Cywilizacja

Najbardziej religijny naród Europy

Katedra Zbawienia Narodu w Bukareszcie to drugi pod względem wielkości kościół Starego Kontynentu po katedrze w Sewilli. Władze lokalne i państwowe Rumunii pragną, aby była równie rozpoznawalna jak tej rangi świątynie w Reims, Paryżu, Metzu, Kolonii i Akwizgranie. Owe skojarzenia nie są przypadkowe i oddają złożoność kultury tego kraju.

Heretycy, słudzy szatana i patriarcha, co nie chciał skończyć w przeręblu. Jak Moskwa „Trzecim Rzymem” się stała

Przekupstwem i siłą. Tak Rosyjska Cerkiew Prawosławna podporządkowała sobie ukraińską Cerkiew.

zobacz więcej
Wydawać by się mogło, że u progu trzeciej dekady XXI wieku epoka „Europy katedr” pozostaje opowieścią z zamierzchłych czasów. W wielkich metropoliach oddaje się do użytku gigantyczne stadiony piłkarskie, rozległe centra handlowe, wielofunkcyjne szklane biurowce i huby komunikacyjne.

W odniesieniu do dawnej architektury, prowadzi się najwyżej rewitalizację podupadłych kwartałów, zniszczonych przez upływ czasu reprezentacyjnych ulic i kamienic oraz zamienia dawne fabryki w zagłębie modnych lokali rozrywkowych lub w prestiżowe i drogie lofty. W południowo-wschodniej części Starego Kontynentu jest jednak miasto, które nie ignorując wyzwań nowoczesności próbuje ożywić tradycję budowy wielkich obiektów sakralnych, dominujących nad tkanką miejską. Tym miastem jest stolica kraju, który w styczniu 2019 roku, po dwunastu latach obecności w strukturach europejskich, przejął właśnie prezydencję w Unii Europejskiej.

Zaskakujące statystyki

Przenosimy się na chwilę za Ocean. W nowoczesnej, zbudowanej ze stali i szkła siedzibie instytutu socjologicznego Pew Research Center w Waszyngtonie w ubiegłym roku opublikowano wyniki pogłębionego sondażu dotyczącego religijności w Europie. Zadano w nim proste pytanie – „czy uważasz się za osobę głęboko religijną?”.

Uprzedzę jednak czekających na rzekomo oczywisty wynik. Liderem badania nie jest wcale Polska, która znalazła się dopiero... na ósmym miejscu – 40 proc. ankietowanych w niej zaliczyło się do takiej grupy. W Rumunii odpowiedź taką udzieliło 55 proc. respondentów (następne były Armenia, Gruzja, Grecja i Mołdawia, ostatnie – Czechy, Dania, i Estonia).

Połowa badanych Rumunów uczestniczy w liturgii przynajmniej raz w miesiącu, a 44 proc. modli się codziennie. Ogólnie, przynależność do Rumuńskiej Cerkwi Prawosławnej deklaruje ponad 86 proc. mieszkańców kraju za Karpatami. Można z pewnością dyskutować z tymi danymi i ich realnie zauważanymi skutkami w życiu Rumunii. Przykładem może być ogólnonarodowe referendum na temat definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety z października 2018 roku, które zakończyło się fiaskiem z powodu niskiej frekwencji. Co ciekawe, do głosowania za tradycyjną wizją małżeństwa solidarnie namawiała Cerkiew, Kościół katolicki obydwu obrządków i... rządząca, lewicowa premier Viorica Dancila.
Między środkiem Europy a rosyjskim stepem

Opowieść o bukareszteńskiej Katedrze Zbawienia Narodu możemy w zasadzie rozpocząć w kilku różnych miejscach, a nawet w kilku różnych epokach. Dopiero tak zorganizowana, równoległa, choć nielinearna podróż pozwoli w pełni zrozumieć fenomen tej budowli. Jej skomplikowane losy nierozłącznie splotły się ze skomplikowanymi dziejami Rumunii i samego Bukaresztu, który często nazywano „Paryżem Wschodu”.

