Kultura

Obrońcy tradycji przegrali z postępem czy inną cywilizacją

Większość sądzi, że jak dla Zamku Królewskiego, tak i dla Ujazdowa druga wojna światowa oznaczała katastrofę. Otóż nie – zachował się w całkiem dobrym stanie. Los zamku na skarpie został przesądzony dopiero w 1954 roku, kiedy marszałek Rokossowski postanowił zlikwidować zabytek, czyli królewski przeżytek. Ale 20 lat później stał się cud.

Pępek świata epoki pudrowanych peruk: szulernia, rozpusta i wielka sztuka

To Francuzi przyczynili się do powstania czarnej legendy republiki: zmurszałej, egoistycznej i wrogiej postępowym ideom „ladacznicy Adriatyku”.

zobacz więcej
Pamiętam nie tak znów odległy czas, gdy wydruki komputerowe nie były dopuszczane do poważnych konkursów grafiki artystycznej jako produkty wyzute z ludzkiego aspektu. Mysz jako narzędzie twórcze wydawała się podejrzana; wypluta z drukarki odbitka raziła oczy (i uczucia) ortodoksyjnych artystów, a takoż odbiorców, dla których cały sens sztuki zawierał się w przełożeniu myśli na artefakt.

Minęły trzy dekady – i zaciekli obrońcy tradycji przegrali z kretesem wojnę z postępem. Postępem? A może – inną cywilizacją? Niby cyfrę też wymyślił i wdrożył w życie człowiek, ale coraz częściej zachodzą obawy, że sztuczna inteligencja wymknęła się swemu „życiodawcy” i zaczyna hasać samodzielnie po terenach jeszcze do niedawna zarezerwowanych dla potomków Adama i Ewy.

Komputer ma gdzieś ograniczenia, tworzy sobie własny raj. Ba, zaczyna marzyć, używać wyobraźni, być kreatywny…

W ostatnich miesiącach coraz częściej nachodzi mnie niespokojna myśl: Czy człowiek wciąż jest panem na tej ziemi? A może musi się posunąć, zrobić miejsce swoim awatarom? Do takich konstatacji prowadzi… sztuka.

Miasto otwarte na słońce

Trzy lata temu (31.03.2016) dość niespodziewanie zmarła Zaha Hadid, jedna z najgłośniejszych architektek świata, która jako pierwsza wywalczyła sobie w zawodzie miejsce równe mężczyznom. Jej realizacje, nawet te nienagrodzone, obszernie komentowano zarówno w fachowych, jak popularnych mediach.

W ostatnich dwóch dekadach życia Hadid celebrycka sława przewyższała uznanie dla jej projektów, a nagrody przyznawano jej chyba z rozpędu. Tak przynajmniej uważało wielu, gdy w 2010 roku do Hadid trafiła Stirling Prize, architektoniczny Oscar – a dostała go za budynek Narodowego Muzeum XXI wieku MAXXI w Rzymie.
Lokalizacja jakby na przekór przeznaczeniu: w ubogiej dzielnicy, pomiędzy byłymi barakami wojskowymi, gdzie daremnie wypatrywać zabytków. Mimo to MAXXI odniosło sukces.

Niedawno byłam tam na wystawach, na które pomimo złej pogody tłum ustawiał się w kolejce. Co więcej, pokazy nie kusiły wielkimi nazwiskami, a tematy przez nie poruszane był co najmniej dyskusyjne.

„Low Form. Imaginaries and Visions in the Age of Artificial Inteligence” („Low Form. Immaginari e visioni nell’era dell’inteligenza artificiale”) – jak łatwo się domyślić, rzecz o twórczych mocach istot inteligentnych, lecz nie będących ludźmi. I niejako w opozycji do tych wciąż jeszcze futurystycznych wizji – konkret z „tu i teraz”, czyli „The street. Where the world is made” („La strada. Dove si crea il mondo”).

Przyznam, spodobało mi się tak przewrotne zestawienie tematów. Choć obydwie ekspozycje dołujące.

