Rozmowy

Już 40-latkowie to geriatryczny odrzut, który może się tylko bronić przed ich ciosami

– Chyba każdy z nas kiedyś sądził, iż wszystko mu wolno, bo przecież jest piękny i młody. Czterdziestolatkowie wydawali nam się starymi ludźmi, którzy niczego nie rozumieją – mówi Natasza Socha, autorka powieści „Pokój kołysanek”.

XIX wiek skończył się dopiero w tym roku

Jednego po policzku pogłaskał car Aleksander II. Inny widział Napoleona maszerującego na Moskwę.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Pani najnowsza książka „Pokój kołysanek” to powieść inspirowana prawdziwą historią?

NATASZA SOCHA:
Tak. Większość moich książek jest trochę oparta na prawdziwych wydarzeniach. Czasem coś ktoś opowiada, ja tego słucham i nagle tak mnie zaciekawia ta opowieść, że automatycznie układam sobie w głowie ciąg dalszy. Włącza mi się wtedy mój „wewnętrzny dyktafon” i zaczynam z jednej strony nagrywać, a z drugiej rozpisywać, dopełniać i tworzyć większą historię.

To kto był pierwowzorem Joachima, bohatera tej powieści?

Moja koleżanka zamieściła na Facebooku film o starszym panu z Ameryki, wolontariuszu przytulającym niemowlaki. To David Deutchman, emerytowany nauczyciel, który przechodził rehabilitację w jednym ze szpitali w Atlancie. Pewnego dnia, po skończonych zabiegach, zatrzymał się na oddziale dziecięcym i stanął za szybą, która oddzielała go od noworodków. Nie mógł oderwać wzroku od maluchów, aż w końcu zapytał pielęgniarkę, czy dla osoby w jego wieku nie znalazłby się w szpitalu jakiś wolontariat. Wtedy też po raz pierwszy wziął na ręce malucha, który zanosił się płaczem i trudno było go uspokoić. Dziecko, głaskane i przytulane przez przypadkowego człowieka, zasnęło w końcu w jego ramionach. David został zatrudniony w szpitalu jako profesjonalny „przytulacz“ noworodków, które z różnych powodów nie mogły wrócić do domu. I robi to nadal, nieprzerwanie od dwunastu lat.

„Pokój kołysanek“ jest inspirowany tą właśnie historią. Mój bohater Joachim ma 85 lat i zatrudnia się w poznańskim szpitalu, gdzie w podobny sposób opiekuje się wcześniakami. Ale starszy pan z Ameryki nie jest jedynym pierwowzorem.

Kto jeszcze panią zainspirował?

Mój dziadek. Człowiek pełen pasji, uwielbiający podróżować. Robił niesamowite zapiski z wypraw do Włoch, Austrii, Niemiec, środkowej Azji, a także najróżniejszych zakątków byłego Związku Radzieckiego. Wszystko opisywał z najdrobniejszymi szczegółami: kto jak wyglądał, ile kosztowały pomarańcze, zapałki, kwas chlebowy, ile było pokoi w hotelu, co podawano na śniadanie, kto z kim mieszkał, jakie zabierał ze sobą ubrania i wodę toaletową. Dzięki tym notatkom miałam doskonale przygotowany research do książki.
– Starsi ludzie są nam bardzo potrzebni, bo to oni są naszą historią. Tymczasem my spychamy ich na margines życia. Denerwuje nas ich powolność, ich opieszałość, to, że czegoś nie rozumieją – mówi Natasza Socha. Fot. Shutterstock
Pojawiła się w nich nawet trochę kryminalna historyjka. Wśród uczestników jednej z zagranicznych podróży do Wenecji byli dwaj przyjaciele: Zenon i Rudolf z Radomia. Kiedy cała grupa poszła zwiedzać miasto, oni oznajmili, że są chorzy i zostają w hotelu. Następnego dnia nie zjawili się na zbiórce. W ich pokojach były tylko zaścielone łóżka, w których nikt nie spał. Puste szafy, puste regały. A po nich wszelki słuch zaginął. Dopiero wtedy mój dziadek przypomniał sobie, że dzień wcześniej obaj panowie częstowali wszystkich na stacji benzynowej szampanem i wznosili toast za „nowe życie”.

