Kultura

Głośny satyryk i cicha noblistka

On, bezkompromisowy satyryk, nieuznający żadnych ustępstw wobec PRL, idący na czołowe zderzenie z życiem. Ona, jedna z najwybitniejszych polskich poetek XX wieku. Starcie dwóch talentów: tego, który mógł poszybować znacznie wyżej, z tym, który wykorzystał swoją szansę w zasadzie w stu procentach, czego ukoronowaniem była literacka nagroda Nobla.

Janusz Szpotański i Wisława Szymborska zmierzą się w przedostatnim odcinku „Pojedynków stulecia” w czwartek 20 grudnia o godz. 22.20 na antenie TVP Kultura.

Anatomia zbrodni. Dwa spojrzenia na diabelskie systemy

Wybory polityczne Leona Kruczkowskiego i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego były krańcowo różne. Ale obydwu pisarzy interesowała istota totalitaryzmu.

zobacz więcej
Dla Wisławy Szymborskiej urodzonej w 1923 roku w Kórniku, polityka zaczyna się już w domu, w zasadzie od kołyski, a właściwie to od miejsca. Przychodzi ona bowiem na świat, w Prowencie, czyli położonej tuż obok zamku w Kórniku części folwarcznej. Przebywa tam z rodziną, ponieważ jej ojciec Wincenty Szymborski odpowiedzialny był za działalność i prosperitę dóbr hrabiego Władysława Zamoyskiego (członka założyciela Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Krakowie).

Dziecko pierwszej endecji

II Rzeczpospolita mimo postępowych zmian socjalnych tworzyła też cieplarniane warunki dla utrwalania feudalnych porządków. Ba, okazało się, że nawet 123 lata niewoli (z niewielką przerwą na Księstwo Warszawskie) nie pozbawiły możnych rodów szlacheckich ani ekonomicznych, ani symbolicznych wpływów, jakimi cieszyły się one w dawnej Rzeczypospolitej.

Wincenty Szymborski dbał o Zamoyskiego najpierw w Zakopanem, a dopiero później w Wielkopolsce. Z epizodem zakopiańskim wiąże się zresztą ciekawa historia. W październiku 1918 roku powstała tu słynna Rzeczpospolita Zakopiańska, efemeryczny i przejściowy twór państwowy, niosący palmę pierwszeństwa w wypowiadaniu posłuszeństwa zaborcom. Jej prezydentem został nie kto inny, tylko pisarz i niedoszły noblista, Stefan Żeromski. Jego zastępcą był właśnie… Wincenty Szymborski.

Jak po latach wspominała jego córka Wisława: „Ojciec był dzieckiem pierwszej endecji, będącej ugrupowaniem demokratycznym i później jak się zaczęły tendencje faszyzujące, jakieś ciągotki terrorystyczne wśród młodzieży, ojciec odsunął się od partii, już na zebrania nie chodził”.

Po śmierci Władysława Zamoyskiego w 1924 roku, rodzina Szymborskich przeniosła się do Torunia, a następnie do Krakowa. Tam też młoda Wisława Szymborska spędziła okupację, trzeba przyznać, że dość spokojną jak na rzeczywistość Generalnej Guberni. Kraków uniknął losu Warszawy, zarówno jeśli chodzi o zniszczenie miasta, jak i o skalę polskiej konspiracji.
„Sto pociech” Wisława Szymborska
Stolica regionu, wraz z „samozwańczym polskim królem” Hansem Frankiem, nie znała obław, wywózek i łapanek w takim stopniu, jak reszta kraju, a przynajmniej do 1943 roku. Oczywiście mowa tu wyłącznie o aryjskiej części miasta. W tym samym czasie Żydzi byli mordowani i wywożeni do obozów koncentracyjnych.

Sztuka wyboru

Debiut literacki przypadł Szymborskiej na rok 1945, kiedy na łamach „Dziennika Polskiego” opublikowano wiersz „Szukam słowa”. Pierwsze jej utwory były nieporadne, tasiemcowe, nie widać w nich oddziaływania ówczesnych najbardziej dyskutowanych poetów. Do tego stopnia są sztampowe i nieatrakcyjne, że redakcja z nich rezygnuje. Ostatecznie drukują wyłącznie jeden wiersz.

Po latach poetka zdradziła, że gdyby wtedy odprawili ją z kwitkiem, prawdopodobnie w ogóle dałaby sobie spokój z poezją. To bardzo ważne wyznanie. Oznacza ono, że Szymborska nie pisała wierszy w celach terapeutycznych i wsobnych, że zawsze chodziło jej o coś więcej, że były to dla niej złożone literackie projekty.


