Historia

Jak powstała granica polsko-węgierska. Tragiczne losy Karpato-Ukrainy

Wspólna granica z państwem Madziarów była dla II Rzeczypospolitej atutem strategicznym i emocjonalnym. Niebawem, po klęsce wrześniowej, okazała się ocaleniem dla tysięcy uciekinierów.

Kiedy zaczęła się druga wojna światowa? To nie tylko łatwe pytanie nawet dla uczniów mniej biegłych w historii, ale i ważna kwestia dla polskiej racji stanu: twardo bronimy pierwszego września, odrzucamy żywe od czasów Stalina pretensje do uświęcenia w tej roli 22 czerwca 1941 i zdaje się, że w tej przynajmniej sprawie nasza polityka historyczna nie poniosła klęski. Nawet w państwach, które znalazły się w wirze wojny dopiero w roku 1940 czy 1941, jak w Europie Południowo-Wschodniej, data 1.09.1939 nie budzi sprzeciwu.

Ale co, jeśli ta wojna zaczęła się wcześniej? Swoje pretensje zgłaszają Chińczycy, zaatakowani przez Japonię już w roku 1937, Czesi w rok później doświadczyli monachijskiego szantażu. Takie stanowiska są do przyjęcia, nawet, jeśli w pierwszym przypadku uważamy walki na moście Marco Polo w Pekinie za zbyt odległe od europejskiego teatru politycznego, w drugim zaś brakuje nam elementu konfrontacji zbrojnej. Ale co z wizją, w myśl której druga wojna światowa rozpoczęła się 15 marca 1938, w trakcie chaotycznych walk w zasypanych dębowymi liśćmi jarach i wykrotach otaczających karpackie miasteczko Chust?
Tereny Rusi Zakarpackiej jeszcze w składzie Czechosłowacji. Fot. Wikimedia
Taki punkt widzenia prezentują ukraińscy admiratorzy tradycji „Karpato-Ukrainy” – efemerycznego, istniejącego kilkadziesiąt godzin państewka, które upadło 70 lat temu, 16 marca 1939 roku. Może on wzruszać, jak każdy przypadek przywiązania do niepodległości, w dodatku okupionej skazaną na niepowodzenie walką.

Sennie i spokojnie

Rozgrywka, jaka toczyła się między Berlinem, Budapesztem, Pragą a Bratysławą o wschodnią rubież ówczesnej Czecho-Słowacji jest godna uwagi każdego historyka biorącego na warsztat ostatni rok pokoju w Europie, zwłaszcza, że cynizm Hitlera, rozgrywającego przeciwko sobie swoich sojuszników i satelitów nie ma sobie równych. Groźne jest natomiast, że dzieje krótkotrwałego państwa i walki, jaką stoczyli Ukraińcy w jego obronie, mogą być wykorzystywane przez nacjonalistów ukraińskich do utrudniania strategicznej współpracy Kijowa i Warszawy, do sprowokowania kolejnego zadrażnienia w relacjach polsko-ukraińskich.

Ruś Zakarpacka przez dwadzieścia lat należała do najbardziej sennych i spokojnych prowincji europejskich. Niewiele się zresztą zmieniło w jej statusie po I wojnie światowej: przedtem zaś przez blisko tysiąc lat nosiła nazwę „Kárpátalja” i wchodziła w skład ziem Korony św. Stefana. Niezwykle ważna dla wyobraźni historycznej Węgrów – to przez Przełęcz Werecką (Tucholską), jak uważano, zeszły na równiny panońskie szczepy prowadzone przez Arpada – jednak dla gospodarki i obronności ziem węgierskich drugorzędna: odkąd skończyły się podjazdy tatarskie i tureckie na sennych, porośniętych bukami południowych stokach Karpat panował spokój, zakłócany w XIX wieku co najwyżej przez wojskowych (granica Imperium Rosyjskiego blisko!) i etnografów, badających jedyny w swoim rodzaju fenomen, jakim jest osadnictwo wschodniosłowiańskie („Rusińskie”) na południe od grani Karpatów.

