Historia

Na wschód od linii Łaby dokazywali wszyscy. Państwa sezonowe

Przełom 1918 i 1919 roku był czasem najbardziej romantycznym, gdy przez chwilę wydawało się, że każdy może sięgać po godło. Nagle pojawiło się kilkadziesiąt samozwańczych państewek, dziedzin i kraików, które czym prędzej brały się za ustanowienie własnej waluty, flagi, armii i znaczków pocztowych.

Byli jak powstańcy styczniowi i Żołnierze Wyklęci. Zdradzeni jak w Jałcie. Obrońcy najmniejszego królestwa

Wojsko i żandarmeria poczynały sobie z rebelią brutalnie, pacyfikując całe wsie i biorąc zakładników z rodzin czynnych jeszcze w górach powstańców.

zobacz więcej
Zagadnięcie wprost o wiek damy starszej niż 18, góra 25 lat przez stulecia uchodziło najpierw za skandal, później za nietakt. Tej sugestii (bo już nie reguły) obyczajowej nie zniosła do końca ani rewolucja obyczajowa lat 60., ani ofensywa feminizmu, ani nawet żenująca praktyka współczesnych tabloidów, informujących o szczegółach metryki każdego nieszczęśnika, który trafia na ich łamy.

A skoro tak, wygląda na to, że państwa (wbrew – przynajmniej w polszczyźnie – rodzajowi gramatycznemu) mają naturę raczej męską niż kobiecą. W ich przypadku bowiem, podobnie jak to się dzieje z niewątpliwie męskimi single maltami i koniakami, age matters.

Tytułem do chwały jest starożytność urodzenia i ciągłość instytucjonalna. Spory, a przynajmniej przepychanki prestiżowe z tego tytułu nigdy nie gasną. Powszechnie szanowana jest starożytność Japonii (założyciel dynastii, cesarz Jimmu, panować miał wedle tradycji od roku 600 p.n.Chr.). Podobnie starożytny rodowód Armenii można postrzegać jako symboliczne zadośćuczynienia za nieszczęścia, jakie spotkały ten naród w XX wieku. Persja i Etiopia mają swoje powody do dumy, w samej Europie zaś Francja, wywodząca swą chwałę od Chlodwiga (r. 481), Dania i Portugalia ze zgrzytaniem zębami uznają prymat San Marino.
Od 1973 roku na szwedzkim tronie zasiada Karol XVI Gustaw (na zdjęciu z żoną, królową Sylwią i następczynią tronu Wiktorią) z dynastii Bernadotte panującej od 1818 roku. Fot. Pascal Le Segretain/WireImage/Getty Images
Oczywiście, nie brakuje przy tym okazji do rozszczepiania włosa na czworo: czym innym jest ciągłość narodu, z poświadczonym w źródłach istnieniem języka i tradycji, czym innym – państwa, które zachowuje ciągłość instytucjonalną, jeszcze czym innym – powstanie państwa, które odwołuje się do starożytnych tradycji mimo, że w międzyczasie zmienił się zamieszkujący te ziemie lud, jego język i instytucje.

Dlatego szczególnie szanowane są trony Japonii i Kambodży, w Europie – dynastie skandynawskie i brytyjska (nawet, jeśli świadomi jesteśmy w tych przypadkach pewnego sztukowania ciągłości dynastycznej tkaniny), osobna ranga należy się Watykanowi, nikt zaś nie traktuje szczególnie poważnie pretensji współczesnego Egiptu do dziedzictwa faraonów.

Smutny los jętki jednodniówki

Jakim zatem szokiem musiał być rok 1918 dla współczesnych? Koniec Wielkiej Wojny, niszczącej Europę hekatomby – to jedno. Drugie – to upadek wielkiej dynastii sięgającej początku średniowiecza (Habsburgowie), trzech nowożytnych (Romanowowie, Hohenzollernowie, dom ottomański), a przy okazji trzech – formalnie – królestw (Bawaria, Saksonia, Wirtembergia), siedmiu Wielkich Księstw i tuzina pomniejszych organizmów składających się na Rzeszę Niemiecką.