Krzepliwa starość

Drożdże piekarskie nic innego chyba nie robią w życiu, tylko się starzeją i ze starością walczą, skoro aż 883 spośród 6275 wszystkich ich genów jest w ów proces zaangażowanych. A ludzie?

zobacz więcej
W „Pokoju kołysanek” wykorzystuję właśnie takie anegdoty, ale opisywana przeze mnie historia to wątki toczące się równolegle. Jeden to opowieść o Joachimie pracującym w szpitalu, pomagającym wcześniakom przetrwać ich najtrudniejsze chwile. Ale przy tym on opowiada maluchom o swoim życiu – to właśnie ta druga historia. W niej powraca wspomnieniami do swojej największej miłości, którą poznał, gdy jako młody chłopak pracował w domu dziecka, i którą niestety zawiódł. Te dwie historie przeplatają się, przenikają wzajemnie, tworząc opowieść o trudnym uczuciu i jeszcze trudniejszych wyborach.

Czyli lubi pani opisywać w swych powieściach historie z życia wzięte.

Śmieję się czasem, że jestem autorką społeczną. Lubię tematy, które nas otaczają, z którymi mamy styczność na co dzień. Chcę pisać książki, w których motywem przewodnim nie jest wyłącznie love story, ale coś jeszcze, jakiś ważny wątek. W swoich powieściach poruszam więc tematy późnego macierzyństwa, miłości starszej kobiety do młodszego mężczyzny, konfliktów rodzinnych, a czasem też choroby i odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. O tym jest między innymi „Apteka marzeń”.

Dlaczego tym razem postawiła pani na bohatera seniora?

Już od dawna chciałam zmierzyć się z powieścią o starości, w której pokazałabym, że starsi ludzie są nam bardzo potrzebni, bo to oni są naszą historią. Tymczasem my spychamy ich na margines życia. Denerwuje nas ich powolność, ich opieszałość, to, że czegoś nie rozumieją. A mnie ci starsi ludzie wzruszają, czasem nawet bardziej niż małe dzieci.

Na szczęście społeczny „popyt” na seniorów, na ich mądrość i doświadczenie życiowe jest coraz większy. To dobrze, że myślenie o nich się zmienia, że zaczynamy ich dostrzegać, że chcemy ich słuchać. To skarbnice niekończących się opowieści. Książka, w której są głównymi bohaterami, mogłaby więc zrobić wiele dobrego.

Przeszła pani też taki etap w życiu, w którym starsze osoby denerwują, drażnią?

Większość ludzi poniżej dwudziestego roku życia postrzega starszych od siebie jako geriatryczny odrzut. Młodzi ludzie rozpychają się kolanami i łokciami, starzy mogą się tylko bronić przed tymi ciosami. Chyba każdy z nas znalazł się w sytuacji, kiedy sądził, iż wszystko mu wolno, bo przecież jest piękny i młody. Już czterdziestolatkowie wydawali nam się starymi ludźmi, którzy niczego nie rozumieją.
Z wiekiem jednak postrzeganie innych się zmienia. Starsi ludzie zaczynają wydawać nam się ciekawsi, bo zauważamy w nich siebie za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Nagle okazuje się, że to, co mają do powiedzenia wcale nie jest nudne czy oczywiste. Ich wiedza, mądrość życiowa, przeżycia to rodzaj podarunku, który mogą nam przekazać i który może nam się przydać.

Kradł, bił, był liderem gangu. Strach ludzi brał za szacunek. W więzieniu spotkał „duchowego dziadka”

Najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie. Trwała 40 minut – opowiada Grzegorz Czerwicki, który 12 lat spędził w zakładzie karnym.

zobacz więcej
Starsi ludzie są jak matrioszki: mają w sobie tyle historii, wspomnień, różnych opowieści, a każda kolejna otwiera drzwi do następnej. Szkoda, że spychamy ich na margines życia. Przecież każdy z nas będzie stary. Tak jak oni byli kiedyś młodzi.

Różnice wieku często występują wśród bohaterów pani ksiażek.

Bo przenikanie się pokoleń jest fascynujące. Człowiek nie powinien ograniczać się do kontaktów z rówieśnikami. Czasem okazuje się, że przyjaźń z dzieckiem może dać nam o wiele więcej niż przyjaciółka w tym samym wieku.

