Rozmowy

Medycyna alternatywna to dochodowy biznes i szalbierstwo

Wszyscy chcielibyśmy uśmierzać ból przepływem energii i niszczyć raka ziołami. A gdyby homeopatia działała, prawa chemii i fizyki trzeba by tworzyć od nowa – twierdzi Jakub Zawiła-Niedźwiecki, bioetyk.

Nawet bliźnięta jednojajowe wymagają odrębnej terapii. Medycyna „szyta na miarę”

Wszystkie choroby są genetyczne. A każdy z nas to genetyczny unikat. Indywidualnie dobrane kuracje nadchodzą więc wielkimi krokami.

zobacz więcej
TYGODNIK TVP.PL: „Medycyna dawno już odkryła lekarstwo na raka, ale chroni je interes koncernów farmaceutycznych zarabiających na ludzkiej chorobie” – usłyszałam od lekarza dermatologa w mojej poradni.

JAKUB ZAWIŁA-NIEDŹWIECKI:
Wydaje się, że to tylko jedna z narracji marketingowych z rynku medycyny alternatywnej. Nieufność wobec koncernów farmaceutycznych często łączy się w tej opowieści z istnieniem „medycyny rockefellerowskiej”, w której choroby generują zysk. A skorumpowane instytucje regulujące rynek farmaceutyczny (Europejska Agencja Leków czy jej amerykański odpowiednik FDA) celowo opóźniają proces wprowadzania do obiegu skutecznych preparatów. Inną, równie atrakcyjną, narracją jest tropienie terapii „ukrytych”, dostępnych tylko dla wybranych lub bajecznie bogatych.

Książka „Ukryte Terapie” Jerzego Zięby, reklamowana jako „podręcznik akademicki”, kilka lat temu stała się bestsellerem, sprzedając się w milionowym nakładzie.

Na rynku alt-med istnieje cały nurt teorii spiskowych zakładający m.in., że jeśli NFZ nie chce refundować jakiejś terapii, to ukrywa się jej istnienie przed pacjentami. W narracjach tych skorumpowanemu środowisku lekarskiemu i krwiopijczym koncernom farmaceutycznym przeciwstawia się ofertę medycyny alternatywnej jako prawdziwie leczącej, a co równie ważne, kierującej się przy tym szlachetnym odruchem serca.
Apteki sprzedają nie tylko zioła, ale też suplementy diety i środki homeopatyczne. Na zdjęciu apteka w Calle Ancha w hiszpańskiej prowincji Leon. Fot. Tim Graham/Getty Images
Podziela pan to zdanie?

Ujmę to tak: jeśli ktoś głęboko wierzy w moc picia ziół, zażywania borsuczego sadła czy w „ukryte” terapie, a stosowanie ich łączy z opieką medyczną, być może mu pomogą – w tym sensie, że pomogą znieść trudy leczenia. Nie zachęcam więc do prób przekonywania ciężko chorych ludzi, że medycyna alternatywna to dochodowy biznes i szalbierstwo.

Spotkałem się jednak z przypadkami rodzin zaciągających potężne kredyty i oddających pod zastaw własne domy, by zebrać środki na daleką podróż bliskich dotkniętych chorobą. Niszowa terapia w zagranicznej klinice była bowiem nadzieją – fałszywą – na przedłużenie ich życia o kilka miesięcy. Pamiętam młodą matkę, której dzięki zbiórce datków na portalu pomocowym udało się wyjechać do Meksyku. Tam umarła. Nie spędziła ostatnich chwil życia z rodziną. Zostawiła ją za to z wielkimi długami.

Co obiecała tej kobiecie klinika w Meksyku?

Obiecywano wyleczyć jej nowotwór terapią Gersona polegającą głównie na diecie i lewatywach z kawy. Dramat tej rodziny pokazuje, że wybieranie medycyny alternatywnej tylko z pozoru jest niegroźnym piciem ziółek. W rzeczywistości to karmienie potwora. Warto przy tym pamiętać, że pseudomedycyna to biznes i żyją z niej nie tylko całe rodziny, ale i firmy.

Tyle że medycyna to też biznes i nawet w sektorze publicznym istnieje szara strefa.

Proszę jednak zauważyć, że wizyta u lekarza bywa tańsza niż u znachora czy bioenergoterapeuty. Znakomita większość znachorów nie ma przy tym żadnych podstaw do tego, co twierdzi.

