Rozmowy

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Któregoś dnia świeżo upieczony absolwent Topolówki Jarosław Kurski umówił się ze mną na spotkanie. „Piotr, nie o wszystkim mogę ci w tej chwili powiedzieć, ale nie zdziw się, jeśli w najbliższym czasie rozpocznę wydawanie drukowanej wersji BIT-u” – mówi do mnie. Cały Jarek – pomyślałem. Przesiąkł stylem konspirowania w Ruchu Młodej Polski, gdzie uwielbiano tworzyć atmosferę różnych szczebli wtajemniczenia.Jeden jest wtajemniczony bardziej, a inni mniej. Od tych jego słów wypowiadanych przyciszonym głosem wątroba się wywracała – wspomina Piotr Semka.

Wolne Miasto Gdańsk. Od niemieckiego nacjonalizmu do swastyki

Międzywojenni gdańszczanie „wolność” w nazwie rozumieli jako wolność od zobowiązań wobec Polski i lekceważenie Wysokiego Komisarza. Właściwie to nie chcieli żadnej wolności. Chcieli należeć do Niemiec.

zobacz więcej
JAN HLEBOWICZ: Co robi Piotr Semka po trzynastym grudnia 1981 roku?

PIOTR SEMKA:
Niestety, pierwsze miesiące stanu wojennego stały się polem do popisu dla wielu konspiratorów, którzy naczytali się Kamieni na szaniec i chcieli wskrzeszać wyczytane tam wzorce.

W tym czasie zrodziła się między innymi siatka ucznia ze starszej o rok klasy, nazwijmy go „kolegą R” od pierwszej litery nazwiska. To był chłopak z trzeciej B, który mieszkał niedaleko dworca w Gdańsku-Wrzeszczu. Początkowo zostałem zaszczycony zaproszeniem do wspólnego konspirowania, ale szybko zdałem sobie sprawę, że te spotkania to pożywka dla niezdrowych ambicji, a cała zabawa w Szare Szeregi może skończyć się szybko i boleśnie.

Zresztą wówczas w innych liceach pojawiło się więcej takich grup zaczytanych w książkach o „Zośce” i „Parasolu”, wzorujących się na Szarych Szeregach i Armii Krajowej. Oczywiście to były piękne wzorce, ale ci ludzie czerpali z nich nie to, co istotne. W głowie zamiast realnego działania mieli efektowny sztafaż przysiąg, haseł, szyfrów, skrytek kontaktowych, spotkań z łącznikami i tak dalej. „Po co ten cały folklor akowski? Akurat w naszych warunkach nie jest ani najważniejszy, ani potrzebny” – powiedziałem sobie w duchu, zrywając z „kolegą R”.

A może skrytki, łącznicy, hasła to były konieczne środki ostrożności?

To była zabawa symbolami, a nie prawdziwe podziemie. W młodzieżowej konspiracji bardzo łatwo było przekroczyć granicę, za którą forma zaczynała dominować nad treścią. Ja od ludzi, dla których otoczka była istotniejsza niż skutek działania, wolałem się trzymać daleko.
W czasie stanu wojennego w gdańskich liceach pojawiły się grupy wzorujące się na Szarych Szeregach i Armii Krajowej – opowiada Piotr Semka. Na zdjęciu: ulice Gdańska przed rocznicą wprowadzenia stanu wojennego, grudzień 1982 rok. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
A co stało się z BIT-em po wprowadzeniu stanu wojennego?

Któregoś dnia świeżo upieczony absolwent Topolówki Jarosław Kurski umówił się ze mną na spotkanie. „Piotr, nie o wszystkim mogę ci w tej chwili powiedzieć, ale nie zdziw się, jeśli w najbliższym czasie rozpocznę wydawanie drukowanej wersji BIT-u” – mówi do mnie.

Zdębiałem. „Jarek, o czym ty gadasz?! Właśnie wymieniłeś nazwę gazetki, którą ja stworzyłem od zera”. „Nie mogę cię wtajemniczyć w szczegóły, ale jestem pewien, że jeśli tylko zapadną pewne decyzje, przeprowadzę z tobą ważną rozmowę”.

Cały Jarek – pomyślałem, uśmiechając się w duchu. Przesiąkł stylem konspirowania w ramach Ruchu Młodej Polski, gdzie uwielbiano tworzyć atmosferę różnych szczebli wtajemniczenia. Jeden jest wtajemniczony bardziej, a inni mniej. Od tych jego słów wypowiadanych przyciszonym głosem wątroba się wywracała (śmiech).

Ale w porównaniu z poprzednimi zabawami w kon-spirację to było chociaż coś poważnego. Jarek miał dostęp do technik drukarskich Ruchu Młodej Polski i zajął się wydawaniem Biuletynu Informacyjnego Topolówki jako regularnej gazety. Pisanie tekstów należało do mnie i Jacka Kurskiego. Od tego momentu rozpoczęła się nasza trwała współpraca, w trakcie której polubiłem obu braci. Dzięki tamtym latom, mimo moich dzisiejszych ideowych różnic z Jarkiem, staramy się nie zapominać o tym, co było dobre.

