Rozmowy

Boże nie zabieraj mi pamięci. Ja chcę wiedzieć, że żyję

– W programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” zobaczyłam kobietę, która straciła pamięć. Do telewizji zadzwonił jakiś mężczyzna i powiedział, że ta pani ma męża i jest matką dwójki dzieci. Zaciekawiło mnie, jak to będzie, kiedy ona wróci do domu i swoich życiowych ról? Czy będzie potrafiła znowu pokochać członków swojej rodziny, których kompletnie zapomniała? Chciałam zmierzyć się z pustką w oczach tej kobiety – mówi Gabriela Muskała.

Aktorka teatralna i filmowa, dramatopisarka, ostatnio zadebiutowało jako autorka scenariuszu do filmu „Fuga”, w którym zagrała główną rolę. Produkcja dotyka problemu fugi dysocjacyjnej – zaburzenia związanego z utratą pamięci, wywoływanego długotrwałym stresem. Mózg człowieka może wtedy stworzyć nową osobowość, biegunowo odmienną od dotychczasowej.

TYGODNIK.TVP.PL: Utrata pamięci i tożsamości to temat, który dość często przewija się w pani pracy aktorskiej i pisarskiej. Co w tym jest inspirującego?

GABRIELA MUSKAŁA:
Kiedy odchodzi ktoś bliski, zawsze pozostaje nam pamięć o nim. Natomiast kiedy tracimy pamięć, tracimy wszystko i wszystkich. Możemy żyć w komfortowych warunkach, wśród kochającej nas rodziny, ale i tak pozostaniemy bezdomni i samotni.

Tchórz? Konformista? Kanalia? Literacka gwiazda!

Napisał obrzydliwy paszkwil na Czesława Miłosza, głosił pochwałę stalinowskiej bezpieki w czasie, gdy w katowniach mordowano AK-owców.

zobacz więcej
Utrata pamięci ma różne oblicza. Osoby starsze, których dotknęła demencja czy choroba Alzheimera, nadal dobrze pamiętają co zdarzyło się w ich dzieciństwie czy młodości. Im bliżej ich obecnego wieku, tym z pamięcią gorzej. Dziecinnieją. Cofają się w czasie.

Natomiast fuga dysocjacyjna dotyka często także młodych ludzi. W tym przypadku tracimy pamięć biograficzną. To ostre ciecie, które powoduje, że możemy zapomnieć nawet swoje imię, swoją własną twarz. Ta pamięć czasami powraca, a czasami nie. Albo fragmentarycznie, wybiórczo.

Najgorsze jest to, że w pewnym momencie trzeba wziąć odpowiedzialność za swoją przeszłość. która się tego domaga. Trzeba znów być matką dla dziecka, czy żoną dla męża. Mimo, że te – najbliższe przecież – osoby, w wyniku utraty pamięci stały się dla nas całkiem obcymi ludźmi. I to jest coś niesamowitego. Dlatego ten temat tak bardzo mnie fascynuje. Ludzie muszą się odnaleźć w obcej dla nich rzeczywistości. Muszą to skonfrontować ze sobą, z takimi jakimi są teraz.

Człowiek całe życie coś gromadzi, do czegoś dąży. Poznaje wielu ludzi, którzy są dla niego ważni. I nagle, kiedy ta pamięć zaczyna się dziurawić, albo całkowicie zanika, patrzymy inaczej na to, co zbudowaliśmy do tej pory, musimy jakoś się do tego odnieść. Problem pamięci to także problem tożsamości.

Film „Fuga” powstał, by pomóc zrozumieć, dlaczego ludzie zapominają całe swoje życie, ale też po to, by pokazać, że kobieta może mieć różne twarze i nie można jej szufladkować.

