Historia

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

Mapa polityczna Europy zimą 1918 roku była zaskoczeniem dla wszystkich: jakieś Czechosłowacje, Litwy, rewolucje i referenda, a z drugiej strony – pustka na miejscu tysiącletnich imperiów, Habsburg na wygnaniu, tropy po Mikołaju urywają się gdzieś w Jekaterynburgu.

Tyle, że o większości z nowych aktorów na scenie politycznej przynajmniej słyszano, nawet, jeśli nie byli przez cały XIX wiek takimi awanturnikami jak Polacy: Masaryk dużo wykładał, o Ukrainie pisywali etnografowie. Ale ta Eschaezja – co to takiego? To Serbowie w końcu wygrali? Przecież wszyscy widzieli, jak ich armijka zamarza na śmierć w roku 1915?
Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, podział na prowincje w latach 1920-22. Fot. Wikimedia/PANONIAN
Wszystko w końcu dało się wytłumaczyć, Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców osiadło na mapie, jak wszyscy, na niepewnych 20 lat, stało się uczestnikiem gier dyplomatycznych animowanych przez Paryż, Berlin i Rzym oraz wdzięczną destynacją dla literatów z środkowoeuropejskich PEN Clubów, w rodzaju Józefa Wittlina. Ale jego udziałem, silniej chyba niż w innych „nowych państwach europejskich”, pozostawała słabość wewnętrzna.

Na poziomie podręczników wygląda to wszystko w miarę spójnie: sarajewski zamach Gavrilo Principa na Arcyksięcia Ferdynanda, ultimatum Austro-Węgier wobec maleńkiej Serbii, ciężkie walki w wysokich górach (amatorzy historii mogą kojarzyć patetyczny, ale w Serbii powszechnie funkcjonujący termin „albańska Golgota”), a potem zapaść Austro-Węgier, trochę zamieszania i „1 grudnia 1918 roku regent, książę Aleksander Karadziordziewić proklamował Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców”.

Polacy świecili

Owszem, proklamował. Tyle, że miesiąc wcześniej, 31 października, ukonstytuowało się w Zagrzebiu „Państwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów”, po pierwsze republika, po drugie – z odmiennym porządkiem narodów założycieli, skłonna do negocjowania przyszłego związku Słowian Południowych na zasadzie federacji, nie centralizacji.

Wystarczył jednak miesiąc, by okazało się, że Republika SHS nie ma armat, stoi u progu rewolty chłopskiej i podboju przez Włochy – i Belgrad stał się dla chorwackich polityków Canossą, do której musieli powędrować z prośbą o wsparcie zbrojne.

Ale przez całe dwudziestolecie pod szyldem „trójjedności” niewiele było zgody. Fraza „jeśli dwoje śpi w jednym łóżku, to wcale nie znaczy, że ma te same sny”, przytaczaną już na tych łamach, najpełniej chyba zastosować można właśnie do polityków Belgradu i Zagrzebia. Inne były sny chorwackie, inne – serbskie, co najboleśniej okazało się w latach II wojny światowej i po raz drugi – w pół wieku później.

A co więcej, chociaż megalomanii należy się wystrzegać jak ognia, nie da się ukryć: do narodzin jednych i drugich snów przyczynili się (inna rzecz, że bezwiednie) nikt inni, jak Polacy…

Najpierw – świecąc przykładem. Kiedy w XVII wieku w Europie nikomu jeszcze nie śniło się o romantyzmie i odkrywaniu kolejnych „ludów”, w Rzeczypospolitej zaś, jeśli w ogóle rozmyślano o genezie narodów, to raczej szczycąc się sarmackimi rodowodami panów braci – w Dubrovniku i innych wolnych miastach Dalmacji, z trwogą zerkających na Turczyna, podziwiano polskie dokonania pod Chocimiem.

