Rozmowy

Punkowy muzyk, który wybrał bycie Łemkiem i uwiecznia „świątynie wygnane”

– Przeszło sto lat temu nie było problemu, aby Rada Miasta Krosno wybrała na burmistrza Rusina, syna księdza greckokatolickiego, dr. Modesta Humeckiego. Wojna, akcje wysiedleńcze zmieniły obraz Polski – mówi Sebastian Dubiel-Dmytryszyn, etnolog, łemkoznawca, pisarz, przewodniczący stowarzyszenia „Pod Karpatami”. Jest pomysłodawcą projektu „Świątynie wygnane”, w którego ramach powstał album ukazujący opuszczone i niszczejące cerkwie greckokatolickie w Polsce. Materiały do niego zbierano aż siedem lat.

Przez trzy dni, od 19 do 21 lipca w Zdyni koło Gorlic w Małopolsce, trwa największe święto kultury łemkowskiej w Polsce – 37. edycja „Łemkowskiej Watry”. Co roku w wydarzeniu tym bierze udział kilka tysięcy osób z kraju i ze świata.

Tułali się, byli napiętnowani, rzucano w nich kamieniami. Wojsko zniszczyło ich wsie. Wracają, niektórzy z dumą, wielu z traumą

Często wstydzą się swego pochodzenia. Nie mówią po łemkowsku, nie chodzą do cerkwi, nie pielęgnują tradycji, nawet zrywają więzi rodzinne, żeby być akceptowanym.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Jaka jest atmosfera „świątyń wygnanych”?

SEBASTIAN DUBIEL-DMYTRYSZYN:
Zdecydowanie samotna. Dla mnie los tych świątyń i ludzi, których wygnano podczas akcji wysiedleńczych w Polsce, jak choćby Akcji „Wisła”, jest symboliczny. Dlatego pozwoliłem sobie je nazwać wygnanymi, bo jakby dzielą los tych wygnańców. Stoją jak nagrobki na cmentarzach, coraz bardziej się rozsypują i niszczeją, tak jak człowiek oderwany od korzeni.

Człowiek samotny szybciej się starzeje czy popada w chorobę. Podobnie świątynia. Jeśli jest opuszczona, samotna to chyli się ku upadkowi. Zanika, zbliża się do śmierci. Mnie nie tyle interesuje budowla, architektura, ale bardziej to zerwanie więzi między człowiekiem a obiektem czy danym miejscem. To zerwanie więzi z przeszłością, czymś pierwotnym.

Czuć w nich ogromną pustkę?

Czuje się przeszłość. Człowiek przenosi się do rzeczywistości, która bezpowrotnie odeszła. Ma się poczucie, że zamknął się pewien świat. Do cerkwi przekształconych na kościoły rzymskokatolickie wchodzą ludzie, którzy już nie mają nic wspólnego z tamtym światem. Tak głębiej, nie powierzchownie.

Jestem poetą, więc dla mnie każdy z tych obiektów jest osobnym wierszem, osobną opowieścią. Kiedy tam wchodzę, staram się wniknąć w historię tego miejsca. Ale nie potrafię się zachwycić nad pięknem rozkładu, tak jak fotograf Piotr Durak, który zrobił zdjęcia wnętrza świątyń do albumu. Dlatego było nam jakoś po drodze z realizacją tego projektu. On potrafi wychwycić moment tej pustki, tego rozerwania, wywołać dreszcz. Ma zdolność zauważania tego, co jest najbardziej istotne.

Piotr Durak udokumentował blisko osiemdziesiąt cerkwi greckokatolickich w Polsce. W dwutomowym albumie znalazło się aż czterysta fotografii. Często są to jedyne zdjęcia prezentujące wnętrza tych świątyń. Jaki jest ich obecny stan i status?

Są to cerkwie przede wszystkim usytuowane na wschodzie Polski, to głównie regiony lubaczowski, przemyski, sanocki czy krośnieński. Najstarsze ze świątyń pochodzą z XVII wieku, najmłodsze z okresu międzywojennego.
Współtwórcy albumu „Świątynie wygnane”: na dole od prawej pomysłodawca projektu, redaktor i sponsor Sebastian Dubiel-Dmytryszyn, obok grafik Piotr Kuliga, stoi autor fotografii i tekstów Piotr Durak. Fot. archiwum Sebastiana Dubiela-Dmytryszyna.
Chodziło nam o udokumentowanie tych, które w tym momencie nie pełnią żadnych funkcji. Część z nich została porzucona przez hierarchów rzymskokatolickich, gdy powstały obok nowe, murowane kościoły. Do tych cerkwi trudno teraz wejść bez specjalnego pozwolenia. Piotrowi się udało i dzięki temu mamy dokumentację fotograficzną.

Wszystkie są w coraz gorszym stanie, niszczeją ikonostasy i inne sprzęty liturgiczne, które pozostały na strychu czy chórze, ale nie można nic z tym zrobić. Konserwatorzy nie są w stanie tego skatalogować czy przenieść w inne miejsce, nie można tam wejść i tak po prostu tego zabrać – prawnie to należy do Kościoła rzymskokatolickiego. Należałoby się więc zastanowić nad odgórnym uregulowaniu tej sprawy, aby uratować to, co pozostało.

