Rozmowy

Mam szczęście pracować w „Leśniczówce” z Jolantą Fraszyńską i Krzysztofem Globiszem

W wyborach Miss Świata Głuchych dużo bardziej niż na urodę, zwraca się uwagę na inteligencję oraz plany dziewczyn – mówi Iwona Cichosz, aktorka, odtwórczyni roli Maryny Ruszczyc w serialu „Leśniczówka”, emitowanym na antenie Jedynki od poniedziałku do środy o godz. 20.30.

Rosjanom podarował pierwszą kamerę wideo, kręcił klipy dla zespołu „Moskwa”

Razem ze swoją ówczesną żoną aktorką Małgorzatą Potocką założył Galerię Wymiany. Projekt ten działa do dziś i jest najdłużej istniejącą niezależną galerią sztuki w Polsce.

zobacz więcej
Z Iwoną Cichosz spotykam się w jednej z warszawskich kawiarni. W lokalu dosyć głośno gra muzyka, jest gwarno. Siadamy naprzeciwko siebie, ale dosyć blisko. Tak, aby moja rozmówczyni słyszała, co mówię i widziała ruch moich warg.

TYGODNIK. TVP.PL: Przeszkadza pani to, że słychać muzykę i rozmowy osób przy sąsiednich stolikach?

IWONA CICHOSZ:
Muzykę? Nie słyszę jej, ale rzeczywiście jest w tym miejscu głośno. Słyszę ten gwar. Kiedy umawiam się na spotkanie z osobą słyszącą, proszę o ciche miejsce. To, w którym rozmawiamy, wybrałam sama, bo myślałam, że będzie tu spokojniej, ale nie jest. Dam radę. Patrzę na pani usta, więc choć nie słyszę prawie nic, rozumiem, co pani do mnie mówi.

Umie pani mówić, trochę słyszy, ale jednocześnie jest pani głucha. Dla wielu osób to może być niezrozumiałe.

Wiele razy spotkałam się z zarzutem, że oszukuję (śmiech). Nie słyszę w 80 procentach. Nauczyłam się mówić, bo moja babcia bardzo chciała żebym była niezależna, żebym nie musiała prosić o pomoc tak jak ona czy moi rodzice.

Jestem trzecim pokoleniem głuchych w moim domu. Babcia straciła słuch w wyniku wypadku, dziadek w wyniku choroby zapalenia opon mózgowych, tata (od strony głuchych dziadków) urodził się głuchy, natomiast moja mama straciła słuch, kiedy miała sześć lat, bo dostała lek dla dorosłych na gorączkę. Nikt nie był rehabilitowany tak jak ja. Po prostu szli do szkół dla głuchych. Tylko ja mogłam tę umiejętność, ten dar nauki mowy, wykorzystać. To nie jest tak, że każdy głuchy tak może. Podobnie jak nie każdy potrafi czytać z ruchu warg. To się aż tak często nie zdarza.

Jak wyglądała nauka mówienia?

To był żmudny, trudny, często okupiony łzami, proces. Zaczął się, gdy miałam dwa lata i tak naprawdę wciąż trwa. Jeśli zrobię sobie kilka miesięcy przerwy, znowu trudno jest mi mówić. Chodziłam na zajęcia do logopedy. Nie lubiłam tego, bo w pewnym sensie nie było to dla mnie naturalne. To wejście w świat dźwięków. Miałam trudności z odróżnianiem głosek, liter, ze słowami. Nauka bazowała na wyuczeniu się na pamięć pewnych schematów, układów, żebym cokolwiek mogła powiedzieć. Na prawdziwe dzieciństwo miałam mało czasu.
„Nauczyłam się mówić, bo moja babcia bardzo chciała żebym była niezależna, żebym nie musiała prosić o pomoc tak jak ona, czy moi rodzice”. Fot. Marta Machej
Przypadło na lata 90. Jak reagowali na panią rówieśnicy?