W początkowym okresie pomagał nam jeszcze Piotr Połoński i inni koledzy, którzy zajmowali się drukiem i kolportażem. Piotr Połoński był bardzo solidnym człowiekiem, nie partaczył roboty, nie stroił się w piórka Napoleona i tak jak my dokładał z własnej kieszeni do całego interesu. Na takich cichych bohaterach trzymała się ta licealna konspira.

Gaz na ulicach, ZOMO w akcji, granaty hukowe i sztachety w rękach. Bitwa o Dom Katolicki w Zielonej Górze

Bitwa o Dom Katolicki w Zielonej Górze z 30 maja 1960 roku była największym protestem w PRL między Czerwcem ‘56 a Marcem ‘68.

zobacz więcej
Pierwszy tekst w drukowanym Bicie ukazał się 17 września 1982 roku. Od razu zdobył popularność wśród waszych kolegów i koleżanek?

Rozszedł się cały nakład. Na czym polegał ten sukces? Oprócz wiadomości ogólnych z Polski i ze świata podawaliśmy w Bicie informacje „insiderskie”. Pisaliśmy o wydarzeniach wewnątrzszkolnych, o nauczycielach, uczniach i tak dalej. Ludzie wiedzieli, o kim czytają, i to było dla nich ciekawe.

Jak robiliście research?

Niekiedy w mało zaszczytny sposób. W tamtym czasie paliłem papierosy. Grono palaczy spotykało się przy murku w lasku nieopodal szkoły. Każdy opowiadał, co się dzieje u niego w klasie. Ja tego uważnie wysłuchiwałem, a potem pisałem...

Od samego początku na łamach pisma piętnowana była postawa dyrektora Łosińskiego oraz niektórych nauczycieli.

Jacek Kurski jakiś czas temu powiedział o swoim politycznym partnerze, z którym współzakładał Solidarną Polskę: „Ziobro chciał być delfinem polskiej polityki, a okazał się leszczykiem o charyzmie trzęsącej się galarety, któremu na dodatek co chwilę trzeba zmieniać pieluchę”. Podobnie barokowy język stosował już wtedy (śmiech).

Ja z tym efekciarstwem walczyłem, jak mogłem. Pamiętam szczególnie jeden tekst. Ja bym tego nigdy nie wymyślił (śmiech).

„Panie dyrektorze Łosiński, zanurzył się pan w tak moralnym bagnie, że z tafli błotniska nie widać nawet pana łysiny”. Czytam to i oczom nie wierzę. Mówię do młodszego Kurskiego: „Jacek, puknij się w głowę, to jest okropne. Przecież to jest wiocha”. „Nie, nie, Piotrku, mam sygnały, że to się bardzo ludziom podoba”. Machnąłem ręką. „Jak się tak podoba, no to dawaj”.
Oprócz wiadomości ogólnych z Polski i ze świata podawaliśmy w Bicie informacje insiderskie. Pisaliśmy o wydarzeniach wewnątrzszkolnych, o nauczycielach - mówi Piotr Semka. Fot. Archiwum
Pisaliście dużo ostrzej. Na przykład o Zenonie Gaczole, nauczycielu języka rosyjskiego: „Panie profesorze Gaczoł!!! Pana osoba wszystkim kojarzy się z kompromitującymi aktami rozszarpywania gazetek ściennych poświęconych drogim i bliskim sercom nas wszystkich rocznicom, łapania i zrywania ulotek, penetracji najdalszych zakątków korytarzy i ubikacji po to, by wyskrobać swym wysłużonym scyzorykiem maleńką karteczkę z napisem »Solidarność zwycięży«. Jest pan, panie Gaczoł, ślepym niszczycielskim narzędziem, realizującym najbardziej debilne i anty-narodowe założenia i dążenia znienawidzonej dyktatury i aparatu bezpieczeństwa!”. Mocne.

Mocne. Takie miało być. Prawda czasu – prawda powielacza. Gaczoł był autentycznym maniakiem walki z symbolami oporu na terenie szkoły. Naprawdę robił te wszystkie rzeczy przywołane w powyższym cytacie.

Rozmawiałem z wieloma uczniami Topolówki z tego okresu. Wszyscy mówią, że Gaczoł rzeczywiście zaciekle walczył ze szkolną opozycją. A jednocześnie był oceniany jako dobry nauczyciel i w gruncie rzeczy sympatyczny facet. Podobno rusycysta był także człowiekiem złamanym przez komunistyczny system. W czasie drugiej wojny światowej został zesłany na Syberię. A wy po nim jechaliście jak po łysej kobyle. Zresztą nie tylko po nim. Pamiętasz laur kapralskiego kija?

Tak. Przyznawaliśmy go na łamach BIT-u reżimowym nauczycielom, którzy mieli szczególne „zasługi” w zwalczaniu niezależnej myśli wśród uczniów.

Nie wszystkim waszym kolegom i koleżankom to się podobało. Twierdzili, że niektórzy nauczyciele nie zasługiwali na miano kaprali reżimu.

Mogliśmy się mylić, pewnie czasem też przesadzaliśmy. Ale musimy pamiętać o kontekście historycznym. To był stan wojenny. Szkoła pod obserwacją SB. Dyrektor, komunistyczny trep, straszy uczniów, że jak „wichrzyciele nie zaprzestaną swoich niecnych działań, to Topolówka zostanie zamknięta”. W takich warunkach półśrodki nie wchodziły w grę i dlatego na łamach Biuletynu piętnowaliśmy każdy przejaw walki z naszą niezależnością. Obawa, by nie dostać „kija”, powstrzymywała część nauczycieli od robienia rzeczy haniebnych.

