Historia

Pokaż piłkarzu, co masz na plecach… Dlaczego Krzysztof Piątek nie może grać z „dziewiątką”?

Ostatnie tygodnie w piłkarskim świecie należały do polskiego napastnika, który w lidze włoskiej właśnie założył koszulkę legendarnego klubu AC Milan i strzela gola za golem. O Piątku powiedziano i napisano niemal wszystko, zainteresowanie wzbudził także numer, jaki będzie nosił na trykocie. Bo liczby, jakie futboliści mają nadrukowane na strojach, nie są wcale błahą sprawą.

– Wyraziłem chęć wzięcia numeru „9”, ale dyrektorzy powiedzieli mi, że teraz starają się wprowadzać taki zwyczaj, żeby tę „dziewiątkę” dać osobie, która na to zasługuje. Wydaje mi się, że w przyszłości chciałbym nosić ten numer i zrobię wszystko, aby tak się stało – mówił niedawno TVP Sport Piątek.

Presja numeru „9”

Włoskie media, które styczniowy transfer Polaka z zespołu Genoa CFC do Milanu za 35 mln euro (Piątek stał się najdroższym polskim zawodnikiem w historii) opisywały przez kilkanaście dni na pierwszych stronach podawały jednak, że Polak sam zrezygnował z numeru „9”, bo po prostu... ostatnio przynosił on pecha nowym graczom mediolańskiego klubu. Alessandro Matri, Fernando Torres, Luiz Adriano, Andre Silva czy Gonzalo Higuain nie stali się w AC Milan specjalnymi gwiazdami. Dziennikarze podkreślali też, że magia liczby „9” wywiera na noszącym ten numer piłkarzu dodatkową presję, a Piątek chciał tego uniknąć.
Krzysztof Piątek w AC Milan gra z numerem „19”, bo szefowie klubu nie chcieli dać mu „9”. Arkadiusz Milik w FC Napoli wrócił do numeru „99”, z którym grał jako nastolatek w Górniku Zabrze. Na zdjęciu obaj polscy piłkarze na stadionie San Siro po meczu ich drużyn 26 stycznia 2019 r. Fot. REUTERS/Alberto Lingria
Prawda to, czy nie, numer „19” na trykocie na razie przynosi szczęście Polakowi, który zdążył już podbić serca kibiców „Rossonerich”, strzelając dwa piękne gole Napoli w wygranym 2:0 ćwierćfinale Pucharu Włoch – pierwszym meczu, który zaczął w pierwszym składzie. A przypomnijmy, że jeszcze w 2016 roku Piątek przechodził z Zagłębia Lubin do Cracovii za 0,5 mln euro. Dwa lata później, gdy kupowała go Genoa, kosztował już 4 mln euro, a teraz wart był aż 35 mln!

I trudno się dziwić, bo polski napastnik od początku sezonu 2018/19 zadziwia całe Włochy. Jesienią wyrównał rekord sprzed 19 lat Ukraińca Andrija Szewczenki, który w czterech pierwszych ligowych meczach zdobył pięć bramek. Potem powtórzył wyczyn Argentyńczyka Gonzalo Higuaina, który w sezonie 2016/17 trafiał w sześciu ligowych meczach z rzędu oraz – mając na koncie 8 goli w sześciu meczach – zaliczył najlepszy debiut w Serie A od... 69 lat. Tyle samo trafień po 6. kolejkach miał w sezonie 1949/50 Duńczyk Karl Aage Hansen (najpierw trafiał dla Atalanty, a potem trafił do Juventusu Turyn, z którym zdobył mistrzostwo).
Marokańczyk Hicham Zerouali w szkockim Aberdeen grał z numerem „zero”. Nie zrobił wielkiej kariery, a w 2004 roku zginął w wypadku samochodowym, mając ledwie 27 lat. Fot. David Rawcliffe/EMPICS via Getty Images
Wiemy już, że Piątek strzela gole dla Milanu z „19” na plecach, ale czemu przymierzano go akurat do „9” i czemu to ten numer wybrał wcześniej w Genui? Wszystko przez futbolową historię tej liczby. Bo historia numerowania piłkarzy jest całkiem interesująca.

Dla bramkarza numer „1”

Jeszcze przed wojną nie znano czegoś takiego, jak numery na koszulkach, a zawodnicy grali bez nich. To jednak zaczęło sprawiać problemy, bo czasem trudno było rozróżnić futbolistów, a dziennikarze czy kibice gubili się w tym, kto akurat jest na boisku.