Tak. Wątek dwóch osobowości bohaterki pojawił się trochę później, już w trakcie pisania. Kiedy zobaczyłam kobietę z fugą dysocjacyjną w programie telewizyjnym „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, wiedziałam, że to jest mój temat, historia na scenariusz, której szukam. Patrząc na jej zagubioną twarz zadawałam sobie wiele pytań. Podczas trwania programu zadzwonił mężczyzna i powiedział, że ta pani ma męża i jest matką dwójki dzieci. Szok. Zaciekawiło mnie, jak to będzie, kiedy ona wróci do domu i swoich życiowych ról? Czy będzie potrafiła znowu pokochać członków swojej rodziny, których kompletnie zapomniała? Czy będzie umiała ich sobie przypomnieć? A przede wszystkim przypomnieć sobie uczucia, jakie kiedyś do nich żywiła? Poczułam też od razu, że to byłby fantastyczny materiał do zagrania, niesamowite aktorskie wyzwanie. Zmierzyć się z tym spojrzeniem, z tą pustką w jej oczach.
19.09.2018 – Gabriela Muskała
Postać, którą stworzyłam, odbiegła jednak od pierwowzoru zagubionej, wyciszonej i przestraszonej kobiety. W pewnym momencie dowiedziałam się, że fuga dysocjacyjna potrafi zmienić cechy człowieka o 180 stopni. I tak powstała Kinga-Alicja, bohaterka o dwóch osobowościach. Kiedyś była przykładną żoną i matką. Teraz, w wyniku utraty pamięci, stała się dzika, niepokorna i wolna. Nie stosuje się do żadnych reguł tak zwanego dobrego wychowania ani zasad panujących w społeczeństwie. Tych wszystkich nakazów, zakazów, którymi jesteśmy faszerowani od dzieciństwa. I tu pojawia się pytanie: co wtedy? Jak jej rodzina czy społeczeństwo na nią spojrzy? Czy to zaakceptują? Czy ona, kobieta niemal pierwotna, da się na nowo okiełznać?

Jaki wpływ na scenariusz i powstanie filmu miała historia pani babci, która chorowała na Alzheimera?

Naukowcy przeszczepili pamięć

My też możemy się urodzić ze wspomnieniami naszych przodków, zapisanymi w DNA.

zobacz więcej
Bezpośrednio żaden. Ale od babci, od jej choroby zaczęła się moja fascynacja pamięcią. Babcia zamieszkała z nami, kiedy miałam kilkanaście lat. I jako nastolatka obserwowałam, jak się pogrąża w chorobie. W tamtych czasach, a były to lata 80. ubiegłego wieku, to schorzenie było dopiero co odkryte i nazwane. Wcześniej mówiło się o ostrym przypadku demencji starczej. Mój tata, który był lekarzem, bardzo długo nie chciał przyjąć do wiadomości, że to jest Alzheimer. Babcia spędziła z nami wiele lat, ale to nie był łatwy czas. Miała agresywną odmianę tej choroby.

Jak to się objawiało?

Posądzała nas, że zabieramy jej rentę, że nie ma co jeść ani w czym chodzić. Że chcemy ją okraść, zatruć czy zamordować. Wszyscy byli jej wrogami. Cierpiała na bezsenność, więc chodziła w nocy po mieszkaniu i prowadziła długie, głośne monologi. I tak jak w głowie rozpadał się jej cały misternie przez życie budowany świat, tak w języku rozpadały się związki frazeologiczne, gramatyczne. Wyrzucała z siebie niekończące się, absurdalne konstrukcje myślowe. Zaczynała myśl jednym zdaniem, a kończyła innym. Myliła znaczenia słów. A wspomnę, że babcia była polonistką z wykształcenia, więc kiedyś posługiwała się pięknym językiem, który dopiero z czasem, w chorobie zaczął się wykoślawiać.

Przeżywaliśmy katusze. Czasem bywały sytuacje tragikomiczne, nie dało się nie roześmiać wobec pewnych zdarzeń i scen, które mogliśmy obserwować. Na przykład kiedy babcia szukała swojej sztucznej szczęki i mówiła, że przecież ona była częściowo zrobiona ze złota i ktoś ją na pewno ukradł, żeby sprzedać i mieć na tacę w kościele albo na łajdactwa. Śmiechem się ratowaliśmy.