Starsi byli oburzeni – ocenianie zachowań pedagogów przez uczniów w nielegalnej gazetce to była sytuacja spoza ich świata pojęć.

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.

zobacz więcej
Uzurpowaliście sobie prawo do wypowiadania się w imieniu większości.

Byliśmy liderami opinii publicznej i czasami, niestety, odzywał się w nas syndrom pantokratora – ocenialiśmy, kto zachowuje się dobrze, a kto źle. Jednak ta uzurpacja w imieniu większości, jak to określiłeś, nie była bezpodstawna.

Uczniowie masowo czytali BIT, komentowali jego treść na przerwach, prowadzili korespondencję z redakcją, a przede wszystkim odpowiadali na nasze apele. Kiedy ogłaszaliśmy w danym dniu przerwę milczenia, która polegała na tym, że ubrana na czarno młodzież przez dwadzieścia minut stała na korytarzu i demonstracyjnie milczała, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów. Mieliśmy poczucie, że większość zgadza się z tym, o czym piszemy na łamach BIT-u.

W tamtym czasie bardzo popularna była subkultura poppersów. To byli „hedoniści”, dla których liczyły się zagraniczne ciuchy, dobra zabawa, pieniądze, najmodniejsze dyskoteki i seks. Ku mojemu zdumieniu oni też czytali BIT i przychodzili na przerwy milczenia.

Inna historia. W pewnym momencie jeden z uczniów, nazwijmy go Kowalski, chciał zakładać w Topolówce Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Na łamach BIT-u rozpętaliśmy kampanię przeciwko niemu i temu durnemu pomysłowi. W toalecie na drzwiach wewnętrznych pojawił się napis: „Kto uważa, że Kowalski to złamas, niech postawi krzyżyk”. Zadałem sobie trud ich policzenia. Było tych krzyżyków blisko setki.
11 i 12 października 1982 r. w odpowiedzi na delegalizację NSZZ Solidarność w większych zakładach pracy Trójmiasta podjęto ośmiogodzinne strajki okupacyjne. Na zdjęciu protest załogi Stoczni Gdańskiej, wtedy im. Lenina. Fot. PAP/Jan Morek
A pojawiały się wśród uczniów głosy, że to, co robicie, jest szkodliwe?

Pamiętam ludzi chorych ze strachu, ze stanami lękowymi i depresjami wywołanymi atmosferą, która panuje w szkole. Często słyszałem, jak mówili: „Do jasnej cholery! To przez was nachodzi nas SB, to przez was dyrektor nas za mordę trzyma i ja się nie mogę w ogóle uczyć”. Albo: „Ja się ciągle boję, że esbecy przyjdą do domu, rewizję zrobią i do więzienia mnie albo rodziców zabiorą”. Ja wtedy pytałem: „Ale przecież ty nic nie robisz, więc dlaczego się boisz?”. „Przez was, bo tworzycie atmosferę, która jest nie do zniesienia”. „To zacznij coś robić i przestaniesz się bać” – odpowiadałem na tego typu uwagi.

Atmosferę najgorszej, najbardziej brutalnej fazy stanu wojennego (rok 1982 i 1983) ludzie odreagowywali w bardzo różny sposób. Były na przykład dziewczyny, które jeździły do knajpy Wiking w Nowym Porcie i zawierały znajomości z zachodnimi marynarzami. Powodem takiego zachowania nie był brak pieniędzy ani problemy rodzinne. To był rodzaj jakiejś dziwacznej autoagresji.

Z kolei do mojej klasy chodziły osoby, które uczestniczyły we włamaniach, w bójkach. W poprzednich latach było to nie do pomyślenia. Też nie musiały tego robić. W ten sposób młodzi ludzie odreagowywali stan napięcia, który utrzymywał się w Topolówce przez kilka lat. Podobne zjawisko można było obserwować w całej Polsce w czasach stalinowskich. Chuliganerka była wtedy efektem reakcji na ubecki terror.
Sierpień 1987 rok. Gdański, ulica Długi Targ. Fot. PAP/Jan Morek
Ty z Jackiem Kurskim pisaliście teksty. Gdzie trzymaliście sprzęt drukarski, z kim współpracowaliście?

Może to brzmieć zaskakująco, ale zaufanych ludzi mieliśmy w dużej mierze w środowisku poppersów. U jednej koleżanki trzymaliśmy maszynę do pisania, a u innych osób papier. Oni niespecjalnie interesowali się polityką, ale o dziwo – jednocześnie się nie bali. Mieliśmy do nich zaufanie, wiedzieliśmy, że nie pękną. Poza tym ci ludzie byli absolutnie poza podejrzeniem. Bezpieka kojarzyła poppersów z imprezami, dyskotekami, a nie z konspirowaniem.

Zdarzało się, że ktoś ze współpracy rezygnował?

