Historia

Gdy pojawiały się pomarańcze, dochodziło do przemocy

I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka miał do cytryn zupełnie inny stosunek, niż większość obywateli PRL – choć były prawie nie do dostania, krzywił się na samą myśl o sprowadzaniu ich do Polski. Rzekomo mawiał, że tyle samo witaminy C ma kiszona kapusta. Premier Józef Cyrankiewicz miał na to odrzec, że jednak kiszonej kapusty nie należy wyciskać do herbaty.

Zielone pomarańcze i „noworoczna choinka”. Jak PRL chciał obejść święta

– Komuniści starali się Bożego Narodzenia nie nagłaśniać, ale ich nie ignorowano. W gazetach można było spotkać napis Wesołych Świąt. Tylko nie wiadomo było, jakich? – wspomina dr Andrzej Zawistowski z IPN.

zobacz więcej
Nie ulega wątpliwości, że zarówno cytryny, jak i pomarańcze były w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dobrem wręcz luksusowym. Tak bardzo wartościowym, że czytelniczka „Przyjaciółki”, niejaka Eleonora B., w numerze z 3 października 1965 roku dzieliła się na łamach pisma radą, w jaki sposób przechować cytrusy przez wiele miesięcy.

„Dotychczas mam cytryny z grudnia ubiegłego roku. Zdrowe owoce zawijam starannie w bibułkę (w tę samą, w której je kupiłam) lub w papierową serwetkę, wkładam do glinianego garnka (podkreślam – koniecznie gliniany!), zakrywam pokrywką lub tekturką i stawiam je w piwnicy w najchłodniejszym i najciemniejszym miejscu. Cytryny do dziś (to znaczy do 4 września) są tak świeże, jakby dopiero kupione w sklepie – nie wyschnięte, nie zepsute. Przeglądam je często, a w maju przewinęłam je ponownie w suche papierki” – pisała pani Eleonora.

Te cytrusy były wręcz smutnym symbolem „dobrobytu” socjalistycznej gospodarki, bo przecież przed wojną – w owej obrzydzanej przez komunistów Polsce sanacyjnej – były dostępne i nie były wcale drogie.

– Przywożono je do Polski dzięki kontaktom społeczności żydowskiej w dużych i średnich miastach z Palestyną. To właśnie stamtąd szły ogromne ilości cytrusów do naszego kraju. Dlatego też w XIX i na początku XX wieku było ich bardzo dużo – mówi dr hab. Błażej Brzostek, znawca historii XX wieku i autor książki „PRL na widelcu”.

Obraz Aleksandra Gierymskiego „Żydówka z pomarańczami”, w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Fot. Wikimedia Commons/Aleksander Gierymski - http://cyfrowe.mnw.art.pl/dmuseion/docmetadata?id=19465, Domena publiczna
Przypomina obraz „Żydówka z pomarańczami” Aleksandra Gierymskiego, powstały w latach 1880-1881. – Kiedy patrzył na niego obywatel epoki PRL-u, obraz mógł mu się wydawać dość szokujący i pewnie nie do końca wierzył w to, że te dobra luksusowe były tak powszechnie dostępne, a co za tym idzie – wcale nie tak drogie – wyjaśnia.

Ludzie owoce przejedzą, a państwo nic z tego nie ma

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.

zobacz więcej
Brzostek przypomina, że skoro w PRL-u prawie w ogóle nie było prywatnego handlu hurtowego i o wszystkim decydowało państwo, to dla owej „węglowej gospodarki” cytrusy były kompletnie nieważne.

– Ich stanowczym przeciwnikiem był Władysław Gomułka. Choć cytrusów było w kraju jak na lekarstwo, on i tak uważał, że importuje się ich za dużo i że to dla kraju czysta strata. Twierdził, że za te cytryny, sprzedajemy silniki albo statki. Ludzie owoce przejedzą, a państwo polskie nic z tego nie ma – wspomina historyk.

– Gomułka miał prosty sposób myślenia. Jego zdaniem lepiej było importować towary zupełnie innego rodzaju, jakieś maszyny, a jeśli chodzi o owoce, czyli źródło witamin, skupić się na tym, co można dostać w Polsce – dodaje.