Również w obliczu tragedii narodowej, jaką okazała się dla Węgier przegrana wojna 1914-1918 i traktat w Trianon, pozbawiający je dwóch trzecich ziem, utrata „Kárpátalji” nie była aż tak bolesna. Żyzne ziemie Banatu, Nowy Sad, historyczne Pozsony, miejsce koronacji królów węgierskich, teraz, nie wiedzieć czemu, nazywane „Bratysławą” – to bolało tak bardzo, że w tej sytuacji zmiana nazwy na „Transcarpatię” na południu, a „Podkarpatskou Rus” na północy, w sytuacji, gdy jedne komitaty znalazły się w granicach Rumunii, a inne, większość – Czechosłowacji nie była aż taką solą w oku.

Ci ludzie jeszcze przetrwali. Pogranicze Ukrainy i Besarabii, nieznany świat

Język jakby ukraińsko-polski, ale w życiu nie wypowiedziałem trzech takich zdań, jakie tam można znaleźć – mówi Andrzej Dobosz.

zobacz więcej
Nowa metropolia Rusi – Praga – obiecała dominującym na tym obszarze Rusinom szeroką autonomię. Z obietnicy się nie wywiązała, o budżecie i zbrojeniach decydowano nad Wełtawą, ale też ruchu narodowego Praga nie tłamsiła: owszem, na Rusi Zakarpackiej ukraińskie ugrupowania polityczne działały bez przeszkód, których zdarzało im się zakosztować w II RP, kwitła prasa i szkolnictwo. Miejscowym elitom wystarczało to, zwłaszcza dopóki na sowieckiej Ukrainie obowiązywał kurs na „korenizację”, czyli afirmację charakteru narodowego, a nad Wisłą ukraińscy parlamentarzyści i badacze działali bez przeszkód.

Śladami Garibaldiego

Kiedy jednak nad Charkowem i Kijowem pojawiło się widmo Wielkiego Głodu, a sanacyjne władze zaczęły coraz bardziej nerwowo reagować na prowokacje, a z czasem i zamachy terrorystyczne nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – zakarpackie elity coraz chętniej zaczęły się postrzegać w roli Piemontu.

Warto w dwóch słowach przypomnieć ten mit, którym karmili się wszyscy niepodległościowcy europejscy w pierwszej połowie XX wieku (w tym nasi rodacy, ogłaszający „polskim Piemontem” Galicję pod panowaniem Habsburgów). Bo też była to motywacyjna „success story”: malutkie, niestabilne Królestwo Sardynii, utworzone z łaski Kongresu Wiedeńskiego, któremu wbrew nazwie dodano ziemie Księstwa Piemontu i Republiki Genueńskiej, za panowania dwóch umiarkowanie skutecznych królów stało się kuźnią zjednoczenia narodowego, wypowiadając i zwyciężając w kolejnych wojnach!

Serbowie, Irlandczycy, Węgrzy i Polacy (oraz Ukraińcy) oglądali się na Garibaldiego, nie chcąc pamiętać, że podobny manewr udaje się rzadko. Państwa śródlądowe w ogóle mają gorzej, i jeśli nie chronią ich wielowiekowe traktaty, szachujące się nawzajem siły lub dobrze ukształtowane granice (preferowane są niebotyczne szczyty), to liczyć mogą tylko na możnego protektora.
Ukraińskie elity Zakarpacia mogły tylko sporządzać niewesoły bilans. Najwyższy szczyt? Marmaroski Pop Iwan, 1940 metrów: za mało na orle gniazdo. Powierzchnia? 12 tys. km. Bogactwa naturalne? Trochę ściekającej od północy przez łupki i flisze ropy oraz buczyna. Traktaty? Trianoński, oraz brak wzmianki w konstytucji Republiki Czechosłowackiej. Protektor? Przez chwilę oglądano się – co, biorąc pod uwagę okoliczności, można wybaczyć – na odległego, nieznanego, pogrywającego kartą ukraińską przeciw Polakom i Sowietom Adolfa Hitlera. Rozczarowanie było jednak krótkie i bolesne.

Specjalista od rachunku różniczkowego

Doszło doń już jesienią 1938 roku. Wrześniowy szantaż monachijski doprowadził nie tylko do oderwania od Czechosłowacji „Kraju Sudetów”, lecz również do ogłoszenia w miesiąc później (6 października) autonomii przez Słowaków – a w dwa dni później, prawem naśladownictwa (i w obliczu bezsilności Pragi) przez liderów wszystkich ukraińskich ugrupowań Rusi Zakarpackiej. Po kilku zamieszaniach i przetasowaniach na czele autonomicznego rządu staje ks. Augustyn Wołoszyn.