Przychodziło do nas mnóstwo ludzi, których ja nazywałem krótkodystansowcami. To były osoby, które z różnych powodów wchodziły do podziemia, ale kiedy orientowały się, że to nie jest zabawa, traciły zainteresowanie albo rezygnowały ze strachu. Największym problemem byli współpracownicy, których rodzice reagowali spazmatycznie na wieść o tym, co robi ich syn lub córka. Kiedyś matka kolegi wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć: „Zwariowaliście?! Wy nie wiecie, do czego oni są zdolni!”. Ta pani była sybiraczką i jej troskę o syna oraz obawę przed represjami można było zrozumieć. Jednak ja zdawałem sobie sprawę, że tego typu zachowania grożą wpadką.


Byli też koledzy z konspiry, którzy reagowali niezwykle ostro, kiedy ktoś rezygnował z działania w podziemiu po paru dniach. „Brzydzę się tobą” – takie słowa także padały. Nie lubiłem takich reakcji. Uważałem, że każdy ma prawo do lęku, byle tylko nie sypał. Dobrze, że taka osoba mówiła „dość” po krótkim czasie, kiedy jeszcze nie była wtajemniczona w wiele istotnych kwestii.

Z perspektywy czasu mam wrażenie, że stworzyliśmy strukturę niezwykle sprawną, elastyczną i zakonspirowaną. I mieliśmy „szósty zmysł” do wyczuwaniu potencjalnych wariatów, czyli mitomanów, efekciarzy lub przesadnych ryzykantów. Tacy ludzie byli kolejnym przekleństwem konspiracji.
Jarosław Kurski (z lewej) w latach 80. konspirator Ruchu Młodej Polski, dziś zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. W 2016 roku dziennikarze „GW” wraz ze swoim szefem Adamem Michnikiem protestowali przeciwko reformie sądownictwa podczas święta swojej gazety. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
W 1983 roku Jarosław Kurski trafił na dwa miesiące do aresztu.

Jarek został zatrzymany i na dwa miesiące aresztowany pod zarzutem rzekomej napaści na milicjanta. Stanęliśmy wówczas przed poważnym pytaniem: co dalej z drukiem? Bo przecież kontakty Jarka były spalone. Wtedy zaczęliśmy korzystać z pomocy Mariusza Wilczyńskiego...

...czyli jednego z twórców Federacji Młodzieży Walczącej w Gdańsku.

Bardzo fajny facet i kolega. Wspólnie organizowaliśmy akcje ulotkowe, pomagaliśmy sobie w kolportażu niezależnych wydawnictw, spotykaliśmy się na demonstracjach.

Jednak jeśli chodzi o Federację, to jej największą skazą była chęć stworzenia tak zwany ponadszkolnej struktury. Mówiłem wtedy: „Dziękuję, ale nie, drodzy panowie. Wystarczy, że jedna osoba z takiego konspiracyjnego »drzewka« pęknie, i cała ta wasza struktura porwie się jak stary sweter. Trzymajcie się lepiej z dala od takich rozdętych struktur”. Nie słuchali. I niestety miałem rację, bo FMW była dość dobrze zinfiltrowana przez Służbę Bezpieczeństwa.

Dla porównania BIT przez dziewięć lat nieprzerwanej działalności (1980–1989) nie zaliczył ani jednej dotkliwej wpadki. Tak więc te „szersze struktury” okazały się pożywką dla kolejnego pokolenia podziemnych, kieszonkowych Napoleonów, którym bardziej zależało na własnym „ja” niż na wykonywaniu realnej roboty. W Federacji nastąpił powrót tego, o czym zdążyliśmy już zapomnieć, czyli tak zwanej napoleonowszczyzny. Wróciła moda na skrytki, łączników i hasła. „Trzymaj gazetę w kieszeni na placu przed Cristalem. To jest nasz znak rozpoznawczy”. Ale oni mieli prawo działać po swojemu.

Ale jednak Federacji Młodzieży Walczącej udało się stworzyć strukturę, która objęła wiele szkół średnich na terenie całego Trójmiasta. Może nie ustrzegli się błędów, ale na pewno możemy mówić w ich przypadku o sukcesie.

Po części zgoda. Tak jak mówiłem, FMW miała wiele ciekawych i potrzebnych inicjatyw. Niestety, źle rozłożyli akcenty. Środowisko BIT-u było od Federacji niezależne i myślę, że wyszło to nam na zdrowie.
Po Piotrze Semce redakcję BIT-u przejął Maciej Grabski, późniejszy twórca Wirtualnej Polski. Fot. Archiwum
BIT ukazywał się nieprzerwanie do 1989 roku, co było fenomenem w skali całego kraju. Pismo redagowali różni ludzie, wszyscy z Topolówki. Kto po tobie i Jacku Kurskim przejął Biuletyn?

Maciej Grabski, późniejszy twórca Wirtualnej Polski. Poznaliśmy się w ciekawych okolicznościach. Ja wówczas handlowałem książkami. Kupiłem od jakiegoś człowieka dziesięć egzemplarzy podziemnego wydawnictwa i zapłaciłem mu z góry. Musiałem się zagapić, bo książka okazała się jakimś niesamowitym gniotem o odpychającym tytule Listy do Leona. Nikt tego nie chciał kupić, więc robiłem wszystko, by się tego towaru pozbyć. Ktoś, chyba Jacek, zwrócił moją uwagę na Maćka, sympatycznego chłopaka z pierwszej klasy. Zgadaliśmy się.