W mieście tym w ciągu ostatnich dwóch stuleci przenikały się żywioły greckie i kaukaskie, rywalizowała niemieckojęzyczna i frankofońska arystokracja, rosyjscy carowie i cesarze z Wiednia. Tu w okresie wojennym zaczynali swoje dojrzałe życie twórcze największe rumuńskie umysły XX wieku: Emil Cioran, Mircea Eliade, Eugene Ionesco i Constantin Noica.

Bukareszt to organizm miejski z centrum tworzonym przez reprezentacyjną ulicę Calea Victoriei, nazwaną tak na cześć zwycięstwa w toczącej się w latach 1877-1878 wojnie rosyjsko-tureckiej (w Rumunii określa się ją mianem „wojny o niepodległość”). Umożliwiło ono powstałemu właśnie Vechiul Regat („Staremu Królestwu”), składającemu się z Wołoszczyzny i Mołdawii, uzyskanie kolejnego regionu na południu – Dobrudży, a także – szybkie uznanie przez Konstantynopol autokefalii lokalnej Cerkwi.

Calea Victoriei to ulica wielkomiejska i elitarna, której drogie kawiarnie pachnące francuskimi perfumami i wypełnione urzędnikami królewskimi, budziły zawiść sympatyzującego z komunistami młodego czeladnika szewskiego, Nicolae Ceaușescu. Po ukończeniu kilku klas szkoły powszechnej w rodzinnej wsi Scornicești pomieszkiwał on w stolicy w klitce bez bieżącej wody, wynajmowanej przez siostrę. Ale też Calea Victoriei krytykowana była od końca lat dwudziestych za „kosmopolityzm” i „oderwanie od tradycji narodowych” przez zwolenników rosnącego w siłę radykalnego ruchu narodowego, kierowanego przez młodego prawnika Corneliu Zelea Codreanu.
Ulica Calea Victoriei, rok 1930. Jej nazwa została nadana na cześć zwycięstwa w toczącej się w latach 1877-1878 wojnie rosyjsko-tureckiej (w Rumunii określa się ją mianem „wojny o niepodległość”). Fot. Wikimedia
Wreszcie Bukareszt to metropolia przesiąknięta typowo bałkańskim powietrzem. Przenikającym zapachem smażonych na ruszcie kiełbasek mititei, niczym nie różniących się od serbskich ćevapčići, bosforskich şiş köfte i greckich kofta. Sprzedawanych przez chłopów w ludowych, białych koszulach opiekanych kolb kukurydzy, pieczonej papryki, owocowych alkoholi, mocnej tureckiej herbaty i tytoniu wymieszanej z wiosennymi woniami akacji, letnim zapachem rozdeptanych winogron i wydobywającym się z licznych cerkwi aromatów lamp oliwnych i woskowych świec.

Nestor rumuńskiej historiografii Nicolae Iorga napisał pod koniec drugiej dekady XX wieku o Bukareszcie, że leży „pomiędzy środkiem Europy, a rosyjskim stepem, ponurymi ziemiami północnymi, a słonecznym Półwyspem Bałkańskim na południu”. Jak widzimy, pomimo tej bałkańskiej feerii aromatów, zapewne dużo mocniej odczuwalnej dla powonienia sto lat temu niż dzisiaj, rumuński intelektualista nie zaliczył stolicy do żadnego konkretnego regionu wschodniej części kontynentu.

Jak Świątynia Opatrzności

Kluczowe jest tu określenie „pomiędzy”. Wskazuje ono na niejednoznaczną tożsamość geograficzną, zarówno samego miasta, jak i nowego królestwa, zjednoczonego pod berłem rządzącej już kilkadziesiąt lat niemieckiej dynastii Hohenzollern-Sigmarignen. Istniejące od 1877 roku niepodległe państwo z dynastycznych względów dość niechętnie przystąpiło w 1916 roku do wojny po stronie państw Ententy. Pomimo poważnych klęsk na froncie i przejściowej okupacji niemieckiej, na „pierwszej europejskiej wojnie domowej” – generalnie skorzystało.

