Kultura

Pępek świata epoki pudrowanych peruk: szulernia, rozpusta i wielka sztuka

Choć trudno w to uwierzyć, są ludzie, którym muzyka Vivaldiego się nie podoba. Zarzucają jej przewagę formy nad treścią. Z kolei malarze Serenissimy bywają krytykowani za nadmierną ozdobność. Zdaniem złośliwców, weneckim mistrzom przyświecały cele nader przyziemne: ich obrazy są w istocie reklamami ubrań, peruk, mebli i tapiserii.

Paryż wrze. Bunt przeciwko elitom

Prezydent twierdzi, że to Marine Le Pen ponosi odpowiedzialność za przemoc, bo zwołała ludzi w okolice Pól Elizejskich. Sęk w tym, że „żółte kamizelki” z jej partią nie mają wiele wspólnego.

zobacz więcej
Od wielu tygodni w weekendy na Polach Elizejskich obywatele w żółtych kamizelkach dają wyraz swemu rozczarowaniu Emmanuelem Macronem. Bywa, że z tego powodu ze względów bezpieczeństwa drzwi do Grand Palais zamyka się na głucho. A fani rokoka, którzy chcieliby zwiedzić paryską wystawę „Olśniewająca Wenecja”, czasem całują klamkę.

Jest w tym jakaś ironia losu. To Francuzi, mamiąc Wenecjan hasłami społecznej rewolucji, 220 lat temu położyli kres istnieniu najstarszego wówczas państwa w Europie. Oni również walnie przyczynili się do powstania czarnej legendy republiki świętego Marka: zmurszałej, egoistycznej i wrogiej postępowym ideom „ladacznicy Adriatyku”.

Dyskretny urok oligarchii

Niechęć oświeconych salonów Paryża do Serenissimy (pełna nazwa Rzeczypospolitej Weneckiej brzmiała Serenissima Repubblica di Venezia), której ustrój ukształtował się jeszcze w średniowieczu, była podszyta zazdrością. Oba miasta rywalizowały bowiem o miano nieoficjalnej stolicy Europy. Wenecja miała wówczas ponad 150 tysięcy mieszkańców, trzy razy więcej niż obecnie. Unikała wojen, co przychodziło jej tym łatwiej, że odwieczny wróg – Turcja – słabł w oczach. Ruch w porcie się zmniejszał, wielki handel przeniósł się na Atlantyk, republika traciła rynki zbytu.

Wenecka oligarchia, w odróżnieniu od polskiej, nie zatraciła jednak instynktu państwowego. Utrwalony w kulturze wizerunek podupadłej „władczyni mórz”, odcinającej kupony od dawnej sławy, trwoniącej resztki energii na niekończących się balach, festynach, koncertach, regatach i bankietach jest tylko częściowo prawdziwy.

Owszem, moraliści pomstowali na upadek obyczajów (taka już ich rola), lecz w XVIII wieku nikt nie podejrzewał, że Serenissima stoi nad grobem. Wręcz przeciwnie – zdawała się tętnić życiem. Stać ją było na inwestycję w postaci wielkiego podwodnego wału, chroniącego wyspy przed zatopieniem. Poza tym pogłębiano kanały, budowano nowe i odnawiano stare kościoły oraz gmachy publiczne.
Karnawał w Wenecji. Zamaskowana uczestniczka zabawy w kawiarni na Placu św. Marka. Fot: Marco Di Lauro / Getty Images
W epoce pudrowanych peruk i trójgraniastych kapeluszy Wenecja stała się obowiązkowym przystankiem na trasie Grand Tour, najczęściej odwiedzanym i malowanym miastem świata. Władze republiki świadome, że tradycyjne źródła dochodów wysychają, postawiły na luksusowe rzemiosło, kulturę i turystykę.

Chrześcijaństwo było wówczas w kryzysie, nawet w Rzymie ludzie majętni i wykształceni chętniej zwiedzali starożytne zabytki niż kościoły. Nad lagunę też nie pielgrzymowało się dla relikwii, zgromadzonych w bazylice świętego Marka. Ze wszystkich wyznań XVIII-wieczni podróżnicy najczęściej praktykowali hedonizm.

