem choćby senator Elizabeth Warren, która przez lata kłamała na temat swego indiańskiego pochodzenia. „Trudno mi zliczyć studentów, przyjaciół i współpracowników, którzy już w dorosłym życiu dla kariery zaczęli kreować swoją etniczną tożsamość, zmieniając nazwisko czy choćby ubiór” – mówi Hanson.

Postępowcy z obu wybrzeży

Dziennikarz Ronald Brownstein nazwał nowy trzon Partii Demokratycznej „wschodzącą koalicją”. Ludzi o postępowych poglądach miało być w USA coraz więcej. Demokratów mieli też wspierać nowi miliarderzy w rodzaju Marka Zuckerberga czy Jeffa Bezossa oraz ludzie najbiedniejsi, w tym imigranci, żyjący z zasiłków. W skali kraju dawało to ponad 50 procent głosów.

O ile Republikanie byli jeszcze w stanie wygrywać większością na poziomie stanowym i wśród mniejszych społeczności, o tyle w pięciu na sześć ostatnich wyborów prezydenckich górą byli Demokraci. Bush i Trump zwyciężali głosami elektorów.

Republikanie nie potrafili sprostać wyzwaniom czasu. Z jednej strony od ich konserwatywnej agendy odwracali się mieszkańcy wielkich aglomeracji. Z drugiej dla dotkniętej kryzysem prowincji jedyną receptą miały być wolnorynkowe dogmaty.

Tani import, rosnący deficyt handlowy, a nawet upadek całych gałęzi przemysłu na rzecz Chin, choć na krótką metę bolesne, miały w teorii przynosić obniżenie kosztów, wzrost konkurencyjności gospodarki i poprawę warunków życia. W praktyce powiększało się rozwarstwienie społeczne.

W 2015 roku gospodarstwa domowe klasy średniej dysponowały tylko 43 procent krajowego dochodu – spadek o blisko 20 procent w ciągu 30 lat.

Obszary, które podupadły gospodarczo, zaczęły zmagać się z problemami społecznymi, rosły: liczba rozwodów, samobójstw, spożycie narkotyków i alkoholu.

Trump rośnie w siłę. Na tle radykalnych Demokratów staje się symbolem normalności

Program amerykańskiej lewicy: aborcja także po narodzinach, pochwała marksistowskich dyktatur, likwidacja wszystkich samochodów, samolotów i… krów.

zobacz więcej
Ameryka zaczęła przypominać dwa żyjące obok siebie społeczeństwa: tych, którzy skorzystali, a przynajmniej nie stracili, na globalizacji i resztę. Wśród mieszkańców aglomeracji na obu wybrzeżach szczególna rola przypadła nowej klasie wyższej, którą Charles A. Murray w książce „Coming apart” charakteryzował tak: „Ci ludzie pogłębiają podziały, bo dominując w kulturze, biznesie i rządzie, nie znają życia zwykłych ludzi, wyrokują natomiast o tym, co dobre dla innych, opierając się na swoich wysoce nietypowych standardach”.

Hanson pisze natomiast o Palo Alto, w samym środku Doliny Krzemowej, gdzie mieści się też jego uniwersytet. Ludzie ubierają się tam inaczej, co innego jedzą i co innego myślą niż kalifornijska prowincja. Przyznanie się na campusie w Stanfordzie do głosowania na Trumpa prawie zawsze spotyka się ze zdziwieniem, nierzadko z ostracyzmem.

Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku dla zwolenników Trumpa. Być może Barack Obama nie miał złych intencji, jednak jego opis ludzi z miasteczek Pensylwanii dotkniętych kryzysem jest typowy dla postrzegania prowincji przez elity: „Nic dziwnego, że gorzknieją, że tkwią przy swoich pistoletach i religii albo antypatii do ludzi innych od siebie, do imigrantów, do handlu, to sposób na wyjaśnienie własnych frustracji”.

Obcy z interioru

O tym, jak uproszczony to obraz przekonują Salena Zito i Brad Todd w ciekawej reporterskiej książce „The Great Revolt”. To portrety dziesiątek osób z kilku stanów regionu Midwest oraz z Pensylwanii, których głosy oddane na Trumpa mogły przesądzić o wyniku wyborów. Są wśród nich wcześniejsi wyborcy Obamy, inni którzy poszli głosować pierwszy raz od lat, i tacy, dla których głos na Trumpa nie jest tożsamy z poparciem Partii Republikańskiej.

