Historia

„Czerwoni” z Moskwy przeciw „żółtym małpom” z Pekinu. Zapomniana wojna

Początkowo długie szeregi żołnierzy tylko przepychały się w zajadłym milczeniu, niczym podczas meczu rugby. Czasem używano pałek i maczug. W końcu doszło do wymiany ognia, polała się krew. A przywódcy obu państw zaczęli rozważać użycie broni jądrowej. 50 lat temu doszło do starć na granicy sowiecko-chińskiej.

W połowie marca w dolnym biegu Amuru panują jeszcze kilkunastostopniowe mrozy. Pokrywa lodowa rwącej rzeki była tak gruba, że mogły po niej manewrować czołgi. Ale pod koniec dnia śnieg i lód zagotowały się pod kolejnymi salwami z tajnej dotychczas broni: samobieżnych wyrzutni BM-21 Grad. Generał Oleg Łosik, dowódca Dalekowschodniego Okręgu Wojennego, złamawszy tajne rozporządzenie KC KPZR, bronił w ten sposób swego kraju przez „żółtym niebezpieczeństwem” – tym samym, którym 60 lat wcześniej straszyli petersburskie damy poeci rosyjskiego Srebrnego Wieku.

Konflikt sowiecko-chiński, do którego kulminacji doszło równo 50 lat temu, 15 marca 1969 roku, podczas walk na wyspie Damanskij/Zhenbao, dojrzewał przez co najmniej kilkanaście lat i do dzisiaj nie przestaje fascynować historyków, politologów i wojskowych z kilku co najmniej względów. Po pierwsze, ze względu na niezwykłą dysproporcję użytych w akcji sił i środków postawionych w stan gotowości.
Mapy spornego pogranicza nad Ussuri. Fot. Wikimedia
Liczba wszystkich zmarłych w sowiecko-chińskich przepychankach granicznych nie przekracza (nawet według źródeł obu armii, mnożących liczbę ofiar wroga) trzystu osób. Tymczasem po obu stronach granicy zmobilizowano ponad sto dywizji, pięć armii lotniczych, a w stan gotowości postawiono kilka okręgów wojskowych.

Podobną dysproporcję dostrzec można, jeśli idzie o użyte podczas starć i potencjalnie dostępne uzbrojenie. Krytycznego 15 marca, a także w dniu pierwszego chińskiego wypadu na wyspę Damanskij, 2 marca, owszem, strzelano z kałasznikowów i oficerskich pistoletów, strona rosyjska zaś zdecydowała się wprowadzić do walki cztery czołgi T-62.

Obiliśmy wszystkim mordy…

Ale podczas długich, poprzedzających wydarzenia marcowe miesięcy, kiedy strona chińska niemal codziennie dopuszczała się wypadów żołnierzy na sporne wyspy (jedni analitycy postrzegali to jako nękanie, militarny odpowiednik „tortury spadających kropel”, inni – grę na znużenie przeciwnika) Moskwa za wszelką cenę nastawała na to, by nie doszło do eskalacji konfliktu.

Żołnierzom Armii Czerwonej zakazano użycia broni w sytuacji innej niż bezpośrednie zagrożenie życia, czasem wręcz, wbrew wszelkim regułom bezpieczeństwa, odbierano ją przez wyjściem na patrol. Chińczycy również nie kwapili się (do czasu) do otwierania ognia: szli ławą, nie reagując na ostrzeżenia.

