Cywilizacja

Jak wygrać z Łotwą? Powraca koszmar Zbigniewa Bońka

Na boisku zadziwiał świat, w pozapiłkarskim życiu okazał się prężnym biznesmenem i sprawnym działaczem. Ale niedzielny mecz eliminacji Euro 2020 Polski z Łotwą przywoła zapewne najstraszliwszy horror „Zibiego”. Jako trener, najpierw klubowy, dwukrotnie spadał ze swoimi drużynami z włoskiej ligi, a potem poniósł widowiskową porażkę jako selekcjoner reprezentacji Polski. I właśnie Łotwa miała w tym swój udział...

Polacy do rozpoczętych w czwartek eliminacji piłkarskich mistrzostw Europy, które w 2020 roku odbędą się aż w 12 państwach – UEFA postanowiła w ten sposób uczcić 60-lecie czempionatu – wystartowali jako faworyci grupy, losowani z pierwszego koszyka, a za rywali mają Austrię, Izrael, Słowenię, Macedonię Północną (kraj, który niedawno zmienił nazwę) oraz Łotwę. Po wygranej w Wiedniu z Austriakami, w niedzielę biało-czerwoni zaprezentują się własnej publiczności na Stadionie Narodowym, gdzie zmierzą się z Łotyszami (transmisja w Telewizji Polskiej od godz. 20:35). Spotkanie będzie miało pewnie jak zwykle świetną otoczkę, a rywale skomplementują wzorcową organizację. Za którą od 2012 roku stoi prezes PZPN Zbigniew Boniek.
Artur Wichniarek, Mariusz Lewandowski i Maciej Żurawski 8 października 2002 podczas spotkania z dziennikarzami przed meczem eliminacyjnym mistrzostw Europy z Łotwą. Fot. PAP/Przemek Wierzchowski
Bo jako działacz, podobnie jak w czasach gry na boisku, gdy wywalczył z reprezentacją III miejsce podczas mundialu w Hiszpanii, w 1982 roku, a z włoskim Juventusem Turyn sięgnął m.in. po Puchar Europy, spisuje się znakomicie, a nasza federacja, będąca po rządach niezbyt dobrze zorganizowanego Grzegorza Laty symbolem zacofania i braku kompetencji , dziś postrzegana jest jako wzór i maszynka do zarabiania pieniędzy, a sam Boniek został nawet wybrany – jako drugi Polak po Leszku Rylskim, współzałożycielu UEFA – do Komitetu Wykonawczego UEFA, czyli najważniejszego ciała europejskiej federacji.

Dwa sezony w Serie A

Ale w życiu obecnego prezesa PZPN jest epizod, do którego niechętnie wraca. Po zakończeniu piłkarskiej kariery postanowił bowiem zostać trenerem. Mało kibiców pamięta, że po zrobieniu we Włoszech kursu szkoleniowego, przez dwa sezony „Zibi” pracował w Serie A. W 1990 roku został trenerem Lecce, małego klubu z południa Włoch, który dwa sezony wcześniej awansował do elity. I zaczął nawet nieźle, bo od remisu z broniącym tytułu Napoli.

Potem było już jednak tylko gorzej. W rundzie jesiennej podopieczni Bońka w 17 meczach wygrali tylko cztery razy, a w całym sezonie – raptem sześć. Już w marcu 1991 roku pojawiły się głosy, że dni Polaka w klubie są policzone, choć wtedy o spadku nikt jeszcze nie myślał, bo zespół jednak ciułał punkty, często remisując.

Niestety potem Lecce przegrało m.in. z ostatnią w tabeli Cesseną i zajmującym spadkowe miejsce Cagliari i samo znalazło się pod kreską. Na dwie kolejki przed końcem szansa na ratunek jeszcze była, ale ekipę „Zibiego” czekało starcie w Genui z pędzącą po pierwsze mistrzostwo Włoch Sampdorią (tą, którą kilkanaście dni wcześniej sensacyjnie pokonała Legia Warszawa w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, po golach Wojciecha Kowalczyka).