To był najgorszy okres w moim życiu. Trzy razy zmieniałam przedszkole. Dzieci mnie odrzucały, bo byłam inna, nie rozumiałam, co do mnie mówią, czego ode mnie chcą. O ile z perspektywy czasu jakoś to mogę zrozumieć, o tyle tego, że nie akceptowały mnie wychowawczynie, nie potrafię. Nie starały się, żebym nawiązała kontakt z innymi dziećmi. Zawsze stałam z boku. Być może to wynikało z niewiedzy, jak się mną zajmować, być może z lęku. Nie wiem.

Najgorszym momentem było dla mnie leżakowanie. Panie czytały wtedy bajki, dzieci słuchały, a ja leżałam i patrzyłam się w sufit, bo nie wiedziałam, o co chodzi. Pewnego dnia powiedziałam babci, że nie chcę już chodzić do przedszkola i zostałam w domu. To ona zajęła się moją edukacją.

Potem poszłam do podstawówki dla głuchych dzieci i to była dla mnie ogromna zmiana. Trafiłam na pedagogów, którzy wiedzieli, jak pracować z niesłyszącymi. Mimo to moje kontakty towarzyskie z dziećmi słyszącymi na podwórku nadal stały w miejscu. Miałam bardzo mało koleżanek. Nadal byłam inna, głucha, a przecież zabawa w chowanego czy w berka nie wymagała, żeby ze mną rozmawiać. Wystarczyłyby proste gesty. Przyjaciółki miałam tak naprawdę tylko wtedy, kiedy czegoś ode mnie chciały. W szkole było inaczej, tam miałam mnóstwo przyjaciół.
Od okresu pani dzieciństwa do dziś dużo się zmieniło, czy wciąż jest ogromna przepaść?

W dobie technologii i internetu zmienia się bardzo wiele. Widzę, jak na nas głuchych reaguje dzisiejsze pokolenie millenialsów. To jest naprawdę nadzieja na lepszą przyszłość. Dla nich to, że ktoś jest głuchy jest normalne, nie postrzegają nas jako odmieńców, dziwaków czy wręcz niepełnosprawnych intelektualnie. Myślę, że ta zmiana przyszła również wraz z otwarciem granic. Ludzie wyjeżdżają, widzą więcej.

Na Zachodzie głuchy jest normalnym człowiekiem, podobnie jak dzieci z zespołem Downa. W Polsce te osoby nadal poniekąd muszą przepraszać, że żyją. Polska mentalność jest bardzo dziwna, ale, tak jak powiedziałam, również na szczęście powoli się zmienia. Niedawno założyłam kanał na Youtube’ie, młodzi ludzie oglądając to, co mówię o głuchych, piszą do mnie i są chętni, by kulturę głuchych poznawać, przepraszają wręcz za to, że do tej pory byli ignorantami, że nic o nas nie wiedzieli. Zmiana w postrzeganiu tej społeczności właśnie się odbywa. To mnie cieszy.
„Zawsze kochałam teatr. Od kiedy pamiętam byłam na scenie. Jako dziewczynka kradłam mamie ubrania, buty na obcasie”. Kadr z serialu „Leśniczówka” Fot. Tomasz Wawer / TVP
Mówi pani o zmianie w nas słyszących, ale głusi to także społeczność mocno zamknięta, żeby nie powiedzieć hermetyczna.

Zgadzam się. Tak rzeczywiście jest. To efekt wieloletniej dyskryminacji w czasach komuny, ale i okresu zmiany ustroju. Nie było tłumaczy, społeczeństwo, a zwłaszcza pracodawcy, myśleli bardzo wąsko. Nie przyjmowali głuchych do pracy. Traktowali jak gorszy sort, który na pewno sobie nie poradzi w żadnej pracy.

Obecnie w Polsce na około milion osób z wadą słuchu przypada 200-300 tłumaczy, kiedy w Norwegii na 5 tys. głuchych przypada ponad 500 tłumaczy. Dzisiejsze pokolenie młodych głuchych jest bardziej otwarte, niż ich rodzice. Sami często mówią i chcą angażować się w to, aby łączyć swój świat ze światem słyszących. Rzecz jasna zawsze będziemy się różnić, i językowo, i kulturowo, nie da się wprowadzić całkowitej spójności, ale warto dążyć do tego, żeby były blisko, najbliżej jak się tylko da.

Na czym polegają różnice kulturowe, o których pani wspomniała?