Nazwa tego państwa przetrwała jeszcze kilkanaście lat po jego upadku

W końcu znikła na dobre z atlasów i abecedariuszy, układając się do snu w wygodnej zakładce Wikipedii obok Wschodniej Rumelii i Despotatu Epiru

zobacz więcej
O tym, że Rzplita na tym nie poprzestanie i zawiąże wielki sojusz Południowej Sławiańszczyzny, wyzwalając wszystkie pokrewne jej ludy spod osmańskiego jarzma roił i dominikanin z Hvaru Vinko Pribojević, i biskup Tomo Budislavić, nota bene przez lata zabiegający w Krakowie o wsparcie dla planowanych powstań przeciw Turkom, i najsławniejszy z pisarzy chorwackiego baroku: wielki Ivo Gundulić, którego „Osmana”, poemat sławiący wiktorię hetmana Chodkiewicza, do dziś czytać muszą chorwaccy licealiści.

To zapatrzenie nie minęło, nawet, jeśli przeminęła dobra passa Rzeczypospolitej. Pierwsza głębsza refleksja o zasadniczym pokrewieństwie ludów zamieszkujących zachodnie Bałkany, od Alp po Rodopy, narodziła się na ziemiach chorwackich początku XIX wieku. Romantyzm, podboje Napoleona, który stworzył wszak na wybrzeżu Adriatyku krótkotrwałą prowincję, nazwaną na wzór starożytny Ilirią, rewolty i Kongres Wiedeński – wszystko to sprzyjało narodzinom ruchu „iliryjskiego”.

Polacy uczyli

Nic jednak nie inspirowało marzycieli, od Janka Draškovicia po Ljudevita Gaja, silniej niż przykład i zrywy polskie. Z Polski miał iść przykład jedności językowej i duchowej (do 1823 roku na ziemiach chorwackich obowiązywało aż siedem ortografii!), Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a programowy poemat Gaja „Zgoda Chorwatów” zaczyna się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Tak, naśladownictwo „Jeszcze Polska..” nieprzypadkowe…

Również przez resztę XIX wieku to Chorwaci szerzej roztaczali wizje zjednoczenia ludów: to w Chorwacji pojawia się w języku neologizm „Jugosłowianie” (czyli – zarówno po serbsku, jak po chorwacku – „Słowianie Południowi”), to w Zagrzebiu powstaje już w roku 1867 Jugosłowiańska Akademia Nauki i Sztuki.

To chorwacki biskup Juraj Strossmayer, najwybitniejszy duchowny chorwacki, marzył o unii Kościoła katolickiego i Cerkwi prawosławnej, która doprowadziłaby do połączenia duchowego Serbów i Chorwatów.

Zabiegał o to, wprowadzając do katolickich kościołów Chorwacji starosłowiańską liturgię, organizując gigantyczną „pielgrzymkę Słowian” do Rzymu w roku 1880, dla uczczenia tysiąclecia misji Cyryla i Metodego i w swojej gorliwości ekumenicznej ocierając się niemal o herezję.

Tyle, że marzenia te rozwijały się w złożonej, wielonarodowej, od 1867 r. liberalizującej się w coraz szybszym tempie, ale zawsze wewnętrznie skłóconej monarchii austro-węgierskiej, gdzie sytuacja Chorwatów była szczególna: znajdowali się pod bezpośrednim panowaniem Budapesztu, spory o autonomię toczyli przeciw Węgrom, nieraz (nie tylko w latach Wiosny Ludów) zabiegając o poparcie Wiednia przeciw honvedom.
Król SHS, a następnie Jugosławii Aleksander I na okładce tygodnika "Time" w 1929 roku. Fot. Wikimedia
Ziemie dzisiejszej Chorwacji podzielone były przy tym na kilka prowincji, posiadających osobne reprezentacje polityczne i osobne, złożone stosunki z oboma stolicami. Ziemie słoweńskie należały z kolei do austriackiej części „podwójnej monarchii” – a politycy obu niewielkich narodów nieuchronnie wsiąkali w złożoną materię życia politycznego, pisywali do gazet, zabiegali o względy wyborców – i „jugosławianizm” był marzeniem na kiedyś.

