Rozmowy

Chciałem wierzyć, że nie wszystko w polskiej piłce zostało zmanipulowane

W Polsce nie było transmisji finału mistrzostw świata, więc pojechałem do Hajnówki, pod ruską granicę. Wypatrywaliśmy, gdzie są największe anteny telewizyjne. Była jedna wysoka. Wchodzimy do tego domu, a tam przy stole… trener Żubra Białowieża i dwóch napastników. Rozpijali drugą butelkę – wspomina Janusz Zaorski, reżyser „Piłkarskiego pokera”, filmu, który miał premierę 30 lat temu.

TYGODNIK TVP: W niedzielę 31 marca 2019 przypada trzydziesta rocznica premiery „Piłkarskiego pokera” – filmu kultowego, obnażającego korupcję i układy w polskiej piłce. Skąd czerpał pan inspirację jako reżyser filmu?

JANUSZ ZAORSKI:
Kibicem byłem znacznie wcześniej niż reżyserem. Futbol mnie fascynował. Chodziłem na mecze razem z zaprzyjaźnionymi dziennikarzami sportowymi, choćby z nieżyjącym już Krzysztofem Mętrakiem. Frustrowało ich, że – z powodu cenzury – nie mogą pisać o piłkarskich matactwach, o tym, że kluby z tego samego pionu, np. wojskowe, podzieliły się punktami, celowo remisując ze sobą. Albo że klub milicyjny podłożył się innemu klubowi milicyjnemu, by ten nie spadł z ligi.
Janusz Zaorski z Januszem Gajosem w kinie „Kultura” podczas uroczystej premiery „Piłkarskiego pokera” w wersji cyfrowej, grudzień 2013 r. Fot. PAP/Radek Pietruszka
I to wszystko dla kasy?

Głównie chodziło o prestiż. Była cenzura: sport miał być amatorski. Nie można było napisać, że piłkarze grają za pieniądze. Przykładowo: Włodzimierz Lubański oficjalnie nie tylko był wybitnym piłkarzem, ale jeszcze sztygarem i jego żona, na koniec każdego miesiąca, udawała się do kopalni, by pobrać za niego pensję. A najlepiej, gdyby jeszcze był równocześnie studentem AWF…

Taka przykrywka. „Okropny, wyzyskujący sport zawodowy na Zachodzie”, bo taka była narracja, przeciwstawiany był „wspaniałemu amatorskiemu sportowi w Polsce”. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że to fikcja.

No dobrze, to jak było z filmem?

Gdy po meczach szliśmy na piwo, słyszałem różne opowieści, które chłonąłem jak gąbka. Miałem tło, anegdoty. Ale wciąż poszukiwałem dramaturgii: głównego konfliktu, osi, która scaliłaby film. Bo co mi po zbiorze anegdot? Musi być napięcie, ktoś powinien wygrać, ktoś przegrać; coś musi z tego wynikać.

I w połowie lat 80. Jerzy Engel – późniejszy selekcjoner, a wtedy trener Legii Warszawa – opowiedział mi, że w I lidze (obecnie Ekstraklasa) założono piłkarską spółdzielnię: możni działacze, postanowili spuścić do II ligi zespoły z małych miasteczek, które im się nie podobały. Jak to usłyszałem, wiedziałem, że mam kościec, trzon i ważniejsze postacie dramatu, bo od początku było dla mnie jasne, że główną postacią musi być sędzia, niby bezstronny arbiter, ale w gruncie rzeczy prowadzący swoją zakulisową grę.

Co było dalej?

Uważam, że trzeba pracować z najlepszymi fachowcami, dlatego zwróciłem się z propozycją do Jana Purzyckiego – jego scenariusz do filmu „Wielki Szu” dosłownie mnie zafascynował. Zresztą chciałem swój film oprzeć na podobnym założeniu: najpierw mamy jakiś ćwierćfinał, potem półfinał, a na koniec – wielki finał. Tyle że tam grano w pokera, a tu w piłkę nożną.

