Historia

Kiedy Szwejk został dobrym wojakiem

Duch solidarności polsko-czeskiej rychło wyparował w obliczu krótkiego, ale krwawego sporu o Śląsk Cieszyński, fatalnej nielojalności Pragi w dniach wojny 1920 roku i Warszawy w roku 1938, a także cierpkiej rywalizacji o prymat w Europie Środkowej przez całe dwudziestolecie.

W listopadzie 1918 roku Polaków i Czechów ogarnął na chwilę bratni, bliźniaczy entuzjazm: kończyła się Wielka Wojna i na ich oczach upadała „nieboszczka Austrya”, której autorzy pamfletów i manifestów przepowiadali zgon od więcej niż pół wieku.

Nieboszczka? W tamtych dniach o zmarłej pisano znacznie gorzej. „Przejęte niezmierną radością oznajmiają do niedawna ujarzmione, a dziś wolne Narody, że ich zła macocha, AUSTRYA-WIEDŹMA, operowana w Zakładzie Wilhelma, zmarła po ciężkich kurczach na uwiąd starczy. (…) Ohydny jej pogrzeb odbył się w tych dniach na polach Macedonii, nad Piawą i za Renem. Niech odpoczywa w wiecznym pokoju” – głosił rozklejany masowo w Krakowie sto lat temu plakat.

Podpisano – trzy (trzy?) bratnie narody, których pisowni anonimowy autor nie był do końca pewien: „Polacy, Czecho-Słowacy i Jugosłowianie”.

Niech żyją Pepiki!

Podniosłe plakaty, zwłaszcza w rewolucyjnych czasach, komponuje się łatwo, ale czy zawsze wyrażają one rzeczywisty stan ducha opinii publicznej? Niekoniecznie. Warto poszukać potwierdzenia tych emocji u takiej kronikarki narodowych emocji jak Maria Dąbrowska.
Plakat tej treści rozklejany był w Krakowie przed 100 laty. Fot. Wikimedia
„Dzieją się na świecie rzeczy niesłychane” – notuje w „Dziennikach” przyszła wielka pisarka pod datą 3 listopada 1918. – „Galicja już włączona do państwa polskiego! W Krakowie po objęciu fortecy przez wojsko polskie zapanował niesłychany entuzjazm. (….) Związek budowy państwa polskiego zamierza tworzyć Rząd Obrony Narodowej. Czesi idą z nami. Niech żyją pepiki!”.

Czesi/pepiki: Maria Dąbrowska profetycznie ukazała dwuznaczność polskiego stosunku do naszych południowych sąsiadów – wówczas, jesienią 1918 roku, w całym dwudziestoleciu międzywojennym, a pewnie i trochę później.

„Pepik”, czyli czeskie zdrobnienie Józefa (Jósefa), stał się gwarowo-lekceważącym określeniem Czecha najpierw na pogranicznym Śląsku, ale jak widać, już sto lat temu był zakorzeniony w polszczyźnie (po kolejnych stu latach trafił zaś, dodajmy, do tytułu jednej z „czechoznawczych” książek Mariusza Szczygła, tym razem już mocno autoironicznie).

Duch solidarności polsko-czeskiej rychło wyparował w obliczu krótkiego, ale krwawego sporu o Śląsk Cieszyński, fatalnej nielojalności Pragi w dniach wojny 1920 roku i Warszawy w roku 1938, cierpkiej rywalizacji o prymat w Europie Środkowej przez całe dwudziestolecie.

Czy to znaczy, że listopad 1918 (i obchody stuletniej jego rocznicy) łączy nas tylko pozornie, na zasadzie „sąsiedztwa w kalendarzu”, jak – nie przymierzając – Warszawę i Rio de Janeiro, gdzie 15.11.1918 roku wśród nieopisanego entuzjazmu tłumów nowym prezydentem wybrany został Delfim Moreira?
Powrót Tomasza Masaryka do Pragi w 1918 roku. Fot. NAC
Oczywiście, że nie! Wspólna była, nazwijmy to kolokwialnie, „rama” wielkich wydarzeń historycznych (upadek Państw Centralnych, koniec wojny i zbliżające się „wielkie rozdanie” wersalskie, rewolucja, wojna domowa i rozpad władzy centralnej w niedalekiej Rosji, duch rewolty, ogarniający społeczeństwa europejskie w piątym roku masakry), wspólne były uwarunkowania regionalne (rozpad Austro-Węgier i spóźniona próba przekształcenia ich w federację, niemieckie koncepcje tworzenia Mitteleuropy, mozaika narodowościowa Europy Środkowej i jej determinanty gospodarcze), ba, wspólny był nawet zapalnik, za jaki uznać można manifest cesarza Karola I (tzw. Völkermanifest) z 16 października 1918 roku i wczesnojesienne klęski militarne armii austrowęgierskiej.