W rezultacie dochodziło do scen jak z teatru absurdu: pod pustym, syberyjskim niebem długie szeregi żołnierzy przepychały się w zajadłym milczeniu, niczym podczas meczu rugby. Czasem dochodziło do „kontaktu trzeciego stopnia”: pogranicznicy, pozbawieni dobrodziejstw milicyjnego arsenału, strugali sobie z drewna potężne pałki, maczugi, a czasem „rogatki”: dwu- lub trójzębne widły, które na nielicznych zachowanych zdjęciach prezentują triumfalnie, siedząc na transporterach. Czasem dochodziło po prostu do walki wręcz bez żadnych reguł, czyli – to określenie jest szczególnie smaczne w przypadku sporu dwóch mocarstw komunistycznych – wolnej amerykanki.
Luty-marzec 1969. Wojna nerwów - zanim padły pierwsze strzały na rzeką Ussuri. Sowieccy żołnierze w transporterze opancerzonym spotykają chińskich pograniczników. Fot ullstein bild/ullstein bild via Getty Images
Jurij Babanskij, który wyróżnił się podczas walk w marcu 1969 roku i otrzymał najwyższy tytuł honorowy Bohatera Związku Radzieckiego wspominał swój pierwszy dzień służby w oddziale pograniczników w lutym, na miesiąc przed bitwą takimi słowy: „Otrzymałem mianowanie na szefa drużyny w placówce. Stawiam się na miejsce, a tam nikogo oprócz kucharza. «Wszyscy – odpowiada na moje pytanie – tam, na brzegu, tłuką się z Chińczykami». Nie namyślałem się długo, automat na plecy – i biegnę. A tam rzeczywiście, bójka jak się patrzy. (…) Nasze chłopaki wiadomo: wyższe, napakowane, ale Chińczycy – zgrabni, robią uniki, nijak ich nie trafić. Z półtorej godziny się uwijaliśmy. Ale bez jednego wystrzału – tylko obiliśmy wszystkim mordy. Pamiętam, jak pomyślałem sobie: «Nie ma co, wesoła placówka!»”.

Ideologia i ambicje

A jednocześnie – na zapleczu wznoszono kolejne lotniska polowe, obszary nad Amurem i Pamirem kontrolowały klucze myśliwców, a rządy obu krajów rozważały możliwość użycia broni jądrowej. Szczególnie zdesperowany był Kreml: według zachowanych relacji, Breżniew przerażony był perspektywą chińskiej inwazji i zalania bezludnego niemal pogranicza przez miliony Chińczyków. Stratedzy na serio niepokoili się możliwością zajęcia przez chiński zagon pancerny Chabarowska, a nawet Władywostoku, a na pewno – przerwania komunikacji na kolei transsyberyjskiej.

Te lęki prowadziły do myśli o rozmieszczeniu na granicy min jądrowych, a nawet – rzecz niewyobrażalna – podjęcia, w sposób zawoalowany, lecz jednoznaczny, prób wysondowania, jak Amerykanie zareagowaliby na taktyczne uderzenie jądrowe, zadane przez ZSRS Chinom Ludowym… Rozsądek przeważył: jak wyznaje we wspomnieniach ówczesny oficer Sztabu Generalnego Nikołaj Ogarkow, na Kremlu uznano, że nawet kilka uderzeń jądrowych nie wystarczy, by zniszczyć Chiny, te zaś odpowiedzą praktycznie nieograniczoną agresją.

Paradoksalnie wyglądał również w oczach współczesnych – a i dzisiaj – wymiar ideologiczny konfliktu: na krawędzi wojny znalazły się dwa najpotężniejsze, jeśli idzie o ludność, zasoby i wielkość armii kraje obozu socjalistycznego, który w swojej propagandzie zawsze podkreślał jedność i solidarność, łączącą wszystkie kraje obozu postępu.

Spory i odstępstwa wśród satelitów ZSRS zdarzały się już wcześniej, począwszy od „herezji Tity” w Jugosławii i spowodowanego przez nią rozłamu w roku 1948. Moskwa pokazała, jak potrafi pacyfikować niepokornych w roku 1956 – w Budapeszcie i w 12 lat później – w Pradze Czeskiej. Te dwie interwencje – szczególnie pewnie „śmierć Praskiej Wiosny” – były szeroko komentowane i pamiętane: ale prawdziwy koniec jedności obozu socjalistycznego przyniosło dopiero zerwanie przyjaźni rosyjsko-chińskiej.
Leonid Breżniew był przerażony był perspektywą chińskiej inwazji i zalania bezludnego niemal pogranicza przez miliony Chińczyków. Na zdjęciu helikopter sowiecki patrolujący okolice wyspy Damanskij w kwietniu 1969 roku. Fot. TASS via Getty Images
I o co im poszło? – zachodzili w głowę komentatorzy. – Czy rzeczywiście największemu państwu świata, jakim był ZSRS, zależy na wyspie o powierzchni 70 hektarów – a właściwie nie tyle wyspie co łasze, okresowo zalewanej przez przybór Amuru? Czy też decydujące znaczenie mają różnice ideologiczne, i Pekin nie może znieść rosyjskiego „rewizjonizmu”?

