Kultura

Opowieści o duszy, kawałek prawdy o człowieku. Ranking teatralny

50 minut z aktorem biegającym wzdłuż torów. Historia piekła złożona z tekstów kabaretowych. Wykwit nieco prostodusznej moralistyki... Spektakle najlepsze, najpiękniejsze, niezwykłe, tajemnicze i kontrowersyjne. Teatralna mapa Piotra Zaremby

Chodzę do teatru na co chcę. W tym sensie sprzedawanie mojej listy zachwytów jako rankingu to pomysł kontrowersyjny. Będzie to bardziej mapa moich gustów i sympatii niż zobiektywizowana lista „wszystkiego”. Tym niemniej w tym roku jako juror festiwalu Klasyka Żywa oglądałem więcej niż zwykle, i częściej poza Warszawą. No a Teatr Telewizji to już w całości.

Podskórne sygnały

Tuż przed Nowym Rokiem trafiłem na coś wyjątkowego. List Zbigniewa Herberta do studentów Akademii Teatralnej znałem. Przywoływała go Anna Seniuk na festiwalu Dwa Teatry w Sopocie. List wisi w budynku Akademii. Ale posłuchać jak odczytuje go człowiek, który list ten wywołał, Zbigniew Zapasiewicz to coś wyjątkowego. „Nie bądźcie nowocześni, bądźcie rzetelni” powinno być mottem polskiego teatru. Napisałem nad nagraniem sławnego „Zapasa” na Facebooku: „Nie ma już na świecie ani poety, ani aktora. A ja wciąż mam nadzieję…”.

W tym roku nawet jakby więcej nadziei. To tylko wrażenie, ale czy gdzieś pod powierzchnią nie pojawiło się poczucie przesytu kierunkami, w jakie spychano polski, i nie tylko polski, teatr? Jałowymi formalnymi sztuczkami, i dopisywaniem autorom nie ich myśli, i schematyczną, krzykliwą publicystycznością zmieniającą się w pouczanie. Nie chcę generalizować, zwłaszcza że jest sporo osób i instytucji, które temu nigdy nie uległy. Ale odnotowuję podskórne, a może więcej niż podskórne, sygnały.

Odrębną kwestią jest złoty czas Teatru Telewizji odbudowanego po paru latach zapaści. Można go uważać za trochę oddzielną dyscyplinę, ale w sumie więcej łączy go z teatrem niż kinem. Jeśli mam poczucie, że teatry za rzadko poruszają tematy ważne dla polskiej zbiorowości, że za mało próbują rozmawiać na przykład o polskiej i nie tylko polskiej historii, ten jedyny w swoim rodzaju, największy teatr w Polsce, robi to. Po prostu.

Łapczywie gryzł powietrze, a jedną, nieomylną kulę z pistoletu zawsze skrywał na końcu ostatniego wersu

Czy jego surowe osądy życia publicznego – szczególnie pookrągłostołowego ładu i dojścia do władzy postkomunistów – wynikały z temperamentu harcownika, ze zbyt silnie rozkołysanych emocji, z frustracji? Samotność Zbigniewa Herberta.

zobacz więcej
W ostateczności zaś teatr to… lepiej zacytuję mego ulubionego dyrektora, reżysera i aktora Jana Englerta: „Sztuka nie powinna się zajmować gruczołami, lecz duszą. Bo ona dotyka uczuć, tęsknot, miłości, boskości. Każdy ma inne uczucia, ale trzeba szukać czegoś wspólnego.” Otóż ja jednak wciąż się natykam na teatr dobrze, mądrze, ze swadą opowiadający o ludzkiej duszy. I nawet szukający tego czegoś wspólnego. Cokolwiek by to było.

Przedstawienie roku – dla mnie były dwa. Skromny monodram „Jednocześnie” Jewgienija Griszkowca, w reżyserii Artura Tyszkiewicza, a w wykonaniu Przemysława Stippy, wystawiony w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. I telewizyjne widowisko „Okno na tamtą stronę” według tekstów Władysława Szlengla, w adaptacji i reżyserii Artura Hofmana.

Rosyjskie, a uniwersalne

Postawienie przeze mnie na mało znany spektakl jednego aktora może sprawiać wrażenie demonstracji. Ale nią nie jest – po prostu nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak te nieco ponad 50 minut spędzone z aktorem Stippą biegającym wzdłuż torów (świetna scenografia Aleksandry Gąsior).