Owszem, w wielu wypowiedziach czuje się rozgoryczenie po utracie dobrych miejsc pracy, które powędrowały do Chin albo z powodu złych skutków umowy o wolnym handlu z Kanadą i Meksykiem. Mocniej jednak przebija ton kulturowego wyobcowania wobec mieszkańców, a zwłaszcza elit obu wybrzeży USA, ich arogancji i paternalizmu w stosunku do mieszkańców interioru.
Niemal cała Dolina Krzemowa, podobnie jak zamożny świat finansjery ze wschodniego wybrzeża głosuje na Demokratów. Na zdjęciu: Ówczesny prezydent USA Barack Obama w kwietniu 2011 roku odwiedził główną siedzibę Facebooka w Palo Alto. Spotkał się m.in. ze współtwórcą firmy Markiem Zuckerbergiem. Fot. Reuters/Jim Young
Ulubione powiedzenie Obamy, gdy karcił „nieliberalne” zachowanie swoich rodaków „my (Amerykanie) nie jesteśmy tacy”, miało zawstydzać tych, którzy nie dorośli do jego wizji „zróżnicowanego” społeczeństwa. I choć wielu mieszkańców Środkowego Zachodu od lat zgodnie żyje w społecznościach mieszanych etnicznie, dzięki narracji narzuconej przez wielkie media i popkulturę, wciąż słyszą o swoim rasizmie i ksenofobii.

Ciężka praca, płacenie podatków, niedzielna msza i udzielanie się w lokalnej społeczności już nie wystarczały, by być dobrym Amerykaninem. Zniechęceni do Obamy jego wcześniejsi wyborcy mówią, że od pewnego momentu przestali rozumieć język prezydenta.

Obama jakby pogodził się ze schyłkową rolą Stanów Zjednoczonych, które miały być krajem jednym z wielu. Mniej mówił o wielkości Ameryki, więcej o jej wadach, historycznych grzechach i konieczności przepraszania. A stawianie na piedestale różnorodności kosztem jedności podważało dotychczasowe rozumienie patriotyzmu.

To dlatego głosujący na Trumpa powtarzają, że chodziło im o „bycie częścią czegoś ważnego, czegoś większego niż ja sam”.

Trump, oprócz przywracania miejsc pracy, mówił o wielkości i wyjątkowości Ameryki, o lotach w kosmos. Victor Davis Hanson podchwycił, że Trump jako jedyny z kandydatów, a teraz jako prezydent, w naturalny sposób używa zaimka „nasz” (ang. our): nasi rolnicy, nasi weterani, nasi górnicy. Powtarzał on również, że za problemy, w których znalazła się Ameryka winę ponoszą nie zagraniczni rywale, a słabość, naiwność i egoizm amerykańskiego establishmentu.

Mury na granicy i wokół rezydencji

Napięcie między populistycznym ruchem uosabianym przez Trumpa a światem amerykańskich elit widać było choćby na pogrzebie senatora McCaina. Zgromadzeni goście, w tym byli prezydenci Bush i Obama, wykorzystali okazję, by skrytykować Trumpa za agresję, niechęć do obcych i dzielenie Amerykanów.

Kto płaci za konwoje imigrantów forsujących granice USA? I czy to jest – jak zwykle – Soros?

Ostatnia „karawana uchodźców” przyprowadziła do Meksyku 10 tysięcy ludzi. Akcję, tuż przed wyborami do Kongresu USA, przeprowadzono sprawnie i szybko, a jej koszt mógł przekroczyć 20 milionów dolarów.

zobacz więcej
Tylko że jeżeli dla jednych sama obecność Trumpa w tym towarzystwie świadczyła o upadku amerykańskiej prezydentury, to dla innych zachowanie elit obu partii potwierdzało przekonanie o ich wyobcowaniu i pogardzie dla zwykłych ludzi.

Tucker Carslon jest gwiazdą prawicowej stacji Fox News. Jego agresywny styl wzbudza kontrowersje, ale obserwacje, które poczynił na temat waszyngtońskich elit w książce „Ship of fools” są godne uwagi. Choćby dlatego, że mimo ostracyzmu, który go tam spotka, wywodzi się z tych samych kręgów i mieszka wśród nich.

Opisuje on zamknięty świat zamożnych dzielnic i przedmieść, gdzie mimo głoszonych na zewnątrz progresywnych idei, styl życia zatrzymał się w latach 60.: rozwody są tam poniżej średniej, często tylko ojciec pracuje, a matka wychowuje dzieci, które chodzą do tych samych elitarnych szkół. Płynnie przenika się tam świat polityki, mediów, agencji rządowych i wielkiego biznesu.

