Kultura

Niepokorny mistrz felietonu i reżimowy cesarz reportażu

Muzyk, dziennikarz i publicysta, borykający się ciągle z cenzurą oraz korespondent i podróżnik, który dołączył do grona najważniejszych pisarzy XX wieku. Pierwszy bezkompromisową postawę przypłacił dotkliwym pobiciem w marcu 1968 roku. Drugi, korzystając z protekcji PZPR-owskiej wierchuszki, jeszcze za swojego życia stał się klasykiem światowego reportażu.

Stefan Kisielewski i Ryszard Kapuściński zmierzą się ze sobą w kolejnym odcinku „Pojedynków stulecia” w czwartek 6 grudnia na antenie TVP Kultura o godz. 22.25.

Antysemitka ratująca Żydów i kronikarz zagłady

Zofię Kossak-Szczucką i Tadeusza Borowskiego wspólne obozowe doświadczenie połączyło i zarazem podzieliło.

zobacz więcej
Trudno o większego oryginała niż Stefan Kisielewski. Prozaik, pedagog, kompozytor, krytyk muzyczny, felietonista, a także biorąc pod uwagę jego styl, pewnie należałoby dodać: „okazjonalnie satyryk”. Poza tym liberał i katolik. Dosłownie: człowiek-orkiestra.

Zbyt polski, żeby opuścić Polskę

Urodzony w 1911 roku, miał okazję żyć zarówno w carskiej Rosji, odrodzonej II Rzeczypospolitej, pod okupacją niemiecką, w PRL, jak i doczekać się pierwszych skowronków wolnej Polski. Osiemdziesiąt lat życia Stefana Kisielewskiego zlewa się z historią polskiego wieku XX i w sposób naturalny predestynuje go do roli świadka politycznych i kulturalnych wydarzeń, z której skwapliwie skorzystał.

Ba, jest to czas, który w umyśle pomnym minionych wydarzeń i zawieruch, budził mimowolny dystans. A u Kisiela (pseudonim ten to skrócona forma nazwiska, którą podpisywał przez wiele lat swoje felietony), znanego z punktowania peerelowskich paradoksów dystans, wcale nie wykluczał zaangażowania. Wręcz przeciwnie, jego specyficzny styl i poczucie humoru temu służyły.

Gdybyśmy mieli porównać długość i zawiłość jego biografii, a także niezwykłe zainteresowanie, jakim darzył sprawy polskie, do innych życiorysów przedstawionych w „Pojedynkach stulecia”, tym wyśrubowanym kryteriom byłby w stanie sprostać chyba wyłącznie Czesław Miłosz (także urodzony w roku 1911, a zmarły w 2004). Z tą różnicą, że Miłosz w latach 50. postanowił oglądać PRL z dystansu pojętego dosłownie. Mowa o rzeczywistej odległości liczonej w tysiącach kilometrów dzielących słoneczną Kalifornię od szarzyzny PRL.

I nie chodzi wcale o to, żeby jedną postawę dowartościowywać kosztem innej. Stefan Kisielewski był po prostu zbyt polski, żeby kiedykolwiek Polskę opuścić. Myśl ta chyba nigdy na poważnie nie zaświtała mu w głowie.

Historia relacji Kisiela z Miłoszem to zresztą osobny temat, o którym tu można wspomnieć w ramach anegdoty. Do historii przeszło słynne zdjęcie zrobione w Sztokholmie w 1980 roku, zaraz po tym, gdy autor „Traktatu poetyckiego” otrzymał literackiego Nobla.
Czesław Miłosz i Stefan Kisielewski w gombrowiczowskim pojedynku na miny. W głębi Mirosław Chojecki. Grand Hotel Stockholm, grudzień 1980 r. Fot. PAP/Tomasz Abramowicz
Obydwaj panowie zaczęli brać udział w gombrowiczowskim pojedynku na miny. Jakby tego było mało, po zakończeniu bankietu poszli do... McDonalda.

Z korespondencji Miłosza z Giedroyciem wynika, że noblista i twórca paryskiej „Kultury” nie pałali do autora „Abecadła” zbyt wielką sympatią, choć trzeba przyznać, że to Miłosz wprowadził Kisiela do środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Niemniej wspomniane zdjęcie przetrwało próbę czasu.

