Cywilizacja

Tańce ze śmiercią świetnie się sprzedają

W najbardziej śmiercionośnych dyscyplinach ryzyko nie jest dodatkowym obciążeniem, tylko celem samym w sobie. Ryzyko i adrenalina to jedna rodzina. Adrenaliny potrzebują sportowcy. Widzowie też lubią ten dreszczyk. Bez ryzyka sport nie byłby tym, czym jest. Nie byłby tak popularny, nie rozpalał tak tłumów.

Po pierwsze: nie brońcie się samemu. Po drugie: nie pomagajcie innym. Bądźcie bierni i obojętni!

Nie znajdziemy żadnego poradnika, wydanego przez jakąkolwiek służbę w jakimkolwiek kraju Zachodu, który w razie zamachu zalecałby ocenę szans na powodzenie aktywnej obrony i – jeśli takie szanse są – uderzenie na zamachowca. Wszystkie zalecają pochowanie się po kątach.

zobacz więcej
Dwóch kolarzy zaczepia się rowerami. Trzeci wpada na tych dwóch, bo nie zdążył wyhamować, a w niego wjeżdża peleton rozpędzony do 40 kilometrów na godzinę.

Ryszard Szurkowski nie ma świadomości, co się stało. Uderzył głową o asfalt i jest w szoku. Wyją sygnały karetek, ludzie dookoła krzyczą. Dopiero wtedy Szurkowski zaczyna kojarzyć. „Górna szczęka rozpadła się na trzy części. Oczy wisiały w zasadzie na sznurkach”. To pierwsze myśli.

Kolejne wiadomości są złe i coraz gorsze. Czterokończynowe porażenie, więc paraliż. Jedna operacja kręgosłupa, potem druga. Skomplikowana rekonstrukcja twarzy. Wreszcie wózek inwalidzki i pytania: Czy już na zawsze? Czy uda się z tego wyjść, normalnie żyć, a kiedyś może wsiąść na rower?

Przyjechali do Kolonii, żeby odkurzyć wspomnienia. Pościągać się dla zabawy, pogadać wieczorem przy piwie. Imprezy sportowych weteranów mają charakter towarzyski. Zwłaszcza wtedy, gdy spotykają się dawni mistrzowie, którzy niczego nie muszą udowadniać światu, gdyż zrobili to za młodu. To nie są wycieczki po śmierć czy nieszczęścia. Nikt nie myśli o wielkim ryzyku.
Dawni mistrzowie dziś nie muszą już niczego udowadniać, bo tak jak Ryszard Szurkowski, zrobili to za młodu. Na zdjęciu: Rok 1973, Barcelona. Drużynowa jazda na czas. Polacy –od lewej: Lucjan Lis, Tadeusz Mytnik, Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda – wywalczyli złoty medal. Fot. PAP
Kiedyś, gdy zjeżdżali setką na godzinę po krętej górskiej szosie, wyprzedzając wszystkie samochody, ryzyko było rzeczywiste, stale obecne i brali je pod uwagę. Lecz w koleżeńskim wyścigu, w przyjacielskiej atmosferze wszelkie zagrożenia wydają się mało realne. A umiejętność jazdy na rowerze byłego mistrza świata jest poza dyskusją. I nagle masakra, której nic nie zapowiadało. Z jakiej przyczyny?

Zawsze istnieje konkretny powód konkretnego wydarzenia. Póki nie został ustalony, przyczyny nazywamy przypadkiem. Pewne jest jedno: ryzyko to diabeł, który nigdy nie zasypia.

Hazardowa gra z losem

Czy sport wyczynowy jest bardziej ryzykowny od pozostałych dziedzin ludzkiej aktywności? Zapewne bardziej od niektórych, lecz mniej od wielu innych. A zatem na czym polega ryzyko uprawiania sportu?

Odpowiedź nie jest taka prosta, jak się wydaje. Żeby to jakoś ogarnąć, warto zacząć od definicji pojęcia, skądinąd ciekawej i wielowarstwowej. Według Słownika Języka Polskiego PWN: „Ryzyko to możliwość, że coś się nie uda”.

Kapitalna definicja otwarta na wszelkie ludzkie działania małe i duże, która oznacza, że nie ma życia bez ryzyka. Istotą zagadnienia nie jest zatem samo pojęcie ryzyka, lecz prawdopodobne skutki tego, co się może nie udać.

