Kultura

W sprawie języka polskiego uparte wołanie na puszczy

Grzechem numer jeden jest stosowanie skrótów bez dbałości o to, czy nie cierpią na tym sens i logika. Do moich ulubionych reklam należy ta, w której przekonuje się odbiorcę, że musi zażyć pewien specyfik „dla zdrowych kości”. Skoro są zdrowe, to po co cokolwiek zażywać?

Polacy – karierowicze, rusyfikatorzy gorliwsi od Rosjan

Potworność tego systemu polega na tym, że i w ciągu godzin szkolnych, i na stancji przez cały czas tępione jest mówienie po polsku.

zobacz więcej
Tytuł tego tekstu nie jest przypadkowy ani przewrotny, nie ma w nim także cienia ironii. Jest, po prostu rzeczowy, niestety. Skoro w sprawie stanu języka trzeba wołać i apelować, to znaczy, że jest z nim źle. A skoro jest to wołanie na puszczy, to znaczy, że efektów nie widać. Wystarczy zresztą poczytać i posłuchać czy też zerknąć na tzw. paski w telewizji, by się o tym dobitnie przekonać.

I trudno tu o optymizm. Owszem, nie brakuje audycji radiowych i programów telewizyjnych poświęconych językowi polskiemu. Są dobre, pożyteczne i bardzo ciekawe, ale widać, że ich słuchacze i widzowie to wąskie grono ludzi zainteresowanych. Nie jest to broń Boże zarzut, wręcz przeciwnie – bardzo dobrze, że tacy słuchacze istnieją i że są miejsca, gdzie mogą zadać pytania i posłuchać rozważań znawców tematu. Ale nie przeceniałabym oddziaływania takich audycji. Na pewno nie słuchają ich ci, którzy z poprawnością językową są na bakier i którym pobranie stosownych nauk najbardziej by się przydało.

Francuski skarb

A same media, szeroko pojmowane? Przed dwoma laty w Dniu Języka Ojczystego, 21 lutego, gdy media czasem przypominają sobie, że język polski to jest temat, kupiłam komplet dzienników, by sprawdzić, jak to z tym zainteresowaniem naprawdę jest. Nie spodziewałam się wiele, a jednak wynik przeszedł najśmielsze – czyli najbardziej ponure – oczekiwania: w gazetach nie było nic. Ani słowa. Odnotowano jedynie, że jako lekturę na dzień narodowego czytania wybrano „Wesele”.
Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego mieszkańcy stolicy Bangladeszu, Dakki, uczcili muralem. W Bangladeszu 21 lutego obchodzi się też rocznicę walki o uznanie języka bengalskiego. Fot. NurPhoto/via Getty Images
Ten brak uwagi był tym bardziej bulwersujący, że nie wszędzie tak jest. Sprawdziłam dzienniki z kilku krajów Europy Zachodniej z tego samego dnia i okazało się, że Dzień Języka Ojczystego odnotowały najpoważniejsze gazety – od brytyjskiego „Guardiana” po włoskie „Corriere della Sera”. Dbałość o własny język nie jest pustym słowem szczególnie we Francji.

Co zresztą od dawna wiadomo, bo to Francuzi jako bodajże pierwsi postanowili pohamować triumfalny pochód angielskiego przez świat i już w 1994 roku przyjęli ustawę o ochronie języka francuskiego.

Jakie są jej efekty, to inna sprawa – skromniejsze zapewne niż oczekiwano – ale na pewno nie jest z tym gorzej niż w Polsce, która pod względem językowym stała się istnym angielskim dominium. No i liczą się też intencje – a tego Francuzom nie można odmówić.

Swój język traktują bowiem jak prawdziwy skarb narodowy, wkładają wiele wysiłku w jego upowszechnienie i bardzo boleją nad tym, że po drugiej wojnie angielski skutecznie odebrał francuskiemu rolę języka międzynarodowego. Nawet jeśli nie da się tego odwrócić, nie jest to, zdaniem Francuzów, powód, by poddać się bez walki i pozwolić, by angielszczyzna zalała Francję.