O tym samym świadczy zresztą niewielka ilość utworów wydanych za życia (było ich raptem 350). Szymborska mieszkała wówczas w Domu Literatów w Krakowie na ulicy Krupniczej 22. Pod tym adresem mieszkały poza nią i jej ówczesnym mężem Adamem Włodkiem takie wybitne postaci polskiej literatury, jak Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek czy Tadeusz Różewicz.

Utworzony przez Adama Ważyka legendarny „port literacki”, stał się przystanią dla literatów ze zniszczonej Warszawy i zagrabionego przez Sowietów Lwowa. To pod tym adresem Jerzy Andrzejewski napisał „Popiół i diament”, a Leon Kruczkowski – „Niemców”.

Licząc zagranicznych gości i Wisławę Szymborską, przez Dom Literatów przewinęło się kilku noblistów. W latach 90. kamienica została zwrócona osobom posiadającym do niej prawa. Mimo starań pisarzy związanych z miastem do dziś nie udało się ponownie pozyskać tej przestrzeni, choćby na cele wystawienniczo-muzealne.

Faktyczny debiut poetycki przyszłej laureatki Nagrody Nobla przypadł na rok 1952 i tom „Dlatego żyjemy”. Był to zbiór wierszy wyrażający nadzieje pokładane w „czasach pokoju”, ale także ideologiczne zaczadzenie komunizmem.

W 1949 roku na zjeździe Związku Literatów Polskich w Szczecinie przyjęto socrealizm jako obowiązujący nurt w literaturze. 26-letnia wówczas Szymborska nie widziała powodów, żeby tym dyrektywom jakkolwiek się sprzeciwiać.

Z perspektywy czasu o tamtym zaangażowaniu mówiła: – No cóż, miałam nieszczęście być kiedyś istotą młodą, łatwowierną, słabo zorientowaną w sprawach, które powinnam była od razu należycie oceniać. Niektórzy mają jednak prawo sądzić mnie za to surowo – jeżeli są naprawdę przekonani, że kilka wierszy wtedy napisanych więcej waży na szali niż wszystkie, które napisałam potem.

Niepokorny mistrz felietonu i reżimowy cesarz reportażu

Drogi życiowe Stefana Kisielewskiego i Ryszarda Kapuścińskiego wyznaczył stosunek do PRL.

zobacz więcej
Według historyka literatury Wojciecha Ligęzy, bez tąpnięcia w socrealistyczną estetykę, a następnie bez wyraźnego odcięcia się od niej, nie da się zrozumieć kolejnego, antydogmatycznego etapu w twórczości Szymborskiej. Może i jest to prawda, jednak warto nadmienić, że funkcjonowali w tamtych czasach poeci, którzy zachowywali bardziej trzeźwe spojrzenie na politykę (Zbigniew Herbert, kosztem braku publikacji i tworzenia do szuflady), a przynajmniej nie popadali w kompletny banał (Czesław Miłosz). Życie po raz kolejny okazywało się sztuką wyboru.

Szachista na kursie kolizyjnym

I właśnie w dziedzinie „sztuki wyboru” widać zasadnicze różnice między Wisławą Szymborską a Januszem Szpotańskim. Ten drugi, człowiek niezwykłego intelektu, ale i odwagi, nie miał wątpliwości, jak powinien zachować się twórca wobec opresyjnej władzy, czego najdobitniejszy wyraz dał w swojej słynnej operze „Cisi i gęgacze”.

Zresztą urodzony w 1929 roku pisarz wrogie komunizmowi poglądy wyniósł z domu rodzinnego. Z powodu niewłaściwego pochodzenia klasowego nie przyjęto go na studia. Kiedy Szpotańskiego pytano o zawód ojca, zgodnie z prawdą, a nie z tym, co w Polsce Ludowej wypadało mówić – odpowiedział, że to adwokat, nie wiedząc, iż ten figuruje w papierach jako rolnik.

– Kiedy wreszcie zdał celująco na studia z polonistyki – wspominał w styczniu 2016 roku na antenie Polskiego Radia Wacław Holewiński – usłyszał, że taki zdolny student powinien studiować rusycystykę. Zaczął ten kierunek, choć nie znał nawet alfabetu rosyjskiego i wszystkiego musiał się uczyć od początku. Już po roku pozawalał egzaminy i pojawiła się groźba, że w końcu go wyrzucą. Doszło do tego ostatecznie po tym, jak w knajpie opowiedział wymyślony przez siebie wierszyk o jednej z działaczek komunistycznych.
Janusz Szpotański na bankiecie w Salonie Kultury Niezależnej, w mieszkaniu Elżbiety i Pawła Bąkowskich z okazji 100. publikacji Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWa. Warszawa, październik 1980 r. Fot. PAP/Tomasz Abramowicz
I tak właśnie czas, który spożytkowałby na badaniu mądrości marksizmu-leninizmu (co wtedy czyniło wielu jego kolegów, a na rusycystyce nie byłoby od tego ucieczki), poświęcił na karierę szachową. Przyniosło to efekty w postaci tytułu mistrza kraju (Szpotański może się pochwalić tytułem mistrza krajowego, trzykrotnego mistrza stolicy, a także drużynowego mistrz Polski z 1959 roku).

