Rozmowy

Kraina, w której nie wypada krzyczeć

– Wychowywałam się w środowisku, z którego tyle rodzin zostało wysiedlonych ze swoich wsi w obce im miejsce i każdy czuł na sobie ogromny ciężar tych wydarzeń. Kiedyś było tu dużo śpiewu, nawet kamienie zdawały się coś opowiadać. A potem była pustynia, niemoc, cisza. Aby nie drażnić sąsiadów, ludzie nie mówili po łemkowsku. Jestem tym ludziom coś winna – mówi Julia Doszna, pieśniarka pochodząca ze wsi Bielanka w Beskidzie Niskim. Śpiewa o miłości do Boga i dawnej Łemkowszczyźnie, a jej przejmujący, melancholijny głos można usłyszeć między innymi w filmie Pawła Pawlikowskiego „Zimna Wojna”.

Tułali się, byli napiętnowani, rzucano w nich kamieniami. Wojsko zniszczyło ich wsie. Wracają, niektórzy z dumą, wielu z traumą

Często wstydzą się swego pochodzenia. Nie mówią po łemkowsku, nie chodzą do cerkwi, nie pielęgnują tradycji, nawet zrywają więzi rodzinne, żeby być akceptowanym.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Swój śpiew nazywa Pani chlebem powszednim, modlitwą. O czym Pani rozmawia z Bogiem?

JULIA DOSZNA:
O wszystkim. O życiu swoim i moich bliskich. O tych, którzy tworzyli te pieśni, opowiadając w nich o własnych przeżyciach, rozterkach i problemach. To jest jakby kontynuacja modlitwy przedwiecznej.

Zachwycam się też kolorowymi łąkami, wielobarwnymi liśćmi na drzewach, w zależności od pory roku. Jest to więc także modlitwa dziękczynna za to, gdzie żyję i jak żyję. Tu jest pięknie, magicznie. Poprzez bliskość z naturą można być bardzo blisko Boga. Natura jest taka cudna, różnorodna i tajemnicza. Swoim śpiewem chcę podziękować Bogu, że stworzył taki zakątek na Ziemi, za ludzi, którzy tworzyli taką piękną architekturę cerkiewną. Mam wrażenie, że wrażliwość żyjących tu ludzi jest większa niż gdzie indziej. Trochę jeździłam po świecie, ale wciąż wydaje mi się, że tutaj jest najpiękniej.

W pieśniach podkreśla Pani przywiązanie do ziemi, która zajmuje szczególne miejsce w Pani sercu – rodzinnej, dawnej Łemkowszczyzny. Jak ją Pani wspomina z dzieciństwa?

Pamiętam drewniane chyże, bo w jednej z nich mieszkałam. Było ich całkiem sporo w mojej miejscowości. Teraz to są już niestety pojedyncze domy. Pamiętam potoczek, nad którym stał mój dom. Był taki szemrzący. Nawet kamienie zdawały się mówić, coś opowiadać. Do tej pory lubię szum potoku. Nie było jeszcze wtedy dróg bitych, asfaltu, tylko wydeptane przez ludzi ścieżki.

Miałam to szczęście, że dzieciństwo i lata młodzieńcze spędziłam w Bielance. Moja rodzina nie została wysiedlona na Ziemie Zachodnie w ramach akcji „Wisła”. Dlatego, że była mieszana, polsko-łemkowska. Ze strony mamy dziadek był Polakiem, a ze strony taty babcia była Polką. I takie rodziny mogły pozostać.
– Zachwycam się kolorowymi łąkami, wielobarwnymi liśćmi na drzewach, to modlitwa dziękczynna za to, gdzie żyję. Tu jest pięknie i magicznie, różnorodnie i tajemniczo. Poprzez bliskość z naturą można być bardzo blisko Boga – mówi Julia Doszna. Na zdjęciu nad sztucznym jeziorem Klimkówka – wody spiętrzone przez zaporę zalały dawną wieś łemkowską o tej samej nazwie. W „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana zalew „zagrał” rzekę Dniepr. Fot. archiwum Julii Doszny
W moim domu rozmawiało się właściwie tylko po łemkowsku. Kiedy poszłam do I klasy szkoły podstawowej, to w ogóle nie umiałam mówić po polsku. Nagle musiałam to zmienić, to było dla mnie zaskoczenie. Prawdopodobnie z tego powodu zaczęłam się jąkać i trwało to do czasu szkoły średniej, to był jakiś lęk. Miałam przyblokowaną mowę w tym sensie, że trudno było mi zacząć zdanie. Później jakoś to ode mnie odeszło.