Rodzinny dom Stefana Kisielewskiego dawał mu doskonałe zaplecze do szlifowania ciętego, publicystycznego języka, którym po wojnie zachwycali się czytelnicy krakowskiego czasopisma. Jego ojciec, Zygmunt, był starym pepeesowcem, który swój etos wykuwał walcząc w legionach. Po odrodzeniu Rzeczypospolitej, wraz z żoną Salomeą, wynajął mieszkanie przy placu Zbawiciela w Warszawie.

W domu brakowało wszystkiego, ale duma wysadzonej z siodła szlachty, która zasiliła warstwę inteligencką, nie pozwalała tej rodzinie szukać jakiejkolwiek przynoszącej dochód pracy (w książce Mariusza Urbanka „Kisielewscy” można wyczytać, że Salomea miała powiedzieć, że „przyjęcie posady było przez nas uważane za upadek moralny”). Dopiero przyjście na świat Stefana zmieniło ów stan rzeczy i zmusiło Zygmunta do zatrudnienia się w redakcji „Robotnika” – jak na miejskiego inteligenta przystało.

Z kolei stryj Stefana, Jan August parał się dramatopisarstwem. I to nie byle jakim. Jego teksty takie jak: „Karykatury” czy „W sieci” cieszyły się dużą popularnością i były wystawiane przez największe osobistości przedwojennego teatru (m.in. Leona Schillera). Niestety choroba psychiczna, na którą zapadł ich autor, uniemożliwiła mu dalszą pracę.

Wieczny opozycjonista

Stefan Kisielewski nim objawił światu swój talent literacki, dał się poznać jako muzyk. Uzyskał dyplom z teorii muzyki i kompozycji w Konserwatorium Warszawskim. Przedwojenny dorobek Kisiela zabrało Powstanie Warszawskie. O jego powojennym świadczą zarówno liczne kompozycje, jak i... właśnie felietony.

Otóż, akademicy piszący o twórczości Kisielewskiego zwrócili uwagę na to, że o niezwykłym umuzykalnieniu publicysty świadczą nie tylko oczywiste i czytelne metafory, ale także jego styl, czyli liczne powtórzenia, wykrzyknienia i wyrazy dźwiękonaśladowcze. Prowadzi to do wniosku, że mimo deklaracji Kisiela, który odżegnywał się od intertekstualności (chcąc podkreślić i dowartościować odrębność muzyki) szukający harmonii, umuzykalniony umysł nie dawał o sobie zapomnieć.

Podobnie jak wywrotowa natura Kisielewskiego, która kazała mu zawsze stać w opozycji. Nawet tej muzycznej, bowiem wbrew aktualnym modom autor „Zbrodni w dzielnicy północnej” komponował konserwatywnie i neoklasycznie, przez co jego muzyka grana była z rzadka.

Podobne problemy napotykała jego publicystyka. Z „Tygodnikiem Powszechnym” Kisielewski współpracował niemal od początku istnienia tytułu, a jego staż na łamach czasopisma dorównywał pod względem długości historii PRL.

Sobowtór Słowackiego i warszawska królowa Madagaskaru

Biografie Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Zuzanny Ginczanki są różne. Ale zbliża je tragizm losów obojga poetów.

zobacz więcej
W ciągu 45 lat Kisiel opublikował w katolickim tygodniku ponad półtora tysiąca tekstów. Z redakcją rozbratów brał kilka, ale każdy z nich okazywał się być jedynie tymczasowym.

Do pierwszego doszło już w 1947 roku po opublikowaniu powieści „Sprzysiężenie”. Opowiada ona o trzech młodych mężczyznach, którzy postanowili żyć jedyną swoją namiętnością, czyli twórczością artystyczną. Tym samym musieli wyrzec się innych namiętności, a więc jakichkolwiek relacji z kobietami.

I choć w powieści nie znajdzie się żadnych bezpośrednich sugestii, że relacja między młodzieńcami była w swojej istocie relacją homoseksualną, to wystarczyło to Jerzemu Turowiczowi, żeby zakwalifikować prozę jako „pogańską” i „niemal antykatolicką”.

Powieść chwalił natomiast Jan Kott określając ją jako książkę laicką i pełną zdrowego cynizmu, przeciwko czemu Kisielewski żywo protestował. Patrząc na te polemiki można odnieść (mylne) wrażenie, że życie literackie w powojennej Polsce miało się lepiej niż dobrze.