Poza tym autor „Ballady o Łupaszce” zdradzał również niezwykły talent translatorski: tłumaczył dzieła Wiliama Szekspira, a w latach późniejszych także greckich klasyków oraz niemieckich romantyków – Johanna Wolfganga Goethego i Fryderyka Schillera.

Kariera literacka trafiła mu się poniekąd przypadkiem. „Cichych i gęgaczy” napisał bowiem raczej dla grona przyjaciół niż z myślą o drugim obiegu. Tymczasem kopie tekstu i taśmy z wykonaniem autora zataczały coraz szersze kręgi, robiły się coraz bardziej popularne. W końcu jedna z taśm znalazła się w posiadaniu Służby Bezpieczeństwa. Utwór doprowadził do wściekłości Władysława Gomułkę (pierwszy sekretarz PZPR został sparodiowany w nim jako „Gnom”), a dla samego Szpotańskiego musiało się to skończyć więzieniem.

Autora „Towarzysza Szmaciaka, czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy” skazano na trzy lata odsiadki. Jednym z jego adwokatów był późniejszy premier III Rzeczypospolitej – Jan Olszewski. Co prawda rozprawa odbywała się za zamkniętymi drzwiami, ale o to, żeby o skali nadużycia dowiedzieli się wszyscy zainteresowani, zadbał Stefan Kisielewski. Był on wówczas posłem na Sejm PRL, dzięki czemu mógł pełnić funkcję tzw. męża zaufania podczas procesu. O jego przebiegu Kisiel relacjonował w lutym 1968 roku, na specjalnym zebraniu Związku Literatów Polskich.

Fenomenalny, ale wsobny

Po śmierci Szpotańskiego „Zeszyty Literackie” opublikowały wspomnienia Antoniego Libery. Autor „Madame” pisał w nich: „Słyszy się tu i ówdzie rozmaite pojęcia, wyrażenia i hasła, które mają określać kim był Janusz Szpotański. »Satyryk«, »prześmiewca komuny«, »enfant terrible opozycji«, »nieprzejednany trefniś epoki Peerelu«, »mózg polityczny«, »szachista«, »legenda Solidarności«… Chociaż wszystkie te hasła nie mijają się z prawdą, żadne z nich jednak nie daje dostatecznego pojęcia o tożsamości i roli, i losie tego człowieka. Ślizgają się po powierzchni, redukują, spłycają. Szpot był kimś znacznie większym – głębszym i poważniejszym”.

Wszystko, co mówi w tym fragmencie Antoni Libera, to oczywiście prawda. Problem polega na tym, że wiedzieli i wiedzą o tym bliscy Szpotańskiego, ci, którzy mieli okazję go poznać i ci, którzy zachwycali się jego fenomenalną pamięcią, ciętym dowcipem i słuchem literackim. Cóż jednak z tego, jeśli cały ten geniusz nie znalazł odpowiedniego ujścia w dorobku literackim?

Czy PZPR była spadkobiercą polskiego nacjonalizmu

Spór Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza o PRL w istocie dotyczy również III RP.

zobacz więcej
Niestety, Szpotański nie dość, że stał się więźniem jednego gatunku, to jeszcze pełen dzikiego zapału pisał tak, żeby zrozumieli go wszyscy. Doprowadzenie do białej gorączki, obdarzonego raczej niezbyt lotnym rozumem i niewyszukanym smakiem literackim Władysława Gomułki (podczas przemówienia z 19 marca 1968 roku dla warszawskiego aktywu partyjnego „Wiesław” powiedział o autorze „Cichych i gęgaczy”, że na coś takiego „może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa”) było z pewnością rzeczą szlachetną. Próby czasu jednak język pełen oczywistych odwołań do ówczesnej sytuacji politycznej nie wytrzymuje.

Gdyby William Szekspir był tak „bezpośredni” w swoich dziełach, jak Szpotański, nic by po nich nie zostało. Tymczasem mistrz ze Stratfordu wypełniał świat Makbetami, Hamletami, Prosperami i Ryszardami, bo za jego życia krytykując ludzi władzy też nie można było powiedzieć o kogo naprawdę chodzi.

Dla Szekspira żadnego „naprawdę” nie było, opowiadane przez niego historie mogły zdarzyć się zawsze i wszędzie, a metafizyczne rozterki bohaterów są uniwersalne. Czy można jednak to samo powiedzieć o takim oto wstępie do „Cichych i gęgaczy”: „Jeśli chcesz mieć różowy balet/ wygodną chatę, wózek, szkło/ nie licz na żadną z twoich zalet/ lecz wstąp czym prędzej do MO”?

