Historia

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

Kobiety w PRL pachniały „Currarą” – polską odpowiedzią na „Poison” Diora i „Być może” – socjalistyczną wersją „Chanel No. 5”. Mężczyźni „Brutalem”, który rywalizował z „Old Spicem”. Wszyscy jedli afrykańską potrawę, chodzili w „teksasach” ze Szczecina i marzyli o telewizorze, który odbierał tylko jeden kanał, a kosztował dwie pensje. Kultowe wyroby Polski Ludowej.

Lwów i Królewiec mogły być w PRL. A Szczecin w NRD

Jedną z przygranicznych warmińskich wsi Polacy od sowieckich sołdatów odkupili za parę litrów spirytusu.

zobacz więcej
Dla młodzieży to przedmioty „retro”. Pokolenia, które młodość spędziły w Polsce Ludowej, mają do nich sentyment. Niektóre wciąż można znaleźć w polskich sklepach, ale większość już tylko we wspomnieniach. Zwłaszcza to, co w Polsce Ludowej lądowało na talerzach.

Jednym ze sztandarowych wyrobów przemysłu spożywczego PRL, które zyskały światową renomę, był „Paprykarz szczeciński”. Eksportowano go do kilkudziesięciu krajów świata, a w dalekiej Kolumbii cieszył się tak wielkim powodzeniem i uznaniem, że zaczęto go nawet podrabiać. Miał zaś tę przewagę nad eksportowymi szynką konserwową „Krakus” czy wódką „Wyborową”, że z łatwością można go było dostać w kraju i nigdy nie był na kartki.

Produkcję kultowej puszki rozpoczęto w 1967 roku, a 1 grudnia 1968 roku – czyli dokładnie 50 lat temu – produkt otrzymał znak najwyższej jakości Q.

Krajowi smakosze zajadali się więc kombinacją zmielonego rybiego mięsa z ryżem, cebulą, koncentratem pomidorowym, olejem roślinnym, solą i szeregiem przypraw. Na wielu stołach, zwłaszcza w postny piątek, była to podstawa śniadań i kolacji.

Polska wersja afrykańskiej potrawy

– Paprykarz smakował wspaniale, zwłaszcza na świeżej kajzerce lub ciemnym pieczywie. Do tej pory pamiętam ten smak – wspomina Andrzej Wiśniewski, emerytowany inżynier z Elbląga.

13 grudnia 2010 roku Ministerstwo Rolnictwa wpisało nawet tę potrawę na krajową listę produktów tradycyjnych! A przecież pierwowzorem „Paprykarza szczecińskiego” była afrykańska potrawa czop-czop, którą w latach 60. zajadali się nasi marynarze i technolodzy ze statków-chłodni podczas połowów dalekomorskich u wybrzeży Afryki Zachodniej. Zachwyceni smakiem egzotycznego dania, marynarze zarazili swoim entuzjazmem pracowników laboratorium Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Gryf” w Szczecinie, którzy rychło przystąpili do produkcji „polskiego czop-czop”.
Od początku lat 90. „Paprykarz szczeciński” nie jest produkowany w stolicy Pomorza Zachodniego. Wyroby pod dawną nazwą oferują natomiast liczne przedsiębiorstwa w innych częściach kraju. Fot. Wikimedia Commons by Kpalion - Praca własna, CC BY-SA 4.0
Pierwotny paprykarz składał się w połowie z mięsa afrykańskich ryb, a w połowie z pulpy pomidorowej sprowadzanej z Bułgarii i Węgier, ostrej papryczki prima, ryżu, warzyw i przypraw. Potrawa była prawdziwym gastronomicznym rarytasem, nic więc dziwnego, że po zaledwie roku od rozpoczęcia produkcji uzyskała certyfikat Q oznaczający, iż wyrób spełnia ponadpodstawowe wymagania i ma jakość porównywalną z tą renomowanych producentów światowych.

Rybny problem PRL

Pod koniec lat 80. niektórym centralom rybnym udało się rozwiązać wieczny problem PRL-u zaopatrzenia w świeże ryby.

zobacz więcej
Zaszczytne trofeum utrzymano przez lata, choć kryzys gospodarczy w PRL spowodował, że na przełomie lat 70. i 80. do puszki trafiały, poza mięsem rybim, odpady: łuski, płetwy, ości i kręgosłupy. Utrata przez Polskę łowisk afrykańskich wyeliminowała także z paprykarza tamtejsze ryby. Gowiki i pagrusy zostały zastąpione mintajami, mirunami, a nawet cieszącymi się w pełni zasłużoną złą sławą – z racji powszechnego skażenia tych ryb pasożytami Kudoa alliaria – błękitkami.

