Rozmowy

Robię zdecydowanie lepszy research niż Dan Brown

– Brwinów miał dramatyczne wojenne losy, była tu linia frontu, przechodził z rąk do rąk. Winni, zwykli ludzie, chcieli po prostu żyć i wychowywać dzieci. Tacy jak oni nie wypowiadają wojen. Stanisław Winny, pytany w 1914 r. o wolność i niepodległość odpowiada, że myśli teraz tylko o tym, że mu żona umarła przy porodzie – mówi Ałbena Grabowska, lekarka i autorka bestsellerowych powieści.

TVP 3 marca wyemituje pierwszy odcinek serialu historycznego nakręconego na podstawie jej sagi „Stulecie Winnych”.

Zaczęliśmy się wstydzić smutku i cierpienia

Jan Jakub Kolski: UB trzy razy wykopywało wuja z grobu, żeby sprawdzić, czy na pewno nie żyje. Dziadkowie musieli na to wszystko patrzeć.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Czy imię Ałbena ma polski odpowiednik?

AŁBENA GRABOWSKA:
Nie ma. „Ałbena” znaczy „Kwitnąca Jabłoń”. Tak ma na imię bohaterka bardzo cenionego w Bułgarii opowiadania Jordana Jowkowa.

Jestem córką Bułgarki i Polaka i choć wychowywałam się w Polsce, to rodzinne korzenie determinują w dużym stopniu nasze życie, więc te moje dwie, bardzo różne kultury się we mnie przenikają. Bułgarzy mają inną mentalność niż nasza, to południowy, niewielki kraj. Jedyną bohaterką moich książek, z którą się identyfikuję, jest Alicja z „Alicji w krainie czasów”. Tam pojawia się też wątek bułgarski.

Niedawno wydała pani kryminał pt. „Kości proroka”, którego akcja rozgrywa się w Płowdiw.

Myślałam o tej książce już wtedy, gdy zaczęłam pisać „Stulecie Winnych”. Ktoś mi przysłał link do artykułu, że odnaleziono kości św. Jana Chrzciciela na wyspie św. Jana koło Sozopola. Nie wiedziałam jednak, jak się do tej historii zabrać. Dwa lata temu pojechałam z dziećmi do Bułgarii na wakacje, do mojego ukochanego Płowdiwu. Jako dziecko spędziłam tam dużo czasu u babci, znam tam każdy kamień. Olśniło mnie, że akcja powieści powinna się dziać właśnie tam, w miejscu, gdzie jest wiele starożytnych pozostałości.

Powstała historia jak z Dana Browna.

Inspirowałam się podobnymi klimatami, ale uważam, że robię zdecydowanie lepszy research niż Dan Brown, on opiera się głównie na Wikipedii. Przeczytałam m.in. „Aleksjadę” Anny Komneny, żeby uwiarygodnić dwunastowieczny wątek powieści o bogomilach.

Jest pani dwujęzyczna, a gotuje pani po polsku czy po bułgarsku?

Polska kuchnia jest pyszna, ale ciężka. Wybieram na co dzień dania bułgarskie i włoskie. Niedługo wyjdzie książka kucharska z przepisami ze „Stulecia Winnych”, do każdego napisałam krótki tekścik. Będzie tam kilka dań włoskich, bo Guido był dla Winnych bardzo ważną postacią.
Saga „Stulecie Winnych” to wielki sukces – w bibliotekach czytelnicy zapisują się do kolejki, żeby ją wypożyczyć. Dlaczego rodzinie głównych bohaterów nadała pani stygmatyzujące nazwisko Winni?

Najpierw powstał tytuł, to był mój start. Szukałam czegoś, co da podobny efekt do „Matki Królów”. Nazwisko rodu miało być dwuznaczne i niepokojące. Myślałam o Żelaznych, o Kalamburach. Najprostsze rozwiązania są jednak najlepsze i tak moi bohaterowie zostali Winnymi.

Pierwszy tom ukazał się w 2014 r., w rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej. Wtedy rodzą się bliźniaczki, Ania i Mania. Postanowiłam, że akcja sagi obejmie stulecie. Tak powstał tytuł.