W „Aptece marzeń” to właśnie dziecko pokazuje, że warto żyć nie tylko dla siebie. Że warto pomagać, uśmiechać się i walczyć do końca, nawet jeśli rokowania nie są najlepsze.

Ola i Karolina, bohaterki książki, poznają się w nietypowym miejscu, w nietypowej sytuacji. Dzieli je dziesięć lat różnicy wiekowej, co w przypadku dziecka i nastolatki jest przepaścią. Znajdują jednak wspólny język i pokazują, że nawet w najgorszych okolicznościach można myśleć o innych. Ola istnieje naprawdę, postać Karoliny łączy w sobie doświadczenia wielu nastolatek, którym życie podstawiło nogę.

Te dwie bohaterki łączy choroba, która zabrała im zwyczajne życie. A czasem i życie w ogóle.

Ola, ta prawdziwa postać, z krwi i kości, w wieku niecałych dwóch lat zachorowała na neuroblastomę. Pokonała ją, mimo trzykrotnej wznowy choroby i choć lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie.

Dziś ma piętnaście lat i jest przepiękną dziewczyną z włosami długimi do pasa. Chociaż już nie. Jakiś czas temu Ola ścięła swoje włosy i przekazała je dzieciom chorym na raka. Oddała to, co było jej największym skarbem, zwłaszcza po tylu latach „łysej głowy”. Teraz znowu je zapuszcza. W przyszłości chce zostać położną środowiskową i zawsze być dla dzieci i przy dzieciach.


Druga bohaterka mojej książki, Karolina, nie do końca jest postacią wymyśloną. Jest zlepkiem tych wszystkich dobrych duchów, którym choroba nie przesłania całego świata, a staje się motywacją do walki o siebie i o innych. Moja przyjaciółka opowiedziała mi kiedyś o córce swoich znajomych, która mimo białaczki próbowała spełniać marzenia innych dzieci. Nie jeździła wprawdzie po całej Polsce, ale i tak udało jej się uszczęśliwić niejednego szpitalnego malucha. Skontaktowałam się z nimi, a oni „pożyczyli” mi imię ich córki.

Poważna choroba, jak i starość, wiążą się z bólem, strachem, obcowaniem ze śmiercią. Chce pani uwrażliwić na to czytelnika?

„Apteka marzeń” nie jest książką o raku czy umieraniu, ale o sile, jaką ma w sobie każdy z nas. O walce z każdą kroplą chemii, utratą sił, włosów, siebie samego. Pewien mądry lekarz powiedział mi kiedyś, że rak to nie zawsze wyrok. To po prostu zmiana statusu z „jestem zdrowy” na „staję do walki”.
Walka z rakiem u dzieci
To również książka o tym, abyśmy przestali się bać chorych ludzi. O tym, że nowotwór nie jest zaraźliwy, nie jest więc powodem do unikania takich osób. Weźmy ich do kina, na spacer, na wycieczkę.

Cukier krzepi... raka

Dróżdż na cukrze rośnie szybko. Co nam odpowiada, gdy pieczemy wielkanocną babę. Dokładnie jednak ten sam proces występujący w komórkach ludzkich, to dramat. Początek dramatu.

zobacz więcej
Warto też pamiętać, że chory i zdrowy człowiek szybko mogą zamienić się rolami. Nikt nie wyciągnął na loterii dożywotniego szczęścia, zdrowia i miłości. Czasem trzeba o to zawalczyć. I zawsze należy pamiętać o tym, że wokół nas znajdują się osoby, którym nie poszczęściło się tak, jak innym. Czy są przez to gorsi?

Jej przesłaniem jest walka, ale to także opowieść o tęsknocie za bliskimi, którzy odeszli.

O tęsknocie, o celebrowaniu każdego dnia, o tym, żeby cieszyć się chwilą. „Kiedy patrzę na Olę, jak siedzi przy stole i je płatki z mlekiem, zastanawiam się, jak w ogóle można mieć inne marzenia? Szczęście to przecież właśnie te płatki z mlekiem, odrobinę rozlanym na stole. To niedojedzona kanapka z dżemem i droczenie się Oli z Mateuszem o to, jaką bajkę będą oglądać, kto może zjeść ostatnią truskawkę i kto komu pierwszy pokazał język” – tak mówi w książce Magda, mama chorej Oli.