Wielokulturowość to mit

Świat nigdy nie był spokojną Arkadią, gdzie wszyscy się kochali.

zobacz więcej
Są też świątynie opuszczone od bardzo dawna, w wyniku wspomnianych wcześniej wysiedleń przeprowadzonych pod koniec lat 40. XX wieku. Czasem nie mają już wejściowych drzwi, są zupełnie zdewastowane. Na przestrzeni lat zostały ograbione z cennych przedmiotów liturgicznych. Do niektórych nie można wejść, bo klucz gdzieś zaginął. Niszczeją, popadają w ruinę, nikt się nimi nie zajmuje.

Tylko niewielka część cerkwi jest remontowana, dzięki inicjatywie lokalnych społeczności czy stowarzyszeń. Służą wtedy jako miejsca wystaw lub koncertów. Czy dziś można je nazwać cerkwiami… Pewnie nie, bo pozostały już tylko gołe ściany.

Cerkwie zostały obdarte z tego co niosły w przeszłości – były przecież kiedyś nie tylko miejscami kultu, ale też nośnikami kultury.

Tak, w przeszłości dla dużej części ludności Galicji – Łemków w Beskidzie Niskim czy Ukraińców na Podkarpaciu – Cerkiew Greckokatolicka była głównym nośnikiem kultury. Księża pełnili często rolę instytucji kultury, przekazywali wiernym nowinki ze świata, także idee społeczno-polityczne.

Mieli też wpływ na ich edukację – tworzyli szkoły. Zachęcali społeczność chłopską do większej otwartości na świat, życie. Pełnili rolę inteligencji, która miała emancypować ludność, aby stała się nowoczesnym narodem, który ma swoją kulturę, język, historię czy tradycję.

Wtedy wsie były monoetniczne – była wieś łemkowska, następna polska i tak dalej. Ci ludzie praktycznie się między sobą nie żenili, nie mieszali. Owszem, spotykali się w życiu codziennym, natomiast śluby międzywyznaniowe były rzadkie. Miasta galicyjskie były natomiast wielokulturowe, obok siebie żyli Polacy, Rusini, Żydzi i wiele innych nacji, jak choćby w Krośnie, gdzie się urodziłem i mieszkam. Przeszło sto lat temu nie było problemu, aby Rada Miasta wybrała na burmistrza Rusina, syna księdza greckokatolickiego, dr. Modesta Humeckiego. Wojna, akcje wysiedleńcze zmieniły obraz Polski.

Pana rodzinę też dotknęły wysiedlenia?

Pochodzę z rodziny mieszanej, w której byli zarówno Rusini, jaki i inne nacje. Moi dziadkowie byli wyznania rzymskokatolickiego, natomiast babcie pochodziły z rodzin greckokatolickich. Rodzina szybko zasymilowała się z Polakami. Jeśli ktoś zdobył profesję, która odrywała go od korzeni wiejskich, to automatycznie wchodził w krąg kultury polskiej. I tak to wyglądało też w mojej rodzinie.
Dramat wysiedleń nie dotknął więc bezpośrednio mojej najbliższej rodziny. Dalsza rodzina była oczywiście objęta wysiedleniami do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i akcją „Wisła” i jej członkowie mieszkają obecnie na zachodzie czy północy Polski. Jak dziadek żył, to zjeżdżała się do nas rodzina z całego kraju. Dziś już tych więzi praktycznie nie ma. Utrzymujemy relacje, ale nie są to zbyt częste kontakty. Teraz rodzina nie jest już tak istotna, jak kiedyś. Spędzamy więcej czasu na zakupach czy przed telewizorem niż ze swoimi bliskimi.

Pan się czuje Polakiem, Rusinem czy Łemkiem?

Wasyl, mieszaniec

Krzysztof Ziemiec o wysiedlonych w czasie Akcji „Wisła”.

zobacz więcej
Dla mnie jako etnologa taka klasyfikacja jest dość trudna. Rodzice czują się Polakami i nie odnoszą się w żaden sposób do kultury wschodniej. Ja wręcz przeciwnie – czuję się Łemkiem. W szerszym znaczeniu zaś Rusinem. Jest mi najbliżej właśnie do tej kultury i etnosu, do tego stanu świadomości. Zresztą, jak pokazują badania genetyczne, to nie ma w Europie tak wymieszanej genetycznie nacji, jak Polacy.

Trudno mi powiedzieć, skąd to poczucie się we mnie wzięło, bo przecież nikt w domu nie mówił po łemkowsku. Parę razy próbowałem poruszać ten temat. Jeden z dziadków, dyrektor i członek partii (jego brat zaś w podziemiu antykomunistycznym), który notabene żył w środowisku łemkowskim w Gorlicach, zakazywał tego typu rozmów w domu. Drugi dziadek, naftowiec, całe życie wędrował, tam gdzie kopalnie (Bóbrka, Waniwka, Borysław, Ropienka), też takich tematów nie podejmował. Dla niego było oczywiste, że wszyscy się ze sobą mieszają. Jego druga żona była Łemkinią, a za młodu kochał się w Żydówce.