A profity firm farmaceutycznych? Ze statystyk wynika, że największy zysk tych koncernów generują nie leki przeciw poważnym chorobom, ale nasze słabości. Wśród najbardziej dochodowych preparatów pierwsze miejsce zajmują te wydawane bez recepty. Ceny leków refundowanych lub stosowanych na poważne schorzenia są bowiem negocjowane ostrzej niż popularnych pigułek kupowanych na stacjach benzynowych. W porównaniu zaś z innymi Europejczykami, Polacy wydają na nie fortunę.

Mało tego, kolejne miejsce w tabeli zysków zajmują lekarstwa przeciw miażdżycy i cukrzycy wieku dorosłego, czyli chorobom, które fundujemy sobie sami m.in. niezdrowym trybem życia. Koncernom farmaceutycznym nie grozi zatem utrata klientów. Z drugiej strony „Big Pharma” to jednak nie „dobry wujek” i warto bacznie przyglądać się ich działaniom.
odc. 60, Mity medycyny
Koncerny farmaceutyczne zarabiają też na rynku alt-med. Apteki sprzedają nie tylko zioła, ale też suplementy diety i środki homeopatyczne.

Niestety. O ile leki na receptę są kontrolowane, o tyle w przypadku suplementów diety firmy farmaceutyczne mają pełną dowolność działania. Cały rynek produktów alt-med też jest poza kontrolą. Zdarzało się, że ziółka na potencję kupowane w internecie zawierały m.in. Viagrę (sildenafil), dlatego działały. O ile nad pracą aptek czuwa bowiem Generalny Inspektorat Farmaceutyczny i Generalny Inspektorat Sanitarny, o tyle gdy kupujemy u znachora, musimy liczyć się z tym, że nie przestrzega on podstawowych zasad moralnych i nie wie, co sprzedaje.

A współczesne nauki medyczne wywodzą się przypadkiem z medycyny ludowej?

Niezupełnie. Historia medycyny zaczyna się co prawda gdzieś w Mezopotamii. Dzisiaj stoimy jednak na stanowisku, że przez całe wieki medycyna bardziej szkodziła niż leczyła.

Dawna wiedza medyczna opierała się bowiem na indywidualnym doświadczeniu lekarzy i dopiero połowa XX wieku przyniosła ogromne zmiany. Wtedy powstał pomysł prowadzenia naukowych badań nad skutecznością stosowanych w medycynie praktyk. I cóż? Z czasem badania kliniczne i metody statystyczne wykazały, że część z nich nie działa, a indywidualne doświadczenie lekarzy zeszło na dalszy plan w stosunku do systematycznych badań naukowych.

Prawdziwie skuteczne metody leczenia pojawiły się zatem dopiero w ciągu ostatnich dekad, gdy powstała „medycyna oparta na faktach”.
Dawna wiedza medyczna opierała się na indywidualnym doświadczeniu lekarzy – mówi Jakub Zawiła – Niedźwiecki. Na zdjęciu: fragment greckiego intaglio, na którym lekarz – w towarzystwie boga medycyny Eskulapa – bada pacjenta. Fot. Hulton Archive/Getty Images
Dawna medycyna traktowała jednak pacjenta holistycznie, łącząc jego ciało z psychiką, a wszelkie organy ze sobą.

Powtarza pani narracje alt-medu przywołujące mit „złotego wieku” medycyny, którego nie było. Sądzi pani, że skuteczność ówczesnych metod nie była iluzją? Proszę zważyć, ilu ludzi uległo złudzeniu, że w czymkolwiek pomaga przystawianie pijawek czy upuszczanie krwi powszechnie praktykowane w Europie i w Chinach. Z punktu widzenia filozofii nauki, także współczesna medycyna alternatywna opiera się na błędzie poznawczym, czyli nieracjonalnym postrzeganiu rzeczywistości.

Co to znaczy?

Oznacza to, że ktoś uległ złudzeniu, że jego przekonanie wynikające z obserwacji jakiegoś zjawiska jest prawdziwe. Weźmy za przykład homeopatię. Praktykę tę stworzył w 1796 niemiecki lekarz Samuel Hahnemann. Zaobserwował, że chinina używana zwykle do walki z gorączką, paradoksalnie powoduje u niego podwyższenie temperatury ciała. Sformułował zatem „prawo podobieństw” nakazujące leczyć symptomy choroby tą samą, ale maksymalnie rozcieńczoną substancją, która w większym stężeniu wywołuje podobne objawy.

Na czym polegał błąd?