I to jest właśnie samo sedno. To, o czym marzymy może się bardzo szybko zmienić. Nagle zamiast nowego samochodu, chcemy po prostu mieć możliwość pójścia z naszym dzieckiem na spacer. Choćby ostatni raz.

Jeszcze inna niż w „Aptece marzeń” i „Pokoju kołysanek” relacja dorosłego z dzieckiem pojawiła się w pani debiutanckiej powieści „Macocha”. Bohaterką jest kobieta, która nie chce być matką, a nagle w jej drzwiach staje nastolatka – córka jej męża – i zaczynają się kłopoty. Skąd pomysł na taką opowieść?

„Macochę” napisałam kilkanaście lat temu, pod wpływem mojej osobistej sytuacji, jaka powstała po emigracji do Niemiec. Historia została wymyślona, choć sam pomysł powstał w oparciu o własne doświadczenia. Co prawda nie znalazłam się w sytuacji, w której dzieci mojego męża stanęły w drzwiach z walizką, ale wyobraziłam sobie, co by było, gdyby rzeczywiście tak zrobiły.

Nie ma u nas społecznego przyzwolenia na bycie macochą, która też ma swoje lęki, obawy i prawo do głośnego wypowiedzenia tego, co naprawdę myśli. Z założenia dzieci z poprzednich związków należy kochać miłością bezwarunkową, nawet jeśli na ciebie plują. Bo przecież one są skrzywdzone, a ty dorosła. Być może. Ja jednak uważam, że każdy ma prawo do swojego zdania, do swoich strachów i każdy powinien sam ustalić zasady funkcjonowania rodziny patchworkowej. Stąd pomysł na książkę.

Kolejny też dotyczył kontrowersyjnego tematu – późnego macierzyństwa.

Dziś dużo kobiet decyzję o dziecku odkłada na później, kiedy ich życie będzie w miarę ustabilizowane, a one będą mogły planować przyszłość. Przynajmniej tą najbliższą. Medycyna też robi ukłon w stronę dojrzałego macierzyństwa – coraz więcej badań pokazuje, że czterdziestoletnia kobieta wcale nie jest za stara na to, by urodzić dziecko.
Zakończenie jest zawsze jedno, ale można je różnie zinterpretować. Nie lubię prostych przekazów, nie lubię przedstawiać tylko mojej wizji ciągu dalszego. Chcę, żeby czytelnik brał udział w tej zabawie, użył swojej wyobraźni i sam dopisał zakończenie – mówi Natasza Socha. Fot. archiwum pisarki/Najka Photography
Oczywiście część osób zawsze będzie uważać, że to egoizm i że kobieta ratuje się w ten sposób przed kryzysem wieku średniego. Jest narażona na złośliwości z tego właśnie powodu, że odważyła się zajść późno w ciążę, zamiast spędzać czas w sanatorium dla starszych ludzi. Taka mama musi ubrać się w gruby pancerz, żeby słowa wypluwane przez innych jej nie raniły i żeby mogła stawić im czoła.

Zapewne woli pani termin „dojrzałe” niż „późne” macierzyństwo?

Dzieci na eksport. Niektóre przepadają jak kamień w wodę. Nie przychodzą zdjęcia ani maile

11- letni Adam nie chciał rozstawać się z babcią ani z zastępczą matką. Próbował bronić się przed zagraniczną adopcją, ale wywieziono go do Włoch.

zobacz więcej
Zdecydowanie wolę dojrzałe. Synonimy dojrzałości to przecież także racjonalność, dorosłość, mądrość, doświadczenie. Przygotowując się do książki znalazłam ciekawe dane – podobno kobiety rodzące dzieci po czterdziestce mają czterokrotnie większe szanse, by cieszyć się długowiecznością. Są bardziej odporne na stres i spokojniejsze. Spełniają się w macierzyństwie, mają lepszy humor i rzadziej zapadają na depresję poporodową.

Na co dzień nie mieszka pani w Polsce?

Kilkanaście lat temu wylądowałam w Niemczech i tak jakoś już zostało. Pracowałam wtedy dla tygodnika „Wprost” i mój wydawca wysłał mnie na targi turystyczne do Wiednia, które rozpoczynały się balem „Orła Białego”. Niestety, już na miejscu okazało się, że pomylił bale.