Doprowadziłem Purzyckiego – nota bene również jak ja zapalonego kibica „kopanej” – do spotkań z piłkarzami, trenerami, sędziami, działaczami, dziennikarzami sportowymi, a oni nafaszerowali go wiedzą.

Pana film ma jednak nie tylko piłkarski wymiar.

Zgadza się. Pracę nad filmem zaczynaliśmy w 1987 roku, kiedy oczekiwano, aż socjalizm zgnije do reszty. Ale przecież Cesarstwo Rzymskie gniło sto lat – nikt więc nie miał pewności, kiedy to nastąpi. Chciałem pokazać degrengoladę moralną przemijającego ustroju, że prawo nie znaczy w nim prawo, że wszechobecny jest w nim egoizm, egocentryzm, nepotyzm…

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
A także cynizm, jak np. w scenie ze skorumpowanym sędzią Jaskółą (granym przez Henryka Bistę), który mówi: „Ja jestem uczciwy. Zapłacili za 3-0? Będzie 3-0”.

Specjalnie przywdziałem piłkarski kamuflaż, bo gdyby film opowiadał wprost, że Polska Ludowa gnije, to żaden cenzor by tego nie puścił. A co więcej, na wiele lat musiałbym się pożegnać z realizacją filmów.

„Piłkarski poker” początkowo nie był sukcesem na miarę pana oczekiwań. Dopiero z czasem, gdy na światło dzienne zaczęły wychodzić afery piłkarskie, zyskał miano kultowego.

Proszę pamiętać, że rok 1989, w którym miała miejsce premiera, był czasem przemian. Ludzie przestali chodzić do kina, nawet na filmy amerykańskie. Nie myśleli o tym; zajmowało ich budowanie kapitalizmu. I żeby zarobić, kiedy wreszcie jest taka możliwość.

W tamtym czasie, dla niektórych, film to był po prostu pornol kupiony na stacji benzynowej. Na domiar złego, liczba kin zaczęła się kurczyć. Zdarzało się, że właściciel budynku, w którym mieściło się kino, wolał, by w jego miejscu powstała knajpa, najlepiej typu: „go-go girls”.

Niemniej jednak prapremiera „Piłkarskiego pokera” w katowickim Spodku była sukcesem – przyszło na nią 10 tys. ludzi.

Gościem był Gerard Cieślik, który został wygwizdany…

Niestety. Prowadzący galę Andrzej Zydorowicz, zapowiedział: „A teraz wybitny piłkarz chorzowskiego Ruchu…” i wtedy, za sprawą kibiców GKS Katowice, rozległy się gwizdy. Może byłoby inaczej, gdyby powiedział: „Wybitny piłkarz reprezentacji Polski, który zdobył dwa gole w słynnym meczu ze Związkiem Radzieckim”.

Jak środowisko piłkarskie odebrało pana film?

Było podzielone. Jedni mówili: „Nie, to nie u nas, może w innych klubach tak się dzieje, ale u nas na pewno nie” – czyli tzw. spychomania. Jak ktoś winny, to „on” – obcy, a nie ja. Drudzy, bardziej odważni, zarzucali: „Przecież ten film to kabaret, komedia, w prawdziwym życiu tak nie ma”. Niewielu powiedziało: „To tylko wierzchołek góry lodowej”.

Też zresztą chciałem wierzyć, że nie wszystko w polskiej piłce nożnej zostało zmanipulowane. Że czasem dziwny wynik bierze się stąd, że to chyba najbardziej niesprawiedliwa gra zespołowa, gdzie łatwo o niespodzianki i drużyna o dwie klasy lepsza może przegrać; bo przypadkowa ręka w polu karnym i „jedenastka”, bo niemoc jakaś itd.

W „Piłkarskim pokerze” widzimy urywek meczu Polska-Albania z 1984 roku, który zakończył się niespodziewanym remisem.
Henryk Bista jako sędzia Jaskóła w „Piłkarskim pokerze” Janusza Zaorskiego. Fot. TVP
Było 2-2. Sędzia uznał Albańczykom dwa gole ze spalonego. I nie był to przypadek. Jadąc z Warszawy do Mielca, gdzie rozgrywano mecz, sędziowie dwa razy złapali gumę. Przyjechali do hotelu po północy, ale nie dostali pokoju, bo recepcjonistka, myśląc, że już nie przyjadą, sprzedała ostatni apartament komuś innemu. Nie mieli co jeść, bo kuchnia była zamknięta. Jedli suchy chleb z solą. Tak więc w trakcie meczu odegrali się za to, jak zostali w Polsce ugoszczeni.