Ciężko jest powiedzieć, o czym ta sztuka jest. W tym sensie granica między teatrem dramatycznym i postdramatycznym zostaje skutecznie połamana. Czy to przypowiastka o kruchości człowieka wobec komplikacji świata? I wobec braku panowania nawet nad własnym ciałem, organizmem, umysłem. A może o niemożności choćby opowiedzenia o samym sobie wszystkiego – „jednocześnie”?

Nie wiemy, kim jest bohater snujący bardzo skądinąd rosyjskie, a przecież uniwersalne rozważania. Wiemy, że oglądając Stippę, słuchając go, doznajemy przejmującego poczucia wspólnoty z człowiekiem, z jego ułomnością, bezradnością, zdołowaniem. Rozmiłowany w mrocznościach Tyszkiewicz opowiedział nam wraz ze swoim ulubionym aktorem o człowieczeństwie.
Monodram „Jednocześnie” Jewgienija Griszkowca, w reżyserii Artura Tyszkiewicza i wykonaniu Przemysława Stippy. Fot. Jacek Poremba/Materiały prasowe
Logicznym finałem, a zarazem cudem, jest przeniesienie „Jednocześnie” do Teatru Telewizji. Cudem, bo trzeba odwagi, aby do masowego medium wprowadzić coś tak nieoczywistego, w tym sensie sprzecznego z duchem czasów. Premiera wiosną 2019, ja już widziałem ten fenomen. Zbliżenia twarzy Stippy i różne dodatkowe efekty wizualne potęgują wrażenie.

Lekcja empatii

Z „Oknem na tamtą stronę” rzecz ma się inaczej. To widowisko historyczne. Więcej, o zgrozo, to w jakiejś mierze spektakl przygotowany ku czci, z okazji rocznicy – bo w 75-lecie masakry warszawskiego getta. Wbrew twierdzeniom sceptyków, że w takiej sytuacji musi wyjść paździerz, Artur Hofman, przewodniczący Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Żydów, przygotował coś, co będę pamiętał zawsze.

Bo czy można być obojętnym na opowieść o piekle, złożoną z tekstów głównie… kabaretowych? Napisanych przez świetnego polsko-żydowskiego poetę Władysława Szlengla, który stworzył z nich swoistą kronikę. Kronikę rozpaczy człowieka przeżywającego tragedię swojego narodu, ale także dramat oddzielenia od polskiej kultury, którą ukochał.
"Okno na tamtą stronę", spektakl Teatru Telewizji w reżyserii Artura Hofmana. Fot. TVP/Stanislaw Loba
Rzecz całą ustawia wspaniała muzyka Hadriana Tabęckiego, a aktorzy: Marcin Przybylski, Krzysztof Szczepaniak, Katarzyna Dąbrowska, Katarzyna Żak, Adrianna Gruszka umieją przechodzić od budzenia śmiechu do wyciskania łez – nie konwencjonalnych, ale takich najprawdziwszych, nad ludzkim losem. Wojciech Solarz zagrał w tym kreację życia jako przejmujący Szlengel.

„Okno na tamtą stronę” mogłoby służyć jako materiał do nauczania, jak się takie widowiska robi, gdyby tego można było nauczyć. Bo to produkt spotkania szczególnego grona ludzi. I nie musi się szybko powtórzyć. To także wielka lekcja empatii w relacjach między narodami.

Różni, a podobni

Spektakl najpiękniejszy – zdecydowanie „Żywot Józefa” Mikołaja Reja. To wspólny projekt Akademii Teatralnej i Dzielnicowego Domu Kultury na Ursynowie, w reżyserii teatralnego erudyty Jarosława Gajewskiego. Zagrali zawodowi aktorzy (ze świetną Małgorzatą Lippman na czele, także z samym Gajewskim), oraz studenci kierunku wokalnego Akademii.

Pokora i inni. W poszukiwaniu komików

Współczesne komedie nie stawiają na ogół przed aktorami wygórowanych zadań. Gdzie mają oni ćwiczyć bycie śmiesznym, skoro nawet Juliuszowi Machulskiemu humor wyraźnie siada?

zobacz więcej
Ten spektakl to urok naiwnych dekoracji Marka Chowańca, a przede wszystkim fascynująca, stylizowana na wschodnią muzyka Marii Pomianowskiej. Gdybym utworzył kategorię najlepszego widowiska muzycznego, byłby na topie – i to nie tylko ze względu na muzykę i śpiewy. Muzyką jest tu również wspaniale przysposobiona przez Patryka Kenckiego staropolszczyzna. Można smakować ten język – chwilami niemal obcy (coś jak słowacki), a przecież nieustannie dialogujący z naszymi emocjami.