Twarze jak cytryny

Polka, Rosjanka, Żydówka. Miała słabość do pań i panów. Ale przede wszystkim – do sztuki

Żartowano, że gdyby spisała Biblię na nowo, byłaby ona lepsza od oryginału.

zobacz więcej
W Wenecji karnawał trwał okrągłe pół roku. Wykorzystywano każdą okazję do zabawy i świętowania. Sezon zaczynał się od uroczystych zaręczyn republiki z morzem. Gdy doża ze swej ozdobnej łodzi zwanej Bucentaurem rzucał pierścień w fale Adriatyku, lud szalał z radości. Serenissima słynęła z kawiarni, w których podawano również czekoladę. Na samym tylko placu świętego Marka działało ich 36.

Nadal utrzymywał się zwyczaj wykonywania w tym miejscu publicznych egzekucji, ale miasto oferowało też inne rozrywki. Miłośnicy opery mieli do wyboru kilkanaście teatrów, co miesiąc na afisz trafiała przynajmniej jedna nowość. Niektóre spektakle trwały po osiem godzin. Po prawdzie cała Wenecja była wielką sceną, na której tubylcy i przybysze grali wyznaczone role.

O Las Vegas jeszcze się nikomu nie śniło, gdy w Ridotto w jedną noc rodziły się i przepadały fortuny. Zwyczaj kazał, by do pałacu, będącego prototypem dzisiejszego kasyna, wchodzić w masce. To ułatwiało zadanie szulerom.

Mało kto miał tyle klasy, co duński król Fryderyk, który grając w faraona rozbił bank. Chcąc naprawić ów nietakt, monarcha udał, że się potknął, wywrócił stolik i szybko wyszedł dając szansę przegranym na pozbieranie z podłogi złotych monet.

Gdy w 1774 roku po kolejnym skandalu władze zamknęły Ridotto, nad laguną zapanowała żałoba. Kpiono, że twarze żydowskich lichwiarzy, pożyczających graczom pieniądze, zżółkły jak cytryny, zaś „dłonie zubożałych arystokratów, nawykłe do tasowania kart przez dziesięć godzin dziennie, pomarszczyły się i skurczyły”.


Jak łatwo się domyślić, szybko powstało wiele nowych, tym razem nielegalnych, jaskiń hazardu, z reguły zaopatrzonych w dwa wejścia (co umożliwiało sprawną ewakuację w razie nalotu policji).

Randka w klasztorze

Wenecja była nie tylko szulernią, ale i lupanarem Europy. Już Boccaccio nazywał ją „siedliskiem wszelakiej wszeteczności”. Z niektórych wyliczeń wynika, że co piąta mieszkanka miasta parała się prostytucją. W podcieniach placu św. Marka matki sprzedawały cnotę własnych córek.

Kurtyzany, odziane w wykwintne szaty, potrafiły prowadzić uczone rozmowy i recytować poezje. Pospolite ulicznice paradowały z obnażoną piersią i pękiem kwiatów zatkniętych za uchem.

Niektóre żeńskie klasztory miały opinię słabo zakamuflowanych zamtuzów. Ich pensjonariuszki uczestniczyły w karnawałowych hulankach i przyjmowały w celach kochanków. Bywało, że w domach publicznych burdelmamę nazywano „przeoryszą”, zaś jej podopieczne „siostrami”.

Nic dziwnego, że markiz de Sade czuł się tu jak ryba w wodzie. „Powietrze w Wenecji jest wilgotne, odurza i zachęca do rozpusty” – tłumaczyła tytułowa bohaterka jego libertyńskiej powieści „Julietta, czyli powodzenie występku”.
Canaletto żerował na majętnych turystach – jego miejskie krajobrazy uchodziły za idealną pamiątkę z Grand Tour. Na zdjęciu: „Plac św. Marka” – Giovanni Antonio Canal, obraz namalowany około 1742-1744 r. W zbiorach National Gallery of Art w Waszyngtonie. Fot. Wikimedia Commons/Canaletto - 2. National Gallery of Art1. The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202., Domena publiczna
Twórcy paryskiej wystawy zignorowali markiza, co jeszcze można zrozumieć. Trudniej wytłumaczyć absencję Giacomo Casanovy, nieodrodnego dziecka Serenissimy, postaci wręcz emblematycznej dla epoki. Czyżby wszystkie konterfekty słynnego lowelasa trafiły na ekspozycję „Uwiedzenie Europy”, krążącą po Ameryce?

W dzisiejszej Wenecji Casanova chyba nie czułby się dobrze. Dawna stolica rozpusty jest chyba jedynym dużym miastem bez sex shopu.