Tyle, że – jak mówi stare przysłowie rosyjskie – to, że dwoje śpi w jednym łóżku, wcale nie znaczy, że mają te same sny. I warto przypomnieć tę odmienność snów (zarówno marzeń sennych, jak koszmarów) Polaków i Czechów u progu niepodległości. Tym bardziej, że odmienność ta współistniała z uderzającymi paralelizmami, o których też nie bardzo dziś pamiętamy. Polska i czeska „formuła odzyskania niepodległości”, przyjęty sposób działania, łączą nas bowiem znacznie ściślej niż zbieżność dat.

Polityczny lobbing

Zacznijmy od oczywistości: część polityków obu narodów od początku stawia, bardzo nowocześnie, na akcję propagandową i lobbing polityczny w stolicach państw Ententy. O polskich zabiegach, które doprowadziły do powołania 15 sierpnia 1917 przez Romana Dmowskiego ze współpracownikami Komitetu Narodowego Polskiego słyszeliśmy w ostatnich dniach wiele.

Pożegnanie ze Szwejkiem?

Sen polskich oświeconych liberałów o Czechach zakończył się zaskakującym przebudzeniem.

zobacz więcej
Ale przecież niemal identyczne są działania czeskich irredentystów: Tomasz Masaryk rozpoczyna swoją działalność w tym duchu w Szwajcarii (wyprzedzając o kilka tygodni Henryka Sienkiewicza i Ignacego Paderewskiego, którzy w początkach 1915 roku założą tam Szwajcarski Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, szerzej znany jako Komitet Veveyski), zaś w lecie 1915 roku zakłada w Paryżu Czeski Komitet Zagraniczny, przekształcony następnie w Czechosłowacką Radę Narodową, która w lecie 1918 roku uznana zostanie przez Ententę za oficjalne przedstawicielstwo przyszłej Czechosłowacji.

Legenda Korpusu Czechosłowackiego

Czyn legionowy? No, oczywiście! Kto wie, czy liczbowo nie brało w tego rodzaju działaniach udział więcej Czechów niż Polaków? Pierwszy oddział, Drużyna Czeska, ruszył na front zaledwie w kilka tygodni po Pierwszej Kompanii Kadrowej – tyle, że po przeciwnej stronie frontu. Česká družina została w całości utworzona przez czeskich i słowackich ochotników mieszkających przed wybuchem wojny na terenie Imperium Rosyjskiego (można by więc przyrównywać ją, bardziej nawet niż do Pierwszej Kompanii, do tworzonego pod auspicjami polityków narodowych Legionu Puławskiego) już 28 sierpnia 1914 roku w Kijowie. W tym samym czasie we Francji sformułowany został batalion „Nazdar”, który walczył z Niemcami na bagnety pod Bayonne, ramię w ramię z polskim oddziałem „Bajończyków”, który zasługuje na osobną opowieść.
Największa formacja – Korpus Czechosłowacki – powstała w Rosji. Fot. Wkimedia
Losy czeskich ochotników bardziej jednak przypominają losy Armii Polskiej we Francji, formułowanej od roku 1917 pod komendą gen. Józefa Hallera. Oddziały czeskich ochotników tworzono bowiem wszędzie tam, gdzie trafiali do niewoli żołnierze narodowości czeskiej walczący za Najjaśniejszego Pana: we Francji, ale również na froncie włoskim (kłania się Dąbrowski…), gdzie owszem, wydano im szynele tego samego koloru, co Błękitnej Armii.

Największa formacja zbrojna powstała jednak, jak wiadomo, w Rosji. Korpus Czechosłowacki (bo o nim mowa) odegrał pewną rolę militarną w zmaganiach wojennych, wspierając w lecie 1917 roku tzw. ofensywę Kiereńskiego, czyli ostatni udany zryw Rosji na froncie wschodnim przed bolszewicką zapaścią. W bitwie pod Zborowem (niedaleko Tarnopola, na dzisiejszej Ukrainie), która rozegrała się w pierwszych dniach lipca, czeskim ochotnikom przyszło na szczęście stawać przede wszystkim przeciw jednostkom węgierskim – ale w wielonarodowych formacjach austrowęgierskich nie brakowało, nawet w 1917 roku, i czeskich poborowych.

Mają więc i Czesi epizod niechcianej bratobójczej walki – tyle, że nie został uwznioślony tak, jak w najbardziej znanym polskim wierszu czasu pierwszej wojny, pióra Edwarda Słońskiego („W okopach pełnych jęku / wsłuchani w armat huk / stoimy na wprost siebie – / ja – wróg twój, ty – mój wróg!”).

Kmicic, który chciał zostać Führerem

Starał się nawiązać porozumienie z Abwehrą. Powołał tajny oddział, który miał obalić władze i powołać proniemiecki rząd

zobacz więcej
Ta, co nie zginęła – Czechosłowacja – zrodziła się w znacznej mierze z krwi Korpusu Czechosłowackiego: zmagania pod Zborovem śledził telefonicznie z Piotrogrodu sam Tomasz Masaryk, a „czyn żołnierza czeskiego” można było rzucić na stół przetargowy wielkim graczom Ententy. Sam zaś Korpus Czechosłowacki odegrał zaś, jak wiadomo, niebagatelną rolę w latach wojny domowej w Rosji, stanowiąc przez kilka miesięcy najskuteczniejszą siłę antybolszewicką, zaś jego bohaterowie, opromienieni sławą wojny i syberyjskiej epopei, nie tylko zdominowali korpus oficerski w niepodległej Czechosłowacji, lecz i w naturalny sposób stali się częścią praskiej elity rządzącej, co zresztą nie zawsze zaspokajało ich ambicje.