Patrząc na ten wykwit nieco prostodusznej XVI-wiecznej moralistyki, rozumiemy siłę ciągłości i sens oglądania się wstecz. Jakże różni byli od nas ci ludzie, a zarazem jakże w pewnym sferach podobni. Ukochany kiedyś przez Kazimierza Dejmka „Żywot” to równocześnie świetna okazja do czystej zabawy w teatr. Ale też coś przekonującego nas – tak, tak – do dobra. Takiego, jak je rozumieli ludzie wtedy. Ile się zmieniło? Nad tym warto pomyśleć.

Zabawa i czysta nieprawda

Spektakl najbardziej niezwykły to jednak „Tchnienie” Duncana Macmillana, debiut reżyserski świetnego aktora Grzegorza Małeckiego, wystawione na małej scenie Teatru Narodowego. Niezwykłe, bo Małecki zrezygnował ze wszystkiego, z dekoracji, z rekwizytów, z muzyki, jest naga scena i są aktorzy. Justyna Kowalska i Mateusz Rusin grają (znakomicie) parę everymanów (takim everymanem był też, w o wiele posępniejszej konwencji, bohater Stippy). Rozmawiają o wszystkim i uczą się życia – pytanie, czy życia razem, czy oddzielnie.

Niektórzy uznali tekst współczesnego brytyjskiego dramaturga za zbyt błahy. Ale świetnie się go słucha. No i jest to swoisty manifest debiutującego reżysera. O tym, jaki teatr chce tworzyć, opowiedział mi w rozmowie opublikowanej w Plusie Minusie, weekendowym magazynie „Rzeczpospolitej”: „Skromny i nieefekciarski, którego zadaniem jest powrót do treści. A nie klimatów. I trochę do zabawy wyobraźnią. Bo teatr przecież jest zabawą i czystą nieprawdą. Nawet gdy porusza bardzo poważne tematy. Odarcie teatru z jego maszynerii, obudowy wydało mi się kuszące”. Bardzo mu w tym kibicuję.
„Garbus” Sławomira Mrożka w reżyserii Marka Fiedora. Fot. Natalia Kabanow
Tajemnicza droga donikąd

Spektakl najbardziej tajemniczy, czyli „Garbus” Sławomira Mrożka we wrocławskim Teatrze Współczesnym, w reżyserii dyrektora Marka Fiedora. Chyba najmniej pamiętany dramat Mrożka, a może tak jest tylko ze mną? Patrzyłem na tę niezwykłą mieszaninę kryminału, bardzo czarnej obyczajowej komedii i zawiesistego teatru absurdu z ponurą satysfakcją. Nie mogę powiedzieć, że wszystko pojąłem, a jednak poczułem się mądrzejszy. Ot, niezwykłość takich teatralnych zdarzeń!

Czy ta sztuka składa się z samego klimatu, czy coś ważnego nam mówi? To właśnie tajemnica! A przy okazji świetna zabawa w teatr, z udziałem przedniego aktorskiego teamu, wśród którego wybija się Wiesław Cichy jako Baron – ekspansywny demiurg i zarazem w finale ofiara. Czy którykolwiek współczesny polski dramaturg umiałby nas poprowadzić tajemniczą drogą donikąd w tak interesujący sposób? Pytanie zawisa w próżni. Mrożek potrafił.

Rozprawka o polskości

Spektakl najbardziej zaskakujący – czyli „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego (adaptacja wspólnie z Tadeuszem Nyczkiem). Jechałem do Teatru Nowego do Poznania przekonany, że obejrzę kolejny popis tego samego: Grabowski od lat piętnuje dawnymi tekstami polskie wady i popadł tym trochę w banał.

Niedawne „Miny polskie” z warszawskiego Teatru Polskiego, połączenie rozprawy z sarmatyzmem z drwinami z romantycznego i poromantycznego mesjanizmu, były nieudane, wprzęgnięte na dokładkę w rydwan współczesnych wojen ideologicznych. Tu jednak czekało mnie zaskoczenie.