Najpierw zapuszczamy się w świat humanoidów, botów, robotów i awatarów, którym do doskonałości brakuje tylko… uczuć. Bez względu na techniczne tricki, które powalają informatyczną sprawnością autorów, przesłanie większości prac (instalacji, filmów, animacji) jest podobne: odczucie pustki, przerażenia i permanentnego bólu, którego źródła nie sposób dociec. Może to samotność?
Wśród 18 uczestników „Low Form”, wybranych z całego świata (wszyscy są z pokolenia milenialsów) jest jedna Polka – Agnieszka Polska, jak na ironię, mieszkająca w Berlinie. Jej animowany film „What the Sun Has Seen” został zrealizowany z pomocą techniki CGI (Computer-generated imaginary).

Na ekranie widać słoneczną w barwie twarzyczkę dziecka o ogromnych, przejmująco tragicznych oczach. Tytuł nawiązuje do wiersza Marii Konopnickiej „Co słonko widziało”, które to strofy wykorzystano w warstwie dźwiękowej, spreparowanej komputerowo tak, by atakowała bezpośrednio mózg odbiorcy (za katalogiem podaję nazwę: Autonomous Sensory Median Response, w skrócie ASMR).

Inaczej mówiąc – recepcja sztuki może dokonywać się niejako poza wrażliwością, wiedzą, potrzebami i upodobaniami widza. Nie wróży to dobrze ludzkości.
Z kolei wystawa „The Street” („La strada”) to zestaw prac bliskich reportażom. Realia też nie napawają optymizmem. Jeśli świat „staje się” na ulicy – to wśród krzyku, zgiełku, przemocy, protestów. Znamy te obrazki z codzienności.

Przefiltrowane przez oko i wrażliwość artystów, wcale nie nabierają „nowej wartości”. To nie jest świat dla ludzi, których wciąż nie zastąpiły nieczułe humanoidy. A jeśli – to co dalej? Wojna światów?

Oszałamiające zestawienia, jaskrawe kompozycje

Sztuczna inteligencja fascynuje i inspiruje wielu twórców różnych branż. A także intrygująco miesza się z przeszłością. Nie tylko w Rzymie – w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej – Zamku Ujazdowskim również. Wiem – nie tak dawno zmieniono nazwę tej instytucji na U-jazdowski, sądzę jednak, że lepiej rozpoznawalna jest po mianem używanym przez ostatnie 34 lata.

Tak się składa, że w tym miejscu historia kilkakrotnie stanęła na głowie. I sama z siebie zakpiła.


Przypomnijmy początki. Budowę Zamku Ujazdowskiego w stylu barokowym rozpoczął Zygmunt III Waza (1624). Lokalizacja idealna: na malowniczej skarpie, w miejscu, gdzie Wisła ostro skręca. Punkt do dziś wart wszystkie pieniądze z racji widokowych walorów.

Większość sądzi, że jak dla zamku królewskiego, tak i dla Ujazdowa druga wojna światowa oznaczała katastrofę. Otóż nie – zachował się w całkiem dobrym stanie. Los zamku na skarpie został przesądzony dopiero w 1954 roku, kiedy to marszałek Rokossowski postanowił zlikwidować zabytek, czyli królewski przeżytek.

Ale 20 lat później stał się cud: Zamek Ujazdowski wzniesiono na nowo – a to dzięki hojności rodaków, którzy zrzucili się na odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie. Okazało się, że obywatelskich pieniędzy wystarczyło jeszcze na drugi pałac.
34 lata temu w Ujazdowie ulokowano Centrum Sztuki Współczesnej – i tak zostało.

Często prezentowane tu wystawy są eksperymentem – jak obecna, podsumowująca piętnastoletnią aktywność Janka Simona na wizualnym polu. Przegląd nosi tytuł „Syntetyczny folklor” (do 19.05.2019) .

Tak samo jak cykl obrazów-mozaiek, których autorem jest… komputer. Materiałem wyjściowym były geometryczne wzory „wyjęte” z tkanin z różnych kultur. Odpowiedni program nauczył sztuczną inteligencję produkować z tego „surowca” nowe wzory i skonstruował oszałamiające odwagą zestawiania form, nieprawdopodobnie jaskrawe kompozycje.