Pracując nad filmem, nie używał pan tytułu „Piłkarski poker”, lecz „Kocham piłkę”. Czego się pan obawiał?

Tego, co się stało z projektem Jana Purzyckiego o wyścigach konnych. Napisał dla Sylwestra Chęcińskiego świetny scenariusz o matactwach na Torze Służewiec. Niestety, chłopakiem garderobianej, która miała wgląd do scenariusza, był stajenny ze Służewca. Przeczytał on scenariusz i zawiadomił dyrektora toru.

Dyrektor był wściekły: „Jak to? Że my złodzieje? Że mataczymy? Nigdy w życiu!”. Mało tego, powiadomił również innych dyrektorów, zadzwonił nawet do Budapesztu, Moskwy, Pragi: „Słuchajcie, jak ci Polacy będą chcieli kręcić o wyścigach konnych, to w życiu się nie zgadzajcie. Chcą was skarykaturować”.

I film nie powstał.

Dlatego dmuchaliśmy na zimne. Mówiliśmy: „Kręcimy «Kocham piłkę», to historia o wspaniałej dyscyplinie sportowej, gentlemanach na boisku, zasadzie fair play; wystąpią znane postacie, jak Kazimierz Górski”. To były argumenty potrzebne, by pozwolono nam zrobić zdjęcia w szatni piłkarskiej, na płycie boiska czy na trybunach. Musiałem się trochę zachować, jak bohaterowie „Piłkarskiego pokera” (śmiech).

Miałem też wielkie szczęście, że pracowałem przy tym filmie z wybitnymi aktorami, takimi jak Janusz Gajos, Marian Opania, Jan Englert, Bronisław Pawlik, Henryk Bista, Mariusz Dmochowski czy Małgorzata Pieczyńska. Sukces filmu to w dużej mierze ich zasługa.

Kiedy właściwie w pana życiu pojawiła się fascynacja futbolem?

Już we wczesnym dzieciństwie. Dorastałem na Mokotowie, w sąsiedztwie starego stadionu Gwardii Warszawa przy ulicy Narbutta. Był wielofunkcyjny: zimą boisko zalewano wodą i jeździliśmy na łyżwach, z trybun zaś zjeżdżaliśmy na sankach. Kiedyś to były srogie zimy!

Dziewczyny jak sprężyny

Przemysław Babiarz o Bogu, kobietach i teatrze.

zobacz więcej
Ale najważniejszym wydarzeniem były dla mnie sobotnie i niedzielne mecze ligowe. Było wtedy tak kolorowo… Obserwowałem wszystko z okna.

Kto po raz pierwszy zabrał pana na stadion?

Wujek, który był kibicem i mieszkał piętro niżej. Ojciec harował od rana do nocy i nie miał na to czasu. Chodziłem nie tylko na mecze. Niedaleko, przy al. Niepodległości, przebiegała trasa Wyścigu Pokoju.

Do dziś pamiętam Hindusów w turbanach: było zaledwie 5 km od początku wyścigu, a oni już mieli 10 minut straty do peletonu. Zatrzymywali się, kupowali w kiosku oranżadę; spokojnie ją wypijali i dopiero jechali dalej.

Moimi idolami byli wtedy kolarze: Elek Grabowski i Mietek Wilczewski. A także piłkarze Gwardii: Stanisław Hachorek i Krzysztof Baszkiewicz. Ten drugi strzelał gole niczym Kazimierz Deyna w meczu z Portugalią, tzw. rogalem, bezpośrednio z rzutu rożnego.

Czyli kibicował pan Gwardii?