Pamiętam też sytuację, jaka później stała się klamrą historii w monodramie „Podróż do Buenos Aires”, który napisałyśmy wspólnie z moją siostrą Moniką Muskałą. Pewnego dnia babcia zniknęła z domu o piątej nad ranem. Znaleźliśmy ją przy drzwiach kościoła, krzyczącą, aby ją wpuścić do środka. Była ubrana w swoją białą koszulę nocną, moją jeansową kurtkę i kolorowe rajstopy, buty taty i kapelusz mamy. Wyglądało to dość komicznie. A jednocześnie było strasznie dramatyczne. Nie wiadomo było, czy śmiać się, czy płakać.

Babcia oczywiście miała czasami przebłyski świadomości, że jest chora. I to były najtragiczniejsze momenty. Wołała: „Boże nie zabieraj mi pamięci. Ja chcę wiedzieć, że żyję”...
Przerażająco smutne. To te doświadczenia spowodowały, że w 15. roku życia zaczęła pani pisać dziennik?

Nie... Po prostu miałam taką potrzebę. A może czułam podświadomie, że nasza pamięć jest zwodnicza, zniekształca wiele rzeczy. Wypieramy pewne sytuacje z przeszłości, słowa, staramy się je wybielić, upiększyć, żeby nie było nam ciężko wspominać. I później w naszej głowie nosimy taki zniekształcony obraz.

Ja zawsze czułam potrzebę, żeby wszystko zachować takim, jakie jest. Aby zapisywać nawet najdrobniejsze rzeczy z codzienności. I dzięki temu mam teraz piękną dokumentację swojej młodości, dzieciństwa. Zarówno tych dobrych, jak i tych gorszych momentów. Niektóre zdarzenia, wtedy pozornie nieważne, po latach okazywały się bardzo ciekawe i zaskakujące. Kiedy zabiorę się za książkę o moim dzieciństwie, te moje stare zapiski będą bardzo przydatne. Mam całe pudła zeszytów z tamtych lat.

Chyba było o czym pisać. Wychowała się pani w Ołdrzychowicach Kłodzkich, na terenach poniemieckich, na które po wojnie przesiedlano Polaków z Kresów zajętych przez Związek Sowiecki. Ze Wschodu na Zachód, z innej kultury, często ludzi cofniętych cywilizacyjnie wobec tego, co zastali na tym terenie.

Piszę jak jest, nie cukruję. Wielokrotnie szłam na wojnę z telewizyjnymi gwiazdami

Ilona Łepkowska: – Nie chciałabym mieć napisane na nagrobku „królowa seriali”. Wolałabym, żeby zapamiętano mnie jako dobrego człowieka – mówi współtwórczyni „Klanu” i „Korony królów” i „M jak miłość”.

zobacz więcej
To bezcenne doświadczenie. Choć przyznam, że jako nastolatka w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, że mieszkam w miejscu tak szczególnym. Na pograniczu dwóch odmiennych kultur. Nadal są tam ślady ludzi, którzy wcześniej mieszkali w tych domach i pamiątki po nich. Kiedyś różnie je traktowano. Kiedy tata w latach 80. czy 90. chodził na wizyty domowe, to widywał, jak palono w piecu starymi, niemieckimi książkami czy zabytkowymi meblami.

Jako dziecko nie przywiązywałam do tego wagi, byłam zafascynowana przyrodą, cały mój świat to była natura, zwierzęta. Bardziej na to wszystko zwracała uwagę moja siostra, ona żyła w świecie książek, historii, zauważała inną część naszej rzeczywistości. Kiedy wyprowadziłam się z rodzinnej miejscowości, zaczęły do mnie powoli docierać pewne fakty z dawnych opowieści taty, z moich własnych wspomnień, spotkań z mieszkańcami Ołdrzychowic. Na ten stary obraz mojego dzieciństwa nałożył się nowy filtr, który zmienił i uzupełnił troszeczkę obraz, który wcześniej miałam.

Czyli pisała pani od wczesnych lat, a potem zabrała się za słowo na scenie. Początki pani pracy aktorskiej nie były przy tym łatwe: dwukrotnie bez sukcesu zdawała pani do szkoły aktorskiej, udało się dopiero za trzecim razem.