Piszę jak jest, nie cukruję. Wielokrotnie szłam na wojnę z telewizyjnymi gwiazdami

Ilona Łepkowska: – Nie chciałabym mieć napisane na nagrobku „królowa seriali”. Wolałabym, żeby zapamiętano mnie jako dobrego człowieka – mówi współtwórczyni „Klanu” i „Korony królów” i „M jak miłość”.

zobacz więcej
Wkrótce widzowie TVP zobaczą pierwszy sezon serialu, który powstał na podstawie „Stulecia”. Ucieszyło panią, że powstanie taka produkcja?

Oczywiście, wszyscy pisarze o czymś takim marzą! A jeśli mówią, że nie, to kłamią.

To była wielka radość, zwieńczenie starań. Wydawca wierzył w filmowy potencjał „Stulecia Winnych” i bardzo o to zabiegał. Okazało się, że producent szukał właśnie materiału literackiego na serial historyczny, który opowiada o perypetiach zwykłych ludzi.

Ilona Łepkowska, która jest kierownikiem literackim serialu powiedziała mi, że producenta Ryszarda Sybilskiego z Endemola namówiły na „Stulecie Winnych” jego pracownice.

Nic dziwnego, to literatura kobieca. Nie obrażam się, gdy takie określenie słyszę. Kobiety czytają dużo więcej niż mężczyźni.

Stąd też elementy tajemnicze, po kobiecemu magiczne w pani powieściach. Jedna z bliźniaczek, Ania Winna, ma dar przepowiadania przyszłości.

To akurat hołd dla mojego ulubionego Gabriela Garcíi Márqueza i jego realizmu magicznego. Bronka Winna ma w sobie coś z Urszuli ze „Stu lat samotności”.

Konsultowano z panią scenariusz serialu?

Czytałam go, ale nie miałam na niego wpływu. Zajęli się nim specjaliści. Bardzo mi się podobał. Zgłosiłam tylko dwie uwagi dotyczące scen medycznych, uważałam, że lekarz powinien inaczej sformułować myśli. Absolutna kosmetyka.

Odkryłam, jak fascynujące jest zmienianie książki w scenariusz. To, co zobaczymy w telewizji, jest bardzo wierne książce, choć pojawiają się wątki i postaci, których nie wymyśliłam. Świetnie jednak służą idei opowieści. W obrazie nie da się przetransponować jeden do jednego tego, co jest na kartach książki. Bywałam na planie serialu, byłam konsultantem historyczno-medycznym i wystąpiłam w dwóch epizodach.

Pisząc wyobraża sobie pani, jak wyglądają bohaterowie?

Zawsze. Wiem, jak wyglądają, jak mówią, co lubią, jak się zachowują. Wymyślam im całe życiorysy, nawet tym, którzy pojawiają się w książce na chwilę.

Zapytałam o to nie bez powodu. Bohaterowie ze „Stulecia Winnych” mają teraz twarze konkretnych aktorów.

Jestem pod wrażeniem obsady. Znaleziono absolutnie fantastycznych młodych aktorów, część z nich – tak jak np. Kuba Zając, który zagrał Floriana – po raz pierwszy dostała tak duże role filmowe.
Bardzo mnie cieszy, że Bronisławę zagrała Kinga Preis. To jedna z moich ulubionych aktorek. Widziałam pierwszy odcinek, jeszcze bez muzyki i czołówki. Jest tam scena, w której Kinga Preis, czyli Bronisława Winna, idzie w procesji. Tylko na początku pomyślałam: o, Kinga Preis. Potem stała się po prostu Bronką Winną.

Dlaczego umiejscowiła pani akcję w małym podwarszawskim Brwinowie?

Mieszkam tam, znam Brwinów. Na początku myślałam o Kazimierzu Dolnym albo o Sandomierzu. Nie wrosłam w nie jednak tak, jak w Brwinów.