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

zobacz więcej
Ale czy dużo mniejszym szokiem było pojawienie się kilkudziesięciu samozwańczych państewek, dziedzin i kraików, które czym prędzej brały się za ustanowienie własnej waluty, flagi, armii i znaczków pocztowych, chociaż często czekał je los jętki jednodniówki?

Ten wstrząs był ograniczony niemal wyłącznie do Europy Środkowej, gdzie zbiegły się fale tektoniczne towarzyszące zapaści wszystkich wyżej wymienionych imperiów, po czym doszła kolejna, towarzysząca wypiętrzaniu się bolszewizmu.

Na Zachodzie za to – bez zmian. Owszem, fundamenty imperiów kolonialnych zaczynały trzaskać, ale niemal nikt niego jeszcze nie słyszał, a na zewnątrz wszystko, ze starymi herbami włącznie – jeśli nie liczyć Irlandii, przez całe Dwudziestolecie wędrującej od autonomii do niepodległości i targanej niepokojami Republiki Weimarskiej – wydawało się trwałe.

Za to na wschód od linii Łaby… Dokazywali wszyscy. Spróbujmy, zamykając krótki cykl publikacji o niepodległościach, jakie rozkwitły po I wojnie światowej przypomnieć podmioty, które również usiłowały wziąć udział w tym „wielkim otwarciu”, ale po kilku tygodniach lub miesiącach nie dotrzymały pola.

Nurty „arbuzowe”

Nie uda się opowiedzieć o wszystkich, historia notuje takich prób kilkadziesiąt. Zmilczymy więc drobiny, które w pierwszej chwili stanowiły „zaczyn” powstawania niepodległego państwa, a z czasem zostały wchłonięte przez większe, lecz pokrewne struktury. Nie będziemy pisać o „Rzeczpospolitej Ostrowskiej”, powstałej w listopadzie 1918, miesiąc przed wybuchem powstania wielkopolskiego, na wschodnich obrzeżach zaboru pruskiego ani o rówieśnej jej „Republice Pińczowskiej”, ani o Polskiej Radzie Narodowej na „węgierskim” Spiszu, w Starej Lubowni, ani o radykalnej „Republice Tarnobrzeskiej” pod rządami Tomasza Dąbala.
Siedzibą władz Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad przez tydzień był pałac Branickich w Białymstoku, a przez dwa dni – plebania w Wyszkowie. Na zdjęciu: członkowie Polrewkomu na początku sierpnia 1920 roku. W centrum: Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon. Fot. Wikimedia
A skoro nie o radykałach, to przyjdzie pominąć dwa potężne nurty, które można by nazwać „arbuzowymi”: zielone i czerwone.

„Zieloni” nigdy bodaj nie wystąpili z pretensjami do utworzenia państwowości; stanowili jednak siłę, której rozmiary dopiero dziś zaczynają szacować historycy. Mowa o swoistym, mieniącym się odcieniami konglomeracie, który w zmiennych proporcjach tworzyli chłopi zrewoltowani przeciw dworom i dawnym powinnościom, miejscowi „ludzie luźni”, pospolici rzezimieszkowie i bandyci oraz rosnąca liczba dezerterów.

Ta amorficzna masa biwakowała po lasach, podchodziła pod dwory i łupiła małe miasteczka od puszcz litewskich i karpackich, przez Lasy Niepołomickie i Szumawę po bezdroża Gór Dynarskich i puszty, czasem wspierając nowe siły narodowe rozsadzające stare państwa, częściej – żerując na niewydolności tych ostatnich.

Na wschodzie Europy bolszewicy zdołali w większości wciągnąć „zielonych” do swoich szeregów (chociaż warto przypomnieć, że najgroźniejszy i najdłuższy opór stawiali im powstańcy chłopscy: od anarchistów Nestora Machno po Powstanie Tambowskie.