Pod koniec 1918 roku w wyniku unii podpisanej w mieście Alba Iulia uzyskało Transylwanię, Bukowinę i najwyraźniej nie chcącej żyć pod rządami rosyjskich bolszewików Besarabię. Do tzw. Proklamacji Unii dołączyły jeszcze mniejsze regiony: Marmarosz, Kriszana i Banat, podobnie jak Transylwania (Siedmiogród) wchodzące do końca I wojny światowej w skład węgierskiej Korony Świętego Stefana. Na korzyść sąsiedniego Królestwa Bułgarii, również rządzonego przez dynastię królewską wywodzącą się z Niemiec, Rumuni musieli co prawda zrezygnować z uzyskanej w XIX wieku Dobrudży, ale per saldo byli w nieporównywalnie lepszej sytuacji niż Węgrzy po traumie Traktatu z Trianon.

U progu międzywojennej, rumuńskiej niepodległości prawosławny metropolita stolicy, a później patriarcha Całej Rumunii Miron (Cristea), zresztą znany polonofil i przyjaciel Józefa Piłsudskiego, odznaczony w Polsce międzywojennej Orderem Orła Białego, postanowił powrócić do idei, która zaświeciła w głowie pierwszego króla niepodległej Rumunii Karola I, zmarłego tuż przed I wojną światową. Była nią budowa katedry pełniącej roli świątyni-wotum dziękczynnego za uzyskanie niepodległości, odłożona z powodu burzliwych wydarzeń w pierwszych dekadach XX stulecia. W myśli patriarchy, miał to być również symbol tryumfu chrześcijaństwa nad wielowiekową dominacją polityczną islamu na Bałkanach.
Nicolae Ceaușescu (na zdjęciu: z żoną Eleną w latach 80.) pozwalał na limitowaną działalność kościelną. Fot. Wikimedia/fototeca.iiccr.ro
Pomysły zakończyły jednak swój żywot w podobny sposób, jak w czasach II Rzeczypospolitej projekt budowy Świątyni Opatrzności Bożej na Polach Mokotowskich autorstwa Bohdana Pniewskiego. Do czasów wybuchu II wojny światowej rumuńskie elity nie były w stanie porozumieć się co do samego projektu świątyni, środków jej finansowania, a nawet lokalizacji.

Środowiska związane z dworem króla Ferdynanda I oraz elity liberalnej monarchii konstytucyjnej chciały projektu bardziej eklektycznego. Zbliżonego w pewnym sensie do petersburskiego Soboru św. Izaaka Dalmatyńskiego, wybudowanego w stylu neoklasycystycznym przez Auguste`a de Montferranda, obiektu bardziej przypominającego bryłą katedry Berlina i Londynu niż tradycyjne budowle sakralne bizantyjskie lub ruskie.

Rozważano więc zatrudnienie największych sław europejskiej architektury, ze szczególnym uwzględnieniem francuskiej, które od XIX wieku stanowiły niepodważalny wzór dla neoklasycystycznej przebudowy centrum Bukaresztu. Środowiska zbliżone do nurtu młodych nacjonalistów sympatyzujących z założoną przez Codreanu organizacją Żelazna Gwardia, chciały czegoś zupełnie innego: katedry „ludowej” nawiązującej do architektury Mołdawii, a nawet czasów przedchrześcijańskich Daków, gardząc „pozbawionymi ducha narodowego” projektami w stylu zachodnim.

Ewoluujące w stronę coraz bardziej autorytarną rządy kolejnego monarchy, Karola II, który w 1938 roku zdecydował się na zamach stanu i przejściowe rozgromienie narodowych radykałów, również nie przyniosły przyśpieszenia przygotowań do budowy katedry. Nawet pomimo tego, że król zdążył rozpocząć kolejną przebudowę Bukaresztu, przeprowadzoną tym razem pod znakiem monumentalnej architektury faszystowskich Włoch, a samego patriarchę Mirona uczynił... premierem.

Abdykacja Karola II na rzecz 19-letniego syna Michała, przejęcie władzy przez marszałka Iona Antonescu przy faktycznym ubezwłasnowolnieniu nowego monarchy oraz przystąpienie Rumunii do wojny po stronie Osi, pogrzebało ostatecznie plany budowy świątyni. Bukareszt nie zaznał co prawda niemieckiej okupacji, ale pod koniec stycznia 1941 roku jego ulice stały się sceną brutalnego ludobójstwa Żydów dokonanego przez powstałą z popiołów Żelazną Gwardię. Trzy lata później zaś stolica Rumunii znalazła się na celowniku intensywnych bombardowań alianckich.