W pewnym momencie mówię do Grabskiego: „Mam kilka egzemplarzy bardzo fajnej książki. Niestety, muszę się teraz zająć innymi sprawami, więc nie mam jak jej opchnąć. Zapłać mi z góry i sam się tym zajmij. Zobaczysz, sprzedasz wszystko na pniu i jeszcze na tym zarobisz”. Zgodził się i... rzeczywiście opchnął wszystko. Pomyślałem: „O, to chyba rzeczywiście chłopak, od którego każdy kupi używany samochód”.

Maciek przypadł mnie i Jackowi do gustu. Był inteligentny, dowcipny, dobrze zorganizowany. Postanowiliśmy wtajemniczyć go w działalność BIT-u.

Co według ciebie zadecydowało o tym, że SB nie udało się przerwać działalności BIT-u przez tyle lat?

Bezpieka poszukiwała jakiejś romantycznej konspiracyjnej struktury z jednym szefem, pseudonimami, przysięgami. Pod lupę wzięto uczniów związanych z oazami. Byli w Topolówce i tacy. W góralskich swetrach, z krzyżami z gwoździ na piersiach albo skórzanymi foskami byli z marszu na straconej pozycji.

I rzeczywiście, osoby wywodzące się z tego środowiska, które w gruncie rzeczy niewiele działały w podziemiu, były zatrzymywane, przesłuchiwane i trafiały do więzień. Z perspektywy czasu widzę – mam nadzieję, że to określenie ich nie urazi – że byli oni swojego rodzaju odgromnikiem. SB po prostu zwracała uwagę nie na tych, co trzeba. Myślała schematami.

Będąc uczniem III LO, miałeś kontakt z Januszem Molką, który po latach okazał się agentem SB?

Miałem. Razem z Jackiem Kurskim chodziłem do ojców dominikanów na kurs przygotowawczy do matury. Zajęcia z historii prowadził właśnie Molka. To był bardzo inteligentny człowiek, który potrafił zainteresować swoją osobą młodych ludzi. Nie podejrzewałem go o działalność w SB. Chociaż myślę, że gdyby zaczął w jakiś sposób mnie wypytywać o BIT, zapaliłoby się w mojej głowie czerwone światło.

Gdy pojawiały się pomarańcze, dochodziło do przemocy

Może i udałoby się Gomułce zastąpić cytrynę kiszoną kapustą, gdyby można ją było wyciskać do herbaty. Świąteczne wspomnienie luksusu PRL.

zobacz więcej
Jednak w pewnym momencie też znalazłeś się na celowniku SB.

Prawdopodobnie SB znała życiorys mojego ojca, który był członkiem podziemnego koła „S” i zbierał składki na pomoc represjonowanym, i na tej podstawie uznali, że mogę mieć coś wspólnego ze szkolną opozycją. Nie mieli na to żadnych dowodów, ale swoim odkryciem podzielili się z Łosińskim.

W grudniu 1983 roku zostałem zatrzymany przez SB i dość szybko wypuszczony, bo nic na mnie nie mieli (po raz pierwszy zostałem zatrzymany w lutym 1981 roku). Co ciekawe, nikt nie nawiązywał do mojej gazetki sprzed 13 grudnia 1981 roku. Jednak dyrektor Łosiński postanowił się pozbyć mnie z Topolówki. „Semka, mam ciebie dosyć. Przeniesiesz się do IX LO w Gdańsku” — usłyszałem. Żadnych merytorycznych argumentów.

Łosiński wysłał moje papiery, pojechałem do nowej szkoły, ale po pewnym czasie okazało się, że nowa dyrekcja już mnie nie chce. Dowiedzieli się, że mam „polityczną” opinię, i uznali, że Łosiński podrzucił im zgniłe jajo. Wtedy po raz pierwszy na serio się przestraszyłem. Papiery już wyszły z III LO, ale IX LO nie chciało ich przyjąć. Bałem się, że znajdę się na lodzie, nie zostanę dopuszczony do matury, nie trafię na studia. A wojsko powoływało w takiej sytuacji natychmiast w kamasze.

A jednak trafiłeś z powrotem do Topolówki.

Mam z tego powodu osobisty wyrzut sumienia. Mój ojciec poszedł prosić Łosińskiego, żeby mnie przywrócił do szkoły. Tata wyszedł blady z gabinetu dyrektora i powiedział, że w całym życiu nie było mu dane dotąd znosić takiego upokorzenia.
Piotr Semka, rok 1985. Fot. Archiwum
Jak ojciec odnosił się do twojej działalności w podziemiu?

Był dumny, ale się martwił. Któregoś dnia wziął mnie na rozmowę. „Wiem, że konspirujesz, nawet nie próbuj chrzanić, że nie” – powiedział. „Pamiętaj, żeby trzymać się dwóch zasad. Nie wmawiaj sobie, że grupa konspiracyjna to grupa przyjaciół. W razie wsypy SB bardzo łatwo udowodni ci, że przyjaciel cię zdradził. Wtedy możesz czuć rozgoryczenie i bez problemu cię złamią.

Po drugie, nigdy nie konspiruj z przekonania, że robisz to dla zbawienia innych ludzi. Bezpieka może ci łatwo udowodnić, że zwykli ludzie mają takich jak wy gdzieś. Rób to, co wypływa z twoich przekonań, walcz we własnym imieniu. Niech to będzie twoja prywatna wojna z komunizmem. Wtedy nie przeżyjesz żadnych rozczarowań”. I tych zasad starałem się trzymać.