Ksiądz z głową do interesów

Słońce Peru świeci w Polsce, pożar gasi Matka Boska, a mężczyzna ma trzy twarze

Staliśmy się pośmiewiskiem Europy mniej więcej w tym samym czasie. Hiszpański hidalgo i polski szlachcic dogadaliby się nawet na trzeźwo. A Polak i mieszkaniec zamorskich kolonii Hiszpanii?

zobacz więcej
W jedenastu salach Grand Palais na zwiedzających czeka zacny wybór obrazów, rycin, rzeźb i zbytkownych przedmiotów. Muzealny schemat przełamuje współczesna instalacja Isabelle de Borchgrave – spod kopuły zwisa siedem rokokowych sukni z papieru.

Wypchany lew, małpa, papuga i wielbłądziątko nawiązują do serii obrazów, na których Pietro Longhi uwiecznił niedolę egzotycznych zwierząt, sprowadzanych do Wenecji z okazji karnawału.

Wystawa o mieście, które od bladego świtu rozbrzmiewało muzyką, nie może obyć się bez instrumentów i partytur. Republika świętego Marka wychowała i przygarnęła niejednego kompozytora i śpiewaka. Występowali tu kastrat Farinelli i niemniej słynna sopranistka Faustina Bordoni (żona Johanna Adolfa Hassego, nadwornego dyrygenta polskich królów).

W Wenecji urodził się Lorenzo da Ponte, librecista Mozarta. Z pochodzenia Żyd, z zawodu duchowny, podzielił los Casanovy: za rozwiązłość wygnano go z miasta.

Dla turystów - melomanów niezapomnianym przeżyciem była wizyta w ospedale, sierocińcu, w którym dziewczęta na koszt państwa zdobywały gruntowne wykształcenie muzyczne. Występy sierot gromadziły tłumy, zaś wokalna wirtuozeria uczyniła je sławnymi w całej Europie.

W jednym z takich przybytków przez 40 lat gry na skrzypcach uczył Antonio Vivaldi. Rudy ksiądz, jak na mieszkańca laguny przystało, miał głowę do interesów. Przestał publikować swe dzieła, gdy odkrył, że na sprzedaży partytur zarobi więcej. A kompozytorem był wyjątkowo płodnym, potrafił napisać operę w pięć dni.

Imigranci mile widziani

Choć trudno w to uwierzyć, są ludzie, którym muzyka Vivaldiego się nie podoba. Zarzucają jej przewagę formy nad treścią. Z kolei malarze Serenissimy bywają krytykowani za nadmierną ozdobność. Zdaniem złośliwców, weneckim mistrzom przyświecały cele nader przyziemne: ich obrazy są w istocie reklamami ubrań, peruk, mebli i tapiserii. Nawet żebracy paradują na nich w kosztownych strojach.

W XVIII stuleciu epoka gigantów pędzla minęła, lecz republika wciąż była w stanie obdzielić utalentowanymi artystami pół kontynentu. I chętnie to robiła. Eksportowi malarze, tacy jak Giambattista Tiepolo, Rosalba Carriera czy Gianantonio Canale alias Canaletto wywierali silny wpływ na sztukę krajów, w których się osiedlili.

Rzadziej pamięta się o bezimiennej rzeszy weneckich szklarzy, tkaczy, ebenistów i dekoratorów, których wyrywali sobie z rąk europejscy monarchowie i magnaci. W efekcie większość eksponatów z wystawy na co dzień znajduje się w muzeach i prywatnych kolekcjach Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji.
Paryską wystawę promuje „Menuet” – eksplodujący kolorami zbiorowy portret imprezowiczów w maskach, otaczających tańczącą parę. Na zdjęciu obraz Giandomenico Tiepolo z 1750 roku „Scena karnawałowa” lub „Menuet”, znajdujący się w zbiorach Luwru. Fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images
Canaletto żerował na majętnych turystach (inni zresztą wtedy do Wenecji nie przyjeżdżali). Jego weduty, czyli miejskie krajobrazy, uchodziły za idealną pamiątkę z Grand Tour. Gdy w 1746 roku przybył do Londynu, fani zgotowali mu królewskie przyjęcie.

Z czasem wydało im się jednak podejrzane, że na obrazach mistrza malowanych nad Tamizą świeci włoskie słońce. Po dziesięciu latach Canaletto i Anglicy byli już sobą szczerze znudzeni. Gianantonio reemigrował, przydomek odziedziczył jego siostrzeniec Bernardo, który w poszukiwaniu hojnego mecenasa dotarł aż do Polski.