Na dziś – zabiegano o autonomię, „trializm”, czyli przebudowa Monarchii tak, by Słowianie stanowili jej trzeci człon obok Niemców i Węgrów był najnowszym krzykiem mody, i niechętnie patrzano na krewką młodzież inspirowaną przez Belgrad, która brała się do demonstracji i zamachów.

Tymczasem Belgrad… Kiedy w 1833 na mocy traktatu adrianopolskiego ustanowiono go stolicą autonomicznego Księstwa Serbii był niewiele więcej niż pogranicznym garnizonem tureckim: na jego czele stał książę-półanalfabeta Miloš Obrenović, który rządził bezwzględnie niczym lokalny pasza, liczba ludzi wykształconych nie przekraczała kilkudziesięciu. Sprzyjały jednak księstwu determinacja i koniunktura: w pół wieku później Serbia była już na Bałkanach liczącym się graczem, rywalizującym z Bułgarią, zorientowaną na Petersburg i wyrywającą się spod ekonomicznej dominacji Austro-Węgier. I rozglądająca się właściwie we wszystkich kierunkach, łakoma Macedonii, wyjścia na morze (Adriatyckie lub Egejskie), ciekawa Bośni, przychylna ruchom „jugosłowiańskim” - owszem, na tyle, na ile osłabiały one Budapeszt i Wiedeń.

Polacy kodyfikowali

Te ambicje skodyfikowane zostały za sprawą... Polaków. A konkretnie – księcia Adama Czartoryskiego, za młodu, za panowania Aleksandra I szefa dyplomacji rosyjskiej, świadomego serbskiego potencjału rewolucyjnego – który po latach, już na emigracji, napisze „Serbia jest jedynym narodem w Słowiańszczyźnie Południowej, który ma w sobie wszystko to, co trzeba, żeby stanąć na czele narodowości słowiańskiej i skupić ją koło siebie”.

Tą myślą natchniony, spisał w roku 1843 „Rady co do postępowania Serbii” (Conseils sur la conduire a suivre par la Serbie), w których podkreślił wagę przyszłej ekspansji Serbii w kierunku wszystkich ziem słowiańskich pod panowaniem tureckim i austriackim.

Kolejni agenci Hotelu Lambert, na czele ze spolonizowanym Czechem, Franciszkiem Zachem, robili, co mogli, by wykorzystać Serbię do demontażu Austrii: Zach mobilizował do działania bośniackich franciszkanów, agitował za przyszłym zjednoczeniem Serbii i Czarnogóry, a nakreślony przezeń w roku 1844 plan stał się podstawą tajnego przez dziesięciolecia, ekspansjonistycznego projektu serbskiej polityki zagranicznej – słynnego „Načertanja”, które wyszło spod pióra szefa serbskiej dyplomacji w połowie XIX wieku, Ilii Garašanina.

C.K. obywatele, C.K. żołnierze

Franciszek Józef I świeżo poślubionej małżonce wręczył po nocy poślubnej Morgengabe, czyli „wynagrodzenie za utratę dziewictwa” w niebagatelnej kwocie12 tysięcy złotych dukatów w worku z jeleniej skóry.

zobacz więcej
Przy wszystkich przewrotach, dwukrotnej krwawej zmianie dynastii, ryzykownych awanturach wojennych – Serbia, zbrojna w „Načertanje”, rosła w siłę, konfrontując się kolejno z Bułgarią, Turcją, świeżo powstałą Albanią – i coraz wyraźniej rzucając wyzwanie Austro-Węgrom. Z rad Czartoryskiego odrzuciła jedno: dystans wobec Rosji. Ostentacyjnie prawosławna, z nieufnością patrzała zarówno na ekumeniczne pomysły biskupa Strossmayera, jak parlamentarne kontredanse chorwackich parlamentarzystów: marzyła jej się rola „Rosji Bałkanów”, zwłaszcza odkąd za Piotra I Karađorđevicia stała się Królestwem.