Kolejna przerwa i to dwunastoletnia, nastąpiła w roku 1968. Kiedy 29 lutego 1968 roku w warszawskim oddziale Związku Literatów Polskich odbyła się dyskusja na temat zdjęcia słynnych „Dziadów” w reżyserii Kaźmierza Dejmka z repertuaru Teatru Narodowego, a także ogólnej polityki Władysława Gomułki ograniczającej aktywność ludziom kultury – Kisiel wygłosił mowę konkludując: „Opowiadam się za rezolucją kolegi Kijowskiego, która stawia sprawę całościowo na tle tej skandalicznej dyktatury ciemniaków w polskim życiu kulturalnym, jaką obserwujemy od dłuższego czasu”.
Czego nie wiemy o świecie? Rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim
Za ten głos i słowa o „dyktaturze ciemniaków” objęto Kisielewskiego na trzy lata zakazem druku. Później 11 marca, na tyłach katedry św. Jana na Starym Mieście, został on dotkliwie pobity przez „nieznanych sprawców”, którzy nie kryli, że kierował nimi „klasowy gniew”.

Był to najtrudniejszy okres w karierze Kisiela. Obejmujący jego twórczość całkowity zakaz druku trwał aż do 1971 roku. W związku z tym, podobnie jak jego przyjaciel Leopold Tyrmand, Kisielewski postanowił pisać dzienniki. Wydany w 1996 roku, oryginalnie posiadający ponad 900 stron zapis, to dowód niezwykłej przenikliwości politycznej, ale też momentami niezrozumiałych osądów.

Krytycyzm Kisiela wynikający z jego gorliwego antykomunizmu zaczyna ustępować zwykłemu krytykanctwu, co najlepiej widać czytając sylwetki niezaangażowanych (lub zaangażowanych tak miernie, że nie powinno podlegać to ocenie) muzyków. Finalnie „Dzienniki” okazały się być dowodem na zmęczenie, niezadowolenie i marazm. Pytanie, czy taka była kondycja Kisiela po marcu 1968 roku czy też w ten sposób dawało o sobie znać jego poczucie niespełnienia.

Od pińskich błot do oceanu światowego

Tymczasem trudno o niespełnieniu mówić w przypadku Ryszarda Kapuścińskiego. Jego biografia różni się od biografii Kisielewskigo niemal w każdym calu.

Urodzony w Pińsku (dzisiaj miasto jest w granicach Białorusi), Kapuściński już od początku swojego życia musiał się mierzyć z okrucieństwem totalitaryzmu. Zabrakło czasu na szczenięce lata i okres, który mógłby być po latach mitologizowany.

Po wybuchu wojny jego ojciec był żołnierzem najdłużej walczącej podczas kampanii wrześniowej Samodzielnej Grupy Operacyjnej Polesie dowodzonej przez generała Franciszka Kleeberga. Choć sam dostał się do niewoli sowieckiej po 17 września, zbiegł i w cywilnym ubraniu zdążył uciec z rodziną do niemieckiej strefy okupacyjnej.

Te wydarzenia wspominał Ryszard Kapuściński we wstępie do „Imperium”, słynnej książki opisującej historię rozpadu Związku Sowieckiego. Relacjonował w niej m.in. jak jego rodzinę nachodzili szukający ojca żołnierze sowieccy oraz specyfikę błot pińskich. Przyznawał, że być może myśl, iż nawet będąc w opresji i w głębi interioru, można wsiąść do łódeczki, którą da się dopłynąć (czysto teoretycznie) na wody oceanu światowego, kazała gnać mu później po całym świecie.

Po wojnie rodzina Kapuścińskich osiedla się w Warszawie. Swoją przygodę z literaturą młody Ryszard zaczyna od poezji. To czasy, kiedy zaczyna studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim (później pracę magisterskiej będzie bronił u Henryka Jabłońskiego będącego w latach 70. i 80. przewodniczącym Rady Państwa) i wstępuje do Związku Młodzieży Polskiej.

Głęboki stalinizm daje się we znaki młodym ludziom, robiąc im zupełnie wodę z mózgu. Wzajemne donosy, samokrytyki i skandowanie wrogich okrzyków w stronę „bumelantów” i bikiniarzy stanowią codzienność tego okresu.