Znacznie lepiej zorganizowani byli, rzecz jasna, „czerwoni” – i powoływali, przy wsparciu politycznym, militarnym i wywiadowczym Moskwy kolejne efemeryczne republiki rad: od Bawarskiej (kwiecień 1919), Węgierskiej (marzec-sierpień 1919) i Litewsko-Białoruskiej (tzw. LitBieł) aż po wirtualną niemal Alzacką, Słowacką, Galicyjską, wreszcie, bagatela, Polską Socjalistyczną Republikę Rad, której siedzibą – ach, te nieuleczalne polskie tęsknoty szlacheckie i klerykalne! – przez tydzień był pałac Branickich w Białymstoku, a przez dwa dni – plebania w Wyszkowie…

Jak odrodzić chwałę krzyżaków

Pozostańmy przy tworach, które narodziły się i przeminęły wraz z zamętem roku 1918 i – co ważniejsze – nigdy nie odrodziły się w podobnym kształcie, o inicjatywach najbardziej heroicznych lub groteskowych, skazanych na niepowodzenie, ale i pokazujących, że przełom 1918 i 1919 roku był w tej części Europy czasem najbardziej romantycznym, gdy każdy mógł sięgać po godło i przez chwilę wydawało się, że można mierzyć zamach podług sił.
Zakon Krzyżacki cały czas działa na wyobraźnię. Inscenizacja bitwy pod Grunwaldem odbywa się co roku na polach pod Stębarkiem. Fot. PAP/Tomasz Waszczuk
Nad Bałtykiem, jeśli zacząć od północy, miały się spełnić sny Hohenzollernów o odrodzeniu chwały Zakonu Krzyżackiego, stanowiące zwieńczenie dość trzeźwej, geopolitycznej myśli o stworzeniu półksiężyca satelickich państwek, zależnych od Berlina: kadłubowej Ukrainy, Królestwa Polskiego, Litwy, Finlandii… Wszystko to jednak miały być twory rządzone przez odrębne narody tytularne.

Prawdziwie niemieckie – na ziemiach, gdzie pojawiły się pierwsze aspiracje do ogłoszenia niepodległości przez Łotwę i Estonię – miało być Wielkie Księstwo Kurlandii i Semigalii.

Rada (Landesrat), utworzona przez zamożnych Niemców bałtyckich, zapragnęła odrębnego, podporządkowanego Berlinowi tworu. Ostatki rodu władcy tych ziem sprzed 200 lat, niesławnej pamięci Birona, żyły jeszcze, koronę zaproponowano jednak wprost Wilhelmowi II.


Cesarz uchylił się jednak przed tym zaszczytem (chociaż już w połowie marca 1918 Berlin, jako jedyna stolica, uznał Księstwo), tym bardziej, że roił już bardziej aktywne plany: po co Kurlandia i Semigalia, kiedy powołać można Zjednoczone Księstwo Bałtyckie, Vereinigtes Baltisches Herzogtum?

Niedoszła Kurlandia została doń wcielona decyzją cesarza Wilhelma we wrześniu 1918 – i wtedy też, dosłownie na miesiąc przed końcem wojny, zadecydowano, że na tronie połączonego unią personalną z Cesarstwem księstwa zasiądzie Adolf Fryderyk, książę Meklemburgii.

Wszystko już było: i Zgromadzenie Prowincjonalne, taki quasiparlament (Vereinigter Landesrat funkcjonujący od kwietnia do końca listopada), i Rada Regencyjna z baronem Aldolfem von Pilchau na czele, i podział administracyjny (siedem kantonów, od Kurlandii po wyspę Ösel, czyli dzisiejszą Saremę) – cóż, kiedy wcześniej ogłosiły niepodległość wspierane przez Ententę Łotwa i Estonia, i historyczna flaga (poziomy czarny krzyż w białym polu) nie załopotała nad bursztynonośnymi piaskami.

Piękna i daremna Pogoń

Więcej szczęścia miały inne sztandary: czerwone płótno z białym orłem i rycerzem (Pogonią) na białym koniu, flaga Litwy Środkowej, powiewała nad Wilnem aż przez półtora roku, od jesieni 1920 roku do kwietnia 1922.
Flaga Litwy Środkowej wcielonej do II RP 18 kwietnia 1922 roku. Fot. Wikimedia
Dopiero wtedy Litwa Środkowa, twór powstały formalnie w wyniku szybkiego marszu oddziałów gen. Żeligowskiego – a faktycznie w następstwie marzeń Józefa Piłsudskiego – wcielony został do Rzeczypospolitej. Wspólne państewko Kresowian, zwornik wyśnionej federacji polsko-litewskiej, nie ostało się wobec wrogości Polaków i Litwinów – podobnie jak maleńka Republika Perloja nad Mereczanką, istniejąca niezależnie od Litwy i Polski w latach 1918-1921.