Pod władzą sułtanów

W 1921 roku niemiecki podróżnik i autor przewodników Emil Sigerus scharakteryzował Bukareszt tak: „Z rozciągającego się po horyzont gąszczu domów i ogrodów wyrasta ponad sto kościołów”.

Ale cofnijmy się jeszcze o dwa wieki. Bukareszty – bo wówczas miasto to nazywano w liczbie mnogiej – stanowiły organizm kilkunastu oddzielonych od siebie pustkowiami mahalali – osad, przypominających nieco jurydyki dawnej, przedrozbiorowej Warszawy. Tworzyły je grupy niewielkich domów, cerkwi lub monasterów oraz hanów – rodzaj karawanserajów. Wraz z powozami i towarami zatrzymywali się w nich greccy i ormiańscy kupcy.

Pożegnanie ze Szwejkiem?

Sen polskich oświeconych liberałów o Czechach zakończył się zaskakującym przebudzeniem.

zobacz więcej
Karmili tam i myli swoje konie, zatrzymywali się na nocleg i chwilę modlitwy, zapalając świece w świątyniach lub w lampadach przed ikonami, rozmieszczonymi nad wysokimi łożami wyściełanymi perskimi i tureckimi kobiercami oraz pokrytymi atłasową pościelą. Każda mahala i han miały swoją własną cerkiew.

Wjeżdżających do Bukaresztów od strony Konstantynopola witała brama leżącego nad rzeką Dymbowica monasteru Vacaresti. 250 lat później dokończy on tragicznego losu wraz z ponad dwudziestu zabytkowymi świątyniami stolicy...

Bukaresztami rządzili wówczas fanarioci – rody wołoskie i mołdawskie, posługujące się językiem greckim i wychowane w greckiej i bizantyjskiej kulturze konstantynopolitańskiej dzielnicy Fanar. Oczywiście, wyznaczeni i w pełni zależni od tureckich sułtanów, którzy z pełną bezwzględnością łamali wszelkie dążenia do usamodzielnienia i zerwania zależności ze Stambułem.

Urzędnikami i członkami rządzącej elity byli bojarzy. Chętnie finansowali budowę nowych świątyń prawosławnych, które wyrastały w stolicy jak grzyby po deszczu. Ale już wtedy były tu starsze świątynie: istniejąca do dzisiaj Katedra Metropolitalna, zbudowana w XVII wieku w stylu tzw. renesansu wołoskiego, lansowanego przez księcia Konstantyna Brâncoveanu, znakomicie łączącego style Wschodu i Zachodu, i nazywana często od swojego mecenasa „stylem brinkowiańskim”.

Znajduje się ona tuż przy obecnym budynku niższej izby rumuńskiego parlamentu. Przez stulecia była świadkiem różnych dramatycznych wydarzeń – w 1862 roku na jej schodach zastrzelono konserwatywnego premiera Barbu Catargiu, szefa pierwszego w dziejach Rumunów rządu w stylu zachodniego parlamentaryzmu, w poprzedzającym „Stare Królestwo”, zależnym od Imperium Otomańskiego, Księstwie Wołoszczyzny i Mołdawii, rządzonym przez księcia Aleksandra Jana Cuzę.

Inna znana cerkiew to świątynia świętych Anny i Paraskiewy nazywana Batiștei, ufundowana przez słynną rodzinę Manciu, zajmującej się hodowlą mięsa czy jedna z najstarszych w mieście – Mărcuța powstała pod koniec XVI wieku. Każdemu zaglądającemu dzisiaj do tych świątyń od razu rzuca się w oczy ich niewielki rozmiar.

Zanim rebelia Tudora Vladimirescu z 1821 roku, skoordynowana w czasie z antytureckim powstaniem w Grecji, poparta przez zasadniczo liberalnego cara Rosji Aleksandra I oraz opinię publiczną ówczesnej Europy położyła kres rządom bukareszteńskich fanariotów, pierwszy powszechny spis w stolicy pokazał liczbę ponad 30 tys. „prawosławnych mieszkańców” i blisko sto obiektów sakralnych, nie licząc małych kaplic.

