Rozmowy

Czarne, z biskupką na głowie, agresywne i chowają się po krzakach. A rządzą góralami

– Różne wierzenia magiczne przetrwały do dzisiaj, np. rzucanie czarów i odczynianie uroków. Istnieje przesąd, że aby zapewnić sobie bogactwo, warto trzymać w piwnicy roślinę zwaną przestęp albo zabrać sznurek wisielca. Z kolei jedzenie wigilijne kładzie się na owsie, a wokół robiony jest okrąg z czosnku, co ma chronić przed złymi mocami – opowiada o nadpopradzkich zwyczajach Monika Florek, prezes stowarzyszenia Górale Karpat z Łomnicy Zdroju, które pomaga pasterzom wrócić do tradycji wypasania na halach czarnych owiec. To od ubarwienia tych zwierząt, a ściślej – od spodni szytych z ich wełny wzięła się potoczna nazwa mieszkańców pasma Jaworzyny Krynickiej: Czarnych Górali.

TYGODNIK.TVP.PL: Czarna owca nie ma pozytywnej konotacji…

MONIKA FLOREK:
Na naszym, nadpopradzkim przykładzie możemy wytłumaczyć, skąd się to wzięło. Baca z Rytra narzekał, że jak dołączył czarne owce do swoich białych, to barwne zaczęły szerzyć anarchię w stadzie. Kiedy słońce świeciło i białe spokojnie się pasły, to czarne w tym czasie szły w krzaki w poszukiwaniu cienia. Gdy padał deszcz to czarne szły się paść, a białe szukały schronienia. Pasterz chciałby, aby wszystkie pasły się w ten sam sposób, łatwiej je wtenczas ogarnąć.

Czarne runo owcze może mieć i w zimie nieprzewidziane skutki. Generalnie owce zimowano w gospodarstwie. Jeśli jednak siano było w przyczółku, daleko od domu, i nie dało się go zwieść na zimę, to pozostawiano tam zwierzęta dopóki go nie zjadły. Dziadek jednego z hodowców owiec opowiadał związaną z tym historię. Dwa tygodnie po zegnaniu takiego stadka czarnych owiec odwiedzili stajenkę, w której wcześniej były i zastali niesamowity widok: w rogu owczarni stała matka z młodym jagnięciem. Musiała kocić się, jak zganiali stado i dlatego nie wyszła. Tego typu pomieszczenia nie miały okien, więc jej nie zauważyli. Wyjadła cały mech utkany między belkami stajni, ale przeżyła. (śmiech)
Owce mogłyby służyć jako terapia dla ludzi z miast, z korporacji, dla kogoś kto pracuje w ciągłym biegu – mówi Monika Florek. Fot. archiwum stowarzyszenia Górale Karpat
Owca górska odmiany barwnej – bo o nią chodzi za każdym razem, gdy mówimy o czarnych owcach – jest uszlachetnioną rasą starodawnego cakla, czyli rasy rozprzestrzenionej w Karpatach od Bałkanów po Morawy. Jest dostosowana do trudnych warunków górskich, dlatego jej hodowla nie wymaga jakichś specjalnych zabiegów, jeśli chodzi o budowę odpowiedniego zaplecza socjalnego.

Jak wygląda pani stado?

Ja akurat mam skromną hodowlę. Prowadzę ją głównie z pasji, a na co dzień mam inne źródło utrzymania. W stadzie mam pięć sztuk owcy górskiej odmiany barwnej, pochwalę się, że z rodowodami.

Bukiety na ścianach, girlandy wokół okien, szlaczki pod sufitem. Kwiatowe są nawet psie budy. To bombonierka ludowej sztuki

To jedyna miejscowość Polski umieszczona na japońskiej liście 30 najpiękniejszych miejsc w Europie, które koniecznie trzeba zobaczyć.

zobacz więcej
W tym roku w stajni z czarnej owcy urodzili się ciekawi bliźniacy: jeden baranek jest czarny, drugi biały. Czarny, mimo młodego wieku, jest agresywny. To pokazuje, jaka jest prawdziwa natura czarnej owcy (śmiech). Natomiast biały baran jest łagodny i bardzo towarzyski. Nie lubi jeść ze żłobu, tylko z ręki.