A tuż obok Litwy, a właściwie niemal na tym samym terenie (we śnie nie obowiązuje ścisły podział przestrzeni i przedmioty mogą się wzajemnie przenikać) miało przecież powstać jeszcze… Królestwo Białorusi, o którym nikt nie napisał piękniej niż Marian Brandys w „Moch przygodach z historią”.

Było to „w marcu lub kwietniu 1920 roku, kiedy świat zaledwie się zielenił, a w parku miejskim – dawniej Mikołajewskim, a od roku im. Henryka Sienkiewicza – robiono pierwsze wiosenne porządki (…) i tego samego dnia porucznik Sciapan Sawicki z Ochotniczej Dywizji Białoruskiej generała Bułaka-Bałachowicza wprowadził się do naszego mieszkania wraz z całym swym dobytkiem, przydźwiganym przez wąsatego żandarma z komendy miasta.”.

Królestwo, nie królestwo.. Dłużej i trwalej, bo przez ponad pół roku, istniała Białoruska Republika Ludowa (Narodowa) ukonstytuowana jeszcze pod okupacją niemiecką, w marcu 1918 roku, i trwająca aż do początków roku 1919, kiedy weszły na jej terytorium oddziały polskie i sowieckie.

BRL miała więcej kadr (i dziedziców) niż partyzantka zagończyków Bułak-Bałachowicza, którzy jakby trafili między karabiny maszynowe prosto z kart pierwszego tomu „Potopu”, w drodze powrotnej z zajazdu na Wołmontowicze. Co było wspólne republice i królestwu – Pogoń na sztandarze, piękna i daremna.

Jak Huculi pognali honwedów

Swojego sztandaru nie doczekali się Huculi: praktyczni i rzeczowi, chcieli tylko, by po ich ślebiodach przestały przetaczać się coraz gorzej żywione, więc coraz bardziej agresywne oddziały Węgrów, Rumunów, Czechów i nowej na tych terenach formacji – Siczowych Strzelców, zbrojnego ramienia Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej.
Huculi proklamowali wprawdzie własną republikę, ale nie przetrwała ona długo. W II RP musieli zadowolić się własnymi oddziałami Przysposobienia Wojskowego, które w strojach regionalnych mogły paradować w czasie wizyt zagranicznych notabli. Na zdjęciu: przed królem Rumunii Karolem II na Polach Mokotowskich. Fot. NAC
Włościanie najpierw powołali, jeszcze w lecie 1918 roku, Huculską Radę Narodową i miejscowe siły samoobrony, dowodzenie którymi przekazano w ręce doświadczonego, urlopowanego rodaka-oficera, Stepana Kłoczuraka. Samoobrona, licząca wówczas około 200 osób, została zreorganizowana i przemianowana na Narodną Oboronę.

Kiedy jednak do Jasini, która wyrastała na stolicę irredenty, dotarły wieści o walkach polsko-ukraińskich, postanowiono się czym prędzej odseparować i ogłosić secesję – od wszystkich.

Niby Huculi praktyczni, ale fortel zastosowali najbardziej malowniczy ze wszystkich wojujących stron. Stolicę wyzwolili od węgierskich honwedów 8 stycznia 1919 r., przebierając bojowców Obrony Ludowej za kolędników, krążących od chaty do chaty. Węgrów bez strat własnych ani cudzych związano w kij, i już 9 stycznia proklamowano, w widłach Tereswy i Prutu Republikę Huculską, bogatą w kopaliny (nafta), drewno i winnice.

Niemcy kapitulowali. Zdobywanie fortów i koszar przez frontalne ataki to mity zrodzone w II RP

Walki nie zawsze pasowały do opinii Wielkopolan jako mistrzów organizacji. Bywały chaotyczne i bez należytego rozpoznania terenu.

zobacz więcej
Nie stała się jednak Republika małym, wschodnioeuropejskim emiratem: chociaż oddziały zbrojne w ciupagi wzięły szturmem stacje kolejowe w Rachowie i Byczkowie, a 17 stycznia – Syhot Marmaroski (Sighetu Marmației). Dana jej była egzystencja w pasie ziemi niczyjej nie dłuższa niż pół roku. Już w lecie 1919 r. silne oddziały rumuńskie zajęły tę część Zakarpacia.