Poszło i o ideologię, i o areał. Ale i o obolałe od kilkuset lat ambicje – i by je zrozumieć, trzeba przywołać głębokie historyczne tło konfliktu chińsko-rosyjskiego.

Zaokrąglanie granicy

Państwo Środka znalazło się w defensywie w stosunku do Moskwy już w połowie XVII wieku, kiedy Kozacy, rozszerzając moskiewskie wpływy na Syberii, dotarli nad Amur i zaczęli zakładać tam pierwsze kolonie (nb. osadzając tam również polskich jeńców, wziętych do niewoli w wojnach Rzplitej z Moskwą). Pekin początkowo wysiedlał natrętów lub uprzykrzał im życie, rychło jednak dysproporcja sił okazała się tak duża, że już za Piotra I podpisano pierwszy niekorzystny dla Pekinu traktat graniczny w Nerczyńsku (1689), a niebawem kolejny traktat w Kiachcie (1729) jako pierwszy gwarantował rosyjskim karawanom eksterytorialność.

W dalszym kolonizowaniu północnego pogranicza Chin i ich dyplomatycznym urabianiu ważną rolę odgrywał nasz utalentowany rodak Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, wówczas w służbie carskiej.

Nie inaczej było w wieku XIX, kiedy to na mocy traktatu w Pekinie (1860) Rosji przypadła Mandżuria, a w 32 lata później – szczyty Pamiru. Wszelkie rozgraniczenia przeprowadzano przy tym w sposób możliwie najbardziej niekorzystny dla słabszego państwa: na przykład granicę na Amurze przeprowadzono, wbrew powszechnie przyjętej już wówczas w dyplomacji zasadzie, nie wzdłuż głównego nurtu rzeki lub osi doliny, lecz – wzdłuż prawego, chińskiego brzegu..

W Pekinie pamiętano o tym zaokrąglaniu granicy – podobnie jako o wypadach dywizji NKWD, które w czasach wielkiej chińskiej wojny domowej udzielały pomocy walczącym o niepodległość od Pekinu Ujgurom.

Brat, nie syn

Po zwycięstwie chińskiej partii komunistycznej w roku 1949 nastała, jak się wydawało, epoka wiecznego braterstwa: Mao odwiedził Kreml, inżynierowie i oficerowie sowieccy ławą popłynęli na Daleki Wschód, by uczyć młode kadry, na Zachód zaś – czyli do Moskwy i Leningradu – trafiły dziesiątki tysięcy chińskich studentów.

Dla Chińczyków liczą się pieniądze, spryt i skuteczność

Marek Dzikowicz: Ważny jest tylko rezultat, więc czasami Chińczycy uciekają się do moralnie wątpliwych wyborów.

zobacz więcej
Nawet wówczas jednak dochodziło do pewnych zadrażnień: a to Rosjanie, w odróżnieniu od ChRL, nie wsparli zbrojnie Korei Północnej (co utwierdziło w Mao pewną wyższość moralną, ale i poczucie osamotnienia), a to nie chcieli zbudować Chinom nowoczesnej łodzi podwodnej… No i te odłączone od chińskiej macierzy ziemie, o których pamiętano.

Ambicje zaś rosły: Pekin chciał być – odwołując się do symboliki rodzinnej – „bratem”, nie „synem” Moskwy. Z perspektywy ponad pół wieku nawet niepojęte odstąpienie Sowietów od interwencji w Warszawie po Październiku ’56 niektórzy historycy tłumaczą napięciami sowiecko-chińskimi: Pekinu nie obchodził specjalnie liberalizm Gomułki ani „Kameralnej”, ale nie chcieli pozwolić Chruszczowowi na narzucanie swojego ładu w całej Europie Wschodniej.