Może w szkole czuła się Pani gorsza, albo była napiętnowana z powodu swojego pochodzenia?

Wielokulturowość to mit

Świat nigdy nie był spokojną Arkadią, gdzie wszyscy się kochali.

zobacz więcej
Nie. Gdy dorastałam w Bielance, w latach 60. ubiegłego wieku, tamtejsze środowisko mimo wszystko było bardzo jednorodne, głównie łemkowskie. Bielanka opustoszała po akcji „Wisła”, ale po 1956 roku, w czasie odwilży, udało się kilku rodzinom wrócić z Ziem Zachodnich. Pojawiali się co prawda osadnicy polscy z sąsiednich miejscowości, lecz szybko się wyprowadzali, bo ciężko było tutaj żyć, między innymi ze względu na trudny dojazd. Część rodzin rozbierała więc domy, zabierała budulec i wynosiła się do innej miejscowości.

Kiedy byłam mała między sąsiadami panowała solidarność i życzliwość. Przechodziliśmy z pola na pole, żeby pomóc kolejnym sąsiadom zbierać ziemniaki, przy sianokosach czy żniwach. Kto wcześniej skończył, pomagał innym. Dopiero później wyrosły antagonizmy. Głównie z powodu różnic wyznaniowych – część rodzin była greckokatolicka, część stała się prawosławna. Ten pierwszy kościół został zepchnięty do podziemia po tym, jak kardynał Stefan Wyszyński przejął opiekę nad grekokatolikami i zgodził się na likwidację kościoła greckokatolickiego w Polsce. Wtedy już nie było tej spontanicznej przyjaźni między Łemkami, życzliwości, pomagania sobie nawzajem.

Czy zamiłowanie do śpiewu wyniosła Pani z domu rodzinnego?

Rzeczywiście śpiewałam od dziecka, już jako trzyletnia dziewczynka. W domu śpiewali dziadek i babcia. Mama również i nadal robi to pięknie, choć mogła śpiewać tylko dla siebie i dzieci. W rodzinach łemkowskich patriarchat kwitnie bowiem do tej pory, mężczyźni mają więcej praw. Tato nie miał takiego głosu i słuchu jak moja mama, , ale to właśnie on śpiewał w zespole Łemkowyna.

Było też dużo śpiewu w cerkwi, przy robotach polowych, w domu przy wieczornym skubaniu pierza, przędzeniu wełny. Wychowywaliśmy się w jednej izbie, stąd dzieci towarzyszyły rodzicom przy wszystkich czynnościach.

Był to szczególny czas. Wsłuchiwaliśmy się z przejęciem nie tylko w te piękne dźwięki, ale też w opowieści o różnych wierzeniach, duchach. Pamiętam na przykład gawędę o gnieciuchach, które w nocy przygniatały ludzi. Mama mówiła, że gdy była w ciąży, widziała tego stworka. Opisywała, że miał kilkadziesiąt centymetrów wzrostu, podała nawet kolor czapeczki oraz spodenek. Nic jej jednak nie zrobił, tylko przygniótł dziadka, który spał nieopodal.
Kapliczka z dzwonem i widok na Jaworzyną Konieczniańską w Beskidzie Niskim. Fot. Wikimedia Commons/Henryk Bielamowicz - Praca własna, CC BY-SA 4.0
Wracając do śpiewu, słyszałam go praktycznie wszędzie: w szumie drzew, potoku, fascynowały mnie trele ptaków. Śpiewałam zawsze, ale nigdy nie myślałam, że będzie to pomysł na moje życie. Że stanie się moją wielką pasją. Sposobem na wyrażanie siebie, opowiadanie o swoich emocjach i malowanie dźwiękiem mojej Łemkowszczyzny.