Nie wolno zapomnieć o tej rozbieżności, śledząc losy „ludów jugosłowiańskich” w przededniu i podczas I wojny światowej. Udziałem Chorwacji i Sławonii, Dalmacji, Istrii i Karyntii była zgroza po zamachu na Arcyksięcia Ferdynanda, masowy pobór do armii austro-węgierskiej, błoto okopów karpackich i nadzieje lokalnych polityków, że osłabiony wojną Wiedeń zgodzi się na „trializm”.

Najodważniejsi, najbardziej zdeterminowani zwolennicy sojuszu ludów mówiących jednym językiem, na czele z Franjo Supilem, zawiązali w Londynie „Komitet Jugosłowiański”: szlachetną efemerydę, wygodną dla Ententy jako straszak wobec Habsburgów, lecz bez zaplecza ani pieniędzy.

Rozmowa Serba z Chorwatem

Udziałem Serbii było wystosowane w dzień po zamachu Gavrilo Principa poniżające ultimatum Austrii; nieoczekiwane poparcie Rosji; dwie skutecznie odparte austriackie ofensywy i katastrofa 1915 roku, kiedy to późną jesienią, pod naporem Austrii, Bułgarii i najcięższego przeciwnika – epidemii tyfusu, zdecydowano się na odwrót przez nieprzejezdne „Góry Przeklęte” (Prokletije), sięgające trzech tysięcy metrów – ku Grecji, ku brzegom Adriatyku.

Armaty spychano w przepaść. Chorego króla Piotra żołnierze nieśli na noszach, otulając sztandarami. Z 400-tysięcznej armii na wyspę Korfu, gdzie czekali alianci, dotarło 80 tysięcy żołnierzy. Z towarzyszącej armii stustysięcznego tłumu urzędników, kobiet i dzieci nie ocalał niemal nikt.

Ta mało znana w Europie trauma towarzyszyła Serbom przez sto lat. Przez lata oddawano jej sprawiedliwość w literaturze. Przed paroma tygodniami na serbskie ekrany trafił film „Król Piotr”, który patetycznie odmalowuje tamten czas.

I taka Serbia – buńczuczna, pyszna i poraniona – miała rozmawiać jak równa z równą z kilkoma politykami, fircykami w modnych zagrzebskich melonikach i co gorsza – katolikami?

To było nie do wyobrażenia – i nic nie oddaje tej niemożności lepiej, niż fragment eseju najwybitniejszego chorwackiego pisarza XX wieku, Miroslava Krležy, opisujący (tu w przekładzie Jana Wierzbickiego) spotkanie dwóch faktycznych liderów niezależnej Serbii i niezależnej Chorwacji w drugim roku wojny: wieloletniego premiera Serbii, „kingmakera”, suflującego decyzje nieudolnym władom, Nikoli Pašicia, zwanego „Bają” – i wspomnianego już Franja Supila, lidera „Komitetu Jugosłowiańskiego”.
Banknot wydany przez Narodowy Bank Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Fot. Wikimedia
„Stoi przed Supilem Baja nieczuły i lodowaty, ze swoim wykąpanym, starczym ciałem, z brodą patriarchy, z rybimi oczami: twarz bez wyrazu, twarz woskowa i pusta, błyszczące paznokcie u białych, wypielęgnowanych pańskich rąk; żakiet, kamizelka, złoty łańcuch, pierścienie, bielizna, buty, spodnie zaprasowane w kant, wszystko na swoim miejscu: porządne i przesadnie czyste.

I stoi Baja niewiarygodnie obojętny wobec wszystkiego, co Franja Supila dręczy przez całe życie, słucha Baja Supila mówiącego, słucha jak głuchoniemy, bez słów i bez ruchu.

Ów legendarny Baja słucha, jak Franjo Supilo mówi o jakiejś serbsko-chorwackiej Jedności, o jakiejś Jugosłowiańskości i myśli ów legendarny Baja o tym Austro-Kroacie: «A cóż on znowu o tym swoim czarno-żółtym jugosłowiaństwie? To mu pewnie znowu ta jego Austria wymyśliła, tę jego Jugo-Slawonię. Co za Jugo-Sławońcy? (…) Żeby tylko nie chcieli nas pokatoliczyć...»