Nie była to zresztą jedyna gra, jaką ChRL podejmował w tym czasie w „satelickiej” Europie Środkowo-Wschodniej: dość przypomnieć wsparcie udzielane w latach 60. Rumunii i Jugosławii, czy przeciągnięcie na swoją stronę Albanii. Śmiałość tych posunięć szła w parze z rosnącym zadufaniem Wielkiego Sternika z Pekinu i z jego wiarą w niezmożone siły swego kraju.

W latach 60. ChRL zaczęła upominać się o Tajwan, w 1962 rozpętała pierwszą z kilku krótkich wojen z Indiami, zaczęła domagać się odszkodowań wojennych od Japonii. A skoro tak, musiały się w Pekinie przypomnieć koncesje na rzecz Rosji nad Amurem i w Pamirze.

Maoistowskie sentymenty

Równie istotna było postrzeganie świata w kategoriach ideologicznych. W kraju totalitarnym, w którym doktrynie podporządkowano wszystkie szczegóły życia – a takim krajem były bez wątpienia Chiny – wszelkie „luzowanie śruby”, wszelkie działania odwilżowe Chruszczowa i jego ekipy, które my, z bezpiecznej perspektywy lat, jesteśmy w stanie nazywać „liberalizmem” tylko pod warunkiem, że weźmiemy to słowo w cudzysłów, dla Mao były herezją: odstręczającą, niepojętą i groźną. Amnestia dla więźniów? Referat, choćby i tajny, w którym krytykuje się zmarłego przywódcę? Zgoda na uprawianie malarstwa abstrakcyjnego? Autentyczne listy do redakcji, w których krytykowani są urzędnicy, korupcja i niski standard życia? Poprawne stosunki dyplomatyczne z krajami imperialistycznymi? Na to wszystko istniało tylko jedno słowo, słowo-wyzwisko: „rewizjonizm”.

Wielkiemu Sternikowi obca była w tych latach ogłada czy obłuda. „Jesteście zdrajcami!” – zarzucił Chruszczowi podczas jednej z nielicznych bezpośrednich rozmów pod koniec lat 50. A co jeszcze bardziej zdumiewające, odczucia Mao (a co za tym idzie, propaganda, serwowana obficie za pośrednictwem nadającego 24 godziny na dobę Radia Pekin oraz ulotek i książeczek, szczodrze rozprowadzanych przez chińską ambasadę, placówki kulturalne i rzesze studentów nadal obecnych w Moskwie) były zbieżne z emocjami pokaźnej części obywateli ZSRS.

Wybuch wojny jest bardzo prawdopodobny. Nadchodzi nowe rozdanie

Jacek Bartosiak: Polska musi być czujna, bo świat, jaki znaliśmy po 1989 r. już się załamał.

zobacz więcej
Trudno mówić o „piątej kolumnie” maoistowskiej w ZSRS (piąte kolumny mają szanse istnieć tylko w państwach choć trochę demokratycznych) – na pewno istniała zbieżność poglądów i emocji. Część radzieckich „maoistów in spe” nie mogła pogodzić się z obaleniem Stalina, którego boskość zorganizowała im świat; inni źle reagowali na „rozwarstwienie majątkowe” i różnego rodzaju przywileje nomenklatury widoczne gołym okiem, które najprościej było zakwestionować odwołując się do ortodoksyjnie marksistowskiej retoryki.

Tomasz Truskawa, w przeszłości – wydawca prasy podziemnej i działacz „Solidarności” a dziś historyk-szperacz dotarł do kilkunastu przykładów działania oddolnej „opozycji maoistowskiej” w ZSRS czasów Chruszczowa i Breżniewa. Byli to opozycjoniści równie samotni, skazani na porażkę i budzący sympatię, co bliżsi nam ideowo demokraci, protestujący przeciwko psychuszkom i interwencji w Czechosłowacji.