Spektakl zaczyna się dość standardowo. Grupa postaci we współczesnych ubraniach przedrzeźnia dawnych i obecnych Polaków wierszem z „Pana Tadeusza”. Czasem celnie, czasem w sposób zbyt przerysowany, nawet histeryczny.
„Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Fot. Jakub Wittchen
Potem wszystko się jednak komplikuje. Ta rozprawka o polskości przestaje być czarno-biała. Punktuje, ale równocześnie dawnych Polaków podziwia. Aktorzy dobrze mówią poezję i chyba ją czują – coraz rzadziej się śmiejemy, coraz częściej jesteśmy wzruszeni. Na koniec publika wstaje. Ma poczucie, że wzięła udział w czymś ważnym.

Skrzą się blaskiem

Spektakl najbardziej kontrowersyjny czyli „Ślub” Witolda Gombrowicza w interpretacji zmarłego kilka miesięcy po premierze Eimuntasa Nekrošiusa. To przedstawienie w warszawskim Teatrze Narodowym wzbudziło najżywsze sporu krytyków. Część uznała Gombrowicza za klasyka, którego myśl została wypaczona czy spłycona. Inni spektaklu bronili, zwracając między innymi uwagę na jego niezwykłe teatralne piękno.

Istotnie scenografia Mariusa Nekrošiusa czy muzyka Algirdasa Martinaitisa to klasy same dla siebie. Należałoby wymienić cały niemal zespół aktorski z Mateuszem Rusinem (Henrykiem), Grzegorzem Małeckim (Pijakiem), Jerzy Radziwiłowiczem (Ojcem), Danutą Stenką (Matką i Mańką) na czele. Nawet drugoplanowe role skrzą się blaskiem, jak Kanclerz Marcina Przybylskiego i Szef Policji Roberta Jarocińskiego.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Mnie niektóre pomysły Nekrošiusa też wydały się zbyt efekciarskie – z połączeniem postaci Matki i Mańki w jedną rolę na czele. Ale czy litewski reżyser naprawdę nie pojął Gombrowicza, jak pisano? Puścił tekst niemal w całości. Dał okazję do przypomnienia go sobie, i przejrzenia się w nim, z czego skwapliwie skorzystałem.

Poza śmiech

Spektakl najzabawniejszy – istnym rzutem na taśmę stało się nim wystawione pod koniec grudnia „Ucho prezesa”, sceniczna wersja sławnego programu satyrycznego. Napisał to mistrz Robert Górski, wyreżyserował w Teatrze Szóste Piętro Tadeusz Śliwa.

Mamy w Warszawie wiele teatrów specjalizujących się w komediach i farsach: Kamienicę, Och Teatr, Capitol, muzyczną Romę. Robią to dobrze. Ale „Ucho” zachowało walor czegoś, co wychodzi poza sam śmiech. Jest jednym z niewielu produktów jednak inteligentnej satyry politycznej.
„Ślub” Witolda Gombrowicza w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa. Fot. Krzysztof Bieliński
Owszem, miewam wątpliwości, czy nie nadmiernie wdzierającej się w realne życie prawdziwych przecież bohaterów. Ale tym razem nawet z próbą konstruktywnego przesłania.

Górski i Mikołaj Cieślak błyszczą tak jak w wersji ekranowej, ale trochę kradną im show tacy mistrzowie komediowych form jak Krzysztof Dracz (Richard), Paweł Koślik (Adrian) i Janusz Chabior (Antoni).

Rodzice i dzieci

Spektakl najsmutniejszy? Pominę „Okno na tamtą stronę” , skoro postawiłem już to przedstawienie na samym szczycie piramidy. I w pierwszym odruchu wskazuję „Sonatę jesienną” Ingmara Bergmana. Ta rozprawa między matką i córką podsumowująca ich życie, upamiętniona była filmowymi rolami Ingrid Bergman i Liv Ullman.

Kuba Kowalski postawił w teatrze WARSawy na ascetyczną opowieść, owszem wzmacnianą metaforami scenicznego ruchu, ale opartą przede wszystkim na twarzach, głosach, gestach, będących bardzo blisko publiki dwóch aktorek: Aleksandry Justy i Weroniki Nockowskiej. Obie wykorzystały szansę z naddatkiem.