Miałam na myśli różnego rodzaju niedomówienia, stereotypy. Wpływ na nie ma między inymi to, że posługujemy się innym językiem, nie mamy możliwości werbalnego porozmawiania ze sobą. Jedna z blogerek oglądając moje filmy, zdjęcia, była bardzo zaskoczona, że prowadzę normalne życie. Denerwuje mnie przekonanie, że głusi nie mogą sobie radzić w życiu, bo to nieprawda. Często gdy takie osoby szukają pracy, słyszą już na wstępie, że to nie ma sensu. „No, bo jak? Będziemy z panią albo panem porozumiewać się, pisząc na kartce? Szkoda czasu” – mówią. Nie patrzy się na nasze umiejętności.

A głusi tak samo jak słyszący mają bardzo często świetne CV. Przez to, że nie słyszymy, czasem widzimy więcej i jesteśmy bardziej uważni. Częstym argumentem i stereotypem jest ten, że skoro głusi pisząc, robią dużo błędów, to znaczy, że są głupi albo są analfabetami. To też nieprawda. W Polsce nie ma odpowiedniego systemu edukacji, dwujęzyczności w szkołach. Nie mamy możliwości nauczenia się polskiego, tak jak uczy się języka obcego. Ta bariera sprawia, że ludzie myślą o nas, że jesteśmy leniwi. To też nieprawda.

Piszę jak jest, nie cukruję. Wielokrotnie szłam na wojnę z telewizyjnymi gwiazdami

Ilona Łepkowska: – Nie chciałabym mieć napisane na nagrobku „królowa seriali”. Wolałabym, żeby zapamiętano mnie jako dobrego człowieka – mówi współtwórczyni „Klanu” i „Korony królów” i „M jak miłość”.

zobacz więcej
Warto w tym miejscu wyjaśnić, że język migowy to nie jest język polski.

Język polski, a polski język migowy to są dwa różne języki. Migowy bazuje na mimice twarzy, mowie ciała, nie ma w nim gramatyki. Ja sama nauczyłam się polskiego, czytając książki. Nie każdy ma w sobie tyle samozaparcia, żeby czytać, i pytać o każde słowo. Dziś ułatwień jest coraz więcej, bo filmy zarówno te w kinie, jak i w internecie wyświetlane są z napisami.

Ale kiedyś nie było internetu, a pani, która migała w telewizji, robiła to nie w polskim języku migowym, ale systemem językowo-miganym – według gramatyki języka polskiego. A Polski Język Migowy (PJM), naturalny dla nas głuchych język to nie to samo, co SJM, stworzony przez słyszących. Żeby go zrozumieć, trzeba nauczyć się polskiego. To był pewnego rodzaju absurd i kolejny powód do frustracji dla społeczności niesłyszących.

To, w jakim celu powstał SJM?

Dla was, słyszących, żeby było wam łatwiej migać, to, co mówicie. SJM to miganie dosłownie słowa po słowie i po polsku, na przykład „Ja spotykam się z tobą”. Mocno walczymy o to, aby ten system odszedł do lamusa i na szczęście to się udaje, ale kilkanaście lat temu tylko tego języka uczono w szkołach i głusi kompletnie go nie rozumieli.

Ma pani swoje ulubione słowo języku migowym?

Ja w ogóle uwielbiam uczyć się języków. Znam sześć i ciągle się uczę. Teraz poznaję norweski. Bardzo lubię migać po amerykańsku. Podobnie jak sam język angielski jest prostszy, niż polski, chociaż i miganie po polsku sprawia mi ogromną przyjemność. A moje ulubione słowo? To „kocham cię” migane po norwesku. Wychodzi z serca, z osoby [Iwona przeciąga ręką po ciele od brzucha przez serce kończąc na geście otwartej dłoni skierowanej w moim kierunku].

Wróćmy na chwilę do pani nauki mówienia. To rzeczywiście otworzyło pani drzwi do świata słyszących?

Czasami żałowałam, że nauczyłam się mówić. Mając dziesięć lat, byłam tłumaczką całej rodziny. Zarówno to, jak i nauka mówienia sprawiało, że nie miałam dzieciństwa. Z drugiej strony rozumiałam, że ktoś musi im pomóc. Nie było nikogo innego, więc robiłam to ja. Chodziłam z nimi do lekarzy, tacie szukałam pracy. Pewnego razu, gdy pomagałam babci w zrozumieniu, co mówi do niej pewien doktor, zostałam wyproszona z gabinetu.