Czymś podobnym były, znacznie bardziej efemeryczne, rusińske Republika Komańczy i sąsiadująca z nią od wschodu Republika Łemowska…

Republikanie w pikielhaubach

Najkrócej istniejące państwo? Nie doczekało się nawet nazwy, trzeba by ad hoc zaproponować „Republikę Łapską”, i przez kilkadziesiąt godzin swojego istnienia było zbrojną w kilkaset karabinów i dwie lokomotywy pancerne pogróżką, niczym więcej.

A jednak, pisząc o efemerydach zimy 1918/1919, trzeba wspomnieć i o tym: w pierwszym tygodniu stycznia 1919 roku wycofujące się ze wschodu oddziały niemieckie, przemykające dotąd bez przeszkód przez terytorium nowo powstającej Polski kilkoma sprawnymi liniami kolejowymi, na wieść o Powstaniu Wielkopolskim zagroziły zablokowaniem torów w Białymstoku i stworzeniem miejscowej „republiki niemieckiej” ze stolicą w Łapach w charakterze posunięcia odwetowego..

Po kilkudziesięciu godzinach republikanom w pikielhaubach udało się wyperswadować pomysł nowego osadnictwa na prawie niemieckim – ale sama koncepcja zawisła przez chwilę w powietrzu.

Kiedy Szwejk został dobrym wojakiem

Czyn legionowy? No, oczywiście! Kto wie, czy liczbowo nie brało w tego rodzaju działaniach udział więcej Czechów niż Polaków?

zobacz więcej
Co innego Niemcy na pogranicznych ziemiach Korony św. Wacława i Austrii; jak już pisaliśmy w Tygodniku TVP, zdołali utworzyć jesienią 1918 roku aż cztery mikrorepubliki: Niemieckie Czechy (Deutschböhmen), Kraj Sudecki (Sudetenland), Czeski Las (Böhmerwaldgau), wreszcie Niemieckie Morawy Południowe (Deutschsüdmähren). Wszystkie cztery twory przyszło Czechom zająć zbrojnie w grudniu tego samego roku, ich premierzy zaś rezydowali z honorami w Wiedniu, a następnie nieskutecznie bronili niezawisłości swoich państewek na Konferencji Wersalskiej.

Generał się szarogęsi

Znacznie skuteczniejszy okazał się Rudolf Maister, Słoweniec w służbie austro-węgierskiej, patriota i poeta.

Dowiedziawszy się pod koniec listopada 1918 roku, że rada miejska Mariboru (Marchburga), stolicy ówczesnej prowincji Dolnej Styrii o mieszanym, słoweńskim i niemieckim zaludnieniu, opowiedziała się za przyłączeniem miasta do Austrii, Maister nie namyślał się długo. Sformował oddziały, wkroczył do Mariboru, oświadczył (samozwańczo), że w imieniu władz powstającego właśnie Królestwa SHS w Belgradzie zajmuje te tereny i na czele swoich kilkuset Słoweńców, do których ochoczo dołączali powracający z niewoli austriackiej Serbowie, zajął większość podalpejskiego, południowego pogranicza Austrii.
Węgrzy, którzy usiłowali oderwać kawałek swoich ziem od Austrii, powołali Banat Litawy (Lajtabánság). Państewko przetrwało wprawdzie ledwie miesiąc, ale miało swoją flagę. Fot. Wikimedia
Owszem, spowodował kilka potyczek, samozwańczo nadał sobie tytuł generała, i w ogóle niemało się szarogęsił – ale doprowadził dzięki temu do przeprowadzenia w 1920 referendum na całym pograniczu jugosłowiańsko-austriackim, uzyskując dla swojej ojczyzny kilkaset kilometrów kwadratowych Alp.

Słoweńcy okazali się w tym czasie niesłychanie bitni: rodak Maistora, Vilmos Tkálecz, na wiadomość o ustanowieniu „czerwonego terroru” przez Belę Kuna w Budapeszcie, zmobilizował 29 maja 1919 roku grupę przyjaciół słoweńskiego pochodzenia osiadłych na prawym brzegu rzeki Mury (etnicznie – słoweńskich, politycznie, od średniowiecza, pod panowaniem Węgier) i utworzył Republikę Prekmurja – przez chwilę okupowaną przez Węgrów, lecz ostatecznie przyłączoną do Królestwa SHS.