Wciąż nie wiem, jak aktorzy wywołują efekt łez na twarzy, ale pani Nockowska to robi wyjątkowo sugestywnie. A my zastanawiamy się, na czym polega istota relacji rodzice-dzieci. Czym jest rodzicielska miłość, a czym jej brak.

Feminizm odpowiedzialności

Ale dorzucę też dwa spektakle Gabrieli Zapolskiej. „Mężczyznę” wyreżyserowała w Teatrze Dramatycznym w Warszawie Anna Gryszkówna, „Żabusię” w Teatrze Telewizji Anna Wieczur-Bluszcz. Dwie kobiety sięgnęły po komedie naszpikowane feministycznymi (w przypadku „Mężczyzny” nawet antymęskimi) akcentami.

Ale przecież to szczególny feminizm, można by go nazwać „feminizmem odpowiedzialności”. I tu, i tu autorka żąda wierności i uczciwości od obu stron wojny płci. Obie inscenizacje są w najlepszym sensie tradycyjne, nawet jeśli w „Mężczyźnie” stany ducha bohaterów ilustrują filmiki na ścianie.
„Mężczyzna” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Anny Gryszkówny. Fot. Katarzyna Chmura
Jak to, dlaczego wrzucam komedie do kategorii „najsmutniejsze”? Tak, bo prowadzone jest to bardzo (a może i napisane?) w duchu Ibsena. No i to okazja do koncertów aktorskich: w „Mężczyźnie” przede wszystkim Agaty Wątróbskiej i zaczynającej teatralną drogę Karoliny Charkiewicz, w „Żabusi” Kamilli Baar i Arkadiusza Janiczka, a w obu, jakby stworzonej do tego repertuaru, Małgorzaty Klary.

Esej na temat Szekspira

Korciło mnie wskazanie Spektaklu najgorszego, ba nawet Nonsensu roku. Widziałem kilka takich produkcji teatralnych, zawstydzających w prymitywnym naginaniu tekstów do współczesnych potrzeb, bełkotliwych, pretensjonalnie podawanych i niedobrze granych. Nie chcę tego jednak robić z Nowym Rokiem.

Siłę dylematów może jednak obrazować kategoria: Spektakl budzący najbardziej sprzeczne uczucia. Tworzę go choćby dla „Burzy” Williama Szekspira w wersji Pawła Miśkiewicza, ostatniej premiery Teatru Narodowego.

Rzecz teatralnie piękna, z efektowną scenografią Barbary Hanickiej, ze świetną choreografią ruchu scenicznego, a zarazem typowy przykład „teatru dramaturga”, gdzie tekst pierwotny podlega niezliczonym przeróbkom i inkrustacjom innymi tekstami. Bardziej to esej na temat Szekspira niż Szekspir.

Inscenizacja wzbudziła, jak wieść niesie, opór grającego w nim zespołu. Zespołu, który swoją drogą jest oddzielną wartością tego przedstawienia. Ten ferment pośród aktorów to dla mnie jedno ze źródeł wspomnianej na początku nadziei.

Od farsy do dramatu

Jest za to grupa przedstawień, które nazwę Stałe punkty. Nie powstały w roku 2018, a jednak do tego roku należą także.

Kiedy poszedłem na „Kabaret”, sławny musical Johna Masteroffa, wystawiony bardzo inteligentnie w warszawskim Teatrze Dramatycznym przez Ewelinę Pietrowiak, spotkałem tam znajomych, którzy byli na tym od 2016 roku już trzeci raz.

Teatr przyszłości. Zje własny ogon i skończy się zbiorowym szaleństwem?

Piotr Zaremba: Kiedy w roku 1901 wystawiono po raz pierwszy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, sztuki tej nie rozumiał nawet jej reżyser.

zobacz więcej
To wielki popis aktorstwa, zwłaszcza Krzysztofa Szczepaniaka, jakby stworzonego dla archetypu Konferansjera. Ale też ciekawa historia, której nie przykrawa się do współczesnych potrzeb. Ona jest już częścią światowego dziedzictwa. I jak świetnie się ją ogląda, nie gubiąc sensu.