Dziś po kultowym wyrobie stolicy Pomorza Zachodniego (wsławionego jeszcze między innymi junakiem – polskim motocyklem produkowanym tam w latach 1956-1965) nie ma już w tym mieście śladu. Paprykarz nie jest produkowany w Szczecinie od początku lat 90. Wyroby rybne pod dawną nazwą (nie została ona przed laty zastrzeżona) mają natomiast w swoim portfolio liczne przedsiębiorstwa w innych częściach kraju.

– Ale to już nie to samo. Wiele brakuje im do pierwowzoru. Dawnego smaku nie da się podrobić, nazwa nic tu nie zmienia – zauważa Andrzej Wiśniewski.

W PRL „jakoś lepiej smakowało”

Jak ocenia emerytowany inżynier, swój dawny smak straciło też wiele innych produktów spożywczych znanych mu z dzieciństwa i młodości. – Może idealizuję przeszłość, przynajmniej tę kulinarną, ale ani sery, ani wędliny nie smakują mi tak jak te dawne – stwierdza.

Elblążaninowi wtóruje Katarzyna Wiśniewska, emerytowana pracownica jednego z gdańskich sklepów spożywczych. – Dzisiaj na półkach jest o wiele większy wybór, ale jakość już nie taka – mówi.

– Dla mnie na przykład wszystkie krajowe sery żółte smakują tak samo. Nie widzę różnicy między edamskim a podlaskim. Kiedyś było zupełnie inaczej, oczywiście, gdy udało się je zdobyć, ale ja akurat nie miałam z tym kłopotu. Obniżyła się też jakość popularnych wędlin. Takiej kiełbasy myśliwskiej jak w latach 60. już się dzisiaj w sklepie nie kupi. A mleko? Próbujcie postawić je na kwaśne. Tylko się skiśnie – wylicza emerytka.
Kontrola żywności (1971 r.)
Coś w tym jest. Wbrew powszechnej opinii, wobec produktów żywnościowych w PRL stosowano dość ostre normy. Producentom groziły kary, jeśli nie przestrzegali ściśle receptur kiełbas czy serów. W latach 90. normy w przemyśle spożywczym zostały zliberalizowane, a po wejściu Polski do Unii Europejskiej praktycznie machnięto na nie ręką. Efekt? „Jak to możliwe, że niektórzy producenci z kilograma wieprzowiny otrzymują ponad 2 kg szynki, choć tradycyjną metodą powinni uzyskać maksymalnie 90 dag” – zastanawiał się w 2013 roku Miłosz Węglewski, dziennikarz „Newsweek Polska”.

Dzwonki do drzwi. Domokrążcy czasów PRL

Chłoporobotnicy zbierali suchy chleb dla konia. Cyganki wróżyły, Cyganie sprzedawali patelnie. Kominiarze składali życzenia. Kobiety ze wsi przywoziły nabiał i mięso. Sąsiedzi pożyczali maszynkę do mielenia kawy.

zobacz więcej
Czy zatem w jakości jedzenia Polska Ludowa góruje nad III RP? Rzecz do dyskusji. Jedno jest pewne: w tym przypadku marksistowski dogmat o przechodzeniu ilości w jakość całkowicie się nie sprawdził.

– Wprawdzie w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej brakowało jedzenia, ale jego jakość była dobra – zauważył dr Andrzej Zawistowski z Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, w trakcie konferencji „PRL na talerzu”, którą w 2011 roku zorganizował Instytut Pamięci Narodowej.

O tym śniło się nocami

– No tak, nie było wówczas tych wszystkich polepszaczy, konserwantów, zamienników. Nie było też osławionego GMO – stwierdza Krzysztof Kotowski, 52-letni mieszkaniec Fromborka. Mężczyzna jest miłośnikiem dań rybnych (w nadzalewowym miasteczku słynie z przygotowywanej przez siebie uchy – zupy rybnej), a gotować uczył się m.in. z kultowej w czasach PRL „Książki kucharskiej dla samotnych i zakochanych” Marii Lemnis i Henryka Vitry (pod tymi zmyślonymi nazwiskami krył się znany muzykolog Tadeusz Żakiej), której pierwsza edycja ukazała się w roku 1959.