Warto byłoby brać z Francji przykład. Ale nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek poważnie o tym myślał. Owszem, od czasu do czasu ten czy ów autor – niekoniecznie zawodowy dziennikarz, często ktoś, komu po prostu leży na sercu kwestia czystości języka – ubolewa nad tym, co się dzieje, generalnie jednak można odnieść wrażenie, że zapanował stan powszechnego przyzwolenia na contenty i outfity, outsourcing i fitness, accounting i creative management. Może z lenistwa, bo nie trzeba się wysilać, by znaleźć czy stworzyć polskie terminy (z czym, przyznaję, w niektórych dziedzinach może nie być łatwo)? A może dlatego, że są i tacy, na których cudzoziemszczyzna działa nobilitująco?

Pseudogrzeczność

Stworzenie polskich odpowiedników byłoby ambitnym zadaniem dla specjalistów z zacięciem językowym. Gdybyż jednak chodziło tylko o angielskie słowa i terminy!

Żeromski niezrozumiały? Nieczytany? Nudny? Zawiły? Trudno

Po roku 1989 część krytyków literackich wyczekiwała nowego „Przedwiośnia”. Zamiast tego czytaliśmy o gwałcącym własną matkę pijanym więźniu, kobiecie, której z pleców wyrastały skrzydełka lub miała dwie łechtaczki.

zobacz więcej
Bardzo stary dowcip o francuskim mówił, że nauczyć się go jest bardzo łatwo: wystarczy polskie słowa poprzedzić rodzajnikami „le” bądź „la” i już człowiek biegle mówi po francusku. Z angielskim i polskim jest nieco podobnie, choć w przeciwnym kierunku: do słówka angielskiego trzeba dodać polską końcówkę i w ten sposób gładko przekształca się ono w polskie, zachowując jednak swe oryginalne znaczenie. Tak rodzą się dziwadła: „sceniczny” zamiast „malowniczy” (ang. scenic) czy „budżetowy” zamiast „oszczędny”, „tani” (ang. budget).

Perspektywy, niestety, nie przedstawiają się dobrze, bo znajomość angielskiego jest coraz bardziej powszechna, a świadomość polskiego – coraz bardziej mizerna. Żywcem przeniesione angielskie słowa, choć irytujące, wcale nie są najgorsze. Najgorzej jest bowiem, gdy zasady angielskie zostają beztrosko przeniesione na nasz grunt. Czy nie dlatego przymiotniki tworzone od nazw krajów czy regionów zaczynają być pisane wielką literą? Już nie „włoski”, lecz „Włoski”, nie „amerykański”, lecz „Amerykański”.

Zresztą trudno nie dostrzec epidemii wielkich liter tam, gdzie nie mamy do czynienia z nazwą własną. Tak honorowane są, bez żadnej potrzeby – bo przecież nie piszemy do nich listów, w listach to co innego – osoby urzędowe i i cała plejada innych. Jest więc „Prezydent”, a skoro tak, to i „Premier”, jest „Prezes”, „Burmistrz”, „Autor” i co tam kto chce. Widziałam już nawet „Warszawiaka”, choć mieszkańcy miast do wielkich liter prawa nie mają. A przed wyborami samorządowymi trudno było bez irytacji czytać ulotki kandydatów, bo na porządku dziennym były takie kwiatki, jak „Nasze Miasto”, „Mieszkańcy”, „Samorząd” i obawiam się, że działo się tak jak Polska długa i szeroka.
Czy kompleks handlowo-biurowy „Plac Unii” w Warszawie musi mieć w nazwie coś angielskiego? Fot. PAP/Jakub Kamiński
Może w tej sytuacji należy zdobyć się na krok odważny i przyjąć zasady języka niemieckiego, w którym wielką literą pisze się wszystkie rzeczowniki? Póki to jednak nie nastąpi, dobrze byłoby, gdyby entuzjastom szafowania wielkimi literami uświadomiono, że popełniają błąd ortograficzny. Jako pierwsi pod pręgierzem powinni stanąć autorzy tekstów w stacjach telewizyjnych – wszystkich stacjach, dodam dla porządku. Zapisy podsłuchanych rozmów roją się przecież od słów „Pan” czy „Ciebie”. Być może wynika to z pseudogrzeczności, ale z niewiedzy – to już na pewno.