Nie ufaj bankierom

Wenecka patrycjuszka, która zadziwiła świat. Mistrzyni matematyki, lingwistka i filozofka

Była pierwszą kobietą na świecie, która uzyskała tytuł doktora.

zobacz więcej
Inwazja Wenecjan na Wyspy Brytyjskie zaczęła się już na początku XVIII wieku, gdy angielski ambasador, wracając do ojczyzny, wziął ze sobą malarza historycznego Gianantonio Pellegriniego i pejzażystę Marco Ricciego, by dekorowali rezydencje zaprzyjaźnionych wielmożów (oraz jego własną).

Wkrótce dołączył do nich wuj Marco – Sebastiano Ricci. Ten stał się emigrantem z musu. Reputację, zszarganą oskarżeniem o próbę otrucia brzemiennej kochanki, odbudowywał poza granicami republiki. Wszędzie doceniano jego talent i wszechstronność, ale fortuny dorobił się dopiero na starość.

O wiele krócej czekała na uznanie autorka pastelowych portretów, będących kwintesencją rokoka – Rosalba Carriera. Zgodziła się jednak opuścić Wenecję dopiero wówczas, gdy zaproszono ją do Paryża razem z całą rodziną. Przyjęta do Akademii Francuskiej jako pierwsza kobieta (i w dodatku cudzoziemka!) przez aklamację, Carriera nie musiała zabiegać o względy możnych. To oni starali się nią zaprzyjaźnić.

Pellegrini, szwagier Rosalby, miał mniej szczęścia. Za tworzone w pocie czoła alegorie w siedzibie Banku Królewskiego w Paryżu nie dostał ani centyma. Bank bowiem upadł, a jego szef czmychnął z Francji i zamieszkał w Wenecji pod zmienionym nazwiskiem.

Wenecka diaspora podbiła również kraje niemieckie. Dla cesarskiego dworu w Wiedniu pracował między innymi Antonio Corradini, który potrafił wyczarować z marmuru rzeźby zawoalowanych kobiet.

Würzburg szczyci się zapierającymi dech freskami, którymi Giambattista Tiepolo z pomocą synów ozdobił pałac miejscowego księcia – biskupa. Malarz, zmęczony podróżami, nie dał się skusić wysłannikowi władcy Szwecji (pamiątką nieudanych zabiegów jest obraz „Jupiter i Danae”, sprowadzony na paryską wystawę ze Sztokholmu).

Uległ dopiero królowi Hiszpanii, który drogą dyplomatyczną zabiegał o sprowadzenie go do Madrytu. 65-letni Tiepolo pozostawił w Wenecji żonę tkwiącą w szponach hazardu. Do ojczyzny już nie wrócił.

Witajcie w nowym świecie

Na nieobecności rywali najbardziej skorzystał Pietro Longhi, kronikarz życia codziennego i odświętnego mieszkańców laguny. Jego obrazy są wizualnym odpowiednikiem satyrycznych spektakli Carlo Goldoniego (panowie byli zresztą przyjaciółmi). Kopiowane masowo już za życia malarza, do dziś kształtują nasze wyobrażenia o wieku XVIII, bardziej niż monumentalna twórczość Tiepola.

Popularność malarstwa rodzajowego, typowa dla mieszczańskich społeczności, nie zwiastowała rewolucji. Wenecjanie zbyt dobrze się bawili, by myśleć o przewrocie.
Gdy w maju 1797 roku nad laguną stanęła francuska armia Napoleona, sparaliżowani strachem Wenecjanie poddali się bez walki. Po jedenastu wiekach „uśmiech świata” zgasł bezpowrotnie. Komentarzem kuratorów wystawy do tej katastrofy jest obraz „Ogień w San Marcuola”. Jego autor, Francesco Guardi, tytułowany jest ostatnim wielkim artystą Wenecji. Fot. DeAgostini / Getty Images
Paryską wystawę promuje „Menuet” – eksplodujący kolorami zbiorowy portret imprezowiczów w maskach, otaczających tańczącą parę. Autor tego dzieła, Giandomenico Tiepolo (dla odróżnienia od ojca zwany Tiepolettem), miał duże zrozumienie dla ludycznych rozrywek. Skonstruował coś w rodzaju fotoplastykonu: kabinę, w której można było oglądać przez szkło powiększające podświetlone widokówki, ukazujące europejskie metropolie. Goldoni wymyślił dla tej atrakcji chwytliwą nazwę: Mondo Novo – Nowy Świat.