Współczesne badania dowiodły, że owa paradoksalna reakcja na chininę, czyli wystąpienie gorączki, dotyczy tylko niewielkiego odsetka populacji. Hahnemann nie mógł o tym wiedzieć, stąd przyjął osobiste doświadczenie za prawdę ogólną i dziś jego wyznawcy zapisują pacjentom kulki z cukrem.

Środki homeopatyczne zapisują też lekarze. Homeopatia była także przez kilka lat kierunkiem studiów podyplomowych na Wydziale Farmaceutycznym Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Niestety. W Polsce sytuacja wokół homeopatii jest ambiwalentna. Naczelna Rada Lekarska potępia tę praktykę, Naczelna Rada Aptekarska zaś broni jej nawet na drodze sądowej. Tym samym wyznawcy pseudomedycyny, którzy ukuli teorię „Big Pharma”, posądzając koncerny o zbijanie interesu na chorobach, sami za wygórowaną cenę sprzedają preparaty, o których można powiedzieć: „big placebo”.

Nauka dowiodła bowiem, że do potwierdzenia tezy o działaniu jakiejś terapii czy substancji, nie wystarczy indywidualne doświadczenie lekarza. A tylko dobrze prowadzone, metodologicznie poprawne badania pozwalają wyeliminować przynajmniej część błędów poznawczych i ustalić fakty. Co więcej, przekonania obowiązujące w homeopatii są sprzeczne z dotychczasowym dorobkiem nauki. I gdyby homeopatia faktycznie działała, naszą wiedzę o prawach chemii i fizyki trzeba by tworzyć od nowa.

Wyszukana medycyna… troglodytów

Uzdrawiająca moc kamieni i tatuaży. Nasz europejski przodek – Ötzi – 5 tysięcy lat temu ze znawstwem i pieczołowicie dbał o nadwyrężone zdrowie.

zobacz więcej
W Polsce działa ok. 70 tys. gabinetów oferujących różne terapie alt-med. Czy z punktu widzenia bioetyka żadna z tych metod nie działa?

Zajmując się bioetyką, wiem, że jeśli istnieją sygnały, że jakaś terapia działa, ośrodki badań naukowych podejmują pracę nad tą metodą. A gdy badania dowiodą, że jest skuteczna, wcześniej czy później wchodzi do kanonu praktyk medycznych. Tak było z artemizyną, czyli wyciągiem z bylicy rocznej stosowanym w medycynie chińskiej. Po modyfikacji stał się składnikiem leku przeciw malarii, za który przyznano nagrodę Nobla w 2015 r. Tyle że takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko. Widzi pani, wszyscy chcielibyśmy móc uśmierzać ból przepływem energii czy niszczyć raka ziołami…

Są tacy, którzy w to wierzą. Dlaczego w dobie tak szybkiego rozwoju medycyny ludzie wybierają znachora?

Medycyna alternatywna rozwija się z wielu różnych powodów. W Polsce przyczynia się do tego skrajne załamanie się systemu opieki zdrowotnej. Obecnie można mówić już o sytuacji, gdy pacjenci nie otrzymują pomocy. Jeśli po wielu miesiącach oczekiwania w kolejce zostaną wreszcie przyjęci przez szorstkiego specjalistę, który od 20 godzin jest w pracy, trudno się dziwić, że kolejnym razem wybiorą życzliwego znachora, który poświęci im czas, słuchając o ich problemach.

Drugą przyczyną jest pewien stopień bezradności medycyny wobec niektórych chorób. Obrzydliwą moralnie częścią praktyki alt-medu jest bowiem żerowanie na ludziach w stanie terminalnym i nieuleczalnie chorych.
Pacjentka w klinice chińskiej medycyny w Changzhou. Fot. VCG/ Getty Images
W internetowym serwisie aukcyjnym za 13 tys. zł można kupić kamizelkę do „elektropojemnościowej terapii przeciwnowotworowej” rzekomo pomagającej m.in. w przypadku nieoperacyjnych guzów mózgu.

Wspomniałem już, że medycyna nie jest w stanie zdziałać tyle, ile „potrafią” znachorzy. Ludziom nieuleczalnie chorym proponuje jednak poprawę komfortu życia. Mamy dowody, że pacjenci leczeni paliatywnie żyją dłużej i lepiej niż agresywnie traktowani uporczywą pseudoterapią.