Zarzucano mi, że wyglądam jak dziecko, miałam słabiutki głosik. Rzeczywiście w wieku 19 lat wyglądałam jak dwunastolatka. Później okazało się, że to mój ogromny atut.

Dostałam się do szkoły aktorskiej po tym, jak powiedziałam na egzaminie monolog babci. To było zaskoczenie dla komisji, niecodzienny monolog na tle recytowanych ciągle tych samych wierszy i fragmentów znanych powieści. Zwrócił ich uwagę. Ale oczywiście nie tylko to zaważyło.

Wiele osób po kilka razy zdaje do szkoły aktorskiej, nie byłam wyjątkiem, moje trzykrotne podejścia do egzaminów traktuję jako rzecz naturalną. Zresztą to doświadczenie było dla mnie ważne. Nie zmarnowałam tych dwóch lat. Rozwijałam się w studium teatralnym przy Kłodzkim Ośrodku Kultury, które prowadził fantastyczny instruktor Marian Półtoranos. W tym czasie zrobiłam z nim swój drugi monodram, pierwszy powstał w klasie licealnej. Zjeździłam z nimi całą Polskę. Brałam udział w festiwalach amatorskich, a jako ich laureatka później również w profesjonalnych. Dostawałam fantastyczne recenzje i to mnie podtrzymywało na duchu. Nie pozwoliło mi zrezygnować z wymarzonej drogi i dalej wierzyć, że jednak ten zawód jest dla mnie.
Zarzucano mi, że wyglądam jak dziecko, miałam słabiutki głosik. Rzeczywiście w wieku 19 lat wyglądałam bardzo młodo. Później okazało się, że to mój duży atut – wspomina Muskała. Na zdjęciu w programie z serii „Poeci dzieciom” – „Opowieści Dziwnoluda”, 1993 rok. Fot. arch. TVP/I. Sobieszczuk
Byłam wtedy przekonana, że to jedyna rzecz, którą mogę robić w życiu. Jeszcze nie myślałam tak poważnie o pisaniu. Teraz obok aktorstwa jest ono dla mnie równorzędną pasją.

W aktorstwie walczy pani ze schematami i lubi zaskakiwać.

Na tym też nasz zawód polega, żeby na chwilę stawać się kimś, kim pozornie nie jesteśmy. Wierzę mocno, że każdy człowiek nosi w sobie wiele światów. To tak jak z mózgiem: podobno wykorzystujemy tylko kilkanaście procent jego możliwości. Tak samo nasze niektóre cechy, stany, emocje są dla nas oczywiste, a inne siedzą cicho, pochowane, stłumione, pozamykane dla świata. I całe piękno tego zawodu polega na tym, żeby dla potrzeby roli je w sobie odnaleźć.

Szalona jazda bez trzymanki, arcydzieło melodramatu, kobieca siła

Najlepsze polskie produkcje 2018 r. Subiektywny ranking krytyka filmowego Łukasza Adamskiego dla Tygodnika TVP.

zobacz więcej
Oczywiście nie jest też tak, że aktor może zagrać wszystko. Czasami nie pozwalają na to nasze warunki fizyczne. Są role, których nigdy nie zagram, choćby koszykarki, bo nawet gdybym się nie wiem jak starała, przy moim wzroście 160 centymetrów będę po prostu niewiarygodna. Ale ja mówię o rolach, które są tylko pozornie dalekie od naszej osobowości. Na tym polega nasza praca, żeby w czasie prób do spektaklu czy przygotowań do zdjęć otworzyć w sobie jakieś mocno zatrzaśnięte drzwi i stać się kimś innym.

Przez zdjęciami do „Fugi” pracowałam z Anią Skorupą, która jest trenerem aktorskim. Warsztaty z nią były niesamowite. Dała mi nowe narzędzia do pracy nad rolą, coś, czego wcześniej nie doświadczyłam. Cieszę się, że mogę w tym zawodzie cały czas się uczyć i cały czas odkrywać, rozwijać, również jako człowiek. Nie lubię powielać tego co już wiem i co jest dla mnie łatwe. Grając w różnych produkcjach ciągle podobną postać, pewnie bym zwariowała.