O nim warto słów parę, bo postać to niemal nieznana – a przecież to jeden z tych, jak ich pobłażliwie nazywano, „chłopskich synów”, którzy w XX w. odnawiali Kościół. Absolwent Wyższej Szkoły Teologicznej w Użhorodzie (wówczas, przed 1917, znanym jeszcze jako Ungvár) i wydziału teologicznego Uniwersytetu Budapesztańskiego, z prywatnych zainteresowań – matematyk specjalizujący się w rachunku różniczkowym, od roku 1924 uhonorowany tytułem szambelana papieskiego, poseł na sejm czechosłowacki, w politykę zaangażował się na dobre w latach 30., stając na czele Rusińskiej, grekokatolickiej Partii Chrześcijańsko-Narodowej, a wobec przyspieszenia dziejów 26 października 1938 roku – obejmując urząd premiera Rusi.

Na to przyspieszenie dziejów nie mogli z kolei patrzeć z założonymi rękoma Węgrzy. Co innego – łykać łzy upokorzenia po traktacie w Trianon, pisząc co najwyżej na drzwiach wejściowych mieszkania „Nem, nem, soho” (czyli „Nie, nie, nigdy!”), co innego – patrzeć, jak zmieniają się granice i zachować bezczynność.

Admirał Miklós Horthy doprowadził do rozstrzygnięcia na korzyść Węgier tzw. pierwszego arbitrażu wiedeńskiego. w pałacyku Belvedere w pobliżu Burgu spotkali się wówczas minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop, szef dyplomacji włoskiej Galeazzo Ciano, triumfujący Węgrzy (Kálmán Kánya i Pál Teleki) oraz załamani Czesi, Słowacy i ks. Wołoszyn.

Czy showman zostanie prezydentem Ukrainy? Między Dyzmą a Reaganem

Ludzi czaruje jak Donald Trump: Wiecie, kim jestem. Nie jestem skompromitowany. Nic nikomu nie ukradłem. Jestem fajny, dowcipny i błyskotliwy.

zobacz więcej
Obrady 2 listopada zakończyły się przyznaniem Węgrom 11 tysięcy km.kw. ówczesnej Słowacji i Rusi Zakarpackiej, gdzie dominowali etniczni Węgrzy, w sumie – blisko milion dusz. Węgierski sztandar zawisł między innymi nad dwoma największymi miastami autonomii – Użhorodem i Mukaczewem. Rząd Rusi Zakarpackiej przeniósł się do 12-tysięcznego Chustu, dotąd – miasteczka powiatowego, któremu splendoru nie dodał nawet fakt, że w ślad za ks. Wołoszynem przeniósł się tam, oburzony na węgierską ingerencję, apostolski administrator diecezji mukaczewskiej.

Ksiądz prezydentem

Ksiądz-premier wie, że ma niewiele czasu: tygodnie, w najlepszym razie miesiące? Trudno powiedzieć, na co jeszcze liczy w swoich „piemonckich” marzeniach, ale przecież podobne pytanie można by zadawać Ludwikowi Mierosławskiemu w roku 1863… Czasy są inne, więc zamiast kuć kosy i szykować szarpie, ks. Wołoszyn zarządza drukowanie podręczników, zakłada kolejne spółdzielnie, eksportujące do Rzeszy masło i mleko, a przede wszystkim usiłuje sformować własne siły zbrojne.

Ich nazwa – Sicz Karpacka – rozczula, bo gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie porohy na Dnieprze (gdzie istniała historyczna Sicz), a gdzie południowe stoki Karpatów? Ale determinacja jest wielka: na nielicznych zachowanych zdjęciach widać brnącą po błotnistej, głównej ulicy Chustu jedną (jedyną!) tankietkę. Obok maszerują w wielkim kręgu ochotnicy: wiatr rozwiewa poły powyciąganych, chłopskich marynarek, ale na głowach tkwią mazepynki, tradycyjne od czasu Legionów Siczowych z 1916 roku i kolejnych nietrwałych formacji ukraińskich lat 1917-1921 nakrycie głowy ideowych dziedziców Kozacczyzny.