Czasy zbliżania się do rumuńskiej niepodległości w XIX wieku nie były jednak pomyślne dla bukareszteńskich cerkwi. Bojarzy i nowe elity państwa porzuciły orientalne, tureckie stroje przypominające sarmacko-orientalne ubiory polskiej szlachty. Przywdzieli francuskie surduty i angielskie meloniki, ogolili swój zarost, pozostawiając tylko europejskie bokobrody. Modne stały się wyśmiewane przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu” „francuskie nowinki”.

Uroczysta konsekracja Katedry Zbawienia Narodu w Bukareszcie była dla wielu Rumunów szczególną chwilą. 25 listopada 2018 r. Fot. Wikimedia/MIHAIL
Dzieci bojarów zaczęły studiować w Paryżu i czytać niemieckich filozofów. Stopniowo zaczęła postępować okcydentalizacja kraju, która pełną parą ruszyła w połowie wieku. Ulice i gmachy: parlament, poczta i hotele były budowane według, faktycznie najlepszych, wzorów paryskich, berlińskich i wiedeńskich. Niektóre cerkwie stały się potem nie pasującym do pozytywistycznego ideału balastem „epoki feudalnej”.

Tragiczna „złota epoka”

Odgórna modernizacja z XIX wieku, oparta na zachodnioeuropejskich wzorach, nie była jednak dla duchowego wymiaru Bukaresztu aż takim wyzwaniem, jak rządy komunistyczne. Rumuńscy towarzysze prowadzili co prawda dość dziwną politykę religijną, w której obok ewidentnych represji, zabójstw, aresztowań, brutalnych prześladowań oraz niemal całkowitego podporządkowania hierarchii Cerkwi polityce partii, pozwalali na limitowaną, ale jednak bardziej swobodną niż w ZSRR, działalność kościelną.

Od czasów Ceaușescu patriarchowie i niektórzy metropolici zasiadali nawet w marionetkowym parlamencie, co było zupełnym ewenementem w krajach bloku wschodniego. Gdy weźmiemy do ręki stare albumy krajoznawcze prezentujące regiony lub miasta Rumunii w czasach „złotej epoki”, jak propaganda nazywała trwające blisko ćwierć wieku rządy „słońca Karpat”, obok portretów „conducatora” i cytatów z jego „wiekopomnych” mów oraz powszechnych w ikonografii komunistycznej zdjęciach zakładów pracy, dymiących kominów i nowych bloków, znajdziemy stosunkowo dużo cerkwi, a nawet sfotografowanych na ich tle... kapłanów w sutannach i charakterystycznym, cylindrycznym nakryciu głowy noszonych przez prawosławne duchowieństwo.

Turyści z innych krajów obozu socjalistycznego, którzy w tym czasie odwiedzali Rumunię, byli nieraz zaskoczeni dużą ilością wiernych w cerkwiach. „Cerkwie starannie utrzymane. Czuje się nieustannie głęboko wrośnięte korzenie, których nie połamano. Nabożeństwo w cerkwi w Suczawie. To żyjące jeszcze prawosławie bardziej zbliża nas do Europy niż sowieckie nic – udające wiarę przyszłości” – pisał późniejszy prezes Związku Literatów Polskich (zawieszonego w stanie wojennym) Jan Józef Szczepański w swoim „Dzienniku” z 1972 roku, w którym relacjonował swoje wrażenia z pobytu w kraju Ceaușescu.

W innym fragmencie dodawał, że gdy jego samochód wpadł do rowu w jednej z miejscowości, wyciągnęli go wspólnie „grupa staruszków, żołnierz, pop i gajowy”.

