Kultura

Botoks w twarzy, przeszczepione włosy, sztuczny uśmiech. Czy polityczny celebryta ma szansę na nawrócenie?

Berlusconi to prekursor „postpolityki”. Ludzie, którzy ją uprawiają, nie brną w spory ideowe, ponieważ nie zamierzają umierać za wyższe wartości. Chcąc zdobyć lub zachować władzę, koncentrują się na kwestiach wizerunkowych. Politykę traktują jak wielki spektakl, a wyborców pozyskują prozaicznymi obietnicami w rodzaju „ciepłej wody w kranie”.

Nowoczesność „uśmierciła” Boga i przetarła ludzkości szlak ku (samo)zagładzie

Doskonalimy technologie wojenne i wynajdujemy ideologie, które uzasadniają pozbywanie się dzieci (aborcja) i starców (eutanazja), żeby poszerzyć „przestrzeń życiową”.

zobacz więcej
Polityczny podział „my – oni”, „społeczeństwo – władza”, „lud – elita”, jest dobrze znany Polakom. Poczucie obcości wobec warstwy rządzącej wyrasta z traumatycznych doświadczeń, które przyniosły zabory, okupacja niemiecko-sowiecka oraz PRL. Trudno utożsamiać się z rodzimą klasą polityczną, pełniącą swoje funkcje z nadania zagranicy.

Ale nie tylko Polacy traktują establishment własnego kraju jak przybyszy z innej planety. Taka postawa występuje choćby wśród Włochów. I to pokazuje Paolo Sorrentino w swoim najnowszym filmie pod wymownym tytułem „Oni” (w kinach w Polsce – od 28 grudnia).

Na początku trzeba sobie jasno powiedzieć, że obraz wiele traci przez dłużyzny. Dotyczy to zwłaszcza nadmiaru wulgarnych scen erotycznych. Od pewnego momentu przestają one na widzu robić wrażenie – mogą wywoływać najwyżej niesmak i zażenowanie. Film trwa dwie i pół godziny, a nic by nie stracił ze swoich walorów, gdyby był o godzinę krótszy.

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z kiepską produkcją. Są wady, ale zdecydowanie przeważają zalety.


Na pierwszy rzut oka „Oni” to satyra na Silvia Berlusconiego. Ale, jak się szybko przekonujemy, to tylko pozory. Naprawdę mamy bowiem do czynienia ze swoistym moralitetem, który próbuje zgłębić duszę jednego z najbardziej kontrowersyjnych polityków XXI wieku.

Ostentacyjny playboy

Liczący dziś 82 lata trzykrotny premier Włoch zanim wkroczył do rywalizacji o władzę w swoim kraju, osiągnął ogromny sukces biznesowy. Stworzył imperium medialne – sieć telewizyjną Mediaset oraz został właścicielem klubu AC Milan.


Berlusconi zajął się polityką w zwrotnym dla dziejów Włoch momencie. Na początku lat 90. nastąpił upadek historycznych, tradycyjnych ugrupowań tego kraju: chadeków, liberałów, socjalistów, komunistów. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy była gigantyczna afera korupcyjna. Uwikłani w nią były czołowe postaci włoskiego życia publicznego – zarówno z prawicy, jak i lewicy.

Na politycznej mapie Półwyspu Apenińskiego pojawiły się więc nowe siły polityczne – wśród nich Forza Italia na czele z Berlusconim. Mimo że partia ta jest w jakimś stopniu spadkobierczynią Chrześcijańskiej Demokracji (należy do chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej), to jednak należy ją traktować jako będącą znakiem czasu nową prawicę.
Giulio Andreotti był człowiekiem epoki, w której politykę cechowała powaga. Na zdjęciu były lider włoskiej chadecji w czasie uroczystości, które dały początek procesowi beatyfikacyjnemu Jana Pawła II. 28 czerwca 2005 roku. Fot. Eric Vandeville/Gamma-Rapho via Getty Images
Berlusconi to poniekąd prekursor zjawiska, które szczególnie dało o sobie znać w XXI stuleciu, a mianowicie „postpolityki”. Ludzie, którzy ją uprawiają, nie brną w jakieś spory ideowe, ponieważ nie zamierzają umierać za wyższe wartości. Chcąc zdobyć lub zachować władzę, przede wszystkim koncentrują się na kwestiach wizerunkowych. Politykę traktują jak wielki spektakl i dlatego przywiązują olbrzymią wagę do możliwości, jakie dają media. Wyborców pozyskują prozaicznymi obietnicami w rodzaju „ciepłej wody w kranie”.