Warto dodać, że równolegle z konspiracyjną działalnością w Topolówce angażowałeś się w Ruch Młodej Polski.

Proces mojego przystępowania do RMP trwał bardzo długo. Wszystko zaczęło się w roku 1980, jeszcze przed Sierpniem ’80. Pewnego dnia natknąłem się na ulotkę sygnowaną przez RMP, która zachęcała do uczestnictwa w mszy świętej z okazji święta 3 maja. Postanowiłem pójść.

Nabożeństwo odprawione zostało w bazylice Mariackiej. Na koniec uroczystości na środku nawy głównej stanął jakiś facet – wówczas nie wiedziałem, że jest to Dariusz Kobzdej – który rozpiął zieloną kurtkę i wyciągnął złożony parokrotnie transparent z napisem „Ruch Młodej Polski”. Swoboda i odwaga, z jaką to zrobił, wstrząsnęły mną. Pierwszy raz zobaczyłem konkretnego człowieka, który otwarcie występuje przeciwko komunizmowi i tym samym przełamuje barierę strachu innych osób.

Po kilku minutach wszyscy ruszyliśmy pod pomnik Jana III Sobieskiego, gdzie odbyła się patriotyczna manifestacja. Początkowo te demonstracje skupiały niewiele osób, później przychodziło na nie sporo ludzi, oczywiście jak na epokę Gierka. Sporo, czyli kilka tysięcy osób.

Kobzdej, Hall, Rybicki, Grzelak byli wówczas dla nas, młodych kontestatorów, niczym książęta. Stanowili wzór, połączenie elegancji i odwagi. Zresztą wszyscy należący do organizacji tacy się jawili.

Pamiętam, że w III LO uczyła nas francuskiego pani Kubala. Zupełnie niczym się nie wyróżniała. Ani pod względem prowadzenia zajęć, ani z uwagi na wygląd. Jednak gdy tylko poszła fama, że pani Kubala jest związana z RMP, momentalnie zaczęliśmy patrzeć na nią inaczej. Z miejsca stała się wzorem elegancji, wyrafinowania, odwagi. A przecież była jedynie skromną nauczycielką. To pokazuje, jak silne było oddziaływanie RMP na młodych gniewnych początku lat 80.
Rok 2009. Obchody 30. rocznicy powstania Ruchu Młodej Polski. Wiesław Walendziak (drugi z lewej) jeden z czołowych działaczy RMP wita marszałka Sejmu pierwszej kadencji Wiesława Chrzanowskiego (z prawej). W środku stoi Arkadiusz Rybicki. Fot. PAP/Adam Warżawa
To było twoje pierwsze zetknięcie z RMP. Co działo się później?

Po pewnym czasie z poręczenia Walendziaka zacząłem uczestniczyć w kursie samokształceniowym, który prowadził Sławomir Czarlewski z RMP. To była fascynująca postać.

Rodzina Czarlewskiego wywodziła się z Wolnego Miasta Gdańska. Dziadek i wuj byli obrońcami Poczty Polskiej. On sam w 1978 roku został skreślony z listy studentów za działalność antykomunistyczną. Stan wojenny spędził w Brukseli, gdzie zasiadał w kierownictwie Biura Zagranicznego Solidarności.

Pamiętam, że prowadzone przez niego zajęcia były niezwykle interesujące i erudycyjne. Spotkania odbywały się w salce katechetycznej na plebanii przy kościele pod wezwaniem Świętej Barbary. Rozmawialiśmy o historii Polski, dziejach ruchu narodowego, wspólnie analizowaliśmy lektury. Chciałem wyjść poza bierne uczestnictwo w kursie i znaleźć się w kręgu aktywnych członków RMP, co jednak nie było takie proste.

Okres po Sierpniu ’80 był trudny dla organizacji, która stanęła wobec dwóch problemów. Jej działalność została spowolniona, ponieważ bardzo ważni działacze, między innymi bracia Rybiccy czy Grzegorz Grzelak, weszli w struktury Solidarności. Po drugie, organizacja nie rozwijała się ze względu na niezwykle powolne „wtajemniczanie” kolejnych członków.

Do 1980 roku było to bardziej grupa przyjaciół, otwarta na wszelkie możliwe formy wsparcia. Profil zmienił się po Sierpniu: Ruch Młodej Polski stał się organizacją ekskluzywną, a znalezienie się w kręgu jej decydentów było właściwie niemożliwe.

Po zaangażowaniu liderów organizacji w „S” coraz silniejszą pozycję w ruchu mieli Jarosław Kurski i Wiesław Walendziak, którzy niechętnie spoglądali na udział w działalności organizacji młodszych kolegów. Kiedy zadeklarowałem chęć pomocy, usłyszałem, że najpierw muszą mi się przyjrzeć i ocenić, czy się nadaję i czy sprostam wymaganiom. To długa droga, którą każdy musi przejść. Zamurowało mnie. Przecież to byli moi szkolni koledzy, którzy znali mnie i mój światopogląd. I chociaż RMP pozostawał obiektem moich westchnień, bardziej skupiłem się na organizowaniu niezależnej gazetki w III LO. Później ten kontakt został wznowiony przez Jarosława Kurskiego, który był w RMP na wyższym stopniu wtajemniczenia.