Dziś mocno walczy się z wykorzystywaniem dzieci w roli tłumaczy rodziny. Chodzi o to, by osoby głuche same dawały sobie radę w miarę możliwości albo by korzystały z pomocy innych dorosłych osób, wykształconych w tym kierunku. Dla małego człowieka bycie tłumaczem rodzica to naprawdę trudna rola. Tęskni się za byciem dzieckiem, córką. Gdy w naszym domu pojawiały się osoby z dalszej rodziny, od razu wiedziałam, o co chodzi, miałam w sobie taki odruch strachu, zniechęcenia, że zaraz poproszą mnie o jakąś pomoc w komunikacji. Musiałam to robić, choć nie zawsze miałam ochotę. Nie było jednak innego wyjścia.
06.04.2018
Często pojawia się pytanie, dlaczego nie używa pani języka mówionego na co dzień?

Owszem. Czemu nie mówię na co dzień albo gdy gram w serialu „Leśniczówka”? Wśród argumentów „za” padają te, że przecież ładnie mówię, nie mam się czego wstydzić. A ja nie chcę tworzyć wrażenia, że wszyscy głusi potrafią mówić. Nie wszyscy mają ku temu warunki. Moja siostra ma taką budową krtani, że nie jest w stanie. Anatomicznie to dla niej jest nie do przezwyciężenia. Jeżeli miliony osób przed telewizorami zobaczą, że głucha mówi, to będą myśleli, że skoro ona może, to inni też. Chodzi o to, aby nie zmuszać głuchych do dostosowania się, ale aby spotykać się z nimi pośrodku. Ja mogę, więc mówię, pomagam w ten sposób innym, ale po zdjęciu aparatu słuchowego, nadal jestem głucha.

Lubi pani ciszę?

Są dni, kiedy nie mam potrzeby zakładania aparatu. Ta cisza czasem jest mi bardzo potrzebna. Pomaga mi w odcięciu się od tego, co mi przeszkadza, co męczy. Czasem to zbyt głośno grający telewizor sąsiadki, zbyt głośna rozmowa. Z drugiej strony bardzo lubię słuchać muzyki, oglądać filmy z dźwiękiem, na przykład te bollywódzkie, w których jest dużo muzyki, tańca, ale też, o czym mało kto wie, gestów zaczerpniętych z języka migowego.

Zastanawiam się, czy czuje się pani czasem „cudownym dzieckiem z darem mówienia”.

Czasem faktycznie czuję się wyróżniona, czasem nie do końca. Nie lubię, gdy ktoś patrzy na mnie przez pryzmat tej „pięknej, ale biednej, bo niesłyszącej dziewczyny”. Gdy podróżowałam po Hiszpanii, Portugalii czy Chorwacji, byłam po prostu Iwoną, a nie głuchą Iwoną. A w USA podstawy języka migowego zna prawie każdy.

Co ma pani ochotę odpowiedzieć tym, którzy mówią „ładna, ale biedna, bo głucha”?

Ludzie, nawet nie wiecie, jak bardzo jestem szczęśliwa. Jak ktoś chce słyszeć, to chodzi na rehabilitację, zakłada aparat słuchowy, wszczepia implant. Jak nie chce, to nic nie musi. Mój tata próbował nosić aparat, ale nie dał rady. Za dużo było dla niego nieznanych, zbyt zaburzających jego spokój dźwięków. Świadomie i na własne życzenie z tego aparatu zrezygnował.

Implanty w środowisku głuchych to również sporna kwestia?