Warto zatem widzieć Berlusconiego na tle Giulia Andreottiego (skądinąd o nim również Sorrentino nakręcił film – chodzi o „Boskiego” z roku 2008). Lider włoskiej chadecji był człowiekiem rodem z epoki, w której politykę cechowała powaga. Z Berlusconim jest inaczej – to ostentacyjny playboy przekonany o tym, że swoim stylem bycia może sobie zjednać społeczeństwo, o którego poparcie się ubiega.

Żałosny narcyz

W „Onych” włoski polityk to organizator i uczestnik imprez z udziałem kobiet (wśród nich tak na oko nie brakuje niepełnoletnich dziewcząt), świadczących usługi seksualne. Równocześnie jest on kimś na tyle w społeczeństwie znaczącym, że znajomość z nim urasta do rangi najwyższego zaszczytu. Tak właśnie go postrzega biznesmen Sergio Morra.
W postać ekstrawaganckiego polityka wciela się Toni Servillo. Fot. Gianni Fiorito/Mat. prasowe
W filmie Sorrentina powierzchowność Berlusconiego jest wręcz przerysowana. Owszem, wstrzyknięty w twarz botoks i przeszczepione włosy są z życia wzięte – były premier Włoch naprawdę poddał się odpowiednim zabiegom chirurgicznym. A jednak nieschodzący z jego oblicza uśmiech chyba jednak odbiega od rzeczywistości – ma w sobie coś tak sztucznego, że sprawia wręcz wrażenie grymasu klauna.

Ale w „Onych” Berlusconi stara się uwodzić swoich rodaków nie tylko wyglądem. Innym polem, na którym to czyni, jest dobroczynność. Funduje na przykład luksusowe osiedle ofiarom głośnego trzęsienia ziemi, które przeszło przez L’Aquilę w roku 2009. Oczywiście robi to jak najbardziej na pokaz – tak, żeby media informowały o jego działalności na cały świat.

Tak więc Sorrentino kreśli sylwetkę żałosnego narcyza, któremu się wydaje, że wszystko można kupić. Jest on bardzo zdziwiony, gdy nie udaje mu się zatrudnić kolejnej piłkarskiej gwiazdy w AC Milan. Akurat bowiem trafił na zawodnika, dla którego pieniądze nie są najważniejsze.

Szczególnie jednak bolesna okazuje się dla Berlusconiego w „Onych” rozmowa z pewną dwudziestolatką. Kiedy ekstrawagancki polityk wyraża chęć zbliżenia z nią słyszy, iż jest coś bardzo niestosownego w tym, że miałaby się pocałować ze starszym od niej o 50 lat mężczyzną, którego oddech ma taki sam zapach, jak oddech jej dziadka – czyli jest to zapach oddechu starca.

„Kler”. Czy pomyjami można oczyszczać?

W filmie Smarzowskiego Kościół krzywdzi, a potem wciąga na dokładkę skrzywdzonych w swoje struktury – niczym świat więzienia, które „przecwela” skazanych, którzy zaczynają grypsować.

zobacz więcej
Tym samym wielki celebryta włoskiego życia publicznego przekonuje się, że są granice, których nie jest w stanie przekroczyć przy pomocy swojej fortuny. Zarówno medycyna, jak i piar nie wygrają z przemijaniem i śmiertelnością. Czy pozostaje rozpacz?