Genueńczycy nie dali szans rywalom w meczu ligowym, wygrali 3:0 i mogli cieszyć się z historycznego scudetto (czyli „tarczy”, tak w Italii określa się tytuł mistrzowski, a nazwa wzięła się od naszywki w kształcie tarczy właśnie, jaką mistrzowie kraju mogą przez rok nosić na swoich koszulkach). Dla Lecce porażka oznaczała spadek. Klub w kolejnych latach raz awansował, raz spadał z elity, a otarł się nawet o III ligę. Dziś gra w Serie B.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Zbigniew Boniek przeżył pierwsze szkoleniowe niepowodzenie, ale szybko dostał kolejną szansę, tym razem z Bari, położonego niedaleko Lecce, kolejnego niezbyt dużego włoskiego klubu. Sezon 1991/92 zaczął tam jako szkoleniowiec Gaetano Salvemini, któremu jednak szybko podziękowano i stery przejął Polak. Niestety, choć ponownie jego drużyna walczyła niemal do samego końca, wygrała tylko sześciokrotnie i - podobnie jak Lecce – spadła z ligi. Na tym skończyła się na wiele lat przygoda trenera Bońka z poważną piłką...

Zasłona dymna

Jak to się zatem stało, że dekadę później został selekcjonerem reprezentacji Polski, a potem przeżył największą zawodową klęskę? Wszystko zaczęło się latem 1999 roku, gdy stery w Polskim Związku Piłki Nożnej przejął Michał Listkiewicz, który wiceprezesem ds. marketingu mianował właśnie Bońka. Niedługo potem selekcjonerem został Jerzy Engel i zaczęło być pięknie. Drużyna narodowa w świetnym stylu przeszła eliminacje MŚ 2002 i po aż 16 latach przerwy zameldowała się na mundialu, a PZPN zaczął prężnie się rozwijać, w czym sporą zasługę miał obrotny wiceprezes Boniek, wspierający na każdym kroku reprezentację i Engela.

Niestety, jak wszyscy pamiętamy, czempionat w Korei Południowej i Japonii okazał się dla Polaków koszmarem i dni selekcjonera na stanowisku były policzone. Co prawda Engel jeszcze chciał się bronić, ale gdy w studiu telewizyjnym usłyszał od swojego mentora, legendarnego trenera Kazimierza Górskiego pamiętne słowa „skoro było tak dobrze, to dlaczego było tak źle”, wiadomo było, że nic go nie uratuje.

Zaczęły się poszukiwania nowego selekcjonera. – W naszym środowisku jest kilku panów, z których ktoś na pewno potrafi podołać zadaniu – mówił wiceprezes PZPN ds. szkolenia Henryk Apostel. Najpierw faworytem do objęcia posady miał być Czech Verner Lička, który dał się poznać polskim kibicom jako trener Polonii Warszawa, z którą w sezonie 2001/02 zajął wysokie, czwarte miejsce, po czym przejął młodzieżową reprezentację Czech, a trzy lata później miał świętować tytuł mistrzowski z Wisłą Kraków.

Coraz więcej ekspertów wskazywało jednak, że z tym Ličką to taka zasłona dymna, a kadrę ma objąć zupełnie ktoś inny... W końcu coraz głośniej robiło się o wiceprezesie Bońku, choć w mediach wskazywano, że może on nie chcieć podejmować się misji, która – patrząc na rozbitą drużynę – może zakończyć się klęską. Zauważono przy tym, że Boniek nie uczestniczył w posiedzeniu zarządu PZPN, który oficjalnie zwolnił Jerzego Engela, tak jakby chciał być fair wobec kolegi. Działacz wolał wyjechać na urlop do San Marino.
Zbigniew Boniek podczas spotkania z dziennikarzami przed feralnym meczem z Łotwą, 8 października 2002. Fot. PAP/Przemek Wierzchowski
Papież wzrusza selekcjonera

W końcu 7 lipca gruchnęła informacja, że to właśnie Boniek jest nowym selekcjonerem, który powalczy o awans do Euro 2004. – Dzwoni do mnie teraz 100 tysięcy dziennikarzy, wszystko powiem na konferencji – tłumaczył na gorąco w telefonicznej rozmowie „Przeglądowi Sportowemu”. A potem, już na spokojnie w Sali Belwederskiej hotelu Victoria dodawał, żeby nie mówić w mediach „kadra Bońka”. – Przecież cały sztab ludzi będzie pracować przy jej tworzeniu – podkreślał były już wtedy wiceprezes PZPN. – Jeśli będą sukcesy, podzielę się nimi z wami, za przegrane będę odpowiadać sam – dodał. Nie wiedział jeszcze, jak prorocze były to słowa...