„Korona Królów” to nie podręcznik

W porównaniu z innymi filmami historycznymi dość wiernie trzyma się znanych badaczom faktów – pisze Łukasz Jasina

zobacz więcej
Na początku bałam się, że zabraknie mi materiału, że nie znajdę zbyt wielu ciekawych, brwinowskich historii. Zamierzenie było takie, by na kartach książki pojawiały się prawdziwe, historyczne postaci, które wchodzą w interakcję z bohaterami. Oczywiście myślałam o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Zafascynował mnie jego teść, Stanisław Lilpop, który bardzo wiele zrobił dla Brwinowa i okolicy. Dziś jest dla mnie ogromnie ważny, 1 listopada chodzę na jego grób, żeby zapalić mu świeczkę.

Miałam dostęp do archiwów kościelnych, pomagali mi m.in. ludzie z Towarzystwa Przyjaciół Brwinowa. Po zrobieniu reaserchu okazało się, że mam mnóstwo materiału, więcej, niż mogę wykorzystać. Przydał się, gdy pisałam opowiadania związane tematycznie ze „Stuleciem Winnych”.

Brwinów miał dramatyczne wojenne losy – była tu linia frontu, przechodził z rąk do rąk. Winni, zwykli ludzie, chcieli po prostu żyć i wychowywać dzieci. Tacy jak oni nie wypowiadają wojen. Stanisław Winny, pytany w 1914 r. o wolność i niepodległość odpowiada, że myśli teraz tylko o tym, że mu żona umarła przy porodzie.

A czy Winni mieli historyczny pierwowzór?

Nie, choć wiele osób w Brwinowie jest przekonanych, że wiedzą, kto był pierwowzorem tej rodziny. Słyszę o tym na spotkaniach autorskich.

Pani Ilona Łepkowska pracuje teraz nad drugą częścią serialu. Zgłosiła się niedawno do Endemola pani, która po przeczytaniu książki doszła do wniosku, że w II tomie opisałam jej ojca, lekarza. Chodzi o scenę operacji przeprowadzonej w pionierskich warunkach w szpitalu w Brwinowie. Lekarz operuje pacjenta z tamponadą serca, zabieg praktycznie niemożliwy do wykonania w warunkach polowych. Pani poprosiła, żeby zmienić nazwisko powieściowej postaci i w ten sposób upamiętnić jej ojca.

Wymyśliłam tę scenę od początku do końca, ale nie mam nic przeciwko temu, by upamiętnić chirurga, który operował powstańców w jednym z tajnych szpitali na terenie Mazowsza. Miło mi, że ludzie tak reagują.

Brwinów jest dumny z Winnych?

Dostaję od moich sąsiadów ogromne wsparcie, jest bardzo pozytywny odzew. Mam nadzieję, że po emisji serialu Brwinów zyska na popularności.

Sceny medyczne są dla pani ważne, bo sama jest pani lekarzem. Pracuje pani w tym trudnym zawodzie, a jednocześnie wychowuje trójkę dzieci i pisze książki – kilkanaście w ciągu 10 lat. Jest pani mistrzynią w planowaniu czasu…

Wykorzystuję każdą wolną chwilę. Na samorozwój i zastanawianie się nad sobą mam czas, gdy jadę samochodem po dzieci. Wożę je do szkoły, na dodatkowe zajęcia, najmłodszego synka na terapię. Dużo czasu zajmuje mi opieka nad dziećmi, jestem z wyboru samotną matką.
Praktykę lekarską okroiłam, od października 2017 r. nie pracuję już w szpitalu, nie mam dyżurów. Przyjmuję dwa razy w tygodniu w przychodni. Decyzję o odchodzeniu od intensywnej pracy lekarskiej podejmowałam bardzo powoli, ale tak trzeba było. W pewnym momencie zrozumiałam, że muszę z czegoś zrezygnować, żeby móc pisać.

Pisanie wygrało?

Medycyna to jednak moja pasja, nie chcę się od niej odciąć. Przez lata się uczyłam, pisałam prace naukowe, gromadziłam doświadczenia. Nie chcę tego stracić, ale skupiam się coraz bardziej na pisani. Mam coraz więcej pomysłów pisarskich.

Chasz na kaca i marynowane kwiaty. Kaukaz zaskakuje

Opowieść o duchach, smakach i...

zobacz więcej
Jako dziecko marzyła pani o tym, że będzie pisarką? Żeby zobaczyć książki ze swoim nazwiskiem na bibliotecznej półce?