Tu przewodniczący kołchozu Borys Łoskutow napisał ręcznie i rozrzucił ulotki, nawołujące do „solidarności z przyjaciółmi w Chinach”, tam pracownik miejskiego teatru wywiesił transparent o treści „Precz z chruszczowowską anarchią”. „ZSRR potrzeba Mao!” – pisał 28-letni Georgij Swanidze z Batumi. Nie mieli żadnych szans, nie tworzyli żadnej struktury, ale byli rozsadnikami fermentu i źródłem obaw nomenklatury: a co, jeśli…

Traktor odpowiedział celnym ogniem

Od połowy lat 60. stosunki między mocarstwami były praktycznie zamrożone: ustała wymiana studentów, stosunki dyplomatyczne ograniczono do niezbędnych rytuałów. Rozmowy o delimitacji granicy w 1964 nie drgnęły nawet z martwego punktu. Od 1967 roku zaś, w miarę narastania gorączki w samych Chinach – druga połowa lat 60. To przecież czas „rewolucji kulturalnej” i rozhuśtania emocji mas w stopniu dziś niewyobrażalnym – rozpoczęły się prowokacje graniczne.

Najpierw rolnicy z chińskich spółdzielni produkcyjnych wybierali się kosić trawy na wilgotnych, chińskich brzegach Amuru, potem kutry i dżonki łowiły ryby, wpływając na nominalnie rosyjskie wody. Z tamtych, „rolniczych” czasów pochodzi anegdotka „Radia Erewań” powtarzana z lubością, w różnych wariantach, w całym obozie socjalizmu: „Grupa komunistów chińskich zaatakowała pracujący w polu radziecki traktor. Traktor odpowiedział celnym ogniem kilku dział rakietowych, po czym odleciał w kierunku Moskwy. Ministerstwo Rolnictwa ostrzega chińskich towarzyszy, że jeśli incydent się powtórzy, na pola zostaną wysłane kombajny”.

Zachowało się również całkiem prawdziwe zdjęcie, przedstawiające sowiecki kuter patrolowy, pędzący za chińskim kutrem i polewający rybaków strumieniem wody z działka, niczym ZOMO demonstrantów na Starówce: ale jak długo można się tak bawić w kotka i myszkę na kilkusetkilometrowej rzece?
Od roku 1968 rolników i rybaków zastępują żołnierze: Chińczycy przechodzą Amur po lodzie, stoją nieruchomo naprzeciw strażnic – dobę, dwie, dziesięć – albo bawią się w kotka i myszkę, przemykając pojedynczo na łachy będące pod kontrolą ZSRS. Breżniew, który w roku 1964 pozwolił tow. Chruszczowi odejść na zasłużoną, przedwczesną emeryturę, gryzie palce, rozbudowuje lotniska i wydaje kategoryczne polecenie: powstrzymywać Chińczyków mają wyłącznie wojska ochrony pogranicza, stanowiące osobny pion. Żadnej armii, żadnego KGB! I w miarę możliwości, żadnej broni: „Może im przejdzie, tym żółtym małpom” (standardowe, pogardliwe rosyjskie określenie Chińczyków).

Nowy typ lufy

Nie przeszło. Kiedy dowodzący patrolem stanicy „Niżnie-Michajłowka” porucznik Iwan Strielnikow 2 marca 1969 o godzinie 10:20 czasu dalekowschodniego wezwał 30 żołnierzy chińskich w zimowym kamuflażu do opuszczenia brzegu wyspy Damanskij, był już właściwie skazany: ogień z kilkudziesięciu pistoletów automatycznych zmiótł zarówno jego, jak resztę siedmioosobowego patrolu. Chińczycy byli doskonale przygotowani: w nocy z 1 na 2 marca przeciągnęli po lodzie CKM-y, z brzegu wspierały ich moździerze, coraz celniej wstrzeliwujące się w wyspę. Do końca dnia Sowieci stracili ponad 30 osób. Chińczycy wycofali się niechętnie i ostentacyjnie dopiero wówczas, gdy z rosyjskiego brzegu dotarły transportery opancerzone.