One mogą być błahe i mogą być śmiertelne, gdyż skala ryzyka ma rozpiętość szerokopasmową. Ocena skali ryzyka należy do tego, kto je podejmuje, podobnie jak decyzja o jego podjęciu. Oba zachowania wydają się logiczne.
16.11.2018
Niestety, w praktyce czasem bywa tak, a czasem – nie do końca tak. Żołnierz na wojnie ma wiedzę o skali ryzyka, ale nie ma wolności wyboru, ponieważ wykonuje rozkazy. Żużlowiec, który siada na motocykl, teoretycznie ma jedno i drugie. Świetnie zna skalę ryzyka. Dokonuje wyboru na własną odpowiedzialność. Lecz pojawia się pytanie, czy aby na pewno kieruje się logiką?

Przed startem towarzyszy mu świadomość mnóstwa możliwości, że coś się nie uda. W tej sytuacji ani ocena prawdopodobnych skutków, ani decyzja o podjęciu ryzyka nie mają wiele wspólnego z zachowaniem logicznym. Sportowiec kieruje się wiarą we własne szczęście oraz subiektywnym poczuciem konieczności.

Każdy żużlowiec wie, że może zginąć lub zostać kaleką, ale ma nadzieję, że jemu się uda, bo nie raz się udawało. Może oczywiście zrezygnować ze sportu, który uprawia. Jednak dopóki tego nie zrobi, jest zakładnikiem swojej dyscypliny, wolnym niewolnikiem ryzyka wpisanego w jego zawód. I to jest chyba odpowiedź na pytanie, czym jest ryzyko związane z uprawianiem sportu wyczynowego.

To rodzaj hazardowej gry z losem. Co bynajmniej nie oznacza skłonności samobójczych. Ten hazard ma z góry wyznaczone ramy i określone warunki gry, które jej uczestnicy znają. Tyle, że nie zawsze i nie wszędzie są one skrupulatnie przestrzegane.

Czarna seria i końca nie widać

Wiadomo, bywają dyscypliny bardziej i mniej ryzykowne ze swej natury. Wysokie umiejętności i szczęście są swoistą polisą na życie i zdrowie w sportach dużego ryzyka. Jednak diabeł tkwi w szczegółach.
Zanim w 1994 roku zginęła na narciarskim stoku w Garmisch-Partenkirchen Ulrike Maier (na zdjęciu w czasie swego ostatniego sezonu), biegi zjazdowe zabiły 15 osób. Fot. Sprint Press/ullstein bild via Getty Images
Czym innym jest uprawiać sport z definicji niebezpieczny, a czym innym podlegać manipulacji skalą ryzyka. Czym innym jest spacer po moście, który wisi nad przepaścią, a czym innym spacerek po linie. Wielu wybitnych sportowców zapłaciło najwyższą cenę za majstrowanie przy skali ryzyka lub za lekceważenie reguł bezpieczeństwa. Dlaczego tak się dzieje? Sportowcy nie mają złudzeń. Tańce ze śmiercią świetnie się sprzedają.

Zanim w 1994 roku zginęła na narciarskim stoku w Garmisch-Partenkirchen Ulrike Maier, biegi zjazdowe zabiły 15 osób.

Przy prędkości 120 kilometrów na godzinę Austriaczka wyleciała z trasy, uderzyła głową w przyrząd do mierzenia czasu – niechlujnie zabezpieczony – i złamała podstawę czaszki.

Już wcześniej zjazdowcy protestowali, grozili strajkiem, ponieważ atrakcje widowiska zdominowały procedury bezpieczeństwa zgodnie z zasadą – im gorzej, tym lepiej. Im trudniej mają narciarze, tym fajniej mają kibice.

Oblodzone stoki, ciasne zakręty, sztuczny śnieg, znacznie szybszy od naturalnego, skoki dochodzące do 80 metrów na wielkiej prędkości, często lądowanie w skręcie to zestaw majsterkowicza od podwyższonego ryzyka.

Rzecz jasna kibice nie życzą śmierci swoim idolom. Jednak ich igraszki z kostuchą przyspieszają bicie serca, podnoszą emocje i ciekawie się to ogląda. Warto kupić dekoder albo bilet na imprezę, żeby doświadczyć tak silnych wrażeń.