Z czasem nabrałam ogromnego szacunku do pieśni, które tworzyli prości ludzie ze wsi. Oni mieli takie same serca jak ja, takie same przeżycia. Były miłości, tragedie. Jeśli umiałam odczytać przekaz zawarty w pieśni to wiedziałam, że to co mam wyśpiewać musi być dla mnie co najmniej tak ważne, jak było dla tych ludzi.

Repertuarem sięga Pani do korzeni, do tradycyjnych pieśni łemkowskich: lirycznych, obrzędowych, religijnych. Co jest najważniejsze w ich przekazie?

Rany stały się perłami. Śmierć nabrała nowego znaczenia

Ikona pokazuje przebóstwiony świat. Matka Boska Częstochowska, najważniejszy obraz dla katolików w Polsce, jest klasyczną ikoną i pochodzi z Bizancjum.

zobacz więcej
Najważniejszym przekazem są emocje, wierność słowu, szacunek dla dźwięku. Pierwszych pieśni nauczyłam się od swoich dziadków, sąsiadów, wiejskich śpiewaków, którzy przekazywali je nam, następnym pokoleniom. Potem zaczęłam sięgać do innych źródeł. Korzystałam między innymi z zapisów etnografów, w tym profesora Romana Reinfussa, Wacława z Oleska, Filareta Kolessy, a przede wszystkim Oskara Kolberga.

Odczytując pieśni Kolberga po dwustu latach staram się być im wierna. Ten człowiek zrobił bardzo dużo dla kultury polskiej i rusińskiej. Nie tylko pokazał, jak ludzie w tamtych czasach przeżywali swoje życie i codzienność, ale też potrafił w symbolicznych słowach, zwrotach opowiedzieć o tym społeczeństwie. O relacjach, jakie się ówcześnie tworzyły. Dla mnie zawarte tam prawdy są wciąż aktualne, żywe. Język jest tak cudowny, są tam piękne, subtelne porównania. Nie są przegadane. Kobieta, którą zostawia mężczyzna, jest porównania do samotnego ptaszka. Kiedy podchodzę do tych zapisów z czułością, to one do mnie zaczynają przemawiać. Słowa się same wyśpiewują. I razem z tymi dźwiękami przychodzą emocje.

Ma Pani swoje ulubione pieśni, które najlepiej wyrażają to, co Pani czuje?

Kiedyś utożsamiałam się z klasyką pieśni łemkowskiej „Oj Wersze mij wersze” (Wierzchołku, mój wierzchołku). Zamężna kobieta żali się w niej drzewom na swój nieszczęśliwy los. Wyszła za mężczyznę, którego wskazali jej rodzice, a nie za tego, którego kochała. Wtedy były takie czasy, że rodzice wybierali córce męża.

Teraz bardziej przemawia do mnie pieśń Oskara Kolberga „Ponad hory wysokiji” (Ponad góry wysokie), opowiadająca o dziewczynie, która nie zgadza się na swoją niedolę. Nie wiemy, co jest przyczyną jej tragedii, ale ważne, że nie oskarża nikogo o swój los. Jest buntownicza. Bierze sprawy w swojej ręce, wrzuca swą nieszczęsną dolę do worka, który później trafia do rzeki.