Supilo mówi o ideach iliryzmu, o Strossmayerze, Supilo mówi o chorwackości, a Baja gładzi brodę i milczy. Oto Shylock! Chce sprzedać ostatni funt mięsa Supila bez jednej jedynej emocji, jakby sprzedawał bydło na rzeź; ta irredenta a la Supilo, Garibaldi, rok 1848, (…) jugosłowiańskość nic go kompletnie nie obchodzi; wszystkie plany, wszystkie złudzenia, wszelkie nadzieje i tragedie Franja Supila nic go kompletnie nie obchodzą.

Wszystko to, co Supila czyni Supilem, co Supila zrodziło i wykarmiło, przeciwko czemu walczył, czym płonął z pasją od pierwszych dni swojej świadomości politycznej i od czego w końcu popadł w obłęd, wszystko to jest dla Baja szwabskie! Obce i antypatyczne!

Dla Baja istnieje jeden jedyny szablon: święta prawosławna ikona z kadzidłem, wagon załadowany rosyjską monetą w złocie, cyrylica i ogromna litera na epoletach żandarma, a kto tego nie chce — jest Szwabem i wymysłem Austrii!”.

Kiedy Szwejk został dobrym wojakiem

Czyn legionowy? No, oczywiście! Kto wie, czy liczbowo nie brało w tego rodzaju działaniach udział więcej Czechów niż Polaków?

zobacz więcej
Polskie sny

Nie przypadkiem ten esej nosi tytuł „Klęska i śmierć Franjo Supila”. Jego bohater zmarł w Londynie w wrześniu roku 1917: gruźlica, załamanie nerwowe, wreszcie udar uczyniły z niego prawdziwego bohatera romantycznego. Baja przetrzymał wszystko: marsz przez śniegi, dwa lata bezczynności na Korfu, nerwową jesień, gdy po przerwaniu frontu salonickiego resztki armii serbskiej dotarły do Belgradu, ale w Zagrzebiu i Lubljanie jakieś chłystki usiłowały powołać „Państwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów”.

Wyczekał jeszcze miesiąc – aż tamtejsi politycy zdali sobie sprawę, że nie dysponują budżetem, policją, armią, a niesyta sukcesów armia włoska maszeruje wzdłuż wybrzeża dalmatyńskiego, zajmując kolejne miasta z zamiarem przyłączenia ich do Królestwa Włoch.

W końcu przyjął delegatów z Zagrzebia, pchnął kilka brygad, by uspokoić zrewoltowanych chłopów, napisał regentowi tekst proklamacji i władał Królestwem SHS jako premier niemal do swej śmierci, do 1925 roku. Ale nie zmienia to faktu, że w Eschaezji pod jego rządami śniono bardzo różne sny.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Albańska Golgota na obrazie serbskiego malarza Wasilije Ekszkiciewicia pt. "Przejście przez Albanię". Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pierwsi przyjęli natarcie Armii Czerwonej. NKWD ścigało ich z...
Wielu oficerów KOP zostało rozstrzelanych w Twerze i Miednoje.
Historia Najnowsze wydanie
Mord w Mokranach, czyli marynarski Katyń
Przed zakończeniem wojny obronnej Polski, Sowieci z zimną krwią zamordowali oficerów i podoficerów Flotylli Pińskiej.
Historia Najnowsze wydanie
Myśmy na powstanie czekali. Jego wybuch wywołał euforię
My, którzy braliśmy udział w walkach w 1944 roku, nie dalibyśmy sobie tego odebrać.
Historia Poprzednie wydanie
„Koniec pewnej epoki we wschodniej części Europy”
Misję Tadeusza Mazowieckiego bacznie obserwowała polska i zagraniczna prasa, a także – co nawet w PRL niezwykłe – Służba Bezpieczeństwa.
Historia Poprzednie wydanie
„Polska jest załatwiona”. Odsiecz, która nie nadeszła
W Abbeville sojusznicy definitywnie rzucili Polskę na pastwę Hitlera i Stalina.