A „Merylin Mongoł” popularnego rosyjskiego pisarza Nikołaja Kolady, którą Teatr Ateneum gra od pięciu lat, zawsze przy pełnych kompletach i przy publice wstającej na koniec z miejsc? Filmowi celebryci Agata Kulesza i Marcin Dorociński przychodzą tam raz, dwa razy w miesiącu, żeby pokazać nam kawałek prawdy o człowieku. W sztuce, która z woli reżyserującego Bogusława Lindy zaczyna się trochę jak groteska, trochę jak farsa, a kończy jak przeraźliwie smutny dramat.

To również wielki sukces aktorski wyżej wymienionych, ale przede wszystkim Olgi Sarzyńskiej w tragikomicznej roli tytułowej. Chodzicie na aktorów? Ja chodzę, a na Sarzyńską pójdę zawsze.

Żądają ode mnie tegorocznego podium. Proszę. Monodram „Jednocześnie” i telewizyjne „Okno na tamtą stronę” na miejscu najwyższym. „Żywot Józefa” z Akademii Teatralnej i „Garbus” z Wrocławia na miejscu drugim i trzecim. Ale myślę w sumie o kilkunastu dobrych, ważnych dla mnie przedstawieniach, które wciąż za mną chodzą.

Aktor, który jest twórcą

Aktor roku. Padło tu wiele nazwisk, widzicie, kogo podziwiam, kto mnie bawi i wzrusza. Ale jeśli jeden, bez wahania wskazuję na Przemysława Stippę. Mam wrażenie, że jego odsłanianie człowieczeństwa w „Jednocześnie” to nie tylko kwestia biegłości warsztatowej, ale także osobowości.

Grzegorz Małecki powątpiewał ostatnio, czy aktor, traktowany instrumentalnie przez reżyserów, jest w ogóle twórcą. Otóż, pan Przemysław jest twórcą z pewnością. W tym roku zagrał dwie inne ważne role: upiornego Robespierre’a w całkiem dobrej „Śmierci Dantona” Georga Büchnera w reżyserii Barbary Wysockiej, i niesamowitego Gonzala w tak bardzo spornej „Burzy” – obie w Teatrze Narodowym. Dla mnie pozostaje wzorem, także etycznym, stosunku do zawodu.
Piotr Zaremba: Aktor roku to Przemysława Stippa. Jego odsłanianie człowieczeństwa w spektaklu „Jednocześnie” to nie tylko kwestia biegłości warsztatowej, ale także osobowości. Fot. Jacek Poremba/Materiały prasowe
Poprzeczka wysoko

Na koniec uwaga, co na razie jest największą obietnicą roku przyszłego. Tadeusz Bradecki wystawia w Teatrze Dramatycznym w Warszawie „Hamleta” Williama Szekspira. Krzysztof Szczepaniak, jeden z najlepszych aktorów komediowych i charakterystycznych młodego pokolenia, zagra jedną z najważniejszych ról dramatycznych świata.

A Wawrzyniec Kostrzewski, wzór reżyserskiej inteligencji, zmierzy się w Teatrze Telewizji z „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego – z gwiazdorską obsadą. Obie premiery już w styczniu mogą być wydarzeniami. A jeśli będą, poprzeczka zostanie ustawiona wysoko. I moje nadzieje wzrosną.

– Piotr Zaremba
Okno na tamtą stronę
Zdjęcie główne: "Okno na tamtą stronę", Wojciech Solarz w spektaklu Teatru Telewizji w reżyserii Artura Hofmana. Fot. TVP/Stanislaw Loba
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Antyjudaizm liberałów
Kiedy Sabaudię zajęły w 1792 roku francuskie wojska rewolucyjne, Joseph de Maistre zobaczył bestialstwa okupantów niosących na sztandarach hasło „Wolność, Równość, Braterstwo”.
Kultura Najnowsze wydanie
Postawmy mu pomnik naprzeciw Mickiewicza
Andrzej Wajda był bardzo krytyczny wobec polskiego patriotyzmu powstańczego. Czy to zdrada, jak mu zarzucano, czy jednak troska o Polskę?
Kultura Poprzednie wydanie
Demon twórczego wzmożenia
Monika Małkowska: Pozytywna strona pobudzania kreatywności chorych na SM nie podlega kwestii. Wątpliwości budzi nadmierne rozbudzanie apetytów podopiecznych Althamera.
Kultura Poprzednie wydanie
Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli
Był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Dał się zapamiętać przede wszystkim jako Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”. Właśnie mija pół wieku od jego śmierci.
Kultura Poprzednie wydanie
Ostatni, co się tak z Polską wadził
„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.