Po tragicznym wypadku Maier, jej narzeczony wytoczył proces sądowy FIS, która posypała głowę popiołem, obiecała popracować nad poprawą bezpieczeństwa tras, jednak w efekcie nastąpiła kolejna czarna seria, która trwa i końca nie widać.

Kto się nie połamie, ten ma fart

Groza przyciąga jak magnes. Z tej przyczyny Die Streif w austriackim Kitzbühel cieszy się ogromnym powodzeniem, ściąga tłumy i pieniądze. To najtrudniejsza trasa zjazdowa na świecie z metą w środku miasta. Prędkości sięgają 140 km/godz.

Biegactwo, czyli jak zrobić z hobby pseudoreligijny fanatyzm

Polskimi miastami rządzą ludzie, którzy organizowaniem imprez sportowych leczą swoje kompleksy i uważają, że wystarczy maraton, żeby być jak Niu Jork – pisze Łukasz Warzecha.

zobacz więcej
Podróż z góry na dół trwa niewiele ponad 50 sekund, oczywiście w mistrzowskim wykonaniu. Kto się nie połamie i nie pozrywa, ten ma fart. Ogólną liczbę wypadków znają pewnie tylko najbardziej biegli statystycy. Do mediów trafiają informacje szczątkowe, jak ta, że tylko w ciągu 6 dni stycznia 2016 roku było w Kitzbühel 76 wypadków.

Natomiast pełne dane o pożytkach z tej imprezy znane są szeroko. Na zawody ściąga 75 tysięcy widzów. Transmisje telewizyjne, które trafiają do milionów, prowadzi 50 stacji w 16 językach. Na wszystkie konkurencje sprzedawane jest 120 tysięcy biletów. Reasumując – ryzyko się opłaca, choć niekoniecznie tym, którzy ryzykują.

Pod presją opinii, organizatorzy imprezy w Kitzbühel podjęli pewne próby podwyższenia standardów bezpieczeństwa, lecz – mówiąc delikatnie – bez przesady. Bo zmniejszenie prędkości najazdu na tzw. „Pułapkę na myszy” „tylko” do 100 km/godz.; długości skoku „tylko” do 80 metrów, a lądowania po skoku z prędkością „tylko” 120 km/godz. to raczej względne gwarancje bezpieczeństwa. Zjazdowcy nadal tańczą ze śmiercią i najwyraźniej tak ma być.

Własne życie tylnego koła

Sporty motorowe także nie należą do bezpiecznych i nic tego nie zmieni, gdyż tak ma być, jeśli mają to być sporty, a nie wycieczki motocyklowe czy samochodowe za miasto. Problem polega na wyskalowaniu ryzyka. Wprowadzanie różnych buforów bezpieczeństwa ogranicza pewne zagrożenia, lecz może też być źródłem nowych niebezpieczeństw.
Dmuchane bandy, ochraniacze na stawy, ochraniacze na kręgosłupy, gogle najnowszej generacji, najnowsze kaski – wszystko to ma ograniczyć ryzyko. Na zdjęciu: półfinał indywidualnych mistrzostw Polski na żużlu w Łodzi, rok 2010. Fot. PAP/Grzegorz Michałowski
Zgodnie z zaleceniami Unii Europejskiej o ograniczeniu hałasu władze Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM) wprowadziły zakaz stosowania tłumików przelotowych, które hałasują bardziej i zaleciły używanie „zamkniętych”, które hałasują mniej.

Zawodnicy podnieśli larum, gdyż cichsze tłumiki okazują się być cichymi zabójcami. Nagłe spadki mocy silników sprawiają, że maszyny są trudniejsze do okiełznania niż były kiedyś. Tylne koło żyje własnym życiem. Zamiast poślizgu na wirażu, koło niespodzianie łapie przyczepność, maszyna wyrywa się zawodnikowi i leci jak pocisk, kosząc rywali, którzy znajdą się na drodze. Tomasz Gollob, Krzysztof Cegielski wiele razy mówili o tym publicznie. Bez rezultatu.

Dmuchane bandy, ochraniacze na stawy, ochraniacze na kręgosłupy, gogle najnowszej generacji, najnowsze kaski, kary dla agresywnych zawodników, komisarze pilnujący bezpiecznej jazdy, wreszcie dobrze przygotowane tory – wszystko to zostało wprowadzone, by zmniejszyć zagrożenia i faktycznie szło ku lepszemu. Wszystko wysadziła w powietrze dyrektywa o ograniczaniu hałasu.