Oba teksty opisują trudną sytuację kobiet. W tej pierwszej pieśni kobieta jest zrezygnowana, pogodzona z losem. Wyśpiewuje swój ból, ale niczego nie zmienia. Natomiast ta druga jest wolna, niezależna, poszukująca, chce sama tworzyć swoje życie i bierze ze siebie odpowiedzialność. I z taką postawą się obecnie utożsamiam.
Cieszy mnie to, że dwieście lat temu były kobiety, które potrafiły tak myśleć i zawalczyć o swoją wolność, nawet jeżeli było to tylko w śpiewie. Jestem pełna podziwu. Kiedyś uważałam, że miłość jest najważniejsza, po latach to zweryfikowałam. Teraz wiem, że ważniejsza jest wolność. Miłość czasem potrafi też zniewolić. Dlatego powinna być podporządkowana wolności.

W łemkowskim śpiewie jest dużo delikatności, subtelności, melancholii. Taka jest natura Łemków, ludzi gór?

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
Ktoś powiedział o Jerzym Harasymowiczu, że jest księciem z krainy łagodności. Wtedy to porównanie wcale nie wiązało się z Bieszczadami, tylko właśnie z Beskidem Niskim, gdzie poeta rozpoczął poszukiwania swojego rodu. Dużo wierszy poświęcił Łemkowszczyźnie. Ja myślę, że to jest kraina, w której nie wypada krzyczeć. Ta melancholijność jest w tym krajobrazie. Prostota jest w trudzie życia ludzi gór. Jeśli mamy nawiązać dialog, to musi być rozmowa a nie krzyk.

Przez 11 lat prowadziła Pani zespół śpiewaczy Wereteno przy parafii greckokatolickiej w Łosiu, obecnie koordynuje Pani projekt Mistrz Tradycji. Przekazywanie lokalnych tradycji muzycznych to Pani misja?

Bardzo ceniłam sobie pracę z dziećmi z zespołu Wereteno. Cieszę się, że potrafiłam je rozśpiewać, nauczyć szacunku do dźwięku i słowa. Starałam się całą sobą przekazywać im moją prawdę i moje doświadczenie, mój świat z dzieciństwa. Opowiadałam im i tłumaczyłam tamten świat, bo nie można śpiewać tego, czego się nie rozumie. Dlatego analizowaliśmy każde słowo. Przenieśli te wartości, śpiewając w różnych formacjach. Są twórczy.

Mistrz Tradycji to projekt z 2017 roku Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach, realizowany przez Zagrodę Maziarską w Łosiu, do którego zostałam zaproszona. Bardzo spodobał mi się pomysł wspólnego śpiewania, bo właściwie całe życie byłam osamotniona w swoim śpiewaniu, a uwielbiam wielogłosowość. Chciałam śpiewać z kobietami o podobnej do mnie wrażliwości. I tak zespolić w tym śpiewie, aby być monolitem. Aby przekaz był mocny i spójny. Teraz jest nas kilka śpiewających kobiet, pochodzących z różnych stron kraju, które obecnie mieszkają w Beskidzie Niskim. Były już wspólne koncerty, jest nagrana płyta. Został wydany śpiewnik. Chcemy stworzyć zespół, który się rozumie, chce tego samego i chce się rozwijać.

Pani śpiew można też usłyszeć w filmie „Zimna Wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego.

Reżyser miał taki pomysł, żeby na planie zdjęciowym pojawiły się starsze kobiety, które będą śpiewać „Pid obłaczkom” (Pod okienkiem), utwór stworzony na bazie pieśni ludowej. Zaproszono do tego mnie, moją mamę i jeszcze jedną panią. Początkowo wątek ten miał być na wizji, ale ostatecznie zmieniono koncepcję i została sama fonia. To jest fragment filmu, kiedy ekipa odsłuchuje materiał nagrywany w terenie. Postać, którą zagrał Borys Szyc mówi, że to jest ładne i pyta, w jakim języku one śpiewają. Pada odpowiedź, że po łemkowsku, więc komentuje: „Szkoda”. Realizatorzy nagrań dopytują więc dlaczego, a ten odpowiada: „Bo nie nasze”.
Cieszę się, że wzięłam w tym projekcie udział. To piękny film. Bardzo go przeżyłam. Pokazuje prawdę tamtego czasu. Jaka była wtedy rzeczywistość na wsi. A była bardzo trudna dla artystów, ludzi twórczych, którzy chcieli coś więcej, bo przecież mieli tę szczególną wrażliwość. Utożsamiałam się z postacią graną przez Joannę Kulig i bardzo jej współczułam – musiała dokonywać trudnych wyborów. Ja też w swoim życiu miałam różne propozycje i musiałam wybierać. Czas pokaże, czy dokonywałam słusznych wyborów.