Prezes Listkiewicz zdradził, że nowy sternik kadry zarabia mniej, niż jego poprzednicy Janusz Wójcik i Jerzy Engel, a dziennikarze zastanawiali się, czy Boniek pójdzie w ślady byłych znakomitych piłkarzy, którzy osiągnęli sukces także jako selekcjonerzy. Przypomnieć tu warto, że najsłynniejsi z nich to Niemiec Franz Beckenbauer, który najpierw w 1974 roku został mistrzem świata jako piłkarz, aby powtórzyć sukces jako trener w 1990 roku oraz Brazylijczyk Mário Zagallo, który na boisku świętował wygranie mundiali w 1958 i 1962 roku, a w 1970 to samo powtórzył siedząc na ławce.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Debiutem Bońka jako selekcjonera był sierpniowy mecz towarzyski z Belgią w Szczecinie. Do tego miasta kadra wracała po 32 latach, a w 1963 roku debiutował tu sam Włodzimierz Lubański, jeden z najwybitniejszych zawodników w dziejach naszej piłki. Zgrupowanie zaczęło się jednak w Warszawie, a selekcjoner zaczął je od obejrzenia w telewizji mszy Ojca Świętego Jana Pawła II na krakowskich Błoniach, podczas jego ostatniej pielgrzymki do ojczyzny. – Każde słowo papieża wywoływało we mnie wzruszenie – mówił potem.

Kadra trenowała na stadionie Legii, a piłkarze chwalili szkoleniowca. – Widać, że jest stanowczy, zdecydowany i przestrzega zasad – mówił Mariusz Lewandowski. – To konkretny człowiek, mówi co myśli, zna futbol, może nam wyjść na dobre – dodawał Radosław Majdan. Kurtuazją wykazał się też trener Belgów Aimé Anthuenis (trzykrotny mistrz kraju z Genkiem i Anderlechtem, ale jako szkoleniowiec kadry z brakiem awansu na Euro 2004 i MŚ 2006), który zdradził, że pamięta Bońka z boiska, gdy ten grał w finale Pucharu Europy na Heysel w Brukseli, w 1985 roku. Juventus pokonał wtedy 1:0 Liverpool po rzucie karnym, wykonanym przez Michela Plainiego, podyktowanym za faul na Bońku; mecz przeszedł jednak do historii z powodu tragedii na trybunach, gdy po zamieszkach, wywołanych przez angielskich chuliganów zginęło 39 osób.

Syndrom lękowy, panika, nerwowe decyzje.
Ujawniamy sportowe demony, przez które Polska odpadła z mundialu

Jak to możliwe, że piłkarze grający na co dzień w najlepszych europejskich klubach, mający za sobą setki udanych meczów, dziesiątki strzelonych bramek i asyst, nagle stają się bezradni?

zobacz więcej
Takich kelnerów już nie ma

Przed szczecińskim meczem doszło do symbolicznego wydarzenia, bo trener Kazimierz Górski przywitał się ciepło z Bońkiem. – Moja dłoń uchodziła za szczęśliwą, uściskiem chciałem to szczęście przekazać – tłumaczył potem „Trener Tysiąclecia”. – Musimy grać piłką. Gdybyśmy przez 90 minut utrzymywali się przy piłce, nie przegralibyśmy żadnego meczu, chyba że strzelając „swojaki” – powtarzał z selekcjoner.

Niewiele jednak z jego słów wynikło. Polska zremisowała co prawda 1:1 z niezłą Belgią, ale sam mecz niestety nie porwał kibiców, a gole padły po błędach bramkarzy. – W poczynaniach ekipy „Zibiego” nie było widać pomysłu. Wszystko odbywało się bez ładu i składu – ostro komentował boiskowe wydarzenia były selekcjoner Janusz Wójcik, a Boniek dodawał, że czeka go jeszcze dużo pracy...

Tymczasem już kilkanaście dni później ruszały eliminacje Euro 2004. Polska miała szczęście, bo pierwszym rywalem był outsider grupy, czyli San Marino. – Nie jest to zespół dziesięciu kelnerów – przestrzegał asekuracyjnie Boniek, co wzbudzało wesołość komentatorów. Poważne ostrzeżenie dla biało-czerwonych przyszło podczas zgrupowania, gdy zagrali sparing z grającą w IV lidze Koroną Góra Kalwaria, wygrany... 1:0. – Byliśmy zmęczeni po treningu, gdy wszystkie mecze będziemy kończyć takim wynikiem, to chyba będzie dobrze – tłumaczył nikłe zwycięstwo jeden z piłkarzy kadry Kamil Kosowski.