Dlatego dla mnie przyjmowanie, że masz takie pochodzenie, jakiego masz przodka, to jest uproszczenie. To jest indywidualny wybór. Ja go dokonałem. Moją córkę ochrzciłem w cerkwi greckokatolickiej w Beskidzie Niskim, nadając jej imię Paraskewia właśnie po to, by zaakcentować więź ze wschodem i ten odwieczny styk kultur. Co ona z tym zrobi w przyszłości, to jej sprawa.

Moje nazwisko obecnie nie ma znaczenia, ale jest istotne – jestem jednym z wielu galicyjskich Dubieli, „gatunku” z wieloma możliwymi odgałęzieniami. I im bardziej zanurzam się w siebie, odkrywam kolejne warstwy, tym więcej dopisuję członów tego nazwiska i znaczeń: Dmytryszynów, Baranów, Słyżów, Machników, Steców, Orszaków czy Hamerskich. Jestem ucieleśnieniem twórczej kreacji „człowieka pogranicza”.

Skoro ochrzcił pan córkę w cerkwi, to wiara jest dla pana ważna, jest pan praktykujący?

Przyznaję, że nie. Nie jestem osobą religijną. Nie uczęszczam regularnie na nabożeństwa. Bywam na liturgiach jedynie podczas większych świąt. Tam, gdzie mieszkam, nie ma cerkwi, ale nie wiem, czy gdyby była, to należałbym do jej stałych bywalców i wstąpił do jakiejś wspólnoty religijnej. To, co teraz oferuje Cerkiew greckokatolicka, prawosławna czy Kościół rzymskokatolicki mnie nie zadowala. Nie ma w nich tej istoty, tego klimatu, który był w przeszłości. I nie ma znaczenia, czy jedni księża są fajniejsi od drugich, czy też są nadużycia. Niestety dzisiejsi księża to już też nie ta duchowość, intelekt.
Z moich obserwacji wynika, że miejscowi grekokatolicy w ogóle znikają z krajobrazu Podkarpacia. Polonizują się. Na przykład w Krośnieńskiem, w Olchowcu, Polanach czy Zyndranowej do cerkwi greckokatolickiej na nabożeństwa przychodzi garstka ludzi – kilka rodzin i są to ludzie starsi. Gdy odejdą, nie wiemy co będzie dalej z tym obiektem. Na niektórych wsiach cerkiew, nawet jak jest odrestaurowana, stoi zamknięta, pusta. Jest otwierana tylko wtedy, kiedy przyjeżdżają turyści.

Kraina, w której nie wypada krzyczeć

– Tyle rodzin wysiedlono z ich wsi w obce miejsca, każdy z nas czuł na sobie ciężar tych wydarzeń. Jestem tym ludziom coś winna – mówi Julia Doszna, pieśniarka łemkowska, którą można usłyszeć w „Zimnej wojnie”.

zobacz więcej
Przyszłość nie wróży dobrze tym świątyniom. Może dlatego zajmuję się tym światem, który odszedł, żeby to zupełnie nie zostało zatarte i rozmyte. Tym bardziej, że wśród moich przodków byli też duchowni greckokatoliccy. I być może to wszystko splata się w jeden obraz. Chyba nie miałem wyjścia, tylko się tym zająć.

Od młodości byłem na takie sprawy bardziej wrażliwy, kontestowałem rzeczywistość, grałem w zespole punkowym i bliżej mi było do słowa bunt niż do klaskania, więc zapewne dlatego stanąłem po stronie słabszych. Tak traktuję tutaj swoją rolę.

Nie interesuje mnie zajmowanie się historią podręcznikowo, ani debata polityczna, ale opisywanie sytuacji człowieka jako jednostki – wygnanej z własnej historii, z własnej przeszłości, z własnego wnętrza. Długo dojrzewałem do tego projektu, spotkałem Piotra Duraka, zobaczyłem jego fotografie, wrażliwość i pomyślałem, że to jest właśnie to, co trzeba w tym momencie zrobić.

Chce pan ocalić te miejsca od zapomnienia?

Nie wiem, czy do końca o to nam chodziło. Żyjemy w świecie, w którym każdy może zrobić zdjęcia opuszczonych świątyń, wrzucić je na portal społecznościowy i czekać na reakcję internautów. Ja nie rozumiem takiego klikania, bez głębszej refleksji.

Spoglądam na to inaczej. W tych miejscach kiedyś tętniło życie. Obiekty niosą za sobą te treści. I ja to dokumentuję. Prowadzimy spotkania w Polsce, omawiamy problem, aby zainteresować nim szersze grupy społeczne.

Na pewno ten projekt ma służyć refleksji, wzbudzeniu dyskusji i skłonieniu do jakichś działań. Być może trafimy na kogoś, kto będzie miał pomysł, jak rozmawiać z władzami kościoła, aby te obiekty uratować. Tylko tyle możemy teraz zrobić.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jedna z niszczejących cerkwi uwiecznionych w albumie „Świątynie wygnane”. Fot. Piotr Durak/RuthenicArt Krosno, 2017
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.