Wszystkim. Chodziłem na wszystkie mecze, gdzie tylko się dało. Mistrzowski skład miała Legia: Lucjan Brychczy, Henryk Kempny, Edmund Kowal, Ernest Pol, w bramce Edward Szymkowiak. Ale zafajdała sobie opinię, bo pod pretekstem służby wojskowej, ściągała najlepszych piłkarzy.

To ciągnie się za nią do dziś. Mimo że nie jest już klubem wojskowym, a do tego nie ma obowiązkowej służby wojskowej, to ostatnio słyszałem: „No tak! Znowu najlepszych wybierają, że niby do woja…”.

Chodziłem też na Polonię. Nawet jak grała w II czy III lidze. W Warszawie nie było miejsca na trzeci klub w najwyższej klasie rozgrywkowej. Legia – klub wojskowy, Gwardia – milicyjny, więc co, nagle klub kolejowy miał być lepszy od wojskowego czy milicyjnego? W PRL? W życiu! To było kontrolowane. Pewnie jakby Polonia zaczęła wygrywać, to sędziowie i tak zrobiliby jej takie „szurum-burum”, że nie weszłaby do I ligi.
Realizacja filmu „Piłkarski poker”. Na zdjęciu od lewej operator Witold Adamek, reżyser Janusz Zaorski oraz aktorzy Janusz Gajos i Mariusz Dmochowski. Fot. PAP/Witold Rozmysłowicz
Ale mówimy o wieku dziecięcym – nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tych mechanizmów. Mnie urzekało po prostu piękno gry w piłkę. Zapamiętałem piłkarza ze Stali Sosnowiec (obecnie Zagłębie Sosnowiec), na którego wołali „Zajączek”. Pierwszy raz zobaczyłem, jak ktoś strzelił gola nożycami. Jak to? Stojąc tyłem do bramki? Jakiś wirtuoz! To było dla mnie jak objawienie.

Jak na pana pasję zapatrywali się rodzice?

Byli zadowoleni. Spędzałem czas na powietrzu, blisko domu. Ale w 1955 r. przeniesiono stadion Gwardii, który odtąd mieścił się przy ulicy Racławickiej. A w miejsce starego wybudowano dwie szkoły. Do jednej z nich – podstawowej – chodziłem. Budowa była zresztą straszną fuszerką – w mojej szkole nie było pionów ani poziomów.

Dlaczego?

Przez pewien czas nie budowali jej murarze, tylko studenci z całego świata. Latem 1955 r. w Warszawie odbywał się Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Młodzi ludzie przyjechali na swoje święto i… poproszono ich, by kładli cegły. To musiała być fuszerka (śmiech).

Słyszałem, że w 1970 roku, aby obejrzeć finał mistrzostw świata w Meksyku, w którym Brazylia pokonała Włochy 4-1, pojechał pan aż pod wschodnią granicę.

Pojechałem pod ruską granicę, bo niestety nie było transmisji. Na konferencję dotyczącą praw do transmisji pojechali z Polski przedstawiciele, którzy… nie znali języków obcych. W ich mniemaniu trzeba było zapłacić dziesięć razy więcej, niż wstępnie ustalono. Zatelefonowali do Polski, i usłyszeli: „Ile? Nie mamy na to środków w budżecie!”.

Rzeczywiście koszty transmisji były tak wysokie?

Okazało się, że owszem, to była cena za prawa do transmisji, ale w dziesięciu krajach, łącznie z Wietnamem i Mongolią. I w tych krajach była transmisja, a u nas nie, w dodatku musieliśmy jeszcze zapłacić karę. Cierpiałem jako kibic. Ale wiedziałem, że pokażą finał w ruskiej telewizji.

Dlatego też pojechaliśmy z kolegą, który miał samochód, pod granicę, do Hajnówki. Podjechaliśmy na miejsce i wypatrywaliśmy, gdzie są największe anteny telewizyjne. Chcieliśmy mieć pewność, że będzie sygnał. Była jedna wysoka. Wchodzimy do domu, a tam… Nie uwierzy pan!

Kuchar, czyli Lewandowski międzywojnia

Do dziś nikt nie powtórzył jego wyczynu. Sportowy heros II RP.

zobacz więcej
Co takiego?