Bronię się przed tym, uważam, że aktorstwo może być sztuką. Nie chcę kopiować siebie. Nawet gdy przychodziło mi grać role podobne do poprzednich, zawsze starałam się znaleźć w nich coś nowego. Ale też zawsze byłam i jestem czujna. Początkowo byłam obsadzana w rolach dzieci, później – kobiet neurotycznych. Próbowano mnie szufladkować, więc starałam się od tego uciekać. Fascynuje mnie, inspiruje i twórczo uruchamia płodozmian. Gdy gram w teatrze, to zaczynam tęsknić za filmem i odwrotnie.

Ma pani sentyment do którejś z granych przez siebie postaci? Może z którąś z nich się pani szczególnie utożsamia?

To jest nieuniknione. Role, które zagrałam, gdzieś we mnie już zostaną. Trudno mi wyróżnić jedną z nich, ale na pewno teraz najsilniejsze są we mnie te ostatnie. Alicja z „Fugi” szczególnie, ponieważ stworzyłam tę postać. A podróż z nią trwała 13 lat. Scenariusz zaczynałam pisać trochę z pozycji Kingi, jeszcze przed utratą przez nią pamięci. Wtedy było mi bliżej do niej jako żony, matki, kobiety poukładanej. Natomiast ona późniejsza, czyli Alicja, mnie fascynowała. Wiedziałam, że tkwi we mnie jej dzika dusza, siedzi gdzieś stłumiona asertywność, na której brak cierpiałam przez wiele lat. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale praca nad tą postacią dużo mi też dała osobiście i zachowam to w sobie na zawsze. Teraz, gdy mnie ktoś pyta, czy jestem bardziej Alicją czy Kingą, to odpowiadam, że obie żyją sobie we mnie bez konfliktu.

Pokochałam też rolę prymuski Weronki Porankowskiej z filmu „7 uczuć” Marka Koterskiego. Uwielbiam tę postać. Nie chciałabym stracić w sobie tego dziecka, które obudził we mnie Marek. Zresztą od zawsze uważam, że twórca powinien patrzeć na świat oczami dziecka. Człowiek, który ciągle potrafi się dziwić i ciekawy jest świata i ludzi ma szansę stworzyć coś niepowtarzalnego, świeżego. Rola u Marka Koterskiego była dla mnie cudowną, osobistą przygodą. Bardzo się cieszę, że mogłam być częścią tego filmu.
07.12.2018
Podkreśliła pani, że pisanie z czasem stało się tak samo ważne jak aktorstwo. Razem z siostrą Moniką Muskałą piszecie dramaty. Jak dzielicie się zadaniami?

Sztuki piszemy razem, natomiast każda z nas ma również swoje własne projekty. Nie ma jakiegoś szczególnego podziału ról. Rozmawiamy najpierw o temacie sztuki, postaciach, relacjach. Później wspólnie piszemy ogólną drabinkę i następnie każda z nas rozpisuje sceny, które są jej najbliższe. Potem się nimi wymieniamy, dopisujemy, skreślamy, znów dyskutujemy. Na koniec wyjeżdżamy gdzieś razem, w jakieś neutralne miejsce, najczęściej na dwa, trzy tygodnie. I wtedy wspólnie dopinamy całość.

„Tusza coś we mnie zmieniła”. Kolejne wcielenia Agaty Kuleszy

Aktorka opowiada m.in. o najnowszym filmie „Szczęście świata”.

zobacz więcej
Poruszamy tematy, które są nam obu bliskie. Fascynuje nas język, on też jest bohaterem naszych sztuk. Bo każdy człowiek mówi inaczej, ma swoją własną melodię, rytm mówienia...W oparciu o monologi babci powstał nasz monodram „Podróż do Buenos Aires”, w którym monologuje chora na Alzheimera Walerka. Potem napisałyśmy „Daily Soup”, o toksycznej rodzinnej codzienności. Spektakl nie schodził z afisza Teatru Narodowego przez osiem lat. Zagrali w nim Danuta Szaflarska, Janusz Gajos, Anna Grycewicz i Halina Skoczyńska. Napisałyśmy jeszcze „Cichą noc” i „Tożsamość Wila”. Lubimy razem tworzyć.