Chciałam zostać aktorką teatralną, taką prawdziwą heroiną sceny. Ale zabrakło mi odwagi, żeby zdawać do szkoły aktorskiej.

Czyli marzenia o aktorstwie troszeczkę się spełniły dzięki serialowi i „Stuleciu Winnych”.

Haha, no trochę tak. Ostatecznie wybrałam studia medyczne i zaangażowałam się w nie na 100 procent. Nie potrafię inaczej. Wybrałam neurologię, bo zawsze fascynowała mnie to, jak funkcjonuje mózg. Zajęłam się w końcu epileptologią. Pracowałam na ostro, w szpitalu, na oddziale klinicznym. A pisanie przyszło jakoś samo.

Wiem, że na studiach pisała pani do kolorowych magazynów.

Pisałam do gazet, żeby sobie dorobić. Korzystałam z nieuświadomionej łatwości pisania i wiedzy, którą zdobywałam na studiach, bo to były medyczne porady i opowieści z życia wzięte. Nie traktowałam tego jednak poważnie.

Dopiero gdy odeszłam z kliniki i miałam spokojniejszą pracę przy opisywaniu badań EEG w Dziekanowie Leśnym poczułam, że chciałabym napisać książkę dla moich dzieci o bułgarskich korzeniach naszej rodziny. Zależało mi, by przekazać im wspomnienia, które dla mnie nadal są żywe i intensywne. Opowiedzieć o bałkańskich legendach, o krewnych i znajomych z Bułgarii, o Rodopach. Tak powstał zbiór esejów „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”.

Przyjaciel pomógł mi zrobić z tego prawdziwą książkę. Przygotowaliśmy 12 egzemplarzy, które rozdałam rodzinie w świątecznym prezencie. Powiedział mi wtedy, że bardzo mu się podobało to, co napisałam i powinnam „Orfeusza” wydać w prawdziwym wydawnictwie.
Nie miałam pojęcia, jak wygląda ten rynek, czy trudno jest zadebiutować. Wysłałam tekst do czterech dużych wydawnictw, odpowiedziały dwa. Książka wyszła. Miałam spotkanie w Instytucie Kultury Bułgarskiej, dostałam kwiaty. Podobało mi się, ale byłam przekonana, że to tylko miły epizod w moim życiu.

To jak doszło do pisania bajek dla dzieci?

Napisałam na zamówienie bajkę terapeutyczną pt. „O małpce, która spadła z drzewa”. Dla dzieci chorujących na padaczkę. Jestem z niej bardzo dumna.

Pisarkę zrobił ze mnie syn. Poprosił: „Napisz książkę dla mnie i o mnie, o chłopcu, który nie lubi szkoły i znalazł się w grze komputerowej”. Miał wtedy osiem lat. Pisałam i konsultowałam z nim każdy fragment. To wzmocniło bardzo więź między nami.

Tak powstała książeczka „Julek i Maja w labiryncie”. Znowu pomógł mi przypadek – trafiłam do wydawcy, któremu książka się spodobała. Powstały kolejne jej części. Wtedy przyjrzałam się sobie i zrozumiałam, że mam pomysły na kolejne książki, tyle że dla dorosłych. Napisałam więc „Coraz mniej olśnień”, „Lot nisko nad ziemią” i „Lady M”.

Czy pani książki są tłumaczone na bułgarski?

Tamtejszy rynek wydawniczy bardzo różni się od polskiego. Żeby wydać książkę, trzeba pokryć część kosztów. Miałam nadzieję na tłumaczenie „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, ale pojawiło się wiele trudności. Teraz książkę przekłada moja mama, zobaczymy, co da się zrobić. Gdyby o Polsce Bułgar napisał taką książkę, myślę, że nosiliby go tu na rękach. Tam to nie robi żadnego wrażenia. Może z czasem to się zmieni.

– rozmawiała Beata Zatońska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: „Stulecie winnych” – serial TVP 2019. Reżyseria Piotr Trzaskalski. Na zdjęciu Kinga Preis i Rafał Królikowski. Fot. TVP/R. Palka
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.