Z lektury forów dla pacjentów wynika jednak, że w czasach modnej retoryki „wygrał” lub „przegrał” z rakiem, decyzja o zaprzestaniu terapii kojarzy się z kapitulacją. Medycyna alternatywna oferuje zaś „walkę do końca” lub nadzieję powrotu do zdrowia.

Rozumiem, że obietnica wyleczenia rozsianego nowotworu bez okaleczających operacji czy inwazyjnych terapii stosowanych w onkologii budzi w chorych nadzieję. Tyle że wszyscy czekamy na śmierć, a praw natury nie obchodzi to, w co wierzymy.

Spotkałem się także z przypadkiem młodej, pięknej dziewczyny cierpiącej na nowotwór kości. Niestety, leczenie wymagałoby amputacji całego ramienia aż do obojczyka. Dziewczyna nie wyraziła zgody. Prowadząc bloga, systematycznie relacjonowała czytelnikom, jak skutecznie leczy się sokami. Czuła się „coraz lepiej”. Potem umarła.

Czasem ludzie uciekają w „alternatywę”, gdy terapia jest dla nich nie do przyjęcia. Gorzej, gdy wybierają znachora, choć medycyna daje 90% szans na pełne wyzdrowienie, co nierzadko zdarza się rodzicom chorych dzieci.

Dlaczego rodzice chorych dzieci wybierają znachora?

Bo chemioterapia jest makabrą także dla nich. Nie jest łatwo patrzeć, jak dziecko słabe, poszarzałe i wyłysiałe wymiotuje, nie mając siły wstać z łóżka. Zdaniem onkologów często zdarzają się przypadki, gdy dziecko dobrze reaguje na kilka pierwszych chemii i których rokowanie jest już dobre, po czym… znika. Leczenie zostaje przerwane, bo rodzice nie zgłaszają się na kolejną chemioterapię, chcąc oszczędzić dziecku cierpienia.

A potwierdzenie słuszności tej decyzji znajdują w internecie. Do znudzenia powielany na forach tekst głosi bowiem, że chemia to wielka ściema. Nabija tylko kieszenie medyków na usługach farmaceutycznych firm.

A jak to jest?

Jest tak, że to dziecko potem umiera. Jego rodziców zmanipulowali bowiem ludzie bez litości i skrupułów. Oprócz znachorów z poczuciem misji i wiarą w swe uzdrawianie, na rynku alt-med funkcjonują też wyrachowani naciągacze, żerujący na ludzkim strachu i bezradności z chęci zysku lub czystego cynizmu.

Problem polega tylko na tym, że medycynę alternatywną uprawiają także lekarze, potwierdzając wiarygodność takich metod swoim autorytetem. Przed wywiadem wspomniał pan o terapii rozwodnionym murem berlińskim stosowanej przez szczecińskiego kardiologa…

Bo problem polega na tym, że w Polsce uważa się, że to, czym zajmuje się lekarz, zawsze jest medycyną. Tymczasem do zawodu trafiają osoby o bardzo różnych poglądach.

Lekarz to jednak zawód zaufania publicznego.

Owszem, dlatego w przypadku, gdy lekarz stosuje absurdalne metody leczenia, ważna wydaje się rola samorządu lekarskiego, który odpowiada za prawidłowe wykonywanie zawodu. Nie zawsze jest to kwestia karania, czasem raczej dbałość o kolegów po fachu. W wielu przypadkach działają oni bowiem na szkodę pacjentów. Niemniej prawo wykonywania zawodu może zawiesić także sąd albo prokurator.

Ale istnieją dwie strony medalu: z jednej trzeba chronić obywatela przed oszustwem, z drugiej jednak szanować jego prawo do wolności wyboru.
Niesmaczne lekarstwa i mało komfortowe terapie odbierane są przez nas jako skuteczniejsze – twierdzi Jakub Zawiła-Niedźwiecki. Fot. Calvo/UIG via Getty Images
Wolność wyboru istotna jest tym bardziej, że początki efektywnych metod leczenia bywają kontrowersyjne. W 2018 przyznano nagrodę Nobla za immunoterapię, która okazała się skuteczna w onkologii. Co ciekawe, do odkrycia tego mechanizmu doprowadziła XIX-wieczna praktyka zakażania tkanek nowotworowych groźnymi bakteriami, by zmusić do intensywnej pracy układ odpornościowy. Lwia część pacjentów umierała potem z powodu zakażania, czasami jednak zdarzało się kompletne uzdrowienie.