Pisanie daje mi inną perspektywę. Aktor skupia się na swojej roli, trochę egoistycznie, bo to jest jego świat. Natomiast jeśli się pisze sztukę, czy się reżyseruje, patrzy się na tekst globalnie, uniwersalnie, zwraca się uwagę na całość: konstrukcję, wszystkie postaci, ich relacje, historię. Pisanie nauczyło mnie też w pewien sposób aktorskiej pokory.

Potrafi pani czytać książkę lub oglądać film czy spektakl bez oceniania i analizowania, po prostu czerpać z tego przyjemność?

Przyznaję, czasami podczas oglądania filmu trudno mi się odciąć od analizowania gry aktorskiej czy konstrukcji scenariusza. To takie zawodowe zboczenie. Ale to zdarza się wtedy, kiedy coś z filmem naprawdę jest nie tak. Zaś kiedy ma świetny scenariusz, dialogi, fantastycznie poprowadzonych aktorów, a fabuła jest wciągająca i mocna, zapominam o jakiejkolwiek analizie. Widzę postaci nie aktorów, zapominam o bożym świecie i po prostu nurkuję, skaczę na główkę w tę historię.


Ostatnio absolutnie powalił mnie film „Winny”. Akcja dzieje się tylko w jednym pomieszczeniu, w policyjnej dyżurce. Główny bohater – policjant musi pomóc pewnej kobiecie, dając jej tylko instrukcje przez telefon. Zaczyna się wyścig z czasem. To właściwie filmowy monodram, ale aktor grający główną rolę był tak charyzmatyczny, a w samym filmie tak ogromne napięcie i tyle zaskakujących zwrotów akcji, że od pierwszej sekundy do końca filmu bałam się łapać kolejny oddech, żeby czegoś nie stracić.

Cały czas stawia pani sobie nowe wymagania, wyzwania?

Aktorstwo i pisanie są moją pasją, nie mam takich myśli, że z każdym nowym projektem muszę wejść na kolejny poziom. Zabieram się za rzeczy, w które intuicyjnie wierzę. Teraz mam dwa pomysły, na książkę i film fabularno-dokumentalny. Dopiero kiełkują i na pewno będę je rozwijać.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Fuga to ostre cięcie, które powoduje, że zapominamy nawet swoje imię. Fot. kadr z filmu „Fuga”, printscreen zwiastuna
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Tchórzostwo jest formą odwagi
O szacunku do „konsumentki seksu i mężczyzn”, uwielbieniu do jej twórcy – mnicha, tchórzostwie jako formie odwagi oraz Francuzach i samych Anglikach pogardzających intelektem Wyspiarzy opowiada wybitny brytyjski pisarz Julian Barnes.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Każda spowiedź jest dla mnie nauką
Ewa Dałkowska: Aktorzy częściej idą w tłumie, boją się oryginalności, mają stadne odruchy.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Neoliberalizm chce zastąpić państwa korporacjami
Brytyjski filozof: Bajecznie bogaci robią sobie niewolników. Globalne siły są coraz potężniejsze, bo kolonizują cały świat.
Rozmowy wydanie 3.05.2019 – 10.05.2019
Polska nauczyła mnie pracować, a Hiszpania – korzystać z życia
Skrzypaczka ze Śląska opowiada o życiu Polaków na Balearach: Rdzenni Majorczycy są podobni do nas. Byli tak samo prześladowani i najeżdżani, mm.in. przez Hiszpanów. Łatwiej jest im zatem zaakceptować obcokrajowca niż Hiszpana.
Rozmowy wydanie 3.05.2019 – 10.05.2019
Barokowy śpiew, break-dance i… składanie ubrań
Lubię, gdy wszystko o czym marzę, wydarza się powoli – mówi śpiewak Jakub Józef Orliński.