Ja sama nigdy bym go sobie nie wszczepiła. Dźwięk z implantu jest elektroniczny, robotyczny. Uważam, że aparaty słuchowe są na tak świetnym poziomie technologicznym i dają takie możliwości, że warto z nich korzystać. Owszem, są osoby zadowolone, ale były też przypadki, że dzieci po operacji czuły się jak rośliny. W klasie mojej siostry prawie wszyscy poddali się zabiegowi wszczepienia implantów. Po tym to była zupełnie inna klasa, kontakt z tymi dziećmi był bardzo utrudniony. Każde patrzyło w inną stronę, trudno było skupić ich uwagę.
„Doceniam to, że zarówno aktorzy, jak i ekipa znaleźli pomysł na pracę ze mną. Reżyser zawsze podchodzi do mnie, żeby powiedzieć, jakie ma uwagi, nie mówi ich przez krótkofalówkę, bo wie, że mogę nie usłyszeć”. Kadr z serialu „Leśniczówka” Fot. Tomasz Wawer / TVP
Czy pani praca na planie serialu „Leśniczówka” różni się od pracy innych aktorów?

To jest bardzo fajna i ciekawa praca. Mam szczęście, że trafiłam do serialu, w którym grają tacy aktorzy jak Jolanta Fraszyńska, Krzysztof Globisz, Michał Czarnecki, Ola Szwed. Ten rok to była dla mnie niezła szkoła, która rozwinęła mnie aktorsko. Doceniam to, że zarówno aktorzy, jak i ekipa znaleźli pomysł na pracę ze mną. Reżyser zawsze podchodzi do mnie, żeby powiedzieć, jakie ma uwagi, nie mówi ich przez krótkofalówkę, bo wie, że mogę nie usłyszeć. Reszta ekipy też zawsze podchodzi do mnie, puka w ramię, utrzymuje kontakt wzrokowy. Niby mała rzecz, ale dużo mi daje.

Uczy ich pani migowego?

Ja ich uczę, a oni chętnie się uczą. Kierownik planu umie migać słowa: „akcja”, „wrócić na pozycję pierwszą”, „koniec”.

Zanim trafiła pani na plan serialu, pracowała w teatrze ulicznym. Jak pojawił się ten pomysł na życie?

Zawsze kochałam teatr. Od kiedy pamiętam byłam na scenie. Jako dziewczynka kradłam mamie ubrania, buty na obcasie. Stawałam przed lustrem i tworzyłam historie, dialogi. Potem brałam udział w przeglądach teatralnych, ale nie do końca je lubiłam, bo musiałam mówić. Nie czułam się swobodnie. Pojechałam na obóz artystyczny i poznałam ludzi, którzy chodzili na szczudłach, korzystali z pantomimy. Trafiłam do klasy pantomimicznej i poczułam, że to jest świetna forma realizacji. Wzięłam razem z nimi udział w paradzie w Gdańsku, tam mnie zauważono i trafiłam do Teatru Pinezka. Przez ładnych kilka lat podróżowałam po świecie. To była dla mnie kolejna szkoła życia i dyscypliny.

Czemu zdecydowała się pani odejść?

Potrzebowałam zmiany zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Los rzucił mnie do Warszawy. Zaczęłam tłumaczyć podręczniki. Miałam przyjechać tylko na trzy miesiące, a zostałam do dziś. W międzyczasie wymyśliłam sobie, że wezmę udział w wyborach Miss Świata Głuchych. I je wygrałam (śmiech).

Szukała pani klasycznej pracy w biurze?

Przez dwa lata pracowałam w firmie, która zajmuje się aplikacją dla głuchych, czyli korzystaniem z tłumacza języka migowego w aplikacji mobilnej. Tęskniłam jednak za sceną. Zrozumiałam, że biuro to nie jest miejsce i zajęcie dla mnie, zwłaszcza gdy musiałam przygotowywać grafik pracy tłumaczy. Potem były wybory, występ w „Tańcu z gwiazdami”, a teraz jest „Leśniczówka”.

Te wybory czymś się różnią od klasycznych wyborów miss?

Poza tym, że używa się języka migowego, dużo bardziej niż na urodę, zwraca się uwagę na inteligencję oraz plany dziewczyn. Jury zakłada, że wygrać powinna ta osoba, która pomaga niesłyszącym, walczy o zniesienie barier między nimi a słyszącymi.

Zaczęliśmy się wstydzić smutku i cierpienia

Jan Jakub Kolski: UB trzy razy wykopywało wuja z grobu, żeby sprawdzić, czy na pewno nie żyje. Dziadkowie musieli na to wszystko patrzeć.

zobacz więcej
To tam poznała pani swojego ukochanego?