– To z tej książki nauczyłem się przyrządzać potrawy z ryb. Jak podkreślali autorzy, były one w czasach PRL bardzo tanie. Teraz są znacznie droższe, ale tak samo smaczne – mówi fromborczanin.

Rzecz jasna dobrze pamięta smak „tego prawdziwego” „Paprykarza szczecińskiego”, ale ma również w pamięci szereg innych produktów Polski Ludowej, które z biegiem czasu stały się kultowe nie tylko dla niego. Na subiektywnej liście tego pasjonata historii jest ich zaledwie kilka, zaś wszystkie mają cechę wspólną – Kotowski pamięta je z domu rodzinnego i mieszkań sąsiadów, choć niektóre już tylko ze strychu.
Oto jego toplista: „Wisła” i „Belweder” – pierwsze polskie telewizory, „Szarotka” – pierwsze przenośne radio, „Teksasy” – polskie jeansy, „Być może”, „Pani Walewska”, „Brutal” – wody toaletowe i perfumy, a także pralka „Frania”. O każdej z tych rzeczy warto wspomnieć.

„Wisła” na szafkę, „Szarotka” na plażę

Narciarska komunikacja miejska, czyli zima stulecia

Jak rozwiązać problem z dostawami ciepła i energii w mroźne zimy? W PRL był pomysł: przenieść ludność z miast na wieś.

zobacz więcej
Pierwszy polski telewizor produkowany seryjnie został nazwany „Wisła”, a zszedł z linii 22 lipca 1956 roku w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych. „Wisła" produkowana była na licencji radzieckiego telewizora „Awangard”. Prymitywny odbiornik, umożliwiający odbiór tylko na jednym kanale, miał ekran o średnicy 31 cm, a kosztował 4 tys. zł. Średnia miesięczna pensja w tym czasie wynosiła niespełna 2 tys. zł.

Jeszcze droższy (kosztował 7 tys. zł) był „Belweder”, który zastąpił „Wisłę” już w 1957 roku. Ten luksusowy, jak na ówczesne czasy, odbiornik miał 14-calowy ekran i ważył 23 kg. „Belweder" mógł odbierać program telewizyjny na jednym z ośmiu kanałów. Był pierwszym w Polsce telewizorem produkowanym na masową skalę – w samym tylko 1958 roku wypuszczono 60 tysięcy sztuk. Telewizory mimo to były wówczas i bardzo drogie, i trudno osiągalne.

Z kolei „Szarotka” była pierwszym krajowej produkcji, przenośnym, lampowym (a od 1958 roku – tranzystorowo-lampowym) odbiornikiem radiowym. Produkowano ją w latach 50. w Zakładach Radiowych im. Marcina Kasprzaka w Warszawie, na licencji austriackiego „Siemensa”.

Dzięki niepozornej „Szarotce”, która poza falami długimi i średnimi odbierała także (w późniejszej wersji) stacje nadające na falach krótkich, wielu Polaków miało możliwość słuchania Radia Wolna Europa.

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel

W PRL na oryginalne, amerykańskie jeansy chorowali prawie wszyscy młodzi ludzie, ale mieć ej mogli bardzo nieliczni. Większości nie było stać, by kupić je w Peweksie, gdzie za waluty wymienialne, jak określano w PRL waluty krajów kapitalistycznych z dolarem na czele, lub bony Pekao sprzedawano towary luksusowe. Dla tych mniej zamożnych produkowano w szczecińskiej „Odrze” peerelowski odpowiednik jeansów – tzw. teksasy.

Pracownice „Odry” szyły z polskiej tkaniny Arizona (bawełna ze sztucznym włóknem) nie tylko spodnie, ale także: bluzy, marynarki, spódnice, a nawet długie płaszcze. Produkty ze Szczecina były ogromnie atrakcyjnym prezentem dla nastolatków i doskonałym towarem w „eksporcie indywidualnym” do „bratnich krajów socjalistycznych”, zwłaszcza do ZSRR, czyli sprzedawanym mieszkańcom tych państw przez Polaków podczas podróży służbowych czy prywatnych.
Jak już się człowiek ubrał, to do pełni konsumenckiego szczęścia brakowało mu już tylko ekskluzywnego zapachu. Producent perfum „Być może” – Pollena-Uroda – chciał za ich sprawą zapewnić Polkom odrobinę luksusu. Mówiło się wręcz, że to socjalistyczna wersja „Chanel No. 5”.