Drugi atak nastąpił 15 marca. Tym razem sprawa wyglądała jeszcze poważniej: dobrze wstrzelane moździerze rozpoczęły ostrzał o 10 rano, a atak, który nastąpił w cztery godziny później, proporcjami przypominał Termopile, czy – jakkolwiek nie brzmiałoby to bluźnierczo – Westerplatte: na kilkudziesięciu pograniczników (wciąż ta doktryna „deeskalacji”!) ruszyło pięć tysięcy żołnierzy chińskich. Na szczęście sowiecka straż graniczna to nie patrol WOP: na drugim brzegu czekały już w pogotowiu trzy tysiące.

Walki były dramatyczne: atakowano na siebie z bliska, spłonęły trzy sowieckie czołgi, Chińczycy zaś strzelali nawet do usiłującej się z nich wydostać załogi. Około 16:30 było widać, że wyspy nie uda się utrzymać – i wówczas Oleg Łosik zdecydował się przekroczyć swoje kompetencje: zaporowy ogień z wyrzutni zmusił napastników do, tym razem niepozorowanego, wycofania się.
Ciała 31 żołnierzy sowieckich, ofiar starć z Chińczykami w 1969 roku. Fot. ullstein bild/ullstein bild via Getty Images
A potem – tygodnie martwej ciszy. Nazajutrz Chińczycy pozwolili, o dziwo, zebrać Sowietom zwłoki zabitych żołnierzy – ale już na próbę odholowania spalonych T-62 odpowiedzieli ogniem. Wraki czołgów po kilku tygodniach zapadły się pod topniejący lód, po czym zostały wydobyte z dna Amuru przy pomocy jednostki chińskich płetwonurków. Tak, znają i Rosjanie gorycz, jaka towarzyszy „utracie wraku”: trofiejny T-62 (numer boczny 545) najpierw został starannie zbadany przez chińskich ekspertów, podziwiających nowy typ lufy, następnie zaś odholowano go do Muzeum Wojska w Pekinie, gdzie można go podziwiać do dziś.

Rozmowy na płycie lotniska

Tyle, że granica sowiecko-chińska rozciągała się na sześć tysięcy kilometrów, cztery strefy klimatyczne i pięć tysięcy metrów rozpiętości, jeśli idzie o wysokość. Po zmaganiach nad bagnistym Amurem w marcu przyszedł czas na podchody na wysokogórskim płaskowyżu kazachskim, gdzie w pobliżu Semipałatyńska (najważniejszy sowiecki poligon jądrowy!), na obrzeżach wioski Żałanoszkol doszło do kolejnych podchodów, niemal dokładnie pięć miesięcy po rozpoczęciu walk o wyspę, 13 sierpnia 1969. 300 żołnierzy chińskich przekroczyło tam granicę na oczach bezradnego, czteroosobowego sowieckiego patrolu, po czym rozpoczęła się, jak wspominają weterani, „walka o każdą sopkę” (czyli pagórek).
Zdobyczny sowiecki T-62 stoi dziś w pekińskim muzeum. Fot. Wikimedia/由Marchrius - 自己的作品,公有领域,
Erudyci wspominają jeszcze o krótkim, lecz gwałtownym starciu w pobliżu kazachskiej wioski Dułaty w połowie maja, o przepychankach w rejonie „Dżungarskich Wrót” w Pamirze – a kto wie, ile razy zdarzała się – by zacytować uwielbiającego ten rusycyzm Witkacego – „obszczaja rukopasznaja schwatka”, czyli zapasy, w których pięść Ukraińca zderzała się z nunchako przybysza znad Żółtej Rzeki.

Z którejś strony musiało nadejść opamiętanie: 11 września 1969 premier ZSRS Aleksiej Kosygin, wracający z pogrzebu przywódcy rewolucyjnego Wietnamu Ho Szi Mina zdecydował się wylądować w Pekinie. Jego odpowiednik w hierarchi Czou En Laj przyjął go lodowato: rozmowy toczyły się na płycie lotniska. Uzgodniono jednak, że z obu stron wstrzymane zostaną działania zaczepne: oddziały pozostają na swoich miejscach, w szczególności zaś – po stronie rosyjskiej pozostaje krwawo okupiona wyspa Demianskij.