FIM nadal ma pomysły na nowe zabezpieczenia. Jednym z nich są dmuchane kamizelki, które żużlowcy mieliby zakładać na korpus tak, jak kajakarze górscy zakładają kamizelki ze styropianu. Projekt musi zostać dopracowany, bo taka kamizelka nie może krępować ruchów zawodnika, więc prace trwają.

Czym różni się sponsor od bankomatu, czyli jak zarobić na sporcie

Czesław Lang wiedział, że wyścig kolarski nie jest imprezką kameralną. To karawana ludzi, maszyn, wszelkiego sprzętu. Wędrowny teatr na kółkach, który daje spektakle codziennie, każdego dnia w innym miejscu.

zobacz więcej
Jednak procedury bezpieczeństwa, wszelkie wysiłki, by zawęzić w tym sporcie skalę ryzyka, prowadzą do paradoksu natury psychologicznej, który zdiagnozowali doświadczeni trenerzy. Im więcej zabezpieczeń, tym większa pokusa, by pozwolić sobie na więcej. Nie są to w pełni świadome, raczej podświadome, reakcje zawodników, jak twierdzą szkoleniowcy. Jednak kółko się zamyka, a w barierach zabezpieczeń pojawia się kolejna szczelina.

Na czarnych torach zginęło dotąd 339 żużlowców, w tym 40 Polaków.

Impreza straceńców

W obiegowej opinii najbardziej niebezpiecznym sportem świata są wyścigi Formuły 1. Prędkości bolidów robią tak piorunujące wrażenie, że każda Grand Prix wydaje się imprezą straceńców. Nie potrzeba dodatkowych atrakcji, by przeżywać chwile grozy, które funduje widowisko, a dopełnia wyobraźnia.

Jednak liczba wypadków śmiertelnych na torach F1 jest znacznie mniejsza niż na torach żużlowych. W latach 1952 -2017, na treningach i w wyścigach zginęło 51 kierowców. Najwięcej w latach 50., bo aż 15. Od roku 2000 już „ tylko” czterech, co dowodzi zdecydowanej poprawy warunków bezpieczeństwa. Jednak niczego nie mówi o cenie, jaką trzeba było za to zapłacić, a było nią ludzkie życie.
Ayrton Senna w czasie testów na torze wyścigowym Silverstone Circuit w brytyjskim Towcester. Rok 1992. Fot. Mike Hewitt/Getty Images
30 kwietnia 1994 roku Ayrton Senna oglądał wypadek Rolanda Ratzenbergera na telebimie w padoku na torze Imola.

Austriak uderzył frontalnie w betonową ścianę przy prędkości 320 km/godz. To były kwalifikacje do wyścigu. Razem z milionami telewidzów na całym świecie Brazylijczyk widział bezwładnie opadającą głowę kolegi, widział, jak niosą go na noszach do helikoptera. Niedługo potem przyszła wiadomość, że Ratzenberger nie żyje.

Dzień wcześniej na treningu rozbił się Rubens Barrichello. Stracił przytomność, na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Nad zawodami zawisła mroczna atmosfera.


Po śmierci Austriaka, Senna publicznie zabrał głos w sprawie złego zabezpieczenia toru w San Marino.

1 maja wsiadł w bolid i ruszył z wyścigiem. Już w pierwszej minucie doszło do kolejnej kraksy. Pedro Lama uderzył w stojącego Benettona, karoseria rozprysła się jak szkło, jej fragmenty znaleziono 100 metrów dalej. Ucierpieli też widzowie, bo oderwane koło poleciało w trybuny, raniło 9 osób.

Po restarcie wyścigu karuzela kręciła się płynnie prawie przez dwa okrążenia, Senna i Schumacher prowadzili. Gdy wyjeżdżali z długiego zakrętu o nazwie Tamburello samochód Senny zamiast w lewo, skręcił lekko w prawo. I wyrżnął z impetem w betonową ścianę.