Ale RMP w stanie wojennym powoli bladł i stracił impet. Z czasem zacząłem bywać w domu Arkadiusza Rybickiego przy ulicy Sienkiewicza we Wrzeszczu. Aram był legendą podziemia i miał cierpliwość do rozmów z młodym człowiekiem. To było wyjątkowe. Pamiętam, jak z zachwytem spoglądałem na jego opasłą bibliotekę. Aram przyznał wtedy, że wszystkie swoje pieniądze wydaje na książki. Robiło to na mnie ogromne wrażenie.

Odtrutka na marksizm. Matecznik prymasa Stefana Wyszyńskiego i antyklerykała Janusza Palikota

Jak towarzysz Lenin i sowiecki generał przysłużyli się polskiej nauce i Kościołowi.

zobacz więcej
Potem jednak twoje drogi z RMP znacznie się rozeszły...

W pewnym momencie Aleksander Hall ogłosił, że organizacja zawiesza swoją autonomiczną działalność i przekazuje wszystkie siły Solidarności. A po ujawnieniu się Olka w 1984 roku nasze drogi zaczęły rzeczywiście się rozchodzić.

Lider RMP reprezentował całkiem inne podejście do aktywizmu politycznego. Przekonywał, że demonstracje nie mają większego sensu i należy bardziej skupić się na pracy formacyjnej. Mimo że nie zgadzałem się z taką postawą, wciąż utrzymywałem bliskie kontakty z przedstawicielami tak zwanej Gwardii Młodych RMP, do której należeli między innymi Jarosław Sellin czy Adam Pawłowicz.

Jednocześnie oddalałem się ideowo od Jarka Kurskiego, który sam zaczął separować się stopniowo od RMP. W drugiej połowie lat 80. kwartalnik „Polityka Polska” RMP wchodził w nudne rozważania. Czułem, że to środowisko już nie zabłyśnie ani w aspekcie opozycyjnym, ani politycznym. Z pistoletów organizujących antykomunistyczne demonstracje jeszcze przed Sierpniem ’80 RMP-owcy stali się nudziarzami, których działalność ograniczała się do niekończących się dyskusji oraz rozważań, z których niestety wiele nie wynikało.

Jak odwołujący się do tradycji endeckiej Ruch Młodej Polskie wpłynął na twoje poglądy polityczne?

Istniały w latach 80. zasadniczo dwa oblicza tradycji endeckiej w Polsce. Do pierwszej grupy należeli ci, którzy zawsze zastanawiali się nad tym, jak dostosować ideę narodową do nowoczesności. Takimi ludźmi byli Wiesław Chrzanowski, członkowie RMP, a na Zachodzie Wojciech Wasiutyński czy Albin Tybulewicz.

Reprezentantem drugiego, „talmudycznego” oblicza ruchu narodowego, był między innymi Mariusz Urban i jego Niezależna Grupa Polityczna. To byli ludzie, którzy prezentowali postawę endeckiej „oblężonej twierdzy”.

Mnie oczywiście bliżej było do tej pierwszej tradycji i ona wywarła na mnie jako młodym opozycjoniście, a także publicyście ogromne i pozytywne piętno. Z RMP wyniosłem przede wszystkim myślenie kategoriami interesu narodowego, który oznacza, że wszelkie, nawet najpiękniejsze slogany o współpracy europejskiej nie zmienią faktu, iż dobro narodu jest najważniejsze.

Do dziś darzę tradycję RMP dużym szacunkiem, a jednocześnie zauważam, że formuła „klubu dyskusyjnego” na dłuższą metę okazała się słabością tego środowi-ska, ponieważ nie potrafiło ono działać równie sprawnie jak środowisko KOR-owskie Michnika i Kuronia. Pokazują to umiarkowane kariery tych ludzi po 1989 roku. Żaden z głównych aktywistów RMP nie miał takiej pozycji jak ludzie wywodzący się z lewicy laickiej.
Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Na zdjęciu papież wraz z kardynałem Stefanem Wyszyńskim przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. 4 czerwca 1979 roku. Fot. Chuck Fishman/Getty Images
Mówiąc o kształtowaniu światopoglądu, nie sposób pominąć osoby Jana Pawła II.

Dziś młodzi ludzie nie potrafią zrozumieć, jak gigantyczne było znaczenie wyboru papieża Polaka na Stolicę Apostolską. Dobrze oddał to kiedyś Tomasz Wołek, wspominając nastroje panujące w Ruchu Młodej Polski, ale i w szerokich masach Polaków po wyborze Karola Wojtyły. „Dzięki Janowi Pawłowi II zrozumieliśmy ostatecznie to, co czuliśmy intuicyjnie od lat. Że to nie my jesteśmy anachroniczni, a komuniści, którzy przypisywali sobie rzekomo lepszy, naukowy światopogląd”.

Ciężko dziś opisać, co wtedy czuliśmy na myśl o rodaku w Watykanie. Tak wiele emocji skupiło się wokół jednej osoby. Duma z tego, że to nasz rodak zachwyca świat. Przekonanie, że z Rzymu pomaga nam, jak może. I pewność poczucia, że jego bezbłędna, intelektualna analiza marksizmu zgruchocze toksyczną ideologię.