Pozostały na miejscu przez kolejnych trzydzieści kilka lat, w liczbie stu dywizji, co najwyżej modernizując wyposażenie i pobierając amunicję. Dopiero w roku 2004 Władimir Putin wyraził zgodę na uregulowanie spornej sytuacji: w rezultacie długich rozmów delimitacyjnych ustalono przebieg granicy wzdłuż głównego nurtu Amuru, oddając Chińczykom nie tylko wyspę Demianskij, lecz również połowę pokaźnych łach – Tarabowa i Ussuryjskiej (w uszach chińskich są to Yinlong i Heixiazi, czyli odpowiednio Wyspa Srebrnego i Czarnego Niedźwiedzia).

Najważniejszy wniosek ze spotkania Trumpa z Kimem? Pekin wyparł Moskwę

Rosja przestaje się liczyć w debacie nad globalnym porządkiem. Biały Dom nawet nie zastanawiał się nad jakąkolwiek konsultacją swoich działań w sprawach koreańskich z Moskwą, co jeszcze ćwierć wieku temu byłoby raczej nie do pomyślenia.

zobacz więcej
Równie znamienny jest obrót spraw na granicach „państw-spadkobierców” ZSRS: od początku XXI wieku doszło do „drobnych korekt granicznych” na rzecz Chin na terytorium Tadżykistanu, Kazachstanu i Kirgistanu: we wszystkich trzech wypadkach w granicach ChRL znalazły się cenne (szczególnie w Azji!) źródła rzek.

Prapoczątki Nord Stream 2

O wszystkich trzech zmianach terytorialnych świat dowiedział się z kilkuletnim opóźnieniem. Całkiem niedawno zaś, bo pod koniec lutego, Indie i Stany Zjednoczone opublikowały relacje i zdjęcia satelitarne, z których jednoznacznie wynika, że Pekin utrzymuje, a zapewne również rozbudowuje placówkę wojskową w południowo-wschodnim Tadżykistanie, na wysokogórskim szlaku, którym dawniej wędrowali trekkerzy i przemytnicy, a dziś – uciekający z obozów koncentracyjnych Ujgurzy. Moskwie, do niedawna pretendującej do patronatu nad wszystkimi krajami postsowieckiej Azji Środkowej, pozostaje obserwować te działania: „Może im przejdzie…”.

W historii, osobliwie współczesnej, wszystko wiąże się ze sobą, czasem w zaskakujący sposób. Bezpośrednią konsekwencją zagrożenia na wschodniej flance była decyzja Breżniewa o detente w stosunkach z Europą Zachodnią. W lutym 1970, w rok po walkach nad Amurem, uroczyście podpisano porozumienie między kombinatem „Sojuznieft’eksport” a koncernem „Ruhrgas A.G.”, który dał początek tzw. kontraktowi stulecia między ZSRS a RFN.

W zamian za sprzęt i nowoczesną technologię (w tym za rury o rekordowej średnicy) Moskwa zobowiązała się do dostaw gazu ze złóż Syberii Zachodniej dla Niemców (co znamienne, Bonn zastrzegło sobie, by rurociąg biegł nie przez NRD, lecz przez Czechosłowację). Determinacja Iwana Strielnikowa i Mao stała więc, jakby nie patrzeć, u prapoczątków Nord Stream 2.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Sowiecka stanica „Niżnie-Michajłowka” ok. 10 km od wyspy Damanskij w kwietniu 1969. To stąd 2 marca 1969 ruszył patrol porucznika Iwana Strielnikowa, który został wystrzelany przez chiińskich zołnierzy. Fot. Bettmann/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa
Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.
Historia Poprzednie wydanie
Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski
50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.
Historia Poprzednie wydanie
Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami
Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku
Ribbentrop zaproponował Hitlerowi, że zaaranżuje konferencję z udziałem sowieckiego satrapy, podczas której osobiście zastrzeli go ze specjalnego długopisu pistoletu.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Seks w służbie proletariatu
Ulicami przejeżdżały parady miłości, ich uczestnicy poprzebierani byli za duchownych, jedni całowali się i obmacywali, inni wykonywali sprośne gesty. Po rewolucji bolszewickiej w Rosji wybuchła rewolucja seksualna.