„Kobiety z warszawskiej elity wybaczały kłucie szpilkami”. Boćkowska o modzie w PRL-u

Jeśli chodzi o krawcowe, to w cenie były te, które miały zagraniczne pisma – „Elle” albo chociaż „Burdę”. Natomiast Moda Polska była potrzebna władzy, polepszała wizerunek kraju.

zobacz więcej
Perfumy sprzedawano w smukłych buteleczkach o pojemności 10 ml, które mieściły się w każdej kieszeni i torebce. Ich zapach był bardzo intensywny – odpowiadała za to nuta szyprowa, drzewno-roślinna kompozycja.

Najpierw na rynku pojawiła się linia „Być może… Paris”. Dużo później producent zaczął wypuszczać kolejne buteleczki ze światowymi stolicami w nazwie. Były więc „Być może… Rome”, „Być może… London”, „Być może… New York” i „Być może… Tokyo”. Perfumy przeżyły nawet PRL i wciąż są dostępne za parę złotych za flakonik.

Kupimy też nadal „Panią Walewską” – eleganckie perfumy z półki wyższej od „Być może”. W latach 70. tę wodę toaletową reklamowano w ulotkach dość militarnie: „To oręż dany do dyspozycji każdej kobiety, która poprzez umiejętne podkreślanie uroku osobistego, pragnie zawładnąć uczuciami Napoleona swojego życia”.

Zakłady Pollena-Lechia produkowały również perfumy dla pań „Konwalia”. Kobiety w PRL pachniały też „Reve”, wodą kwiatową „Elida” i kultową „Currarą”, która powstała jako polski odpowiednik ekskluzywnych perfum „Poison” Christiana Diora.


Dla mężczyzn poznańskie zakłady Pollena-Lechia produkowały „Przemysławkę”, wodę kolońską sprzedawaną w szklanych buteleczkach z plastikowym korkiem. Męskim odpowiednikiem „Pani Walewskiej” był „Brutal”. Woda kolońska o ostrym, ziołowo-korzennym zapachu, w latach 70. i 80. pod względem prestiżu rywalizowała nawet z powodzeniem z kultowym „Old Spicem”.

Pierze nawet na jachcie

„Frania” była przez lata najpopularniejszą pralką w Polsce. Produkowano ją w Zakładach Wyrobów Metalowych w Kielcach. Ta elektryczna pralka wirnikowa składała się z dwóch cylindrycznych komór z emaliowanej blachy.

Górna część z wirnikiem stanowiła komorę pralniczą, a w dolnej znajdował się silnik z przekładnią pasową. Niektóre z bardziej luksusowych egzemplarzy „Frani” były wyposażone w wyżymaczkę.

W znacznie unowocześnionej wersji pralka ta produkowana jest do tej pory przez firmę z Myszkowa. Trafia na jachty, do domków letniskowych, warsztatów. Nadal jest także wykorzystywana jako wirówka do domowej rehabilitacji złamań i urazów kończyn.

Jeszcze trzy lata temu jeden z internautów tak polecał ja na poradnikowym portalu netkobiety.pl” „Po prostu nalewasz ciepłej wody, włączasz pralkę i zanurzasz rękę na 10-20 minut. Są osoby, które tak robiły, kiedy na masaż wodny wirowy w ośrodku rehabilitacji musiały czekać pół roku. Działa tak samo, jak wanna do masażu wirowego. I efekty są takie same”.

– Witold Chrzanowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Każdy młody Polak marzył o amerykańskich jeansach, większość mogła sobie pozwolić tylko na „teksasy” szyte przez szczecińską „Odrę”. Na zdjęciu dyskoteka młodzieżowa w kawiarni „Kaprys” w gmachu Telewizji Polskiej. Warszawa, czerwiec 1978 roku. Fot. PAP/Jan Hausbrandt, Wojciech Kryński
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa
Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.
Historia Poprzednie wydanie
Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski
50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.
Historia Poprzednie wydanie
Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami
Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku
Ribbentrop zaproponował Hitlerowi, że zaaranżuje konferencję z udziałem sowieckiego satrapy, podczas której osobiście zastrzeli go ze specjalnego długopisu pistoletu.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Seks w służbie proletariatu
Ulicami przejeżdżały parady miłości, ich uczestnicy poprzebierani byli za duchownych, jedni całowali się i obmacywali, inni wykonywali sprośne gesty. Po rewolucji bolszewickiej w Rosji wybuchła rewolucja seksualna.