Ale rezultat z Koroną nie był przypadkowy. – Będę zadowolony, jak wygramy 2:0, nie musi być więcej – mówił przed meczem z San Marino Boniek. I przewidział przyszłość, bo takim wynikiem zakończyło się spotkanie. Polacy zaprezentowali się wyjątkowo słabo. Jeszcze na kwadrans przed końcem pachniało w Serravalle ogromną sensacją, bo goście nie potrafili trafić do siatki.

Zrobił to dopiero w 76. minucie Paweł Kaczorowski (w latach 2000-05 zagrał 14 razy w kadrze, zdobył tylko jedną bramkę), a w ostatniej wynik podwyższył Mariusz Kukiełka (on z kolei ma na koncie 20 meczów w kadrze, w latach 1997-2004 i trzy gole). – Spotkanie było cięższe, niż się spodziewałem – komentował potem rozbrajająco strzelec drugiego gola. Widać było jak na dłoni, że z reprezentacją jest bardzo źle, a trener nie ma pomysłu, jak to zmienić.
Ostatnie minuty meczu z Łotwą, Polska przegrywa 0:1, polski bramkarz Jerzy Dudek walczy o piłkę na polu karnym... Łotyszy. Bezskutecznie. Fot. PAP-Przemek Wierzchowski
Choć sam Boniek bronił zawodników. – Mylą się wszyscy, którzy sądzą, że z San Marino można wygrać 10:0. Takich kelnerów już w Europie nie ma – wyrokował. Dodajmy, że siedem lat później, w meczu eliminacji MŚ 2010 w Kielcach, Polska z trenerem Leo Beenhakkerem wygrała z San Marino... 10:0.

Zabrakło umiejętności

Nieubłaganie zbliżał się jednak kolejny mecz o punkty eliminacji Euro 2004, październikowe starcie w Warszawie z Łotwą, która zaczęła zmagania od niespodziewanego remisu u siebie z faworytem grupy – Szwecją. – Trzeba brać pod uwagę, że to wcale nie jest taki słaby zespół – mówił proroczo czołowy ówczesny polski napastnik Artur Wichniarek, król strzelców drugiej Bundesligi w barwach Arminii Bielefeld i jej najlepszy strzelec w pierwszej Bundeslidze w historii (zdobył w jej barwach w sumie 82 gole w obu dwóch ligach).

Ale zajmujący wówczas 97. miejsce w rankingu FIFA Łotysze (Polska była 35.) uchodzili za Kopciuszków europejskiego futbolu. – Moim zadaniem jest, aby po remisie ze Szwecją moi zawodnicy nadal mocno stąpali po ziemi i nie uwierzyli w swoją wielkość – komentował asekuracyjnie selekcjoner Łotwy Aleksandrs Starkovs. Podczas przedmeczowego zgrupowania kadra znów zmierzyła się z Koroną Góra Kalwaria. – Nie było sensu nic zmieniać, skoro ten zespół tak dobrze nas nastroił przed San Marino – tłumaczył Boniek. Tym razem biało-czerwoni wygrali 10:0, co dawało nadzieję, że i z Łotyszami nie będzie najgorzej.

Stało się zgoła inaczej, a spotkanie z Łotwą do dziś jest wymieniane jako jedno z najczarniejszych w historii polskiej piłki. Zaczęło się nawet obiecująco, od ataków gospodarzy, ale gdy w 30. minucie Juris Laizāns strzelił gola dla gości, Polacy zostali całkiem znokuatowani i nie pozbierali się już do końca gry. Porażka 0:1 stała się faktem. – Dostałem piłkę, podciągnąłem z nią w okolice pola karnego i strzeliłem - opisywał potem swoją bramkę szczęśliwy Łotysz, który w sumie 15 razy trafiał w kadrze narodowej, przez kilka lat grał w CSKA Moskwa, a karierę zakończył w 2014 roku. A selekcjoner Łotwy podkreślał, że „nie podnieca się i twardo stąpa po ziemi, bo faworytami grupy wciąż są Polska i Szwecja”.