Węgrzy usiłowali z kolei oderwać kawałek swoich ziem od Austrii, powołując we wrześniu 1921 roku miesięczny zaledwie Banat Litawy (Lajtabánság).

Znaczki z comandante

Ale oczywiście ani Maister, ani Tkálecz nie dorastali do pięt fiołkowookiemu bożyszczu pań – lotnikowi, poecie, żołnierzowi i kochankowi Italii Gabriele d’Annunzio.

12 września 1919 roku na czele oddziałów ochotników 56-letni marzyciel zajął, w trosce o interesy Włoch, ówczesne Fiume, dziś chorwacką Rijekę. Mało tego: kiedy na mocy traktatu z Rapallo (nie tego zgubnego dla II RP porozumienia Niemców i Sowietów, lecz umowy włosko-jugosłowiańskiej z 1920 roku) sam Mussolini nakazał pułkownikowi opuszczenie miasta – D’Annunzio czym prędzej proklamował tamże, 8 września 1920 roku Regencję Carnaro (Reggenza Italiana del Carnaro) i władał nią jako comandante aż do Bożego Narodzenia tego roku, kiedy to dawny idol i przyjaciel Benito stracił cierpliwość i zlikwidował suwerenność Regencji kilkoma wystrzałami z pancernika.
Gabriele D’Annunzio był nie tylko na znaczkach, ale I kartkach pocztowych Fiume. Fot. Wikimedia
Poecie nic to nie zaszkodziło (Italii też nie – w roku 1924 Fiume ostatecznie znalazło się w granicach Włoch), a na pamiątkę swoich rządów zabrał ze sobą na wygnanie kilka arkuszy znaczków ze swą wykutą w marmurze podobizną.

I tak to się działo, od równin Banatu, gdzie w sierpniu 1921 przez tydzień funkcjonowała „Serbsko-Węgierska Republika Baranja-Baja” po szczyty gór Prokletije, gdzie od lipca do listopada tegoż roku powiewała flaga katolickiego mini-państewka albańskiego znanego jako Republika Mirdity (Republika e Mirditës), wspieranego politycznie przez Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców a militarnie – przez niedobitki białorosyjskiej armii Wrangla, której władca SHS udzielił azylu…

I tak proklamowano i poddawano się, wywieszano wszelkie sztandary, byle nie białe, chcąc nacieszyć się niepodległością, którą przez ostatnich 150 lat zmonopolizowało dla siebie kilka potęg.

Wiele się od tego czasu zmieniło w całym regionie, ale jedna prawda pozostała niezmienna: za sprawą dokonań miejscowych ludów, szczególnie Węgrów, Serbów i Rosjan, tutejsze wulgaryzmy wzbijają się na wyżyny poezji, ale nadal największą obelgą, jaką sformułować można pod adresem ościennego państwa, pozostaje niemieckie Saisonstaat.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Przyjaciele Jana Olszewskiego. Wyklęci, zamordowani, złamani
Nieznana opowieść byłego premiera o zaangażowaniu w mikołajczykowskie PSL i o tragicznych losach jego kolegów z tamtych czasów.
Historia Najnowsze wydanie
Choroba nie-Crohna
Odkrycie Polaka „podebrali” Amerykanie.
Historia Poprzednie wydanie
Polskę już raz zabiła wielokulturowość
Władcy Europy – perorujący o prawach człowieka i społeczeństwie obywatelskim – co jakiś czas dają do zrozumienia, że nie jest ona własnością wszystkich Europejczyków.
Historia Poprzednie wydanie
Magia liczb. Dlaczego Piątek nie może grać z „dziewiątką”?
Kto zagrał z numerem „618”, i dlaczego nikt w Legii nie założy już koszulki z „10”? Jakie liczby przynoszą futbolistom pecha, a jakie dają szczęście?
Historia wydanie 1.02.2019 – 8.02.2019
Szmacianymi lalkami ratowały życie żołnierzy
Polski Biały Krzyż. Nie powstał w opozycji do Czerwonego, ale z niemożności.