Carlson pisze, że ludzie, którzy walczą z ksenofobią i atakują Trumpa za brutalną rozprawę z nielegalną imigracją, sami mieszkają w miejscach i posyłają dzieci do szkół, gdzie odsetek mniejszości rzadko przekracza 5 procent. Dotyczy to i państwa Clintonów, i Obamów, a na Zachodnim Wybrzeżu choćby szefa Facebooka. Mark Zuckenberg, który nie chce wprawdzie muru na granicy z Meksykiem, sam tworzy dookoła swej rezydencji, jak mówią niektórzy, „Linię Maginota”. Dla większości tych ludzi jedyny kontakt z tanią imigracją to spotkanie z uśmiechniętym ogrodnikiem lub opiekunką do dzieci.

50 tysięcy dolarów za minutę

Zdaniem Hansona elity nie tyle narzucają swój system wartości innym, ile „stawiają się często ponad ideologią i moralnością, którą narzucić chcą zwykłym ludziom”. Co sądzić bowiem o zachowaniu byłego demokratycznego wiceprezydenta Ala Gore'a czy gwiazdę filmową Leonardo di Caprio, którzy na szczyty klimatyczne latają prywatnymi odrzutowcami?
Wciąż aktywna Hillary Clinton, była kandydatka na urząd prezydenta i była sekretarz stanu promuje w Waszyngtonie swoją książkę dla dzieci. Fot. Reuters/Jonathan Ernst
Albo o elitach „prosocjalnej” Partii Demokratycznej – małżeństwo Clintonów opuszczało Biały Dom niemal bez grosza, by w krótkim czasie dzięki swojej fundacji dorobić się setek milionów dolarów. Jeszcze niedawno Hillary Clinton za minutę odczytu na Wall Street potrafiła inkasować 50 tysięcy dolarów. Jej gaże dramatycznie spadły po przegranych wyborach, dając asumpt do podejrzeń, że ważna była nie tyle głębia jej przemyśleń, ile sprawy, które można będzie załatwić w Waszyngtonie, gdy państwo Clintonowie powrócą do Białego Domu.

Ale o sukcesie Trumpa przesądziła nie tyle hipokryzja elit, ile podważenie ich autorytetu. Ludzie mieli dość de facto konsensusu obu wielkich partii zgadzających się, że skutki globalizacji: kurczenie się klasy średniej, rosnący deficyt w handlu z Chinami czy dezindustrializacja są dla USA nieodwracalne.

Jeśli wcześniejsze prognozy osób ze świecznika, słynnych ekonomistów takich jak Larry Summers czy Paul Krugman, że wzrost gospodarki powyżej trzech procent nie jest już możliwy albo że nastąpi krach na giełdzie, okazują się nieprawdą, to nic dziwnego, że każdy sukces Trumpa w gospodarce uważają oni za atak na swój autorytet.

Jeśli zwycięstwo Trumpa w wyborach „New York Times” porównywał do ataku na Pearl Harbour, a po dwóch latach nic porównywalnego się nie stało, to albo można przyznać się do błędu, albo dla podtrzymania nieomylności podkręcać histerię i wysuwać kolejne podejrzenia wobec prezydenta.

Według badań 90 procent przekazu głównych stacji telewizyjnych jest krytyczna wobec Trumpa. W tym sensie jego sięgającą 50 procent popularność i tak jest sukcesem.

Konserwatywna publicystka Ann Coulter pisze, że nietypowa prezydentura Trumpa, który kontaktuje się ze społeczeństwem za pomocą twittera, stanowi rodzaj chemioterapii („wymiotujsz, wypadają ci włosy, ale żyjesz”) dla chorych amerykańskich mediów. Victor Davis Hanson używa tego samego określenia, ale jako koniecznego wstrząsu wobec całego establishmentu.

Niecywilizowane talenty Trumpa

Jeden z ciekawszych rozdziałów jego książki prezentuje Trumpa jako outsidera i „tragicznego bohatera”. To ktoś, kto „nie pasuje i być może nie powinien pasować w cywilizacyjnym status quo, ale może być też jedyną osobą będącą w stanie uratować cywilizację przed nią samą. Osoba ta posiada niecywilizowane talenty niezbędne w kryzysie, które mogą jednak okazać się uciążliwe, a nawet niebezpieczne w czasie spokoju”.
I dalej: „Nieprzewidywalny i nieokrzesany styl tragicznego bohatera odgrywa dwuznaczną rolę w amerykańskiej kulturze i polityce. Dopuszczając się ekscesów, ratuje innych, ale pogrąża siebie samego”. Słowem Trump jest jak ten bohater westernu, niekoniecznie kryształowy, którego nękana przez złoczyńców społeczność zaprasza, by zrobił porządek na miejscu. Gdy skończy, ludzie wolą już jednak, żeby sobie podszedł. „Szczęśliwe narody nie wybierają sobie Trumpa na prezydenta, tylko zdesperowane” – pisze Carlson.