W poszukiwaniu matki i ojca

Nienajgorsze, choć specyficzne pole obserwacji językowych stanowią nekrologi. Poza wspomnianym nadużywaniem wielkich liter, co z pewnością ma być przejawem szacunku dla zmarłego (niestety, Kancelaria Prezydenta RP też językowo się nie spisała z nekrologiem śp. Jana Olszewskiego – w tym szczególnym wypadku „Premier” jak najbardziej, ale dlaczego „Adwokat”?), można w nich dostrzec rozmaite wymowne symptomy. Przykłady? Choćby nieodmienianie nazwisk – powiedzmy, „wyrazy współczucia dla rodziny Piotra Nowak” – przykład wymyślony, bo nie wypada mi podać rzeczywistych, ale dokładnie oddający zjawisko.

Z drugiej strony, nekrologi i kondolencje dostarczają też dowodów na infantylizację języka. Weźmy „wyrazy współczucia z powodu śmierci Mamy/Taty” (tu akurat duża litera jest na miejscu). Forma zrozumiała, gdy składa się kondolencje przyjacielowi, staje się manierą nie całkiem na miejscu, gdy słowa współczucia kierują pracownicy do dyrektora, profesora, prezesa – bez zachowania należytego dystansu. Wszystko to jednak nie dzieje się przypadkiem. Przecież w odwrocie jest także Dzień Matki! Handlowe zachęty, jakie przy tej okazji otrzymuję, biją po oczach gromkim przypomnieniem: „Jutro Dzień Mamy!” „Z miłości do Mamy – 50 proc. zniżki na..., druga sztuka gratis...”

Kluski z makiem

Wszystko znikło. Nie było Pragi, znowu stała w Alejach Jerozolimskich. Ciocia, wigilijny pokój z choinką na pianinie, matka i ojciec przy stole, świece w srebrnych lichtarzach, wszystko rozpłynęło się jak płatek śniegu na rękawie zimowej kurtki…

zobacz więcej
Ten przykład pokazuje także, że niemały udział w upadku polszczyzny mają handel i reklama. Nie chcę powiedzieć, że nie ma reklam, które napisane są jak należy. Oczywiście takie też bywają. Zważywszy jednak, że reklama trafia do szerokiej publiczności, a zatem jej oddziaływanie jest niemałe nie tylko z handlowego punktu widzenia, wypada zaapelować do ich twórców – zwanych obecnie, jak się zdaje, raczej kreatorami – by próbowali dostrzec, co wypisują.

Grzechem numer jeden jest stosowanie skrótów bez dbałości o to, czy nie cierpią na tym sens i logika. Do moich pod tym względem ulubionych reklam należy ta, w której przekonuje się odbiorcę, że musi zażyć pewien specyfik „dla zdrowych kości”. Skoro są zdrowe, to po co cokolwiek zażywać?

Język jak imigracja

W tym zresztą miejscu reklama i angielski zgrabnie się ze sobą splatają. W angielskim łatwo operuje się skrótem, bo taki jest jego charakter. Polski jest pod tym względem o wiele bardziej wymagający. Wspomniane stwierdzenie z reklamy wymaga przeformułowania: „Należy zażyć to i to, by mieć zdrowe kości” – ale jest pewnie o pół sekundy za długie?