Wśród tych ochotników – jak wiemy z zachowanej dokumentacji Korpusu Ochrony Pogranicza i II Oddziału – byli i ukraińscy obywatele II RP, w świetle polskiego prawa stający się odtąd dezerterami. Ale na to można przymknąć oko: mało to Polacy dezerterowali z różnych armii w słusznej w swoim przekonaniu sprawie? Gorzej – tu powinna się zapalić czerwona lampka – że szefem sztabu Siczy Karpackiej został Roman Szuchewycz, późniejszy dowódca UPA, a jej dowódcą – Mychajło Kołodziński, jeden z nielicznych, którzy myśl o eksterminacji Polaków na Wołyniu podnieśli do rangi ideologii.

Czasu dano Rusi Zakarpackiej bardzo niewiele: Węgrzy nie zamierzają już czekać na kolejne arbitraże, 11 marca podpisują z Berlinem porozumienie, na mocy którego zająć mają całą Ruś Zakarpacką. Rozpoczyna się gorączkowy wyścig o względy Hitlera: 14 marca niepodległość ogłasza Słowacja w nadziei, że w nowej roli urośnie do rangi nietykalnego sojusznika III Rzeszy, w kilkanaście godzin później, już 15 marca, jej śladem podąża Ruś Zakarpacka.
Na nadzwyczajnym posiedzeniu jej parlamentu, w zakarpackiej odmianie ukraińskiego noszącego nazwę „Sojm” (ech, te tradycje Rzeczypospolitej..) przyjęta zostaje złożona z ośmiu punktów konstytucja, nowa nazwa państwa (Karpato-Ukraina), ks. Wołoszyn zostaje zaś wybrany prezydentem.

Uściski na granicy

Finał – jak mówi poeta – zawczasu był postanowiony: Berlin liczył na stabilizację pod skrzydłami Budapesztu, Węgrzy liczyli na przywrócenie ziem do macierzy oraz – z czego już nie zwierzali się Niemcom – na wspólną granicę z Polską i bezpośrednie połączenie kolejowe: mieli jeszcze w pamięci rok 1920 i dostawy broni, idące okrężną drogą dla Wojska Polskiego, zmagającego się z bolszewikami.

Wojna słowacko-węgierska toczyła się na stosunkowo skromną skalę (w historiografii węgierskiej nosi ona nazwę „Kis háború”, „małej wojny”), zasługuje jednak na swoje miano wojny: dwa tygodnie starć (dłużej niż Blitzkrieg we Francji!), czołgi, samoloty, bohaterskie obrony i uroczyste kapitulacje. Była jednak nieporównanie mniej krwawa i okrutna niż opanowanie przez Węgry Karpato-Ukrainy: mimo, że na dobrą sprawę stoczono tylko jedną bitwę – na Krasnym Polu, na przedmieściach Chustu – liczba zabitych szacowana jest na co najmniej kilkuset. Ukraińcy nie zamierzali oddać tanio swojego Piemontu. Zorganizowany opór trwał dwie doby: ksiądz prezydent przekroczył granicę upadającego państwa i wyjechał do Rumunii wieczorem 16 marca. Jego dalszy los był zresztą równie tragiczny. Wojnę spędził w Pradze jako wykładowca, dziekan, wreszcie rektor Wolnego Uniwersytetu Ukraińskiego. 21 marca 1945 został aresztowany przez sowiecki Smiersz i w dwa miesiące później umarł w moskiewskim więzieniu Butyrki, oficjalnie – na zawał: przypadłość zdumiewająco częsta w sowieckich aresztach śledczych, skoro zdarzyła się i Raulowi Wallenbergowi, i ostatniemu Delegatowi Rządu RP na Kraj, Janowi Stanisławowi Jankowskiemu.

Żołnierze Siczy Karpackiej nie mogli, niestety, liczyć na względy prawa międzynarodowego. Węgrzy, nie uznawszy proklamacji niepodległości Karpato-Ukrainy traktowali ich brutalnie, zwykle wtrącając do bezterminowych aresztów, nieraz dokonując egzekucji.

Zmartwychwstanie Arkadija Babczenki.
Czy mistyfikacja służb specjalnych była niezbędna?

Zabójcy, który wykona wyrok, podobno miano oferować 30 tys. dolarów. W sumie planowano zamachy na trzydziestu przedstawicieli ukraińskiego świata mediów i polityki.

zobacz więcej
Polska znalazła się w niełatwej sytuacji. Wspólna granica z Węgrami była (niewielkim, biorąc pod uwagę nadciągające chmury, lecz zawsze) atutem strategicznym i emocjonalnym. Prasę obiegły zdjęcia honwedów i KOP-owców w serdecznych uściskach. W pół roku później granica ta okazała się zresztą ocaleniem dla tysięcy przedzierających się z Rzeczypospolitej na Węgry uciekinierów.