To bardzo rzadkie sytuacje. Częściej obserwuję, jak fałsz przybiera pozory naukowej prawdy. Bardzo nośną narracją alt-medu są „odkrycia”, „terapie przyszłości”, „metody, które lada dzień wejdą do kanonu medycyny” czy „nowoczesne technologie medyczne”, o których lubimy myśleć życzeniowo, że im nowocześniejsze, tym lepsze.

Weźmy za przykład leczenie „komórkami macierzystymi”, które bardzo często jest blefem. Czy wspierając finansowo zbiórkę pieniędzy na taką terapię w Meksyku, nie dziwimy się, dlaczego właśnie tam miałyby znajdować się wiodące ośrodki parające się nowoczesną technologią? Czy Meksyk to tak zaawansowany technologicznie kraj? Dlaczego tylko tam nowotwory „leczy się” terapią Gersona, czyli wspomnianą już lewatywą z kawy?

Przy okazji proszę zauważyć, że nieprzyjemne zabiegi wokół jelita grubego lub lekarstwa budzące odrazę to nieodzowny element wielu terapii alt-med, co doskonale wpisuje się w nasze psychologiczne potrzeby.

Pan żartuje…

Skądże, istnieją dane wskazujące, że niesmaczne lekarstwa i mało komfortowe terapie odbierane są przez nas jako skuteczniejsze. Czujemy wtedy, że robimy dla siebie coś ważnego. Kolejnym zaś popularnym „zabiegiem przyszłości” jest biorezonans, czyli leczenie z użyciem maszyny mierzącej wibracje i pola magnetyczne generowane rzekomo przez organizm.

Trzy znane mi kobiety, wykonawszy biorezonans, w tym samym dniu trwale porzuciły palenie tytoniu.

To nic dziwnego, w rzucaniu palenia liczy się przede wszystkim mocne przekonanie, że się uda. Hipnoza też zatem zadziała – jeśli się w nią wierzy. Prowadzi się natomiast kursy interpretacji wskazań biorezonansu, podczas gdy demontaż tej maszyny dowiódł, że wyświetla ona w istocie losowe liczby. Nie wyleczy zatem boreliozy czy innej choroby.

Innym sprytnym, ale niebezpiecznym, chwytem marketingowym w alt-med są naukowe półprawdy. Czy słyszała pani o leczeniu nowotworów metodą hipertermii całego ciała?

Każdy i tak będzie wierzył własnym jelitom. Koniec glutenowej rewolucji?

Wieszanie na glutenie wszystkich możliwych psów było rodzajem skandalu, na którym różni sprytni producenci żywności zarobili mnóstwo pieniędzy.

zobacz więcej
Według opisu, terapia polega na wprowadzeniu pacjenta w stan sztucznej gorączki, co ma mobilizować układ odpornościowy. Służą do tego dwie podłączone do łóżka elektrody. W warszawskiej klinice jeden zabieg kosztuje 1100 zł. Mnie polecono ich minimum cztery.

Tylko, że hipertermia całego ciała jest oszustwem. Manipulacja polega na tym, że w onkologii klinicznej stosuje się „chemioterapię w lokalnej hipertermii”. Zabieg nie polega jednak na podgrzewaniu ciała, ale na miejscowym odcięciu krążenia i wpompowaniu do jamy ciała podgrzanego chemioterapeutyku. W ten sposób udaje się podać miejscowo wysokie stężenie leku. Podobnym oszustwem może się okazać odpłatny udział w pseudobadaniach naukowych.

Czym są pseudobadania naukowe?

Niektóre „kliniki” pracujące rzekomo nad badaniem komórek macierzystych czy innych nowości, proponują skorzystanie z „innowacyjnego leku w ramach badań naukowych” po wniesieniu sporej opłaty. Mało kto wie, że badania biomedyczne są ściśle regulowane. By wziąć w nich udział, musimy spełniać surowe kryteria, nie ma przy tym możliwości odpłatnego w nich uczestnictwa. Inna sprawa, że nawet udział w rzetelnych badaniach naukowych może nie łączyć się z lepszym rokowaniem dla uczestnika.

Dlaczego?

Bo badania naukowe nie są medycyną kliniczną. Nie prowadzi się ich po to, by pomóc konkretnemu pacjentowi, lecz by uzyskać pożądaną wiedzę. Zdarzają się co prawda tzw. badania z potencjałem terapeutycznym, lecz także wtedy nie jest to ich główny cel. Istnieje za to termin określający przekonanie, że kwalifikacja do badania i udział w doświadczeniu poprawi nasz stan zdrowia. To „złudzenie terapeutyczne”.