To były jednak tylko pozory. Starzejący się dyktator pod koniec lat 70. wpadł na pomysł przebudowy całego centrum Bukaresztu w stylu łączącym cechy stalinowskiego socrealizmu, rumuńskiej architektury narodowej oraz budowli chińskich i północnokoreańskich, którymi zachwycił się podczas podróży na Daleki Wschód. W środku nowego centrum miał się znaleźć większy od Pentagonu i większości budowli rządowych na świecie Dom Ludowy, który byłby siedzibą głównych władz.
Listopad 2018 r. Budowa bukareszteńskiej katedry wciąż trwa. Fot. Wikimedia/MIHAIL
Pretekst do przebudowy pojawił się już nieco wcześniej. Było nim tragiczne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Bukareszt wieczorem 4 marca 1977 roku. Wiele budynków legło w gruzach i zginęło ponad półtora tysiąca osób. Miesiąc później, wojsko odgruzowujące stolicę niby przypadkiem naruszyło fronton cerkwi Enei z 1724 roku, znajdującej się w centrum miasta. Cerkiew w trybie natychmiastowym zniszczono.

Gdy na początku lat 80. ruszyła na dobre budowa Domu Ludowego, dyktator nie miał już żadnych skrupułów, choć biskupi dalej klaskali podczas jego wielogodzinnych przemówień. W połowie lat 80. ofiarami buldożerów padło blisko 24 zabytkowych, kilkusetletnich cerkwi: wspomniany wyżej monaster Vacaresti, i pochodzący z XVIII wieku Sfânta Vineri, uznany wcześniej za pomnik kultury.

Inne, jak monastery Mihai Voda i Spirea Vecha, miały więcej szczęścia i zostały tylko przesunięte w „mniej widoczne” miejsca. Stało się tak nie tyle dzięki determinacji milczącej i zakneblowanej hierarchii, ile świeckich. Przed kilkoma dniami zmarł w Bukareszcie w wieku 89 lat inżynier Eugeniu Iordachescu, który był pomysłodawcą tego rodzaju przesuwania cerkwi, które faktycznie uratowało egzystencję wielu świątyń.

Nie da się ukryć, że gdy wreszcie w 2004 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę Katedry Zbawienia Narodu – dokładnie vis a vis wybudowanego na polecenie Ceaușescu Domu Ludowego (którego formalnego otwarcia dyktator nie doczekał) – i w 2010 roku rozpoczęto jej budowę, której łączny koszt oceniono na blisko kilkaset milionów euro, państwo, niezależnie czy rządzone przez lewicę czy prawicę, hojnie sypnęło groszem, podobnie jak prywatni ofiarodawcy z kraju i emigracji.

Mit Bandery czy żywa pamięć o Wielkim Głodzie?

Ukraiński nacjonalizm stanowi dziś raczej rodzaj rekonstrukcji historycznej.

zobacz więcej
Budowę katedry traktuje się nie tylko jako ostateczne spełnienie testamentu przodków z XIX i XX wieku, ale również formę pokuty za lata systemu komunistycznego, barbarzyńską destrukcję bukareszteńskich świątyń w ostatniej dekadzie rządów Ceaușescu i co istotne – milczenie Cerkwi w tej sprawie, za które przepraszał jeszcze za życia, już po upadku reżimu, poprzedni patriarcha Teoktyst.

Głosy przeciwne budowie pojawiają się w debacie publicznej, i często opinie takie przekazują media zachodnie. Wydaje się, że dwiema zasadniczymi ośrodkami krytyki są architekci oraz liberalni naukowcy.

Ci pierwsi zwracają uwagę, że projekt nosi cechy gigantomanii stanowiącej kontynuację „faraońskich upodobań Ceaușescu”. Z kolei politolodzy i socjolodzy z uniwersytetów rumuńskich, jak cytowany przez „New York Times” prof. Claudiu Tufis twierdzą, że w tym przypadku mamy do czynienia z wyrzucaniem pieniędzy, które można zainwestować w modernizację kraju i politykę społeczną, jak również – z wyrazem dominacji ideologicznej Cerkwi, która chce rządzić duszami obywateli. Takim krytycznym głosom towarzyszą często wezwania do publicznej lustracji majątku Cerkwi.

Opinii liberalnych intelektualistów wydaje się jednak nie podzielać duża część zwykłych obywateli, którzy 25 listopada ubiegłego roku w dniu konsekracji katedry w stanie surowym, czekali kilka godzin w kolejce do tradycyjnego w niektórych Cerkwiach autokefalicznych ucałowania ołtarza. Stanowi on zwornik eucharystyczny świątyni i całej wspólnoty parafialnej.