Na pomysł, aby to zmienić, mieli wpaść... Australijczycy! Według Międzynarodowej Federacji Historyków i Statystyków Futbolu pierwszy raz w historii piłkarze z numerami na plecach grali nieoficjalne mecze w Australii, już w 1911 roku, choć istnieją też wzmianki o takich przypadkach jeszcze z 1903 roku. Pierwszym w ogóle udokumentowanym meczem sportowym, gdy zawodnicy mieli przypisane numery, miało być spotkanie rugby australijskiego Queensland z Nową Zelandią z 17 lipca 1897 w Brisbane.

Pierwszy oficjalny mecz piłkarski z numerami na koszulkach odbył się w 1924 roku, w... Stanach Zjednoczonych, gdzie w finale National Challenge Cup, czyli Pucharu USA (najstarszych rozgrywek piłkarskich w tym kraju, których pierwsza edycja ruszyła w 1914 roku) drużyna Vesper Buick St. przegrała 2:4 z Fall River Marksmen.
Cristiano Ronaldo nazywany jest „CR7”, bo przez całą karierę gra „siódemką”. Gdy w wieku 18 lat trafił do Manchesteru United, aby zmotywować go do ciężkiej pracy, trener zarządził, że otrzyma numer po Davidzie Beckhamie. Na zdjęciu Ronaldo w październiku 2013 r. w Madrycie podczas promocji bielizny sygnowanej jego przydomkiem. Fot. REUTERS/Sergio Perez
Pierwsze w Europie udokumentowane mecze piłkarzy z numerami na koszulkach odbyły się rzecz jasna w ojczyźnie futbolu, czyli w Anglii. W 1928 roku Sheffield Wednesday rywalizowało z Arsenalem Londyn, a Chelsea Londyn ze Swansea Town. Zaznaczyć jednak należy, że numeracja była wówczas dość osobliwa, bo numery nie mogły się powtarzać! Oznaczało to, że gospodarze grali z numerami od 1 do 11, a goście od 12 do 22.

W Polsce numery przed wojną nie przyjęły się. Prekursorem takiego rozwiązania miała być krakowska Wisła, która – jak podaje portal historiawisly.pl – użyła numerów na koszulkach w 1933 roku podczas meczu towarzyskiego w Paryżu z Racing Club de Paris, przegranego 0:1.

Pomysł numerowania zawodników podobał się jednak coraz większej liczbie drużyn w Europie, więc do akcji postanowiła wkroczyć FIFA, a konkretniej jej ciało, zajmujące się zmianami przepisów gry, czyli International Football Association Board. W 1939 roku, tuż przed wybuchem II wojny światowej przedstawiono zarys projektu numerowania zawodników podczas meczu, który w zasadzie znamy do dziś, a który tak naprawdę zaczęto stosować dopiero po zakończeniu wojny, również w Polsce. Z założenia piłkarze mieli być numerowani od 1 do 11, a każdy z numerów miał być przypisany ich funkcji na boisku. I tak „1” – to był bramkarz, „2” i „3” to lewy i prawy obrońca, „4” i „5” to środkowi defensorzy, „6” to defensywny pomocnik, „7” i „11” to prawo- i lewoskrzydłowy, „8” to tzw. łącznik, czyli środkowy pomocnik, „10” to rozgrywający i ofensywny pomocnik, a mityczna „9” to środkowy napastnik. I już wiemy, czemu akurat o tym numerze myślał Piątek i czemu grają z nim z reguły najlepsi napastnicy świata, m.in. Robert Lewandowski w Bayernie Monachium.

Deyna zagrał z numerem „12”

Co ciekawe, nie wszyscy napastnicy lubią „9”. Portugalczyk Cristiano Ronaldo nie bez powodu ma przydomek „CR7”, bo przez całą karierę gra akurat z „7”. Powód jest banalny: gdy w wieku 18 lat trafił do Manchesteru United, ówczesny trener „Czerwonych Diabłów” Szkot Alex Ferguson zarządził, że młokos dostanie trykot z „7” po odchodzącej gwieździe zespołu Davidzie Beckhamie. Miała to być dla Portugalczyka motywacja do ciężkiej pracy i tak już zostało, bo wiele lat później w Realu, a teraz w Juventusie Ronaldo gra właśnie z „7”.

