Felietony

PRL? Dyktatura „prawdziwych Polaków”

W książce Krystyny Naszkowskiej na uwagę zasługuje zwłaszcza swoista środowiskowa martyrologia. Centralnego miejsca nie zajmują w niej weterani AK, torturowani w ubeckich katowniach na przełomie lat 40. i 50. Przypada ono natomiast wielu obywatelom polskim narodowości żydowskiej lub pochodzenia żydowskiego, których komunistyczne państwo zmusiło do emigracji pod koniec lat 60.

Jana Olszewskiego przyjaciele z lat młodości. Wyklęci, torturowani, zamordowani, złamani

Nieznana opowieść byłego premiera o zaangażowaniu w mikołajczykowskie PSL i o tragicznych losach jego kolegów z tamtych czasów.

zobacz więcej
„My, dzieci komunistów” na pierwszy rzut oka jest książką okrutną. Krystyna Naszkowska – wieloletnia dziennikarka „Gazety Wyborczej” – postanowiła przyjrzeć się prominentnym postaciom życia publicznego PRL z perspektywy ich córek i synów. A taka konfrontacja w oczywisty sposób nastręcza olbrzymich kłopotów ludziom, których rodzice zaangażowali się w polityczny projekt okryty hańbą.

Dziecko dygnitarza widzi w swoim rodzicu – niezależnie od łączących go z nim relacji – kogoś osobiście bardzo bliskiego, a nie przedstawiciela państwa. W takim przypadku muszą dać o sobie znać rozmaite psychologiczne mechanizmy obronne, które zniekształcają obraz ojca czy matki. Jest w tym zresztą coś nieludzkiego, aby od człowieka będącego dzieckiem choćby i najgorszego zbrodniarza, oczekiwać publicznego rozliczania win rodzica.

Skądinąd to właśnie komuniści praktykowali napuszczanie dzieci na rodziców. Wystarczy przywołać najsłynniejszy przypadek, czyli Pawlika Morozowa. Według oficjalnej wersji propagandowej ów nastolatek doniósł bolszewikom na swojego ojca, który był „kułakiem” (chłopem stawiającym opór kolektywizacji wsi). W ZSRR Pawlika Morozowa stawiano młodzieży za wzór.

Naszkowska bynajmniej nie próbuje wymuszać na ludziach, z którymi rozmawia, aby potępiali swoich rodziców. I dlatego stanęła wobec istotnej szansy. Mogła bowiem za pośrednictwem dzieci komunistów pokazać peerelowskie szwarccharaktery jako ludzi z krwi i kości.
Anatol Fejgin (1909 - 2002) – członek KPP, PPR i PZPR, funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa Informacji Wojskowej i Urzędu Bezpieczeństwa PRL. Zwolniony ze służby po ucieczce Józefa Światły, usunięty z PZPR za nadużywanie władzy, skazany na 12 lat więzienia. Fot. Wikimedia
Ktoś, kto znany jest przede wszystkim z tego, że jego ręce zostały zbrukane niewinnie przelaną krwią, staje się uosobieniem zła. Tym samym podlega negatywnej mitologizacji. I wtedy nie widzimy już w nim żywego człowieka, lecz demona.

„Dobrzy ludzie” i „kozły ofiarne”

Czy w „My, dzieci komunistów” udało się zdemitologizować takie postaci, jak Bolesław Bierut czy szef Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, człowiek symbolizujący stalinowski terror w Polsce, Anatol Fejgin? Bynajmniej.

Rozmówcy Naszkowskiej piętnując represyjne metody państwa komunistycznego – wszyscy oni z jednym wyjątkiem to w PRL ludzie mniej lub bardziej związani z opozycją – starają się zarazem na różne sposoby usprawiedliwić ojców.

I z podanych wyżej psychologicznych powodów można to zrozumieć. Tylko przecież obecnie w Polsce nikt nie jest zmuszany do tego, żeby ustosunkowywać się publicznie do grzechów swoich rodziców.

Ręcznie zarządzał systemem opresji. Bierut to typowy radziecki aparatczyk, miałki i bezbarwny

Po wojnie komuniści politycznie istnieją tylko dlatego, że mają poparcie Armii Czerwonej – mówi Piotr Lipiński, autor książki „Bierut: kiedy partia była bogiem”.

zobacz więcej
Kiedy Naszkowska pyta socjolog Aleksandrę Jasińską-Bierutównę o to, czy zgodziłaby się z opinią, że jej ojciec to największy zbrodniarz Polski po drugiej wojnie światowej, ta odpowiada: „Uważam, że to nieprawda. Uważam, że był dobrym człowiekiem, chociaż robił też złe rzeczy, które mimo dobrych intencji prowadziły do złych konsekwencji”.