Tylko jeden gen decyduje o tym, czy owca jest biała, czy czarna. Wygląd tej ostatniej jest dość charakterystyczny: po urodzeniu jest czarna, ale ma dwie białe łaty – jedną na czubku głowy, która nazywana jest kwiatkiem lub biskupką, i drugą na końcówce ogona. Z czasem umaszczenie owcy jaśnieje i staje się ona albo srebrna, innymi słowy – siwa, albo brązowa. Ale gdy ją ostrzyżemy, na powrót staje się czarna.

Na górskich halach czy połoninach zazwyczaj spotykamy białe owce. Czarna to rzadki widok.

Teraz tak, natomiast przed II wojną światową we wschodnich Karpatach czarne owce przeważały w stadach. Może wynikało to z łatwiejszej sprzedaży czarnej wełny, bo kiedyś to ona była w cenie.

Obecnie w naszym regionie jest kilkanaście gospodarstw, w których są owce o czarnym runie – od kilku do kilkunastu zwierząt. Przy czym trzeba tu dodać, że część owczarzy ma też w tym stadzie również owce białe. Ale czarne są marką naszego regionu, stąd duże zrozumienie lokalnych mieszkańców do tej odmiany. Pierwsze zwierzęta kupiliśmy ze składek mieszkańców Piwnicznej, dziś hodowcy wspierają siebie nawzajem i przekazują sobie jagnięta, są zatem stada, które powstały z podarowanych owiec. Gdybyśmy dostali dofinansowanie z zewnątrz, to moim zdaniem ten pomysł wypaliłby w skali makro, jeśli nie – będziemy je powoli nadal rozmnażać.

Według etnografów to region górali nadpopradzkich, dopiero później pojawiła się nazwa Czarni Górale, którą nawiązano do barwy lokalnych strojów, szytych właśnie z czarnej wełny owczej.

Nazwa Czarni Górale została wymyślona przez regionalistów pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, na spotkaniu folklorystycznym „Limanowska Słaza”. Ma to oczywiście bezpośredni związek z ich strojami, dokładniej – ciemnobrązowymi spodniami. Gdy mówimy o ubiorach górali nadpopradzkich, to najstarsze dostępne ryciny przedstawiają ich w białych strojach, dopiero z początkiem XX wieku spotykamy na fotografiach ciemne chołośnie, czyli sukienne spodnie. Mogło to mieć związek z tym, że nie było już wtedy zapotrzebowania na skup czarnej wełny, więc zostawała w domu i trzeba było coś z nią zrobić.

Przed II wojną światową kultura chłopska była, jak wiadomo, bardzo uboga. Wyrosła z tego, co było pod ręką. Domy budowano z kamienia i drewna. Dwa razy do roku owczarze strzygli owce przed wypasem: przed świętym Wojciechem, czyli 24 kwietnia, i po świętym Michale – 31 września. W czasie zimy wełna była w domu skubana, czyli rozdzielana, następnie gręplowana i przędziona. Z przędzy tkano płótno. Utkane zabierało się do folusza, by je filcować, żeby się zbiło. I z tego szyto stroje. Dla mężczyzn chołośnie, dla obydwu płci gunie, czyli rodzaj kurtek.
Chołośnie czasem były zdobione czerwonymi lampasami. Parzenice, czyli wyszywania przyporów tak popularne u innych grup góralskich, u Czarnych Górali były rzadkością.

Noszono też czuchy, rodzaj długiego płaszcza z prostokątnym, opadającym na plecy kołnierzem, zakończonym długimi frędzlami. Zarówno górale wyznania greckokatolickiego, jak i rzymskokatolickiego chodzili w tych czuchach, różnił ich tylko wzór wyplatany na kołnierzu.

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
Ubiór góralek – w dużym skrócie – to perkalowe bluzeczki, suto marszczona spódnica z białymi wzorami na granatowym tle. Na to była założona biała lub kolorowa zapaska, a pod tym było kilka halek. U mężatek chustka na głowie była obligatoryjna, a na ramionach łoktuska – rodzaj płachty lnianej albo chustki.

Strój Czarnych Górali, w wersji białej i czarnej, można dziś zobaczyć podczas występów miejscowych zespołów regionalnych. Stanowi on o tożsamości i korzeniach góralszczyzny nadpopradzkiej.