Choć pochodzi Pani z mieszanej rodziny, jest Pani zdeklarowaną Łemkinią. Wyparła się pani polskości?

Dzikie stoły

Gruszczanka, kiesełyca czy mastyło powstały z tego, co dała ludziom uboga ziemia na Łemkowszczyźnie.

zobacz więcej
Nie, nie wyparłam się. Nie podchodzę do tego w ten sposób. Bardzo szanuję kulturę polską czy ukraińską, ale w sercu i duszy czuje się Łemkinią. Wychowałam się w takim środowisku. Jak wcześniej wspomniałam moja wieś była jednorodna, łemkowska. W domu rozmawiało się tylko w tym języku. Były zachowywane tradycje i obyczaje łemkowskie. Babcia nauczyła mnie kilku pieśni polskich i na tym się skończyło.

Próbowałam śpiewać po polsku, ale to jednak nie było to. Zresztą w tym języku śpiewa tyle osób, a po łemkowsku jednak nieliczni.

Poza tym wychowywałam się w środowisku, z którego tyle rodzin zostało wysiedlonych ze swoich wsi w obce im miejsce i każdy czuł na sobie ogromny ciężar tych wydarzeń. Czułam tę niesprawiedliwość i miałam wrażenie, że jestem tym ludziom coś winna, że powinnam zachować to, co oni stracili i przekazać to światu. Oprócz działającego od lat 60. zespołu Łemkowyna, wtedy nie było innych ludzi, którzy by się za to zabrali w taki artystyczny sposób. Była pustynia, niemoc, cisza. Szczególnie kiedy wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do Łosia, wsi tylko w jednej piątej zamieszkanej przez Łemków. Tutaj nie słyszało się śpiewów, aby nie drażnić sąsiadów ludzie poza domem praktycznie nie mówili po łemkowsku. Zatracili trochę swoją tożsamość. Ja chciałam ocalić łemkowską kulturę, to było dla mnie dość istotne.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Uroczystości święta 3 Maja w Gorlicach w 1933 roku. Delegacja Łemków przybyła na obchody. Fot. IKC, sygn. 1-P-2885-3
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Państwo bez Boga jest niesprawiedliwe
Kard. Robert Sarah: Cywilizacja zachodnia przeżywa śmiertelny kryzys. Osiągnęła granice autodestrukcyjnej nienawiści.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Religia staje się składnikiem tożsamości społeczeństw
Francuski filozof: Łatwiej wyobrazić sobie naród, niż globalną wspólnotę ludzką, na skalę całej planety. To zbyt nieuchwytne.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jak zbrodnia jest traktowane jedzenie mięsa, ale nie zabicie...
Jesienią połączymy wątek biblijny z historią science fiction, pokażemy świat po katastrofie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Intelektualiści przejęli rolę kleru
Francuski historyk Pascal Ory: Afera Dreyfusa nie byłaby możliwa w żadnym innym państwie, gdyż nigdzie indziej Żyd nie mógł być oficerem armii.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Mierzą prawie 40 metrów. Nie mogą mieć gwoździ ani drutów
Kiedyś, podczas stawiania do pionu, trzy palmy wielkanocne złamały się na wysokości ponad 20 m. Twórca rekordowej chciał wykonać tak wysoką, jak wieża kościelna.