Dlaczego reklamy mają wpływ na język? Po pierwsze, nie da się od nich uciec. Słyszymy je ciągle, a to, co słyszymy, można łatwo i bezrefleksyjnie sobie przyswoić. Po drugie, wielu ludzi, zwłaszcza młodych lubi dla zabawy (niekiedy całkiem niezłej) przerzucać się cytatami z reklam. I może się zdarzyć, że niepostrzeżenie zamieszkają one w języku na dobre.
W dawnej Łodzi ludzie różnych narodów i wyznań żyli zgodnie, bo nawarstwianie się kultur i przenikanie wpływów odbywało się stopniowo – przypomina autorka. Fot. PAP/Jakub Kamiński
Obraz polszczyzny jest więc niewesoły – a czy da się coś z tym zrobić? Wielu specjalistów uspokaja, że język zmienia się w sposób naturalny i nie może być inaczej; to zjawisko normalne i prawidłowe. Jedne słowa znikają, bo nie ma już tego, co opisywały (dzieża, wrzeciono – czy młodzi ludzie, zwłaszcza mało oczytani, znają takie słowa?), na ich miejsce powstają nowe, oddające nowe realia. I specjaliści mają oczywiście rację.

Z językiem jest jednak trochę tak jak z wielokulturowością. W takich miejscach jak dawny Lwów czy Łódź żyli obok siebie ludzie różnych narodów i wyznań – żyli zgodnie, bo nawarstwianie się kultur i przenikanie wpływów odbywało się stopniowo, przez wieki. Ale nawała masowej imigracji, z jaką mamy do czynienia obecnie, nie wnosi niczego dobrego, wprost przeciwnie, rodzi dyskomfort i wcale nie bezpodstawne poczucie zagrożenia.

Z językiem jest podobnie – zmiany, które dokonują się powoli, stopniowo, przez lata i wieki, wrastają w język, stają się polskie. Nawet nie wiemy, ile słów, których używamy, ma swe korzenie w Turcji, Persji czy świecie arabskim. Ale niepowstrzymany napływ angielszczyzny jest jak fala imigracji – wnosi spustoszenie i równie trudno jest nad nim zapanować.

Czy da się coś z tym zrobić? Być może, choć nie bez trudu i nie od razu. Po prostu kłania się szkoła. Uczeń dobrze wyedukowany nie będzie mówił „kilkukrotnie” (ostatnio istna plaga w gazetach i telewizji!), „idę do Sephora” „mi się wydaje”, „wahadło” na ruch wahadłowy i „miejscówka” na miejsce. Odporność na językowe potworki kształtuje się przez lata – pod warunkiem, że w ogóle chce się ją kształtować.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Bez nadęcia, moralizowania, rozdzierania szat
Najbardziej zachwyca mnie jej kunszt w tworzeniu napięć poprzez nieoczekiwaną zmianę skali. Proszę sobie wyobrazić lilipucią ogrodniczkę wygrabiającą spirale z czerwonego piasku.
Kultura Najnowsze wydanie
Napisał scenariusze do „Zimnej wojny” i „Rejsu”
Nie ma dziś autorów, którzy by potrafili tak celnie, z cieniutką ironią, trafiać w słabe punkty przeciwników. Dziś wali się na odlew siekierą, On ciął skalpelem.
Kultura Najnowsze wydanie
Kurier do Londynu
Historia żołnierza, konspiratora, wysłannika AK, powstańca warszawskiego - już w kinach. A w Tygodniku TVP fotosy i zdjęcia z uroczystej premiery.
Kultura Poprzednie wydanie
„Elegancja Carringtonów w twoim domu”. Terapia dla...
Ludzie chcieli zobaczyć, jaki jest Zachód, wielu z nich szukało nowych wzorców – niestety, dostarczały je również tandetne seriale…
Kultura Poprzednie wydanie
Tchórz? Konformista? Kanalia? Literacka gwiazda!
Napisał obrzydliwy paszkwil na Czesława Miłosza, głosił pochwałę stalinowskiej bezpieki w czasie, gdy w katowniach mordowano AK-owców.