Przy stole siedział trener Żubra Białowieża i dwóch napastników. Rozpijali drugą butelkę. Zaprosili nas, trochę z nimi wypiliśmy. W pewnym momencie trener skinął na zawodników i zwrócił się do mnie: „No widzi pan! Zamiast trenować, to oni wódkę piją… Jakby te pijaki trenowały, zamiast pić, to byśmy grali w I lidze!”. I tak obejrzałem finał mistrzostw świata.

Jedną z bramek zdobył w nim najlepszy piłkarz w historii: Pele. Bo który zawodnik, oprócz niego, został trzykrotnie mistrzem świata? Gdy po raz pierwszy wystąpił w finale mundialu, a było to w 1958 r. w Sztokholmie, miał zaledwie 17 lat! Miałem okazję poznać go osobiście.

W jakich okolicznościach?

W 1993 r. leciałem z nim samolotem z Frankfurtu do Cannes. Na targi telewizyjne, na których promował film animowany dla dzieci o piłce nożnej. Przedstawiłem się i zaprosił mnie, abym się do niego przysiadł. Na końcu wziąłem autograf, zrobiłem pamiątkowe zdjęcia. Dla mnie to była bardzo ważna sprawa. W końcu to jest mój idol – Pele.

A kto jest najlepszym polskim piłkarzem?

To zależy w jakich rozgrywkach. W drużynie narodowej: Kazimierz Deyna, złoty medalista i król strzelców Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972; na mundialu w 1974 był kapitanem drużyny, trzecim piłkarzem świata po Johanie Cruyffie i Franzu Beckenbauerze. W klubie zagranicznym: Zbigniew Boniek, zdobywca Pucharu Europy; grał w Juventusie, Romie – niesamowita kariera.

Z kolei w polskiej piłce ligowej: zdecydowanie Włodzimierz Lubański. Pamiętam finał Pucharu Polski w Łodzi z początku lat 70., w którym Legia Warszawa prowadziła do przerwy 2-1 z Górnikiem Zabrze. Ale Górnik ostatecznie wygrał 5-2, a Lubański zdobył cztery gole – to był po prostu jego koncert.

Włodek zadebiutował w reprezentacji w wieku 16 lat – w meczu z Norwegią – i zdobył wtedy gola. Poza tym to inteligentny człowiek. Bardzo sobie cenię wspólne rozmowy – nie tylko o piłce. Był kiedyś nawet u mnie w domu: dwie dekady temu oglądaliśmy razem mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii. Do tego urodził się w 1947 roku. A to jest bardzo dobry rocznik: Deyna, Lubański, Zaorski (śmiech).
Odtwórcy ról w „Piłkarskim pokerze” podczas uroczystej premiery wersji cyfrowej filmu w grudniu 2013 r. Od lewej Dariusz Szpakowski (komentator sportowy Dariusz Szpakowski), Janusz Gajos (sędzia Jan Laguna) i Marian Opania (były piłkarz Bolo). Fot. PAP/Radek Pietruszka
A propos wspólnego oglądania meczów. Czym był tzw. piłkarski salon u Zaorka?

Dlaczego był? To wciąż trwa! A zaczęło się w kwietniu 1970 roku, od meczu Górnika z Romą, kiedy o awansie do finału Pucharu Zdobywców Pucharów (obecnie odpowiednik Ligi Europejskiej) zadecydował rzut monetą (szczęśliwie padło na Górnika). I od tego meczu nawiedzeni kibice piłki nożnej tacy jak ja: sąsiedzi, ludzie ze środowiska filmowego, piłkarze, trenerzy itd. – zaczęli się u mnie spotykać.

Trwa to już niemal pół wieku. I to dopiero będzie jubileusz! Może nawet ważniejszy niż trzydziesta rocznica premiery „Piłkarskiego pokera”?

Kto ze środowiska piłkarskiego bierze udział w tych spotkaniach?