Tożsamość kulturowa to nie tylko stroje, ale również bogaty folklor, który wyraża się w obrzędach, czy muzyce i tańcu.

W muzyce Czarnych Górali można odnaleźć ślady skal modalnych, co świadczy o jej archaiczności. Większość dzisiejszej muzyki jest oparta na skali durowej, czyli to kolejno występujące po sobie dźwięki białych klawiszy na pianinie, rozpoczynające się od dźwięku „c”. Zaś skala modalna to zachwianie tego schematu, np. zamiast dźwięku „f” zagramy „fis”. Dla naszego ucha brzmi to dziwnie, zarazem intrygująco. Nie trzeba być wykształconym muzykiem, by określić, że utwór brzmi: żydowsko, arabsko czy po góralsku. To właśnie pokłosie użytych skal modalnych.

Druga cecha to jest wielogłosowość, czyli na przykład jedna osoba śpiewa wyżej, inna niżej. Zasadniczo były to dwa głosy idące równolegle w tercji (dawniej w kwarcie albo kwincie), momentami unisono, ale zdarzało się, że głosy się krzyżowały, np. ktoś kto śpiewał pierwszym głosem schodził do drugiego. Śpiew towarzyszył ludziom od narodzin do śmierci. Pojawiał się podczas obrzędów rodzinnych i dorocznych, przy pracy i zabawie po niej, czyli na łobzynku. Do tej pory w Łomnicy Zdroju dzieci nie mają problemu, aby śpiewać wielogłosowo, to wynosi się z domu. Folklor jest tutaj mocno zakorzeniony.


Część mieszkańców nadal myśli w sposób starodawny. To myślenie, w którym kosmologia jest ułożona w ten sposób, że sytuuje wieś, w której się mieszka, w centrum świata. Przykładem są też różne wierzenia magiczne, które przetrwały do dzisiaj, jak na przykład rzucanie czarów i odczynianie uroków, a mogą one sprowadzić na osobę chorobę, nieszczęście czy nawet śmierć.

Istnieje też taki przesąd, że aby zapewnić sobie bogactwo, warto w domu hodować roślinę zwaną przestęp albo zabrać sznurek wisielca.

Takie wierzenia są do tej pory nie tylko u starszych, ale i u młodszych. Z obrzędów dorocznych najlepiej zachowały się też tradycje bożonarodzeniowe. U mojej koleżanki każdy z domowników podchodzi pojedynczo do osób siedzących przy stole i łamie się opłatkiem. Jedzenie wigilijne jest położone na owsie, a wokół owsa jest zrobiony okrąg z czosnku, co ma chronić przed złymi mocami.

Opowiedzmy też o kuchni góralskiej. To zazwyczaj jest proste, ubogie jedzenie, z tego co zrodziła ziemia, a słynną potrawą Czarnych Górali są pierogi łomniczańskie.

Robi się je z tarcin ziemniaczanych, czyli wyciśniętych startych ziemniaków. Do tego dodaje się odrobinę mąki. W środku najczęściej jest ser. W klasycznej formie powinna być to bryndza z ziemniakami. Potrzeba jedzenia pierogów jest tu tak zakorzeniona, że jak chłop zjeżdża z pracy z Warszawy czy zagranicy, bo tak to teraz wygląda na wsiach, to żona musi mu w domu ugotować takie pierogi łomniczańskie.
Generalnie potrawy są bardzo proste. Na przykład mamy placki pieczone na blasze, zwane obecnie pasterskimi. Składają się z mąki, sody i kwaśnego mleka. Druga wersja to mąka i woda mineralna, bo nasz region słynie z wód mineralnych. Chleb był kiedyś rarytasem w górach, stąd piekło się te placki. Były zamiennikiem chleba. Charakterystyczne dla kuchni góralskiej są też baranina i kapusta. Jak gazda ma w domu na zimę beczkę kapusty, to jest szczęśliwy.

Wracając do owiec – chcecie przywrócić dawne tradycje pasterskie, kiedy to na halach pasły się głównie czarne odmiany. Czy ich hodowla jest dzisiaj opłacalna?