Fascynacja stalinizmem

W 1951 roku Kapuściński publikuje wiersz okolicznościowy z okazji II Światowego Kongresu Pokoju: „Rozpalamy w sercach/ Naszej woli płomień/ Mocniej/ ramię pokoju/ napina/ My – /silniejsi miliardem dłoni/ potężniejsi/myślą Stalina”.

Czy PZPR była spadkobiercą polskiego nacjonalizmu

Spór Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza o PRL w istocie dotyczy również III RP.

zobacz więcej
Po latach reporter stwierdzi, że to właśnie ta wiara pozwoli mu zrozumieć rewolucyjny zapał tlący się pod tyloma różnymi szerokościami geograficznymi. Sam oczywiście będzie się swojej fascynacji stalinizmem wstydzić. I to wręcz do tego stopnia, że właściwie będzie tematu swojego uwikłania w najbardziej brutalną fazę systemu komunistycznego unikać.

Artur Domosławski w głośnej książce „Kapuściński. Non-fiction” odnotował scenkę z lat 70., podczas której w dość luźnej i towarzyskiej atmosferze miało dojść do spięcia między Wiktorem Osiatyńskim a autorem „Hebanu”.

Osiatyński wspominał, że nie mógł się nadziwić, iż Kapuściński i inni zetempowcy bezkrytycznie wierzyli w ustrój komunistyczny nie bacząc na to, co robiła w tamtym czasie w Polsce bezpieka. Znany dziennikarz bronił się zapewniając, że oni wtedy nic nie wiedzieli, ponieważ „wrogów klasowych” i ich dzieci nie przyjmowano wtedy na studia.

Może i Kapuściński nie wiedział – konkludował w rozmowie z Domosławskim Osiatyński – ale musiałby być debilem.

Reporterskie szlify autor „Lapidarium” zdobywał w „Sztandarze Młodych”. Konkretnie opisywał – zgodnie z duchem czasu – budowę Nowej Huty.

W ramach pierwszej zagranicznej podróży wyjeżdża do Indii. To rezultat październikowej odwilży 1956 roku. Ten wyjazd pozwala mu okrzepnąć, „przebranżowić” się z reportera relacjonującego krajowe wydarzenia w dziennikarza o światowych horyzontach.


Liczne wyjazdy sprawiały, że Kapuściński oddalał się od polskiego życia politycznego. Jego renoma wprowadziła go w obieg międzynarodowy. A on znajdował sobie coraz to nowsze punkty odniesienia.

Z prądem czy pod prąd

Wydaje się być kuszącą perspektywą, żeby w tym miejscu zarysować różnicę między Kapuścińskim a Kisielewskim. Ten pierwszy stawał się obywatelem świata. Ten drugi postanowił (lub życie postanowiło za niego) rozsmakowywać się w Polsce – w polskich sporach, niuansach i waśniach. Ta salonowa i w pewien sposób warszawska zdolność do zaglądania za kuluary i poznania „absolutnie wszystkich” sprawiła, że po latach Kisielewski będzie mógł bez trudu stworzyć swój alfabet.

Mimo, że obydwie postaci leżą na przeciwległych biegunach ideologicznych, to trudno zgodzić się na prosty osąd, według którego to Kapuściński płynął z prądem, a Kisielewski pod prąd. Autor „Wojny futbolowej” mimo rozczarowania stalinizmem pozostawał wierny postawie lewicowej. Uważał PRL za swój kraj, chętnie opowiadał partyjnym dygnitarzom o tym, co widział w dalekim świecie, choć polityczne inspiracje czerpał raczej z krajów globalnego Południa niż z Polski.

Efektem tych fascynacji był przekład boliwijskich pamiętników Ernesta „Che” Guevary. W postaci tej upatrywał on raczej romantycznego bojownika o sprawiedliwość społeczną niż komunistycznego zbrodniarza. Takie translatorskie przedsięwzięcie stanowiło w PRL rzecz egzotyczną, wszak Guevara poróżnił się z ZSRR i próbował robić rewolucję na własną rękę. Kapuścińskiemu mającemu dobre układy z władzą udawało się jednak pewne sprawy przepychać. I dzięki temu żyć po swojemu, a nie w wiecznym niezadowoleniu i konflikcie z całym światem.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


To jednak nie przychylność partii, a talent zaprowadziły go na literacki parnas i sprawiły, że otarł się o nagrodę Nobla. Można powiedzieć, że nie byłoby przyznanego Swietłanie Aleksijewicz kilka lat temu najwyższego literackiego lauru, gdyby nie ranga, jaką reportażowi jako gatunkowi nadał Kapuściński.