W opozycji do „nowych technologii” stoją hasła „powrotu do tradycji” czy „życia bez chemii”.

To wciąż bardzo chwytliwe narracje. Jednak „życie bez chemii” to w języku filozofii kolejny błąd poznawczy. Organizm człowieka składa się bowiem z pierwiastków chemicznych: tlenu, węgla, wodoru, azotu, wapnia i innych. Metody „tradycyjne” sugerują z kolei istnienie „złotego wieku”, gdy ludzie żyli zdrowo i chorowali mniej, a jeśli używają jakiejś metody od setek lat, to z pewnością działa itp.

Tymczasem weźmy za przykład chińską akupunkturę. Tradycyjny zabieg był tak naprawdę krwawą, inwazyjną terapią podobną do europejskiego upuszczania krwi.
Akupunktura lekiem na wszystko? Fot. Cliff Grassmick/Digital First Media/Boulder Daily Camera via Getty Images
Akupunktura jest współczesnym wymysłem?

Wykonywany współcześnie zabieg z użyciem maleńkich, niegroźnych igieł wymyślono w XX wieku. Pojęcie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej tak naprawdę zostało ukute w czasach Mao Zedonga. Po wojnie domowej w Chinach panował niedobór lekarzy. Zebrano więc elementy praktyk ludowych (często sprzeczne lub wręcz wykluczające się nawzajem) i zwerbowano głoszących je znachorów, by zapewniali opiekę zdrowotną chińskiemu ludowi. Z czasem zaś powstał pomysł by „wiedzę” tę wyeksportować.

Panuje dziś epidemia nowotworów. Dawniej nikt nie chorował na raka.

To ta sama narracja, ale rozmontowanie jej jest trudne. Z jednej strony m.in. zanieczyszczenie środowiska może wpływać na rozwój nowotworów, z drugiej zaś podatność na te choroby silnie koreluje z wiekiem. Żyjemy dziś dłużej, stąd mamy więcej nowotworów. Rzadziej z kolei umieramy na choroby zakaźne czy infekcje bakteryjne, które zabijały nas kiedyś. Mamy też szczegółową diagnostykę i umieramy na konkretną chorobę, a dawniej?

Dawniej umierało się „na śmierć”.

Właśnie. Dlatego można zapewne posądzać lekarzy o korupcję lub nie dowierzać wynikom badań naukowych, ale to współczesna medycyna oparta na faktach przyszywa urwane ręce, przeszczepia narządy, poszerza i udrażnia zatkane tętnice, dokonując wręcz niemożliwego.

Wystarczy pójść na oddział hematologii, gdzie jeszcze dwie dekady temu umierało 80% pacjentów, by zobaczyć dokonujący się postęp. W początkach XX wieku operacja przepukliny miała nawet 10% śmiertelność, dziś jest rutyną. Dlatego wybierając terapię, warto starannie oddzielić fakty od cudzej opinii, bo może od tego zależeć nasze życie.

– rozmawiała Ewelina Pietryga

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Jakub Zawiła - Niedźwiecki jest pracownikiem naukowym Centrum Bioetyki i Bioprawa Instytutu Filozofii UW.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Agnieszka Romaszewska: Polacy muszą włączyć się we wspólne...
Szefowa TV Biełsat rozważa, czy Białorusini mogą zarazić się etnicznym szowinizmem.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Reżyserki, etyczki, ministry… Najbardziej irytuje mnie gościni
Gombrowicz ironizował, że pisarka to gorszy rodzaj pisarza. A kiedy Wisława Szymborska dostała Nobla, w niektórych artykułach w uznaniu jej zasług pisano, że należy ją nazywać poetą, nie poetką.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Polska czerpie niemałe przychody z bitcoina. Czy nad Wisłą są...
Będziemy płacili librą Facebooka albo walutą chińską. Chyba, że powstanie narodowy pieniądz cyfrowy.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Szeptuchy odwracają uroki, huculskie voodoo zabija wiedźmy
Znam mnóstwo zaklęć, więc znajomi czasami proszą mnie o pomoc. Jedna koleżanka powiedziała, że dzięki mnie zaszła w ciążę – opowiada etnolog badająca magię ludową.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Auta elektryczne będą jak hulajnogi
Dzisiejsze dzieci, gdy dorosną nie będą chciały mieć na własność samochodu spalinowego. Będą wypożyczać auta elektryczne – przewiduje Anna Skarbek-Żabkin, ekspert motoryzacyjny.