Ayrton Senna nie zginął przez własny błąd. Nie zginął przez dekoncentrację. I nie zginął przez przypadek. Senna zginął przez ludzi, którzy zlekceważyli podstawowe zasady bezpieczeństwa. Powodem wypadku była awaria kolumny kierownicy, wcześniej poddana modyfikacjom źle zaprojektowanym, źle skonstruowanym, których działania nikt nie skontrolował przed wyścigiem. A należało to do obowiązków Patricka Heada z Williamsa.
Ayrton Senna zginął przez ludzi, którzy zlekceważyli podstawowe zasady bezpieczeństwa. Fot. Jean-Marc Loubat/Gamma-Rapho via Getty Images
Procesy przed sądami włoskimi trwały 13 lat. Wyrok wskazywał na nieumyślne spowodowanie śmierci. Jednak nikogo nie ukarano, nawet Patricka Heada, bo ten czyn we włoskim prawie ulega przedawnieniu po siedmiu latach i sześciu miesiącach.

Tragedie na Imoli poruszyły środowisko i opinię. Zakręt Tamburello przebudowano w szykanę. Stopniowo wzrastał poziom bezpieczeństwa w F1, więc teoretycznie zmniejszyła się skala ryzyka, choć głowy bym za to nie dał.

Ryzyko celem

Ciekawa sprawa: w rankingu 10 najbardziej niebezpiecznych sportów świata nie ma wyścigów Formuły 1, nie ma żużla, nie ma narciarskich zajadów i więcej – nie ma żadnej dyscypliny olimpijskiej ani żadnej innej z tych, które, choćby z uwagi na tradycje i przyzwyczajenie, można nazwać klasycznymi.

Dziesiątkę wypełnia lista sportów ekstremalnych, poczynając od BASE Jumping (skoki ze spadochronem z wieżowców z akrobacjami), które pochłaniają rocznie 370 ofiar śmiertelnych. Trzysta siedemdziesiąt ofiar rocznie!!!

Ten sektor wyczynu podlega dynamicznej rozbudowie. Z sukcesem został wtopiony w narciarstwo olimpijskie i jest uzupełniany o kolejne konkurencje, chociaż formy freestyle’owe także nie trafiły do dziesiątki sportowych horrorów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w najbardziej śmiercionośnych dyscyplinach, ryzyko nie jest dodatkowym obciążeniem, tylko celem samym w sobie. Ryzyko i adrenalina to jedna rodzina. Adrenaliny potrzebują uczestnicy. Widzowie też lubią ten dreszczyk, choć nie zawsze mogą na to liczyć.

Sport nie jest sztuką dla sztuki, ale usługą dla ludności

Z jakiego powodu polski futbol, który w całej swej historii nie zdobył ani jednego złotego medalu w mistrzostwach świata czy Europy, ma być więcej wart od naszej lekkoatletyki, która zdobyła aż 63 złota?

zobacz więcej
Nurkowanie jaskiniowe (numer 3 w rankingu) raczej nie gromadzi tłumu fanów. Podobnie jazda na leżąco w czymś, co przypomina sanki na kołach (Street Luge) po górskich szosach przy normalnym ruchu drogowym. Popularność można podrasować fotką lub nagraniem wideo z telefonu komórkowego, lecz to nie to samo, co ryk stadionu i wielka sława po zdobyciu gola. Całą nagrodą jest właśnie adrenalina oraz fakt, że udało się przeżyć.

To jednak inny gatunek ryzyka. Tak zwany „normalny” sport polega raczej na tym, by go unikać. Niektóre sporty ekstremalne – raczej na tym, aby poszukiwać zagrożeń.

W moim osobistym rankingu sportów głównego nurtu, tym najbardziej niebezpiecznym jest jednak żużel. Z uwagi na dużą liczbę ofiar i stosunkowo małą liczbę krajów, w których ten sport jest uprawiany.

Diabeł na to czeka

Nieustanne obcowanie z poważnym zagrożeniem miewa czasem fatalne konsekwencje. I to nie w czasie pracy zawodowej, wykonywanej w napięciu i skupieniu, lecz podczas zajęć o mniejszej, jak się wydaje, skali ryzyka albo wręcz dla relaksu.
Tomasz Gollob: wytrwałość mam zakodowaną genetycznie
Michael Schumacher, Robert Kubica, Tomasz Gollob ulegli ciężkim wypadkom, z których żaden nie zdarzył się w sporcie opanowanym do perfekcji, uprawianym profesjonalnie na co dzień. Wypadki miały miejsce podczas zajęć okazjonalnych i nietypowych. Schumachera – na nartach, Kubicy – w rajdzie, Golloba – na treningu motocrossu. Nie były to błahe zdarzenia, lecz takie, które zmieniły życie tych ludzi.