Z kolei Piotr Fejgin – także socjolog – sugeruje, że jego ojciec stał się kozłem ofiarnym rozgrywek wewnątrz aparatu władzy, których podłożem były rzekomo antagonizmy narodowościowe. Anatol Fejgin został bowiem w roku 1957, w okresie popaździernikowej odwilży, skazany za – jak czytamy w książce – „stosowanie niedozwolonych metod przesłuchań. Zarzucono mu bezprawne pozbawienie wolności oraz szczególne udręczenie psychiczne i fizyczne co najmniej dwudziestu ośmiu osób”. W roku 1964 został ułaskawiony.

Jego syn tak to między innymi komentuje: „W tym nie ma logiki: cały aparat terroru, tysiące ludzi, absolutna większość z nich to byli rdzenni Polacy, a rząd wystawił na odstrzał trzech Żydów [oprócz Fejgina Romana Romkowskiego i Józefa Różańskiego] i obarczył ich odpowiedzialnością za cały terror czasów stalinowskich. Ojciec nazwał to kiedyś: »parch pro toto«”.

Banalne schematy

I tu jest chyba cały pies pogrzebany. Książka Naszkowskiej nie tyle odsłania nieznane oblicze przedstawicieli PRL-owskiej elity, ile – wbrew zamiarom autorki – brutalnie obnaża schematy myślenia ich dzieci.
Agnieszka Holland w czasie demonstracji zorganizowanej przez Ruch Obywateli RP w proteście przeciwko ostatniej miesięcznicy smoleńskiej upamiętniającej katastrofę z 10 kwietnia 2010 roku, w której zginęło 96 osób, w tym prezydent RP Lech Kaczyński. Fot. PAP/Leszek Szymański
Ludzie ci interpretują historię następująco: komunizm został zainstalowany w Polsce przez ideowców, którzy z jednej strony wykazali się szlachetnością, a z drugiej – okazali się naiwni. Wśród nich nadreprezentację stanowiły osoby pochodzenia żydowskiego (i taki jest też skład rozmówców Naszkowskiej).

Ich akces do struktur władzy totalitarnego państwa zakończył się porażką. Reżim bowiem coraz bardziej oddalał się od wzniosłych założeń, które przyświecały komunistycznej rewolucji, a coraz bardziej stawał się nacjonalistyczną dyktaturą „prawdziwych Polaków”.

Taka interpretacja dziejów PRL pojawia się w rozmowie Naszkowskiej z reżyser Agnieszką Holland. Jej ojciec – Henryk Holland był dziennikarzem, który w okresie stalinowskim na łamach reżimowej prasy brał udział w kampaniach szkalujących Armię Krajową oraz filozofów opornych na marksistowską indoktrynację: Władysława Tatarkiewicza i Kazimierza Twardowskiego.

W drugiej połowie lat 50. opowiedział się jednak za zmianami w Polsce. Jak podaje w książce jego biogram, „krytykował konserwatywne skrzydło w PZPR i domagał się jawnych procesów rehabilitacyjnych dla ofiar komunizmu”. W roku 1961 został aresztowany za przekazywanie zagranicznemu korespondentowi w Warszawie niewygodnych dla komunistycznego reżimu informacji. W trakcie rewizji, którą przeprowadziła w mieszkaniu Hollanda w jego obecności bezpieka, popełnił on samobójstwo wyskakując z okna.

Jego córka tak wyjaśnia motywy kierujące osobami żydowskiego pochodzenia, wstępującymi w szeregi ruchu komunistycznego: „W przedwojennej Polsce działo się mnóstwo złych rzeczy, które powodowały, że młodzi Żydzi zwracali się ku komunizmowi. Wielu tę przedwojenną Polskę dziś idealizuje, ale przecież wtedy narastały postawy faszystowskie i antysemickie. I to nie tylko ze strony skrajnych organizacji, jak ONR, zresztą wówczas zdelegalizowanego w przeciwieństwie do dzisiaj, ale również ze strony władz państwowych”.

Od partyjnego reżysera, przez czerwonego harcerza, do wpływowego redaktora i uczciwego aparatczyka

Kto był kim w Marcu 1968.

zobacz więcej
Jakie Agnieszka Holland wyciąga z tego wnioski? „Było (…) zupełnie logiczne, że tacy ludzie jak mój ojciec wstępowali do komunistycznej partii, bo komunizm ze swoimi hasłami równości, równych szans dla wszystkich bez względu na wyznanie czy pochodzenie wydawał im się szansą na lepszą ludzkość. Była to taka świecka wersja Ewangelii: »nie będzie Greka ani Żyda«”.