Ten tok myślenia ilustruje anegdota o I sekretarzu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Otóż Gomułka, krzywiąc się na samą myśl o sprowadzaniu cytryn, zwykł podobno podkreślać przy byle okazji, że równie dużo witaminy C zawiera kiszona kapusta. Peerelowski premier Józef Cyrankiewicz miał na to rzec, że może i tak, ale mimo wszystko kiszonej kapusty nie wyciska się do herbaty.

Wbrew oporowi partyjnego przyówcy, pewną ilość cytryn i pomarańczy udawało się sprowadzać do Polski. A wtedy rozpisywała się o tym prasa.

„Spragnieni cytryn bydgoszczanie daremnie odwiedzają sklepy. Nigdzie nie ma tych poszukiwanych owoców. Z radością spieszymy więc donieść, że statek z greckimi owocami cytrynowymi wpłynął już do portu polskiego i niebawem ukażą się one na rynku. Jeśli idzie o Bydgoszcz, to otrzyma ona prawdopodobnie ok. 12 ton cytryn i ok. 15 ton pomarańczy. Natomiast banany zostały przetransportowane do specjalnej dojrzewalni i na ich ukazanie się w sklepach będziemy musieli jeszcze trochę poczekać” – donosił 5 marca 1961 roku „Ilustrowany Kurier Polski”.

Wykorzystana na 100 procent

Cytrusy przysyłano do Polski Ludowej z zaprzyjaźnionych krajów afrykańskich oraz z komunistycznej Kuby. Głównie przed świętami Bożego Narodzenia.
22.12.2015
Niestety, ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Na dodatek zwykły obywatel dostawał zazwyczaj to, co odrzucili w drodze prywatnej selekcji ci, którzy byli najbliżej transportu.

Zanim bowiem cytrusy trafiły do sklepów, najlepsze wybierali marynarze z kapitanem na czele, a potem ich krewni i znajomi, wreszcie państwowi hurtownicy, kierowcy cieżarówek i sprzedawcy. Lepsze dostawy szły do restauracji, kawiarni, hoteli dla dewizowców. Gdzieś pomiędzy tym łańcuszkiem „grabieży”, smaczniejsze okazy trafiały też do partyjnych notabli i tych, co „mieli dojścia”.

Dzwonki do drzwi. Domokrążcy czasów PRL

Chłoporobotnicy zbierali suchy chleb dla konia. Cyganki wróżyły, Cyganie sprzedawali patelnie. Kominiarze składali życzenia. Kobiety ze wsi przywoziły nabiał i mięso. Sąsiedzi pożyczali maszynkę do mielenia kawy.

zobacz więcej
A zatem mimo niechęci Gomułki, władza zdawała sobie sprawę, że ludzie są spragnieni cytrusów. Na święta i nie tylko.

– Dawała więc takie „bonusy” w postaci rzucanych na rynek cytryn i pomarańczy, a zapobiegawczo wysyłała często informacje pojawiające się w prasie, że do Polski właśnie płyną już statki pełne tego żółtego albo pomarańczowego marzenia Polaków. Informowano, że będą jechać w głąb kraju, pojawią się w sklepach i każdy będzie mógł je kupić – opowiada Brzostek.

Do ludu trwafiały ostatecznie owoce transportowane w kiepskich warunkach, często zgniecione, niedojrzałe lub już lekko zgniłe czy wyschnięte. Takie wspomnienia o nich mają osoby wychowane w PRL-u.

– Pamiętam, jak mamie udało się dostać pomarańczę. Jedna jedyna leżała przez dwa miesiące na kredensie. Codziennie bardzo uważnie oglądaliśmy ją z bratem z każdej strony, wąchaliśmy i wyczekiwaliśmy tego dnia, kiedy będzie można ją zjeść. A tym dniem była rzecz jasna Wigilia. Kiedy w końcu ją dopadliśmy, była wyschnięta na wiór, niewiele w niej zostało, ale i tak byliśmy dumni, że możemy zjeść luksusowy owoc – wspomina dziś 40-letnia pani Sylwia.

Przypomina, że z pomarańczy nic nie mogło się zmarnować, dlatego skórka z owego wyschniętego owoca została przerobiona na kandyzowany dodatek do ciasta. – Dodana do pączków podpijała ich walory smakowe, według nas, o 100 procent – śmieje się pani Sylwia.