A powojenna rewolucja numerowa zataczała coraz szersze kręgi i na początku lat 50. XX wieku już w zasadzie wszyscy grali z numerami na plecach. W 1954 roku, w Szwajcarii, po raz pierwszy finaliści mistrzostw świata musieli mieć już przyporządkowane numery na cały czas trwania mundialu. To wtedy z „10” grał m.in. słynny Węgier Ferenc Puskas (84 bramki w 89 meczach kadry), mistrz olimpijski z 1952 roku, kapitan tzw. Złotej jedenastki, która miała wygrać w cuglach tytuł mistrzowski w Szwajcarii, ale w finale, choć prowadziła 2:0, to przegrała 2:3 z RFN.
Podczas Mundialu w 1982 roku w Hiszpanii Zbigniew Boniek wybrał numer „20”, a Andrzej Buncol zagrał w koszulce z „13”. Na zdjęciu pomocnicy reprezentacji podczas meczu Polska-Peru (5:1), w którym obaj strzelili po bramce (i nawzajem sobie asystowali). Fot. PAP/Adam Hawałej
Okazuje się, że numery mogły być też przyczyną dość zabawnych sytuacji. Gdy w 1974 roku Polska debiutowała na mundialu w Niemczech, jej piłkarze również musieli mieć przypisane stałe numery. PZPN zamówił wtedy pierwszy raz koszulki u zagranicznego producenta, czyli Adidasa (wcześniej biało-czerwoni grali w strojach produkowanych w kraju). Sprzęt był świetnej jakości, ale numery nakładano w ostatniej chwili. Organizatorzy się pomylili i... nałożyli zupełnie inne liczby, niż te, które przesłała im polska ekipa.

Zmiany nie były już możliwe, więc bramkarz Jan Tomaszewski grał z „2”, obrońca Adam Musiał z „10”, kapitan i rozgrywający Kazimierz Deyna z „12”, a przyszły król strzelców MŚ Grzegorz Lato z „16”. Co ciekawe, cztery lata później niektórzy zostali przy szczęśliwych numerach z Niemiec i podczas MŚ 1978 w Argentynie Deyna wciąż miał „12”, a Lato – „16”. „Dziesiątka” przypadła zaś Wojciechowi Rudemu, który na mundialu zagrał tylko raz.

A podczas tak szczęśliwych dla nas MŚ 1982, gdy – podobnie jak w Niemczech – wywalczyliśmy III miejsce, Lato znów zagrał z „16” i był obok Andrzeja Szarmacha (grał z „17”) jedynym piłkarzem kadry, który grał po raz trzeci na mundialu z tym samym numerem. Największa gwiazda polskiej drużyny, Zbigniew Boniek, wybrał wtedy „20”.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Inny problem w latach 1974-86 mieli Argentyńczycy. Federacja wymyśliła tam, że podczas MŚ piłkarze numery będą otrzymywać... alfabetycznie. Doprowadziło to do tego, że np. w 1982 roku pomocnik Osvaldo Ardiles, a w 1986 napastnik Sergio Omar Almirón grali z „1” na plecach. Wyjątek zrobiono jedynie dla Diego Maradony, który mógł w 1986 roku grać z „10” (choć według kolejności przypadłaby mu „12”).

Na Mundialu numery tylko do „23”

Numeracja od 1 do 11 dla zawodników z podstawowego składu utrzymywała się przez kolejne dekady aż do 1993 roku. Wtedy to Angielska Federacja Piłkarska zdecydowała, że w rozgrywkach krajowych można grać z dowolnym numerem na koszulce. Pierwszym meczem rozegranym zgodnie z nowymi zasadami było spotkanie finałowe Pucharu Ligi Angielskiej... Arsenalu z Sheffield Wednesday 18 kwietnia 1993 roku (to przypadek, ale przypomnijmy, że 65 lat wcześniej właśnie te dwa zespoły zagrały w pierwszym w Wielkiej Brytanii spotkaniu, w którym na koszulkach umieszczono numery).

Mecz w kwietniu 1993 roku był też pierwszym, podczas którego piłkarze – oprócz numerów – mieli nazwiska na koszulkach. Przykładowo obrońca Arsenalu David O'Leary miał wówczas na plecach numer „22”, a pomocnik Sheffield John Harkes zagrał z „15”.

Gdy komputer piłkę kopie... O każdym szczególe meczu polskiej ligi najpierw dowiadują się Niemcy

Podczas każdego meczu Ekstraklasy pracuje trzech operatorów. Jeden ma specjalny „pad”, jak do konsoli Playstation i oznacza piłkę. Pilnuje jej posiadania i tego, czy piłka jest w grze, czy poza grą.

zobacz więcej
Pomysł z Wysp Brytyjskich szybko ogarnął cały kontynent, a potem świat i do połowy lat 90. „uwolniono” numery w większości europejskich lig, a nazwiska na plecach stały się standardem. Co ciekawe rewolucji oparły się mistrzostwa świata, gdzie tradycyjnie należy mieć numery od 1 do 23. Podczas ostatniego mundialu w Rosji, w 2018 roku, Robert Lewandowski grał z ulubioną „9”, Grzegorz Krychowiak otrzymał „10”, a bramkarz Wojciech Szczęsny – „1”.