Polacy byli z kolei załamani. – W najczarniejszych snach nie sądziłem, że przegramy. Mecz nie ułożył się po naszej myśli, a porażkę przypisuję sobie – komentował zdruzgotany Boniek. – Zawiedliśmy trenera, kibiców i samych siebie – dodawał Paweł Kaczorowski, a legendarny Kazimierz Górski podkreślał, że zwyczajnie „zabrakło nam umiejętności”.

W mediach zaczęła się zmasowana nagonka na selekcjonera, któremu zarzucano brak wizji i niepanowanie nad zespołem. Do tego doszły oskarżenia, że część piłkarzy miała być po porażce widziana w stołecznych nocnych klubach.

Klątwa Bońka. Jak upadała polska piłka nożna

Polscy kibice jeszcze zatęsknią za awansami...

zobacz więcej
Zespół musiał się szybko pozbierać, bo kilka dni później czekał go mecz towarzyski z Nową Zelandią w Ostrowu Świętokrzyskim , który Polacy wygrali co prawda z dużo niżej notowanym rywalem 2:0, ale ponownie po mocno przeciętnej grze i w słabym stylu.

W lekkim szoku

Bońkowi grunt coraz mocniej palił się pod nogami, a humoru nie poprawiła mu na pewno kolejna porażka, tym razem listopadowa 0:2 w Kopenhadze z Danią w kolejnym spotkaniu towarzyskim. Po nim krytyka w mediach była wszechobecna i przybierała coraz mocniejsze rozmiary. Selekcjoner nie wrócił nawet z zawodnikami do kraju, tylko od razu udał się do Rzymu, gdzie mieszkał. Jak się miało okazać, piąty mecz Zbigniewa Bońka, jako trenera reprezentacji, był jego ostatnim w tej roli...

Wiadomość o rezygnacji selekcjonera była totalnym zaskoczeniem nie tylko dla kibiców, ale i PZPN. Prezes Listkiewicz ogłosił ją 3 grudnia. – Nadal jestem w lekkim szoku – mówił dziennikarzom.

Boniek zadzwonił do niego z urlopu, spędzanego gdzieś na Oceanie Indyjskim. Prezes PZPN podkreślał, że zdecydowały względy osobiste. – Wyjaśnił mi swój zamiar rezygnacji z prowadzenia kadry. Widać było, że decyzja była przemyślana i ostateczna – dodawał Listkiewicz. Mówiło się, że podczas egzotycznych wakacji z rodziną Boniek przemyślał wszystko i uznał, że nie warto wystawiać się wciąż na krytykę, gdy zadanie go przerosło.

Tak zakończyła się jego trenerska przygoda. Następcą Bońka został Paweł Janas, który choć przegrał dwukrotnie wyraźnie ze Szwecją, to pokonał na wyjeździe i Łotwę, i Węgry. Gdyby więc Polakom udało się wygrać z Łotyszami w Warszawie, zagraliby w barażach. A tak trafili tam mimo wszystko Łotysze, którzy niespodziewanie na koniec eliminacji wygrali 1:0 w Sztokholmie ze Szwedami. Na Euro 2004 udało im się zaś zremisować z Niemcami. Polacy zagrali na Euro dopiero cztery lata później.

- Piotr Wilczarek

Pisząc powyższy tekst korzystałem z roczników „Przeglądu Sportowego”
Oko w oko: wywiad ze Zbigniewem Bońkiem
Zdjęcie główne: Prezes PZPN Zbigniew Boniek z Robertem Lewandowskim 11 października 2015 po zwycięskim meczy z Irlandią, który dał Polsce awans do Euro 2016. Fot. REUTERS/Kacper Pempel
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy przyszłego prezydenta Ukrainy wybrała Moskwa?
Niebezpieczne związki. Faworyt wyborów powiązany z oligarchą, oligarcha używający argumentów Kremla.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Niemcy skłócone i podzielone. Hulajnoga niezgody
Nie chcą jej piesi, bo boja się o swoje zdrowie. Nie chcą rowerzyści, bo ścieżki będą jeszcze bardziej zatłoczone. Nie chcą wreszcie kierowcy, bo mają dość uważania na rowerzystów i pieszych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wszystkie grzechy obrońców życia
Polskie ruchy pro life mają rację, ale nie potrafią do niej przekonać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra...
Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Piewca seksualnych dewiacji. Jego teorie wpisano do standardów...
Uważał, że traumę u gwałconych dzieci wytwarza histeria dorosłych wobec pedofilii, a nie same działania pedofilów.