Brutalnie chwytane ręce, sińce i blizny

Gdy cytrusy „rzucano” do sklepów, tłum cisnął się w kolejkach po nie. „Jesteśmy często świadkami [tego], co się dzieje pod sklepami, gdy są w sprzedaży np. cytryny” – wskazywano w sprawozdaniu o handlu w warszawskiej dzielnicy Żoliborz z 1957 roku.
Cytrusy przysyłano do Polski Ludowej z zaprzyjaźnionych krajów afrykańskich oraz z komunistycznej Kuby. Głównie przed świętami Bożego Narodzenia. Na zdjęciu matka z dzieckiem i zakupami w Warszawie, 1979 rok. Fot. arch. PAP/Jan Morek
Dwadzieścia lat później, jesienią 1980 roku, francuski obserwator pisał o wciąż takich samych sytuacjach, tym razem mając na myśli sklep w Krakowie: „Do wybuchu dochodzi, gdy pojawiają się pomarańcze i grejpfruty. Ręce obsługujących, często brutalnie chwytane przez klientów, pokryte są sińcami i bliznami. Cytrusy znikają w sekundę. Rodzą się podejrzenia, że sprzedawczynie ukryły je pod ladą”.

Grudniowe polowanie, czyli Boże Narodzenie à la PRL

Sezon otwierała tzw. handlowa niedziela.

zobacz więcej
Trudno więc się dziwić, że poszukiwane owoce trafiały na tzw. czarny rynek – w PRL drugi obieg gospodarczy. Władze tępiły handlarzy nazywając ich spekulantami.

Mimo to na ulicach Warszawy, zwłaszcza w Śródmieściu i na bazarach, można było usłyszeć nawoływania: „Cytryny, pomarańcze!”. W 1951 roku kilogram cytryn kosztował oficjalnie 40 złotych. Ceny w „czarnym handlu” bywały dwukrotnie wyższe. Przeciętne zarobki wynosiły wówczas ok. 800 złotych.

Zdarzało się, że ceny kilograma cytrusów przewyższały miesięczne dochody. „Ilustrowany Kurier Polski” 22 marca 1950 roku donosił, że dostępne w łódzkich sklepach uspołecznionych cytrusy będą sprzedawane na wagę i sztuki. „Cena cytryn skalkulowana została na 800 zł za 1 kg, na pomarańcze dwa razy tyle” – pisze gazeta. I zamieszcza adnotację, że przeciętna miesięczna pensja w tymże roku wynosi 551 złotych. Na „czarnym rynku” jedna cytryna kosztowała ok. 20 złotych.

Tak drogocenne owoce dawane były w prezencie i wysyłane w paczkach. Pomarańcza wręczona dziecku przez gościa była prezentem wzruszającym i pamiętanym przez lata. Natomiast wyczuta nosem pocztowca, mogła „dostać nóg”. Latem 1953 roku jeden czytelnik skarżył się w liście wysłanym do „Expressu Wieczornego”, że z paczki, jaką nadał do rodziny na Poczcie Głównej, zniknęły cztery cytryny, a w ich miejscu pojawiły się pomidory.

Szpitalni sprzedawcy cytryn

Nielegalnych sprzedawców cytryn można też było spotkać pod szpitalami. Cytryny były bowiem uznawane za wspomagające leczenie i poszukiwane w rekonwalescencji chorych.

O tym, że to skuteczne lekarstwo na różne choroby, donosiła nawet prasa. „Grypa szaleje na całego, przerzedzająca szeregi świata pracy, lekarstw nie ma, lekarze też chorują, a doskonały i prosty środek pomocniczy – cytryna – musi pozostać w krainie marzeń (cena 280 zł za sztukę). Pytać by wypadało, kto i ile razy może sobie pozwolić na kupno owego luksusu zagranicznego” – czytamy w „Ilustrowanym Kurierze Polskim” z 20 lutego 1947 roku.
„Ilustrowany Kurier Polski” 22 marca 1950 roku donosił, że „cena cytryn skalkulowana została na 800 zł za 1 kg, na pomarańcze dwa razy tyle”. A przeciętna miesięczna pensja w tymże roku wynosiła 551 złotych. Na zdjęciu: sklep spożywczy w Warszawie na Mariensztacie, u zbiegu ulic Garbarskiej i Mariensztat, 2 czerwca 1950 roku. Fot. arch. PAP
Zygmunt Mycielski, kompozytor, publicysta i krytyk muzyczny w „Dzienniku 1960-1969” pisał o chorym koledze Witoldzie Wirpszy, który poprosił go o przywiezienie mu z Paryża choćby kilograma cytryn. „Przywiozę sobie też papier, bo nie mam tu, na czym pisać. Jadę, więc do Paryża samolotem po kilo cytryn i 500 sztuk papieru do maszyny. Kto to tam zrozumie?” – pisał Mycielski, który przywoził swoim znajomym także automatyczne ołówki lub pończochy.