Pamiętam, jak 1 stycznia 1979 roku papież wygłosił tradycyjne noworoczne życzenia Urbi et orbi. Tym razem wygłosił je nie tylko po włosku, angielsku, francusku i hiszpańsku, jak to czynili jego poprzednicy, ale także między innymi po polsku, litewsku, ukraińsku, słowacku czy czesku. Pomyślałem sobie wtedy: dlaczego wcześniej żaden papież, mimo wiedzy o męczeństwie Kościołów katolickich w bloku sowieckim, nie zdobył się na taki gest?

W drugiej połowie lat 80. odsunąłeś się nieco od RMP i zacząłeś sympatyzować z radykalniejszymi organizacjami młodzieżowymi.

Przede wszystkim wspierałem Solidarność. Trzeba pamiętać, że w latach 1986–1987 pojawił się ogólny marazm i przekonanie, że „S” się skończyła, jest martwa i nie odegra już żadnej większej roli. Nie było wówczas wykluczone, że dojdzie do porozumienia między Ko-ściołem a władzą z pominięciem „S”. Ważnym zapleczem ruchu była młoda, radykalna generacja: Międzymiastówka Anarchistyczna, Federacja Młodzieży Walczącej, Wolność i Pokój, Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. Ludzie zrzeszeni w tych opozycyjnych organizacjach stanowili bardzo konkretną odpowiedź na coraz bardziej gnuśniejącą opozycję spod znaku RMP. Uciekaliśmy od bezruchu, dusznych dyskusji i prób dogadywania się z władzą. Jestem dumny, że w znacznym stopniu dzięki środowisku młodych niepokornych, do którego należałem, Solidarność odrodziła się w drugiej połowie lat 80.
„Gazetka wielkich hieroglifów” – mury wzdłuż drogi do Topolówki od 1979 roku pokrywały antypeerelowskie napisy. Fot. Archiwum
Jednak po transformacji ustrojowej to ludzie związani z RMP odegrali większą rolę niż na przykład młodzi niepokorni z FMW.

Nie zgadzam się. Według mnie w latach 90. nastąpiło powolne szarzenie środowiska RMP, które – z wyjątkiem Marka Jurka, Mariana Piłki czy Jarosława Sellina — nie odegrało większej roli ani w obszarze mediów, ani polityki.

Jarosław Sellin, Marek Jurek, Marek Biernacki, Aleksander Hall, Arkadiusz Rybicki, Maciej Grzywaczewski, Wiesław Walendziak to chyba osoby, o których trudno mówić, że nie odegrały większej roli?

Oczywiście, to postaci rozpoznawalne, aktywne, znaczące. Nie mówię jednak o jednostkach, ale o środowisku.

– rozmawiał Jan Hlebowicz

Fragment wywiadu-rzeki „Piątka u Semki”


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

„Piątka u Semki”, wyd. Zysk i s-ka, Poznań, 2019
Piotr Semka (ur. 28 października 1965 roku w Gdańsku) jest dziennikarzem i publicystą. Absolwent III Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Westerplatte w Gdańsku. W 1991 ukończył studia historyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Po 1989 współpracował z „Tygodnikiem Gdańskim” i „Tygodnikiem Solidarność”. Jako dziennikarz TVP pracował w programach „Refleks” i „Puls Dnia”, a w TV Puls prowadził program „Piątka u Semki”. W 1994 zrealizował dla TVP film dokumentalny „Wandea – sumienie Francji”. Publikował w „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Polskiej”, „Życiu”, „Dzienniku”, , tygodnikach „Wprost” „Uważam Rze” oraz „W sieci”, a także w pismach „Christianitas” i „Przewodnik Katolicki”.

Obecnie pracuje w tygodniku „Do Rzeczy”, a w Polskim Radio Szczecin współprowadzi audycję Magazyn Międzynarodowy. Od 7 lutego 2018 jest członkiem Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Autor książek m.in. „Lewy czerwcowy” (współautor Jacek Kurski), „Lech Kaczyński. Opowieść arcypolska”, „Za, a nawet przeciw. Zagadka Lecha Wałęsy”, „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów”.
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Agnieszka Romaszewska: Polacy muszą włączyć się we wspólne...
Szefowa TV Biełsat rozważa, czy Białorusini mogą zarazić się etnicznym szowinizmem.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Reżyserki, etyczki, ministry… Najbardziej irytuje mnie gościni
Gombrowicz ironizował, że pisarka to gorszy rodzaj pisarza. A kiedy Wisława Szymborska dostała Nobla, w niektórych artykułach w uznaniu jej zasług pisano, że należy ją nazywać poetą, nie poetką.
Rozmowy wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Polska czerpie niemałe przychody z bitcoina. Czy nad Wisłą są...
Będziemy płacili librą Facebooka albo walutą chińską. Chyba, że powstanie narodowy pieniądz cyfrowy.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Szeptuchy odwracają uroki, huculskie voodoo zabija wiedźmy
Znam mnóstwo zaklęć, więc znajomi czasami proszą mnie o pomoc. Jedna koleżanka powiedziała, że dzięki mnie zaszła w ciążę – opowiada etnolog badająca magię ludową.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Auta elektryczne będą jak hulajnogi
Dzisiejsze dzieci, gdy dorosną nie będą chciały mieć na własność samochodu spalinowego. Będą wypożyczać auta elektryczne – przewiduje Anna Skarbek-Żabkin, ekspert motoryzacyjny.