Na razie Trump ma spore szanse na reelekcję, głównie wskutek bardzo dobrych wyników w gospodarce. Udało mu się też zjednoczyć wokół siebie większość Republikanów, zrazu niechętnych nazbyt kolorowemu deweloperowi z Manhattanu, bohaterowi skandali i reality show. Szybko okazało się jednak, że tak przy wyborze sędziów do Sądu Najwyższego, jak i w sprawach obyczajowych oraz deregulując gospodarkę i tnąc podatki, prowadzi on konserwatywną politykę.

W rezultacie niechętna Trumpowi pozostała tylko niewielka, choć wpływowa, grupa republikańskich elit: część świata mediów, eksperci think tanków oraz arystokracja partyjna kojarzona choćby z rodziną Bushów. Obok osobistych urazów, traktują oni Trumpa jak nieokrzesanego intruza, który nie uznaje istniejących hierarchii. Neokonserwatyści pamiętają mu też krytykę „niepotrzebnych” i „kosztownych” wojen na Bliskim Wschodzie.

Jednak zdaniem Hansona ani Bushowie, ani MacCain, ani Romeney, nie zdecydowaliby się przenieść ambasady USA do Jerozolimy czy wycofać z paryskich porozumień klimatycznych, choćby z obawy przed reakcją dominujących liberalnych mediów. Od lat bowiem to Demokraci byli stroną narzucającą tematy w debacie politycznej, a Republikanie musieli często robić krok wstecz, by nie zostać posądzonym o obskurantyzm. Teraz to się zmieniło. Media obsesyjnie podążają za Trumpem, który je lekceważy, komunikując się bezpośrednio ze społeczeństwem.
Partia Demokratyczna przesuwa się coraz bardziej na lewo, a jej radykalne skrzydło nie ma oporów, by nazywać siebie socjalistami. Na zdjęciu: protesty w Nowym Jorku przeciwko polityce imigracyjnej Donalda Trumpa. Fot. Reuters/Brendan McDermid
Republikanie mają zaś dodatkowy powód, by w kolejnych wyborach stanąć murem za swoim prezydentem. Partia Demokratyczna przesuwa się bowiem coraz bardziej na lewo, a jej radykalne skrzydło nie ma oporów, by nazywać siebie socjalistami. Ich postulaty, jak na USA, mają niemal rewolucyjny charakter. Obok progresywnej, tożsamościowej agendy, chcą oni bezpłatnej edukacji, nałożenia podatku co najmniej 70 procent na najbogatszych, umorzenia długów studenckich oraz przejścia całkowicie na czystą energię. Ostatnio mówi się też o reparacjach dla Afroamerykanów za okres niewolnictwa oraz o zniesieniu Kolegium Elektorów.

Aby wprowadzić te zmiany, będą jednak musieli pokonać Trumpa w 2020 roku, w najważniejszych być może wyborach od dziesięcioleci. Ich stawką jest, jak mówią konserwatyści „dusza Ameryki”.

– Piotr Bernardyn

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Korzystałem m.in z: „The Case For Trump”, Victor Davis Hanson 2019; „The Great Revolt: Inside the Populist Coalition Reshaping American Politics”, Salena Zito, Brad Todd, 2018; „Ship of Fools: How a Selfish Ruling Class Is Bringing America to the Brink of Revolution”, Tucker Carlson, 2018
17.03.2019
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pizzerie na Pjonghattanie. Czego chce młody Kim?
W stolicy Korei Północnej powstaje nowoczesna dzielnica wieżowców. Pojawiły się kawiarnie, sklepy z importowaną żywnością, kobiety noszą modne stroje. Nowa elita bogaci się.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nie postanie tu noga żadnego turysty
To przez nich rosną koszty wynajmu mieszkań, na ulicach panuje tłok i hałas. Wielu mieszkańców mówi, że do białej gorączki doprowadza ich wszechobecny turkot kółek od walizek.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polacy pod koszem. Optymizm, adrenalina, dobra energia
W polskim zauroczeniu NBA i koszykówką odegrały swoją rolę wielkie pieniądze. Dlatego, że były tak wielkie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kardynałowie Franciszka
Skład kolegium przestaje odzwierciedlać rzeczywiste podziały w Kościele, a to jest niebezpieczne.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sfrustrowani Rosjanie mają głos
To, jaki jest stan nastrojów w Rosji musiało dotrzeć na Kreml, bo w przedwyborczym tygodniu postanowiono nieco poluzować śrubę.