Ofiara własnych grzechów

Blisko dwa lata temu, Sorrentino udzielając wywiadu tygodnikowi „Wprost”, oznajmił, że ateiści nie istnieją, są tylko ludzie, którzy wierzą w to, że nie wierzą w Boga. To w jakimś sensie credo twórcy, bądź co bądź kojarzonego z lewicą i krytycznie nastawionego do Kościoła katolickiego. I można je odnieść do sposobu, w jaki Sorrentino obchodzi się z Berlusconim w swoim filmie.

To podejście świadczy o wpływie chrześcijaństwa na stosunek reżysera do postaci, którą łatwo napiętnować i potępić. Można bowiem postawić hipotezę, że we Włoszech Kościół na tyle oddziałuje na społeczeństwo (niezależnie od tego, jak to się przekłada na codzienne wybory moralne mieszkańców tego kraju), że nawet antyklerykałowie posługują się katolickim kodem kulturowym.

W „Onych” Berlusconi okazuje się ofiarą własnych grzechów – kimś, kto się kompletnie pogubił. Ale jest on również osobą zdolną – choćby i swoimi pieniędzmi – czynić dobro innym ludziom, nawet jeśli stoją za tym niskie motywacje. W końcu Bóg jest w stanie zaprząc do robienia rzeczy dobrych największych grzeszników.
Politycy pokroju Berlusconiego przywiązują ogromną wagę do możliwości, jakie dają media. Na zdjęciu były włoski premier w programie telewizyjnym „Porta a porta”. Fot. Franco Origlia/Getty Images
Z ust Sorrentina w wywiadach próżno szukać słowa „nawrócenie”. Niemniej z jego filmu można wysnuć wniosek, że i Berlusconi ma szansę się nawrócić (jest on być może – co zdaje się sugerować pierwsza scena – jak zagubiona owca z ewangelicznej przypowieści). Jeśli opuści bańkę złudzeń i stanie wobec prawdy o swojej kondycji, wówczas znajdzie się w sytuacji osób, które na razie widzą w nim wyłącznie kogoś, kto istnieje na ekranach telewizyjnych, ponieważ w rzeczywistości go nie ma.

Tak więc w filmie Sorrentina ważniejszy od wątku politycznego jest wątek egzystencjalny, metafizyczny. Słowo „oni” nie oznacza tylko establishmentu wyobcowanego względem „nas” – szerokich mas Włochów. To pojęcie dotyczy bowiem również, a może i głównie, ludzi, którzy – tak jak Berlusconi – odcięli się od życia takiego, jakim ono jest.

Tymczasem Bóg uobecnia się nie wśród „onych”, lecz wśród „nas” – tych, którzy stają oko w oko z rzeczywistością i nie próbują jej oszukiwać. Niezależnie od tego, czy są miliarderami czy żebrakami, ludem czy elitą. I tak można odczytać ostatnią scenę filmu Sorrentina. Ale jej nie zdradzę.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Krzysztof Pieczyński: jak zdobyć rząd antyklerykalnych dusz?
Podobno to wielki aktor, antyklerykał z pewnością jeszcze większy. Tylko kto mu napisał tę rolę?
Kultura Najnowsze wydanie
Cierpiał, że jego obrazy… się sprzedają
Podobno w dniu zakupu przez londyńską Tate kilku jego murali, popełnił samobójstwo.
Kultura Najnowsze wydanie
Od psychodelii po patriotycznego rocka. Samotność górala
Kiedy skończył się PRL, Andrzej Dziubek ponownie zamieszkał w rodzinnych stronach. Nie stał się establishmentowym artystą III RP.
Kultura Najnowsze wydanie
Kobiety, które kochał Hłasko. I mężczyźni, którzy go pragnęli
„Jego bardzo słowiańska uroda promieniowała uwodzącym blaskiem, cała postać – gwałtowną siłą witalną, w głosie – z natury niskim – pobrzmiewały akcenty czułe i kuszące” – pisał oczarowany Jerzy Andrzejewski.
Kultura Poprzednie wydanie
Katolicyzm jako coś obciachowego? Pośmiertne zwycięstwo komuny
Czy dziś mamy dzieła prawdziwie religijne? Czy Krzysztof Zanussi obchodzący właśnie 80. urodziny, znalazł następców?