Partyzant i opryszek. Kto okazał się obrońcą zasad w PRL

O Romanie Bratnym nikt już nie pamięta. Marek Nowakowski jest odkrywany na nowo.

zobacz więcej
A jednak konformizm autora „Cesarza” wobec reżimu komunistycznego pozostaje faktem. Trzeba przecież także przypomnieć, że Kapuściński był zarejestrowany jako współpracownik SB. I to rzuca cień na jego biografię, mimo upływu ponad 11 lat od jego śmierci.

Z kolei Stefan Kisielewski w zbiorowej wyobraźni pozostał ironicznym i niezwykle dowcipnym felietonistą, opisującym realia PRL. Był także nieprzejednanym antykomunistą i dość egzotycznym jak na europejskie standardy piewcą wolnego rynku.

„W Kisielu rozpoznawano nieomylnie – pisał na łamach „Więzi” Marek Zieliński – (…) człowieka z niepodległej Rzeczypospolitej, reprezentanta tej formacji, której lata dojrzewania przypadły na wolny kraj, którzy polskiej wolności bronili za wszelką cenę, także życia, także ofiar najwyższych. W Kisielewskim widziano innych. Tych, którzy nie potrafili pisać tak barwnie, którzy zginęli w kampanii wrześniowej, w obozach sowieckich, na polach bitew drugiej wojny i potem w więzieniach komunistycznej Polski. Jego postać i jego postawa przywoływały cały szereg polskich niepokornych”.

A jednak jest coś, co mimo oczywistych różnic, jakie dzielą obydwu pisarzy, ich łączy. To natrętna ciekawość świata. Ta właśnie cecha sprawiła, że książki i Kisielewskiego, i Kapuścińskiego, do dziś dla Polaków stanowią ważne świadectwa dziejów XX wieku.

–Mikołaj Mirowski
Obejrzyj wszystkie odcinki „Pojedynków stulecia”:
Zdjęcie główne: Stefan Kisielewski bezkompromisową postawę przypłacił dotkliwym pobiciem w marcu 1968 roku. Ryszard Kapuściński, korzystając z protekcji PZPR-owskiej wierchuszki, jeszcze za swojego życia stał się klasykiem światowego reportażu. Fot. TVP/M. Stankiewicz/Getty Images/Ulf Andersen
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Botoks w twarzy i sztuczny uśmiech. Czy polityczny celebryta ma...
Berlusconi to ostentacyjny playboy przekonany o tym, że swoim stylem bycia może sobie zjednać społeczeństwo, o którego poparcie się ubiega.
Kultura Najnowsze wydanie
Polska ginie, my żyjemy. Nadwiślańskie egzorcyzmy
Dwaj pisarze, którzy wsiedli do czerwonego tramwaju, zostawiając za sobą przystanek Niepodległość. 60 lat temu miały premierę ważne dla Polaków filmy, zrealizowane na podstawie ich książek.
Kultura Najnowsze wydanie
Głośny satyryk i cicha noblistka
Poezja Wisławy Szymborskiej zdobyła trwałe uznanie, podczas gdy twórczość Janusza Szpotańskiego nie wytrzymała próby czasu.
Kultura Poprzednie wydanie
Ancymon i cierpiętnik. Dwa pakty z diabłem
Przykłady Stanisława Cata-Mackiewicza i Aleksandra Wata pokazują, że w XX wieku światopoglądowe wolty mogły być wywołane zarówno doświadczeniem totalitaryzmu, jak i słabością charakteru.
Kultura wydanie 30.11.2018 – 7.12.2018
Niepodległość Polski czy niepodległość macic?
Tej wystawie przyświeca wyrazista ideologia, w której szwarccharakterem jest europejska, chrześcijańska i patriarchalna cywilizacja stojąca na straży seksizmu, rasizmu bądź homofobii.