Narciarska komunikacja miejska, czyli zima stulecia

Jak rozwiązać problem z dostawami ciepła i energii w mroźne zimy? W PRL był pomysł: przenieść ludność z miast na wieś.

zobacz więcej
– Miał rację, na Zachodzie ludzie nie rozumieli tego naszego hołdu składanego cytrusom i faktu, że u nas uchodzą nie tylko za dobra luksusowe, ale i medykament równie skuteczny jak leki – mówi Brzostek.

Przez to niezrozumienie dochodziło do śmiesznych sytuacji, gdy ludzie Zachodu zderzali się z siermiężnym PRL-em. Kiedy francuska kompozytorka, dyrygentka, pianistka i organistka Nadia Boulanger w marcu 1964 roku przyleciała z wizytą, po wylądowaniu na Okęciu właśnie cytrusa otrzymała w dowód uznania. „Pani R. przynosi jej w prezencie jedną cytrynę. Rzeczywiście, nie ma tu teraz cytryn. Nadia nie rozumie, myśli, że pani R. zwariowała – il faut prendreca [trzeba to zabrać – przyp.red.], mówi mi po cichu, więc łapię tę cytrynę i chowam do kieszeni” – wspomina w swoich dziennikach Mycielski.

W 1950 roku Państwowe Gospodarstwa Rolne rozpoczęły nawet uprawy roślin południowych, takich jak ananasy, cytryny czy winogrona. „Próby te oparte są na teorii i praktyce Miczurina, która wykazała, że rośliny południowe mogą być przesunięte w rejony chłodniejsze, przynoszą pomyślne wyniki, szczególnie, jeśli chodzi o uprawę cytryn” – donosiła „Trybuna Ludu” z 8 lutego 1950 roku. Niestety, jak widać do dziś Polska nie stała się krajem, który pomarańczami i cytrusami stoi.

Wychowani w PRL nadal z sentymentem patrzą więc na te zagraniczne owoce. – Przypominają mi wspomniane paczki, w których też czasem lądowała mandarynka albo pomarańcz. Jak ktoś taką w nich znalazł, był dumny prawie jak z adidasów przysłanych przez ciotkę z zagranicy. Smak soku z tych kwaśnych, zielonych pomarańczy również pamiętam do dzisiaj – śmieje się pani Sylwia.

– Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Poszukiwane owoce trafiały na tzw. czarny rynek. Na ulicach Warszawy, zwłaszcza w Śródmieściu i na bazarach, można było usłyszeć nawoływania: „Cytryny, pomarańcze!”. Na zdjęciu: przedświąteczne zakupy w Warszawie w grudniu 1989 r. Fot. PAP/CAF - Teodor Walczak
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Azyl dla opozycyjnych dziennikarzy
Maziarski, Kalabiński, Fikus, Łojek, Bratkowski, Łukasiewicz… Usunięci z państwowych mediów, znaleźli pracę w niszowym miesięczniku, pod skrzydłami partyjnego prezesa.
Historia Poprzednie wydanie
Pogromy Żydów i sowiecka intryga. Czarna legenda atamana Petlury
Morderstwo uznano za „usprawiedliwioną zemstę”. Ława przysięgłych uniewinniła zabójcę, złapanego na gorącym uczynku.
Historia Poprzednie wydanie
Przez Turcję, Syrię i Saharę. Kręta droga polskiego złota
Kiedyś myślano o budowie polskiego Fort Knox pod Warszawą. W 2002 roku NBP kupił nawet od Agencji Mienia Wojskowego Fort Zegrze.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
26 tys. zabitych Finów, 130 tys. Sowietów. Zapomniana wojna
Osiem scen i terminów wojny zimowej, które proszą się o kamerę.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Innym razem miałam przewieźć karabiny….
Któregoś dnia naładowano dwie walizy materiałami wybuchowymi (proch, lonty, piroksylina) i wydano mi rozkaz: „Obywatelka ma to przewieźć do Lublina”.