W kwestii autokefalii Ukrainy – milczenie

Ten moment jest zresztą jedynym, gdy zwykli wierni, w tym kobiety, mogą swobodnie wejść za ikonostas. W uroczystej konsekracji, obok patriarchy Całej Rumunii, arcybiskupa Bukaresztu i metropolity Ungro-Wołoskiego Daniela, wziął udział także patriarcha ekumeniczny Bartłomiej, a tuż po nim – patriarcha Świętego Miasta Jerozolimy i Całej Afryki Teofil.

W samej liturgii uczestniczyło ponad 50 tys. wiernych, a wszystkie uroczystości transmitowała państwowa telewizja. W sytuacji ostrego konfliktu pomiędzy Moskwą a Konstantynopolem w kwestii autokefalii Ukrainy, obecność Bartłomieja w Bukareszcie odczytano jako symboliczne wsparcie rumuńskiej Cerkwi dla niego. Ale patriarcha Daniel dyplomatycznie unika jak na razie jasnych deklaracji w sprawie styczniowego tomosu dla nowej struktury cerkiewnej w Kijowie.
Oficjalne ukończenie budowy świątyni przewiduje się na 2024 rok. Budowla liczy ponad 120 metrów wysokości i pomieści kilka tysięcy wiernych. W architekturze łączyć będzie wpływy bizantyjskie oraz łacińskie, co ma odzwierciedlać złożoną tożsamość kultury rumuńskiej.

Siedem kopuł świątyni symbolizować będzie siedem sakramentów Kościoła (kopuły wieńczyć będą krzyże w stylu łacińskim). Z lotu ptaka katedra będzie podobna do okrętu – Kościół, który na falach życia podróżuje ku niebu i zbawieniu. Wnętrze z potężnym, złoconym ikonostasem ma przywoływać na myśl świątynię w Jerozolimie i wczesnochrześcijańskie kościoły z trzema przestrzeniami: dla wiernych, duchowieństwa oraz miejscem nazywanym Świętym Świętych obok ołtarza, do którego dostęp będą mieli tylko patriarchowie.

Umieszczony na górnym sklepieniu fresk Chrystusa-Pantokratora przypominać będzie, że to Syn Boży jest głową Kościoła, a sama wspólnota wiernych – jego ciałem. Na najwyższej wieży znajdzie się duża dzwonnica, na której znajdować się będzie punkt widokowy z windami. Obok świątyni powstaną hotel i jadłodajnie dla pielgrzymów, księgarnia literatury i religijnej oraz dom patriarchy.

Galilaee, vicisti! – za cesarzem Julianem „Apostatą” i Pankracym z „Nie-Boskiej Komedii” Zygmunta Krasińskiego mogą powtórzyć rumuńscy wierni, spoglądając ze schodów Katedry Zbawienia Narodu w stronę Domu Ludowego.

–Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Włodawa - miasto trzech kultur
Zdjęcie główne: Procesja mnichów prawosławnych z Omanu przed wybudowanym na rozkaz Nicolae Ceaușescu Domem Ludowym. Bukareszt, 24 października 2011 r. Fot. REUTERS/Bogdan Cristel
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy przyszłego prezydenta Ukrainy wybrała Moskwa?
Niebezpieczne związki. Faworyt wyborów powiązany z oligarchą, oligarcha używający argumentów Kremla.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Niemcy skłócone i podzielone. Hulajnoga niezgody
Nie chcą jej piesi, bo boja się o swoje zdrowie. Nie chcą rowerzyści, bo ścieżki będą jeszcze bardziej zatłoczone. Nie chcą wreszcie kierowcy, bo mają dość uważania na rowerzystów i pieszych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wszystkie grzechy obrońców życia
Polskie ruchy pro life mają rację, ale nie potrafią do niej przekonać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra...
Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Piewca seksualnych dewiacji. Jego teorie wpisano do standardów...
Uważał, że traumę u gwałconych dzieci wytwarza histeria dorosłych wobec pedofilii, a nie same działania pedofilów.