Jesteście patriotami? To zaciśnijcie zęby i pracujcie dla Polski

Roman Kluska: – Gdyby Polacy mieli takie regulacje prawne jak Anglicy, to nikt w Europie nie miałby z nami szans. Polacy są innowacyjni i pracowici, jestem o nich spokojny.

zobacz więcej
Niestety nie. Wymagana jest specjalizacja, czyli owca musi dawać dużo mięsa lub dużo mleka. Tymczasem wydajność górskiej rasy polskiej to szklanka mleka dziennie, podczas gdy na przykład owca francuska daje trzy litry. Tutaj nie jesteśmy w stanie konkurować.

Sprzedaż wełny z górskich owiec jest również nieopłacalna, szczególnie czarnej, bo to wełna ostra, twarda, natomiast ras uszlachetnionych jest bardzo mięciutka. Do strzyżenia naszych owiec trzeba więc dołożyć, a po strzyżeniu wełna jest u nas wyrzucana. Mogłaby się nadawać do izolacji budowlanych, ale – o ile mi wiadomo – tego nikt nie robi w naszym kraju. Robią to obcokrajowcy. Do uboju również trzeba dopłacić, bo hodowca nie może tego zrobić sam, by sprzedać mięso, tylko musi to zlecić ubojni, a potem przewieźć mięso specjalnym transportem. Żeby się to opłacało, trzeba by mieć dużo owiec. Zatem nie jesteśmy konkurencyjni.

Mimo niewielkich zysków pasterze widzą ogromną wartość tego, że mogą obcować z tymi owcami. Gdy schodzą z hali, nie mogą doczekać się kolejnego sezonu, kiedy z powrotem je tam zagonią. Nie chcą zrezygnować z pasterstwa halowego, żeby zamknąć je w owczarni i sypać im karmę, jak to jest w przypadku zmutowanych gatunków.

Czyli czarne owce hoduje się głównie dla podtrzymania kultury nadpopradzkiej?

Tak. Trzeba ją zachować, bez względu na koszty finansowe, bo ona jest wartością samą w sobie. Chcemy to zrobić dla promocji regionu. Nie mamy tutaj przemysłu, więc żyjemy z turystyki i wyróżniamy się tymi czarnymi owcami na tle innych góralskich regionów. Kojarzone negatywnie pojęcie my lansujemy jako pozytywne.

Jeśli ktoś zaczyna hodować owce, to od razu się w nich zakochuje. Owca ma w sobie pokój. Kiedy wracam z pracy i idę do stajni, to jest to dla mnie przyjemność, nie obowiązek. Owce relaksują. Mogłyby służyć jako terapia dla ludzi z miast, z korporacji, dla kogoś kto pracuje w ciągłym biegu. Ja akurat też jestem taką osobą, a kontakt z tym pierwotnym zwierzęciem oczyszcza mnie z brudów tego świata.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kiedy wracam z pracy i idę do stajni, to jest to dla mnie przyjemność, nie obowiązek. Owce mają w sobie spokój, relaksują – mówi Monika Florek. Fot. Marcelina Kubiak
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Państwo bez Boga jest niesprawiedliwe
Kard. Robert Sarah: Cywilizacja zachodnia przeżywa śmiertelny kryzys. Osiągnęła granice autodestrukcyjnej nienawiści.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Religia staje się składnikiem tożsamości społeczeństw
Francuski filozof: Łatwiej wyobrazić sobie naród, niż globalną wspólnotę ludzką, na skalę całej planety. To zbyt nieuchwytne.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jak zbrodnia jest traktowane jedzenie mięsa, ale nie zabicie...
Jesienią połączymy wątek biblijny z historią science fiction, pokażemy świat po katastrofie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Intelektualiści przejęli rolę kleru
Francuski historyk Pascal Ory: Afera Dreyfusa nie byłaby możliwa w żadnym innym państwie, gdyż nigdzie indziej Żyd nie mógł być oficerem armii.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Mierzą prawie 40 metrów. Nie mogą mieć gwoździ ani drutów
Kiedyś, podczas stawiania do pionu, trzy palmy wielkanocne złamały się na wysokości ponad 20 m. Twórca rekordowej chciał wykonać tak wysoką, jak wieża kościelna.