Mój przyszły mąż też się na nim pojawił, bo był wówczas właścicielem biura podróży. Obydwoje byliśmy przekonani, że to elegancki bal, więc ja miałam na sobie białą sukienkę ślubną, on smoking. Na miejscu okazało się, że to bal ludowy, na którym wszyscy wystąpili w skórzanych gaciach, spodniach na szelkach, kraciastych koszulach i haftowanych sukienkach. Ja w bezie i złotych pantofelkach oraz mój mąż w smokingu byliśmy jedyną niepasującą do całości parą. Stwierdziliśmy, że będziemy się trzymać razem i tak już zostało. W tych samych strojach cztery lata później wzięliśmy zresztą ślub.

Gdy przeprowadziłam się do Niemiec na początku byłam korespondentką, która nie znała języka, więc musiałam się go szybko nauczyć. Jakoś mi poszło. Zaczęłam też pisać swoją pierwszą książkę, właśnie „Macochę”, którą wysłałam do wydawnictwa Zysk i S-ka w Poznaniu. Spodobała się, została wydana i dziś z roku na rok mam tych powieści coraz więcej na koncie.

Ogromnie cieszy mnie fakt, że na świecie jest jeszcze tyle historii do wysłuchania, tylu ludzi wartych poznania, tyle opowieści, które tylko czekają, aż ktoś po nie sięgnie i przeleje na kartki książki. Każdy dzień, każda rozmowa może być początkiem niezwykłej przygody.

Jak wygląda pani proces twórczy?

Wychodzę z założenia, że autor czy pisarz pracuje jak każdy człowiek. Odwożę dzieci do szkoły i o wpół do ósmej jestem już w domu. Sama sobie narzucam pewien rygor. Dopiero jak popracuję kilka godzin, albo napiszę 10 czy 15 tysięcy znaków, to mogę zajrzeć na Facebooka albo nawet do kogoś zadzwonić.
– Starsi ludzie są naszą historią. Spychamy ich na margines życia, a mnie wzruszają czasem nawet bardziej niż małe dzieci – mówi Natasza Socha. Fot. materiały prasowe
Nie zgadzam się z tym, że trzeba czekać na wenę. Owszem, mi również zdarzają się przerwy, pewne zawieszenia, kiedy historia nie płynie tak jak powinna, ale gdyby pisarz tylko czekał na natchnienie, to pewnie żadna książka nigdy by nie powstała. Trzeba po prostu usiąść, pomyśleć o tym, o czym chce się pisać i wystukać pierwsze zdanie. Potem już samo idzie.

Wiem, że są pisarze, którzy robią konspekty, tabelki, rozrysowują wątki i postaci. U mnie to tak nie działa. Wszystko powstaje w trakcie, jedne drzwi otwierają kolejne, inne trzeba domykać. Jedyne, co muszę mieć, to zakończenie, ale jaką drogę wybiorę, by do niego dotrzeć, pozostaje otwarte. Zazwyczaj pojawia się kilka alternatywnych rozwiązań, ale nagle okazuje się, że pasuje tylko i wyłącznie to jedno.

Na pewno jedno?

Zakończenie jest zawsze jedno, ale można je różnie zinterpretować. Nie daję jednoznacznej odpowiedzi, tylko wskazówki. Nie lubię prostych przekazów, nie lubię przedstawiać tylko mojej wizji ciągu dalszego. Niech czytelnik sam pomyśli, wybierze, zadecyduje. To trochę tak jakby brał udział w procesie tworzenia.

W „Biurze przesyłek niedoręczonych” dwoje ludzi spotkało się w końcu po ponad trzydziestu latach. Doprowadziłam do tego spotkania, ale już nie opisywałam jego przebiegu, bo moim zdaniem każdy powinien je sobie sam wyobrazić i odtworzyć w głowie. W „Trojgu na huśtawce” nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co wybiera główna bohaterka – przyjaźń czy miłość. Bo przecież każdy z nas wybrałby inaczej. Chcę żeby czytelnik brał udział w tej zabawie, użył swojej wyobraźni i sam dopisał zakończenie.

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Starsi ludzie są jak matrioszki: mają w sobie tyle historii, a każda kolejna otwiera drzwi do następnej. Przecież każdy z nas będzie stary. Tak jak oni byli kiedyś młodzi – mówi Natasza Socha. Fot. Shutterstock
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.