Wiele osób, m.in. Jerzy Engel, Andrzej Strejlau, Maciek Szczęsny, bywał też nieżyjący już Ryszard Kulesza, ale i inni zawodnicy, trenerzy, eksperci. Spotykamy się kilka razy w roku, przeważnie, gdy gra reprezentacja. Rozmawiamy o futbolu, ale też o filmie, teatrze, sztuce.

Dla zabawy typujemy wyniki meczów – ale nigdy ci zawodowcy, którzy znają się na piłce, nie wygrywają. Zawsze poprawny wynik trafiają przypadkowe osoby, jak moja córeczka, która nie bardzo wie kto z kim gra, ale na chybił trafił wpisuje jakieś cyferki. To pokazuje, jak nieprzewidywalna jest to dyscyplina.

Ponoć przyjaźnił się pan z Janem Ciszewskim.

Strajk na boisku, zwycięstwo za cenę oszustwa i show-biznes, gdzie nie liczą się zasady

Mamy sześć kryteriów FIFA w sprawie fair play oraz drużynę, którą nagrodzono za ich złamanie.

zobacz więcej
Janek w ogóle był otwarty na wszystkich. To dopiero był komentator! Nie chcę, by wyglądało, że się wymądrzam, mówiąc, jak stare babcie czy dziadkowie: „A przed wojną, to było lepiej”, „kiedyś to było…” itd. Natomiast Ciszewski był „jakiś”, tzn. wyrazisty, czasem wręcz szowinistyczny, ale bardzo emocjonalny. Czuliśmy, jak przeżywa wydarzenia na boisku, jak się cieszy albo jak łzy mu ciekną po policzku.

Dziś z kolei mam odczucie, że wielu młodych komentatorów po prostu czyta wydruki z komputera. Mówią wszystko o piłkarzu, o golach, asystach, klubie, w którym gra. Ale co mnie to właściwie obchodzi? Dla mnie komentator powinien przede wszystkim czytać grę. A oni wręcz przeszkadzają w oglądaniu, mówią za często i za gęsto. Najbardziej cenię tych komentatorów, którzy zamiast popisywania się swoją wiedzą, patrzą na boisko, w monitory, bo trzeba obsłużyć widza.

Opowiadał pan o salonie piłkarsko-towarzyskim w pańskim domu. A czy w PRL-u bywał pan w innych miejscach, gdzie drogi artystów i sportowców się przecinały?

Pamiętam na przykład, że w tzw. Ścieku, czyli lokalu Stowarzyszenia Filmowców Polskich przy ulicy Trębackiej, który już nie istnieje, nalałem wódkę Robertowi Gadosze. Było to zimą, w okresie roztrenowania. A on: „O! Panie reżyserze, po małym, ale nie po całym. Bo wiosną forma musi być!”.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Janusz Zaorski jest reżyserem filmowym, telewizyjnym, teatralnym i radiowym. Również scenarzystą i aktorem. Od 1991 do 1993 był prezesem Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, a od 1994 do 1995 przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Zdjęcie główne: "Piłkarski poker" w reżyserii Janusza Zaorskiego, na zdjęciu Janusz Gajos jako sędzia Jan Laguna i Małgorzata Pieczyńska jako jego żona Irena "Łapówka". Fot. TVP
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy mieli mózgi sprane przez telewizję rosyjską
Moja gazeta przyjęła jednoznaczną pozycję krytyczną wobec tego, co Rosjanie robili na Ukrainie – mówi redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941
Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Do katastrofy elektrowni atomowej dojść już nie może
Barierą w rozwoju odnawialnych źródeł energii jest brak technologii jej magazynowania – mówi dyrektor Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, żebym dał się złapać
Prokurator straszył, że to co robię to obalanie ustroju przemocą i grozi mi kara śmierci – Romuald Szeremietiew wspomina powstanie Konfederacji Polski Niepodległej.
Rozmowy wydanie 30.08.2019 – 6.09.2019
Nie chce mi się wierzyć, że „dobrzy chłopcy” służyli diabłu
Janosik zbójował jedynie półtora roku, raczej nigdy nie stanął na polskiej ziemi. Miał zaledwie 25 lat, jak został powieszony na haku. Nie była to jednak znacząca postać w porównaniu do harnasiów działających na naszym terenie.