Znana reżyser słusznie i uczciwie przyznaje, że „PRL miał różne etapy. Okres stalinowski był okrutnie represyjny i totalitarny. Potem zrobiło się lżej”. Tyle że to są banały.

Polowanie na polski nacjonalizm

Bardziej na uwagę w książce Krystyny Naszkowskiej zasługuje co innego: swoista środowiskowa martyrologia, która wyłania się z pokoleniowego doświadczenia rozmówców autorki.

W tej martyrologii centralnego miejsca nie zajmują weterani AK, torturowani w ubeckich katowniach na przełomie lat 40. i 50. Przypada ono natomiast wielu obywatelom polskim narodowości żydowskiej lub pochodzenia żydowskiego, których komunistyczne państwo zmusiło do emigracji pod koniec lat 60.
Z okazji obchodów 50. rocznicy Marca ‘68 na Dworcu Gdańskim w Warszawie wystawiono spektakl „Spakowani, czyli skrócona historia o tym, kto czego nie zabrał”. Organizatorami obchodów byli Teatr Żydowski w Warszawie oraz Fundacja Shalom. Fot. PAP/Paweł Supernak
A kto się znalazł wśród emigrantów? Oprócz antykomunistycznych dysydentów i ludzi niezaangażowanych w politykę nie zabrakło dawnych stalinowców nawróconych na marksistowski rewizjonizm, czyli orędowników „socjalizmu z ludzką twarzą”, którzy zadarli z nacjonalistyczną frakcją PZPR w osobach Władysława Gomułki i Mieczysława Moczara. Taki uproszczony obraz wydarzeń marcowych roku 1968 – powielający fałszywy podział stron politycznego konfliktu na „Chamów” i „Żydów” – przewija się przez książkę.

Rozmówcom Naszkowskiej chodzi bowiem o to, żeby wykazać, iż komunizm w Polsce miał tak naprawdę charakter… kryptoprawicowy. Taki właśnie pogląd wygłasza reżyser Andrzej Titkow.

Jego ojciec, Walenty Titkow był między innymi oficerem politycznym w 1. Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki, szefem Zarządu Politycznego Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej oraz wiceministrem zdrowia i opieki społecznej. Po roku 1968 nie piastował on już żadnych stanowisk państwowych.

Zdaniem Andrzeja Titkowa, „PZPR to była pierwsza partia, która zrealizowała w Polsce postulowany przez Narodową Demokrację program jednoetnicznego państwa”. Reżyser uważa, że w III RP ten polityczny projekt kontynuuje prawica, tyle że dodała do niego katolicyzm. Czemu ma służyć takie ujęcie problemu? Obarczeniu odpowiedzialnością za zło PRL polskiego nacjonalizmu, który – w tej narracji – ukrył się za fasadą systemu komunistycznego. Ale przecież w istocie chodzi o sprawy bieżące.
W „My, dzieci komunistów” wypowiadają się bowiem osoby, z których większość odziedziczyła po swoich rodzicach dążenie do naprawy świata. Odrzucenie komunistycznej utopii nie oznacza przecież pozbycia się rewolucyjnych pasji. A do nich można zaliczyć obsesyjne polowanie na polski nacjonalizm czy chęć podporządkowania Kościoła katolickiego tyranii politycznej poprawności.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Krystyna Naszkowska „My, dzieci komunistów”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2019
Błędy i wypaczenia czyli socjalizm - tak!!!
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Ziemianka z miasta, która miała wiedzę przepastną
Wiedziała wszystko, dzień po dniu: gdzie poeta był, co jadł, co pił, co czytał, co napisał, kogo spotkał, co o nim mówiono, od kogo dostał listy…
Felietony Najnowsze wydanie
Debata
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zakupy
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Fotografował wschodnią Europę, dając świadectwo ruin imperium
Był człowiekiem wielkich kontrastów. Wesołym, żartobliwym, trudno było przypuścić, że jest autorem własnych zdjęć.
Felietony Poprzednie wydanie
KINKEA™ przeciw uzurpacjom kleropatriarchatu
Nowy katalog znanej firmy meblarskiej: Szafa z podwójnymi przesuwanymi drzwiami z hartowanego szkła została wyposażona w urządzenie, które tnie na strzępy wszelkie powieszone w niej nieopatrznie spodnie, czytelny symbol męskiej dominacji….