O przyczynach można dyskutować długo i namiętnie. Myślę jednak, że bez względu na detale, które decydowały o takim przebiegu wydarzeń, istnieje wspólny mianownik, do jakiego sprowadzają się te dramaty. Jest nim obniżone poczucie ryzyka – podświadome i naturalne po skrajnych doświadczeniach zawodowych.

Bo czym jest jazda rajdowym samochodem czy na nartach po tysiącach przejazdów bolidem? Czym solówka treningowa na motocyklu w terenie po walce na szpryce bark w bark na żużlu? Przyjemnym urozmaiceniem, fajną rozrywką, której po tak wielu tańcach ze śmiercią, nie sposób traktować śmiertelnie poważnie. Pan diabeł tylko na czeka.

Bohaterowie umierają młodo

Właściwie nie ma dyscypliny, w której sportowiec nie byłby narażony na jakieś ryzyko. Nawet grając w brydża, można sobie zwichnąć nadgarstek, a przy grze w szachy szare komórki mogą się same zawiązać na supeł: teoretycznie. Ale są także sporty bardziej ryzykowne dla kibiców niż dla zawodników i do nich należy futbol.

1976 rok, Port-au-Prince – 5 ofiar śmiertelnych; 1982 r., Moskwa – 340; 1985 r., Bradford – 56; 1985 r., Bruksela – 39; 1987 r., Trypolis – 20; 1988 r., Katmandu – 93; 1989 r., Sheffield – 95; 1991 r., Orkney – 40; 1992 r., Bastia – 17; 1996 r., Gwatemala – 84; 1997 r., Lagos – 5; 2000 r., Monrovia – 3; 2000 r., Harare – 13. W sumie 810 osób, które zginęły w związku z meczami piłki nożnej bez świadomości, że podejmują śmiertelne ryzyko wybierając się na mecz.
29 maja 1985 r. na stadionie Heysel w Brukseli, przed finałowym meczem Pucharu Europy między Juventusem a Liverpoolem doszło do starć między angielskimi i włoskimi kibicami. Śmierć poniosło 39 osób. Fot. Horstmüller/ullstein bild via Getty Images
Ludzkie tragedie na piłkarskich stadionach, oczywiście, nie są efektem uprawiania sportu, są skutkiem pośrednim, który w konkretnych okolicznościach miał konkretne przyczyny, lecz nie jest to wniosek kojący tylko przeciwnie – ryzykowne sytuacje bywają nagłe i nieprzewidywalne zawsze i wszędzie.

Ryzyka nie da się wykluczyć z życia ani ze sportu. Ryzyka nie da się do końca skalkulować. Dlatego sportowcy muszą wierzyć w swoje szczęście, liczyć na własne umiejętności, żeby w ogóle robić swoje. Bez ryzyka sport nie byłby tym, czym jest. Nie byłby tak popularny, nie rozpalał tłumów.

My ludzie już tak mamy, że uwielbiamy wszelkie igrzyska. Wprawdzie stadiony zastąpiły Koloseum, jednak cienie gladiatorów nadal błądzą w zbiorowej wyobraźni. Sportowcy nie walczą na śmierć i życie, nie wychodzą na areny, żeby zwyciężyć albo zginąć. Ale czasem tak się dzieje. W sportach ekstremalnych znacznie częściej niż tylko czasem.

Być może rzymski syndrom jest czymś więcej niż tylko cieniem? Może nie wygasły w nas tęsknoty za wielkimi dramatami gladiatorów? Jakkolwiek by było, bohaterowie umierają młodo.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy przyszłego prezydenta Ukrainy wybrała Moskwa?
Niebezpieczne związki. Faworyt wyborów powiązany z oligarchą, oligarcha używający argumentów Kremla.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Niemcy skłócone i podzielone. Hulajnoga niezgody
Nie chcą jej piesi, bo boja się o swoje zdrowie. Nie chcą rowerzyści, bo ścieżki będą jeszcze bardziej zatłoczone. Nie chcą wreszcie kierowcy, bo mają dość uważania na rowerzystów i pieszych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wszystkie grzechy obrońców życia
Polskie ruchy pro life mają rację, ale nie potrafią do niej przekonać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra...
Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Piewca seksualnych dewiacji. Jego teorie wpisano do standardów...
Uważał, że traumę u gwałconych dzieci wytwarza histeria dorosłych wobec pedofilii, a nie same działania pedofilów.