Odwiedźmy wspaniały wynalazek współczesności, jakim jest archiwum e-teatru i sprawdźmy wyniki wyszukiwania pod hasłem „Janusz Szpotański”. Co zobaczymy?
Władysław Broniewski – Julian Tuwim
Do połowy pierwszej dekady XX wieku będą to bardzo liczne wystawienia, ale nie dramatów twórcy „Bani w Paryżu”, a tekstów w jego i Antoniego Libery tłumaczeniu (głównie „Antygony” Sofoklesa). Poza tym zaledwie pojawi się jedno słuchowisko radiowe z 2007 roku (reżyseria – Janusz Zaorski) i jedno wystawienie „Cichych i gęgaczy” zorganizowane przez... politologiczne koło naukowe „Teatr i polityka” pod opieką dr. Daniela Przastka (będącego często dramaturgiem i kimś w rodzaju „pomocy naukowej” przy spektaklach Michała Zadary).

I to wszystko. Czy to nie jest dziwne pisać przez całe życie teksty sceniczne i nie doczekać się żadnego ich wystawienia?

Zomowcy naprzeciw Karola Dickensa

W latach 1953-1966 Wisława Szymborska prowadziła w „Życiu Literackim” dział poezji. Od 1983 roku była współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego”, stając się jednym ze znaków rozpoznawczych pisma. W zasadzie od popaździernikowego tomiku „Wołanie Yeti” (jej właściwego debiutu poetyckiego), każdy kolejny wywoływał poruszenie czytelników i dobrze był przyjmowany przez krytykę.

Szczyt kariery Szymborskiej eksplodował w III RP. Kiedy w 1996 roku nieoczekiwanie otrzymała literacką Nagrodę Nobla, dołączyła do grona najwybitniejszych (lub najbardziej docenionych na świecie) polskich pisarzy. W laudacji noblowskiej można przeczytać, że poezja Szymborskiej została uhonorowana za „niezwykłą czystość i siłę poetyckiego spojrzenia”. A także za przedstawienie „Poezji jako odpowiedzi na życie, sposobu na życie, pracy nad słowem jako myślą i wrażliwością”. Pisarstwo twórczyni „Nic dwa razy” doceniono za prosty (lecz nie prostacki) i uniwersalny przekaz.

Tymczasem Szpotański (jak sam przyznawał, pisał najlepiej, gdy wyczuwał „narkotyczny dreszcz prowokacji”) nawet jeśli był obdarzony wielkim talentem, to go po prostu nie wykorzystał. Można za to głównie winić „bankietowy styl życia” pisarza.

O ile w twórczości satyryka znajdziemy miejsce dla Gomułki i chóru zomowców, to u Szymborskiej napotkamy Anatola France’a, Karola Dickensa, Fiodora Dostojewskiego – słowem cały rezerwuar wielkich twórców i idei, które przetaczały się w minionych wiekach przez Europę. Czy Janusz Szpotański tego wszystkiego nie znał? Ależ oczywiście, że znał, i to bardzo dobrze. Rzecz w tym, że jemu się o tym pisać po prostu nie chciało.

–Mikołaj Mirowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Obejrzyj wszystkie odcinki „Pojedynków stulecia”:
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Kultura masowa w fazie masturbacyjnej. Porno na wielkim ekranie
Marylin Monroe, ikona seksu wszech czasów, nie jęczała nigdy na rytmicznie trzęsącym się łóżku, co jest dzisiejszym standardem w filmach uważanych za grzeczne.
Kultura Najnowsze wydanie
Wabi go, jest ponętna i nieśmiertelna. Francja Houellebecqa
Zamiast lektury – telewizja, zamiast towarzyszki życia – luksusowa Japonka, spędzająca większość czasu na zabiegach upiększających, do której w ogóle się nie odzywa, bo nie ma jej już nic do powiedzenia. A ona jemu.
Kultura Poprzednie wydanie
Krzysztof Pieczyński: jak zdobyć rząd antyklerykalnych dusz?
Podobno to wielki aktor, antyklerykał z pewnością jeszcze większy. Tylko kto mu napisał tę rolę?
Kultura Poprzednie wydanie
Cierpiał, że jego obrazy… się sprzedają
Podobno w dniu zakupu przez londyńską Tate kilku jego murali, popełnił samobójstwo.
Kultura Poprzednie wydanie
Od psychodelii po patriotycznego rocka. Samotność górala
Kiedy skończył się PRL, Andrzej Dziubek ponownie zamieszkał w rodzinnych stronach. Nie stał się establishmentowym artystą III RP.