Na podobnej zasadzie powstały rzeźby z serii „Poliethnic”. To obiekty wydrukowane w domu, na drukarce 3D. Tworzywem koncepcyjnym użytym w tych etnicznych konglomeratach wyjściowo były figurki bożków, totemy i inne symboliczne postaci zapożyczone z rozmaitych kultur – tak egzotycznych, jak swojskich.

Materiałem, z jakich powstały, był plastik, przerobiony przez odpowiedni program na cienką żyłkę. Z takiej plastikowej nitki, misternie zlepianej w warstwy, drukarka „wyrzeźbiła” zestaw nowych bożków, które nie należą do żadnej konkretnej kultury ani nie mają żadnych zadań czy przynależności, jak to jest w przypadku tradycyjnych bóstw. Wszystkie wyglądają, jakby ubrała je Sonia Rykiel – wszystkie są w różnobarwne poziome pasy, jak trykoty słynnej projektantki.

Bez nadęcia, moralizowania, rozdzierania szat. W świecie pomyłek

Najbardziej zachwyca mnie jej kunszt w tworzeniu napięć poprzez nieoczekiwaną zmianę skali. Proszę sobie wyobrazić lilipucią ogrodniczkę wygrabiającą spirale z czerwonego piasku.

zobacz więcej
W jaki sposób odbywa się proces tworzenia obiektów z pomocą algorytmów, uświadamia eksponat umieszczony na końcu „Syntetycznego folkloru”. To… właśnie drukarka 3D, zaprogramowana do wytwarzania trójkątnych kawałków żółtego sera z dziurami. Jaki konkretnie gatunek posłużył za pierwowzór – nie wiadomo (prawdopodobnie ementaler).

Wiem tylko, dlaczego zamiast żółtego sera zobaczyłam, jak powstaje serowa imitacja w kolorze czerwonym. Powód najbanalniejszy na świecie: w danym momencie zabrakło żółtego plastiku i pani pilnująca wystawy podsunęła drukarce na żer plastik koloru krwi. A że drukarka barw nie rozróżnia, z niezmienną sumiennością zaczęła produkować dziurawe kawałki z tego, co jej zaserwowano.

To napełnia nadzieją: na razie człowiek-artysta wygrywa z artystą-komputerem. Ale jak jeszcze długo?

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawę „The street. Where the world is made” („La strada. Dove si crea il mondo”) można oglądać do 28.04.2019 roku w Narodowym Muzeum XXI wieku MAXXI (Museo nazionale delle arti del XXI secolo MAXXI). Rzym, via Via Guido Reni 4A.

Ekspozycja „Syntetyczny folklor” czynna jest do 19.05.2019 w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie.
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Trumna wśród nieba i aniołów
Zainspirował go cmentarz w Rumunii – w jakiejś wiosce zobaczył groby z niebieskimi krzyżami, co dawało nastrój zupełnie „nie cmentarny”, lecz radosny, optymistyczny.
Kultura Najnowsze wydanie
Księgarnia na Tłomackiem
Panna ma jasnorude, kręcone włosy, jest młoda i silna, tylko takie kobiety przetrwają i urodzą zdrowych synów. Przetrwają, ale co? Może zagładę nuklearną, epidemię, wybuch wulkanu.
Kultura Najnowsze wydanie
Czułe ucho laryngologa. Pół wieku po śmierci Krzysztofa Komedy
Marek Hłasko pchnął przyjaciela zbyt mocno. Ten upadł uderzając głową o kamienie. Nie dawał znaku życia.
Kultura Najnowsze wydanie
Pyzy, rekiet i Żydzi. Jak kapitalizm pożarł dziecko wolnego rynku
Warszawską ulicą Targową (która wtedy nosiła też nazwę Wołowej) pędzone były stada bydła niczym w amerykańskim westernie.
Kultura Poprzednie wydanie
Jak Obcy z Predatorem wprowadzili nas w XXI wiek
Czyli: dlaczego przyszli wynalazcy powinni oglądać filmy science-fiction.