Przez ostatnie ćwierć wieku nie brakowało też dziwnych numerów na koszulkach. Do historii przeszedł m.in. Marokańczyk Hicham Zerouali, który w szkockim Aberdeen grał z numerem „zero” na trykocie i taki przydomek dali mu kibice szkockiej drużyny. Piłkarz nie zrobił wielkiej kariery, a w 2004 roku zginął w wypadku samochodowym, mając ledwie 27 lat. Zdarzało się też kilka razy, że zawodnicy z pola wybierali sobie numer „1” – przypisany z reguły bramkarzowi. Takim graczem był m.in. grecki obrońca Pantelis Kafes, który z „jedynką” grał dla Olympiakosu Pireus i AEK Ateny.

Numer „11” zastrzeżony dla Włodzimierza Smolarka

W 2004 roku głośno było też o portugalskim bramkarzu FC Porto. Vítor Baía założył w finale Ligi Mistrzów przeciw AS Monaco trykot z normalnie najwyższym możliwym numerem „99”, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w żadnym finale piłkarskich rozgrywek. Jego zespół wygrał 3:0.

Z kolei najwyższym numerem, jaki pojawił się na trykocie futbolisty było prawdopodobnie... „618”. Bramkarz Sao Paulo, Rogerio Ceni zagrał tak jednak tylko raz, aby upamiętnić 618. występ w klubie, w którym występował przez 25 lat. Ceni jest rekordzistą pod względem zdobytych bramek wśród bramkarzy – strzelił ich 131.
Z „10” na plecach grał Kazimierz Deyna. Numer tak bardzo się z nim kojarzył, że został umieszczony nawet na nagrobku reprezentanta Polski. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Często zdarza się też, że kluby zastrzegają jakiś numer, aby uczcić zmarłego piłkarza, albo takiego, który przeszedł do historii zespołu. Przykładowo w Legii Warszawa już nikt nie zagra z numerem „10”, z którym na plecach grał w tym klubie, w latach 1966-78, legendarny Kazimierz Deyna, jeden z najlepszych polskich piłkarzy, który zginął w wypadku samochodowym w 1989 roku. Z kolei np. w Widzewie Łódź numer „11” zastrzeżony jest dla zmarłego w 2012 roku Włodzimierza Smolarka.

Obecnie piłkarze często wybierając numer kierują się wieloma rzeczami: patrzą, kto z nim grał w przeszłości, chcą kogoś uhonorować, czy wybierają rok urodzenia. Jak zatem widać, nie jest to błaha sprawa...

– Piotr Wilczarek
01.02.2019
Zdjęcie główne: "19" na "44". Robert Lewandowski i Konstantinos Manolas wymieniają się koszulkami po meczu Bayernu Monachium z AS Roma w Lidze Mistrzów w listopadzie 2014 roku. Fot. Adam Pretty/Bongarts/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Przyjaciele Jana Olszewskiego. Wyklęci, zamordowani, złamani
Nieznana opowieść byłego premiera o zaangażowaniu w mikołajczykowskie PSL i o tragicznych losach jego kolegów z tamtych czasów.
Historia Najnowsze wydanie
Choroba nie-Crohna
Odkrycie Polaka „podebrali” Amerykanie.
Historia Poprzednie wydanie
Polskę już raz zabiła wielokulturowość
Władcy Europy – perorujący o prawach człowieka i społeczeństwie obywatelskim – co jakiś czas dają do zrozumienia, że nie jest ona własnością wszystkich Europejczyków.
Historia wydanie 1.02.2019 – 8.02.2019
Szmacianymi lalkami ratowały życie żołnierzy
Polski Biały Krzyż. Nie powstał w opozycji do Czerwonego, ale z niemożności.
Historia wydanie 1.02.2019 – 8.02.2019
Jak konkwistador w meloniku stworzył potężne miasto-państwo
To „miasto lwa” czytelnikom turystycznych blogów znane z zakazu żucia gumy, politologom – za sprawą szczególnego modelu autorytaryzmu, a inwestorom całego świata – ze względu na 67 tys. dolarów PKB na głowę rocznie.