Nie, trochę później. Na konferencji dla tłumaczy języka migowego. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, bo byłam przekonana, że Truls jest gejem. Nigdy nie miałam szczęścia do mężczyzn, którzy mi się podobali, więc i tym razem uznałam, że nie mam szans, bo na pewno jest innej orientacji. Tymczasem okazało się, że jest inaczej. Teraz przygotowujemy się do ślubu. Będzie tradycyjny, wiejski, na Kaszubach. W moich rodzinnych stronach. Małżeństwo to dla mnie przypieczętowanie tego, co nas łączy, ale i ciężka praca, bo wiara w to, że papierek zapewnia poczucie bezpieczeństwa, jest bardzo naiwne.

Jest pani przygotowana na to, że pani dzieci mogą nie słyszeć?

Niekoniecznie musi tak być. Co prawda zarówno ja, jak i Truls jesteśmy głusi, ale w jego rodzinie tylko on jest niesłyszący. Ja byłam łącznikiem ze światem słyszących, on, choć wychowywał się w Norwegii, kraju bardzo tolerancyjnym, nie rozumiał swoich najbliższych, bo nie migali. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nasze dziecko będzie słyszeć. A jeśli nie, to wiem, jak je wychowywać, bo sama takim dzieckiem byłam. Nie boję się tego. Podobnie jak nie zwracam uwagi na komentarze, że nie powinnam skazywać swojego dziecko na taką krzywdę i cierpienie. Na szczęście to moje życie i ja o tym zadecyduję.

Już niebawem skończy pani 30 lat. Nowy etap życia?

Nie mogę się tej trzydziestki doczekać. Mam za sobą różne doświadczenia, wiele przeżyłam, coraz mniej staram się przejmować tym, na co nie mam wpływu. Mam swoje marzenia, choć nie robię planów i nie wybiegam w przyszłość. Wiem, że stoję pośrodku dwóch światów. Jeden to świat głuchych, drugi słyszących. Byłam, jestem i będę głucha, która umie mówić. Mam swoją misję i będę starała się ją jak najlepiej wypełnić.

– rozmawiała Anna Bartosińska

Iwona Cichosz – aktorka, tłumaczka Polskiego Języka Migowego. Ukończyła studia z pedagogiki pracy i doradztwa zawodowego. W latach 2005–2015 występowała w gdańskim Teatrze Pinezka, w którym prowadziła również warsztaty pantomimiczne i cyrkowe. W roku 2016 w Los Angeles została Miss Świata Głuchych.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

odc. 1
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nadchodzi era człowieka 2.0. Nowe zmysły, protezy wzroku i...
Już dziś mogę „wskrzesić” Marilyn Monroe czy inną zmarłą osobę – mówi Piotr Psyllos, jeden 30 najlepszych europejskich innowatorów poniżej 30. roku życia.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wstrzykiwali kobietom żrącą chemię. Potem kastrowali
Nie zostali za to skazani. Clauberg wręcz chwalił się po wojnie swoimi „badaniami”.
Rozmowy wydanie 2.08.2019 – 9.08.2019
Polakom żyje się w Anglii dobrze, ale czują się tu obco
Po decyzji o brexicie padały do nas ostre słowa: „My was nie chcemy”. Były pobicia, prześladowania w szkole. Emocje opadły, ale panuje niepewność – opowiada polski nauczyciel o życiu rodaków w Wielkiej Brytanii.
Rozmowy wydanie 26.07.2019 – 2.08.2019
Jestem Japonką i jestem dzika, jak górale w Gorcach
Akiko Miwa zamieszkała koło Nowego Targu, na polanie na wysokości 780 m n.p.m. i tu czuje się bardziej u siebie, niż kiedyś w Japonii.
Rozmowy wydanie 19.07.2019 – 26.07.2019
Czy „Harry Potter” i Halloween to satanizm?
Nie ma tak, że przychodzę do biura, do pracy, a tu coś mnie nagle opętało. Tak to nie działa. To zawsze kwestia naszego wyboru, bo nie jesteśmy marionetkami, którymi wedle własnego widzimisię posługuje się szatan.