Zarazem II RP starała się w jakiś sposób wpłynąć na los swoich obywateli, bodaj i dezerterów. Z wojennej pożogi zachowały się dokumenty o przyjmowaniu wiosną 1939 roku transportów więźniów narodowości ukraińskiej, przejmowanych na granicy z Węgrami i kierowanych do obozu internowania w Berezie. Średni los – a przecież lepszy niż egzekucja.

Niepotrzebna wojna

Kłopot w tym, że w pamięci ukraińskiej – ściślej, w jej nurcie animowanym przez spadkobierców OUN i UPA – węgierska brutalność i polska neutralność zlały się w jedno. Ukraińskie środowiska nacjonalistyczne od dłuższego czasu twierdzą, że z rąk polskich zginęło na granicy polsko-węgierskiej od kilkudziesięciu do kilkuset żołnierzy Siczy Karpackiej.

Oskarżenia tego nie potwierdzają ani zachowane dokumenty, ani prowadzone przez stronę ukraińską ekshumacje. Na pogranicznym terenie odnaleziono kilka zbiorowych mogił, datowanych jednak na lata 1939-1945. To zbyt szeroki przedział, by formułować wiążące oskarżenia. W świetle wiedzy o przebiegu węgierskich działań wojskowych na Karpato-Ukrainie niemal nieprawdopodobny jest już sam fakt dotarcia do granicy z Polską kilkuset osób w zwartym oddziale.
Poważni historycy ukraińscy mają tego świadomość. Zarazem okrągła rocznica, emocje, dodatkowo rozkołysane wyborami prezydenckimi i zagrożeniem ze strony Rosji, wreszcie fakt, że większość obchodów organizowanych jest przez władze obwodu lwowskiego, których dystans do Polski jest wyjątkowy na tle postaw całej Ukrainy – wszystko to może spowodować powrót oskarżeń o zbrodnie wojenne II RP, ba, wyjątkowo nieszczęsnego sformułowania „druga wojna polsko-ukraińska” na określenie wydarzeń z marca 1939 roku.

A przecież już ta pierwsza, tocząca się jesienią i zimą 1918 roku między odradzającą się II RP a szukającą swojego miejsca na mapie Zachodnio-Ukraińską Republiką Ludową była wystarczająco niepotrzebna.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


– Bohdan Miś
Zdjęcie główne: Powitanie węgierskich oddziałów wojskowych na granicy polsko-węgierskiej po zajęciu przez Węgry Rusi Zakarpackiej, marzec 1938. Widoczny m.in. podpułkownik Władysław Ziętkiewicz z prawej, w mundurze). Fot. NAC/IKC
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Czarnobylskie kłamstwo. Jak KGB preparowało informacje
Sowieckie służby specjalne nie tylko utajniły prawdę o skażeniu. Skutecznie podsuwały też zachodnim dziennikarzom fałszywe dane podmieniając próbki gleby i podstawiając swoich agentów jako zwykłych obywatelki.
Historia Poprzednie wydanie
Laskowikowi nie dali rady. Cenzorzy w Opolu
Agnieszka Osiecka musiała w swoim tekście podwyższyć kwotę zarobków polskiego obywatela. Maryla Rodowicz śpiewając „Był sobie król” rzekomo drwiła z Breżniewa, a „Wielką wodą” – z klęski żywiołowej.
Historia Poprzednie wydanie
Przystojny, uwodzicielski, wykształcony, skuteczny. Jak...
Kobiety traciły dla niego głowy, dwie całkiem dosłownie, by wreszcie go zdradzić i podobno zhańbić.
Historia Poprzednie wydanie
Żałosne indywiduum czy człowiek honoru i bohater?
Nastroje wrogości, podburzanej przez jego przeciwników, groziły linczem Skrzyneckiemu i jego żonie Amelii. Dwie twarze generała.
Historia wydanie 7.06.2019 – 14.06.2019
Szykowali chemiczny atak na Polskę
Wycinali marynarzom w kombinezonach otwory, sprawdzając, jak skóra będzie reagować na zabójcze substancje. Broń testowano w mieście, które dziś słynie z wynalezienia morderczej trucizny: nowiczoka.