Dziewica spod Pleszewa

Jej babka od romansów nie stroniła. Poczęła siedmioro dzieci, a każde z innym ojcem. Wnuczka nie interesowała się mężczyznami, w końcu wyszła za mąż, ale małżeństwo nigdy nie zostało skonsumowane.

zobacz więcej
Na jednym z obrazów Tiepola bóg morza Neptun składa ofiarę Wenecji, ukazanej pod postacią pewnej siebie królowej. Rzeczywistość była inna. W świecie zdominowanym przez absolutne monarchie, potrafiące zmobilizować wielotysięczne armie, jedyną nadzieją Serenissimy był pokój.

Każdy poważny kryzys międzynarodowy mógł położyć kres słabnącej, lecz wciąż bogatej republice świętego Marka. Przestrogą był los państwa polsko-litewskiego, rozszarpanego przez sąsiadów przy całkowitej obojętności Europy.

Mała apokalipsa

Gdy w maju 1797 roku nad laguną stanęła francuska armia Napoleona, sparaliżowani strachem Wenecjanie poddali się bez walki. Władze uznały, że po krwawej łaźni, jaką najeźdźcy sprawili mieszkańcom Werony, opór byłby szaleństwem. 120. doża Ludovico Manin abdykował. Po jedenastu wiekach „uśmiech świata” zgasł bezpowrotnie.

Komentarzem kuratorów wystawy do tej katastrofy jest niewielki obraz „Ogień w San Marcuola”. Jego autor, Francesco Guardi, tytułowany ostatnim wielkim artystą Wenecji, nadał sztuce weduty nowy, niemal impresjonistyczny wyraz. Przeszedł do historii jako mistrz capricci – fantastycznych pejzaży, na których jego rodzinne miasto wygląda jak z bajki.

W roku 1789, gdy Manin objął swój urząd, a w Paryżu zaczęła się rewolucja, w magazynach oleju w dzielnicy Cannaregio wybuchł pożar. Płomienie strawiły 60 domów, 140 rodzin zostało bez dachu nad głową. Guardi namalował bezradny tłum, obserwujący z drugiej strony kanału skazane na zagładę budynki i daremne wysiłki strażaków.

Zagłady republiki artysta nie dożył, ale jego infernalna wizja poniekąd się spełniła. Wenecja, zamiast spłonąć lub spocząć na dnie morza, padła łupem milionów turystów, uwiedzionych mitem „perły Atlantyku” i liczących na magiczne doznania.

Włosi wynoszą się z miasta, w którym nie da się korzystać z samochodu, za to łatwo można zostać rozdeptanym. Lepiej już kontemplować widmo Serenissimy nad Sekwaną albo w Rzymie, gdzie latem rozpocznie się wystawa dzieł Canaletta.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawa „Éblouissante Venise” w paryskim Grand Palais jest otwarta do 21 stycznia, od 23 lutego do 9 czerwca w nieco zmienionej formie będzie ją można oglądać w weneckim Muzeum Miejskim
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Pycha modnego kaznodziei. Zakład z Panem Bogiem
Znany rekolekcjonista, teolog i autor błyskotliwych artykułów dotyczących wiary, pełniący rolę autorytetu dla „wykształconych z dużych miast”.
Kultura Najnowsze wydanie
Gwiazda antysystemowców
Zniszczyła swoje wczesne prace, bo uznała je za mało oryginalne. Wściekła się też, gdy Édouard Manet „poprawił” jeden z jej obrazów.
Kultura Poprzednie wydanie
Z lasu i z chóru. Z kościoła i z Koryntu. Ludzkim głosem
Na festiwalu zostanie zaprezentowana twórczość wybitnego polskiego kompozytora, o którym nie wiadomo… nic. Oprócz tego, że miał związki z Łowiczem.
Kultura Poprzednie wydanie
Zwęglone truchła, ludzkie wylinki, matka ucięta w połowie
Hitchcock byłby z artystki dumny: na początku jest trzęsienie ziemi, potem napięcie wciąż rośnie.
Kultura wydanie 16.08.2019 – 23.08.2019
Jak ukraińska „Zniewolona” budzi romantyczną duszę Polaków
Kopciuszek w wydaniu zza wschodniej granicy. Na czym polega fenomen serialu?