Dwie żelazne dłonie (jedna w rękawiczce)

Warto w tym miejscu wspomnieć o tak istotnej dla mitologii i świadomości narodowej figurze „wodza”. Pod pewnymi względami trudno o osoby bardziej różne niż Józef Piłsudski i Tomasz Garrigue Masaryk – szlagon ze szlacheckim rodowodem i zawsze opanowany syn woźnicy; student I roku i profesor uniwersytetu; dowódca w latach wojny i pokoju oraz zdeklarowany cywil. A jednak obu uznać można za „ojców niepodległości”: tak postrzegali się sami, tak widzieli ich współcześni, co więcej, tak zostali po dziś dzień zapamiętani.
Tomasz Garrigue Masaryk i Józef Piłsudski; zawsze opanowany syn woźnicy i szlagon ze szlacheckim rodowodem. Fot. Getty Images
Obaj, za młodu skromni, szlachetni i ujmujący, nabierali z latami arogancji. Obaj sprawowali władze przez większość dwudziestolecia, oddając ją dopiero w tym samym roku 1935 (Piłsudski zmarł 12 maja, Masaryk, wyczerpany chorobą, podał się do dymisji 14 grudnia). Obaj sprawowali ją dosyć żelazną dłonią, tyle, że w przypadku Masaryka – w aksamitnej rękawiczce. Obaj otoczeni byli uwielbieniem, obaj cukrowani byli w „przypowiastkach” – i obaj stali się niedościgłym wzorem dla swoich następców w kilkadziesiąt lat później.


Dodajmy jeszcze, mnożąc analogie, że czescy ochotnicy walczący po stronie Ententy, rekrutowali się nie tylko z jeńców, wziętych do niewoli na frontach europejskich: najpotężniejsze zaplecze materialne, finansowe i „werbunkowe” czeskich aktywistów, którzy postanowili zabiegać o niepodległość kraju w Paryżu i Londynie, stanowiła… czeska i słowacka emigracja zarobkowa w Stanach Zjednoczonych. To z Detroit i Chicago płynęły dary i przekazy pieniężne, to tam ukazywało się najwięcej tytułów prasowych, wreszcie – to tam (a konkretnie – 30 maja 1918 roku w Pittsburghu) Czeskie Zjednoczenie Narodowe, Związek Katolików Czeskich i Liga Słowacka (wszystko – formacje stworzone przez emigrantów) podpiszą „Deklarację”, która stanowić będzie fundament porozumienia czesko-słowackiego i dążeń do utworzenia wspólnego państwa, co jeszcze kilka lat wcześniej było zupełnie nieoczywiste.

Marzenie o ziemiach Korony św. Wacława

Czy na tym koniec? Bynajmniej! W podręcznikach, szczególnie zachodnioeuropejskich, nieraz pisze się bez szczególnego zrozumienia o polskich ambicjach terytorialnych i progu niepodległości – tych deklarowanych przez działaczy Komitetu Narodowego Polskiego i tych realizowanych z bronią w ręku od Mińszczyzny po Śląsk.

Zamiar odtworzenia Rzeczypospolitej w przedrozbiorowych granicach z 1772 roku był rzeczywiście w 146 lat później mało realny, zważywszy na okoliczności militarne i polityczne – ale i skromniejsze polskie postulaty, czy to dotyczące dostępu do morza czy Wilna, Lwowa i Polesia, często kwitowane były niechętnym wzruszeniem ramion jako „imperialne mrzonki Polaków”.

Czy jednak ambicje Czechosłowackiej Rady Narodowej była skromniejsze? Jej eksperci i działacze, czynni w Wersalu w przededniu podpisania układów pokojowych, lekką ręką odwoływali się do dwóch zasadniczych kryteriów tworzenia granic, zazwyczaj pozostających ze sobą w niezgodzie: historycznych i etnicznych. Oczywiście, sięgali po nie zgodnie z rozumianą przez siebie racją stanu, ale i z ambicjami.
Tomasz Masaryk ogłasza w Filadelfii niepodległość Czechosłowacji, 26 października 1918 roku. Fot. NAC
Granice Wielkiej Czechosłowacji (przynajmniej te postulowane nie w oficjalnych dokumentach kongresowych, lecz w manifestach i pamfletach) były naprawdę imponujące: w jej skład wejść miały wszystkie ziemie średniowiecznej Korony św. Wacława – aż po pogranicze Bawarii na Zachodzie i Dolny Śląsk (z Wrocławiem!) na północy. Oczywiście, Morawy, oczywiście, Śląsk Cieszyński – no i Słowacja, od wczesnego średniowiecza wchodząca z kolei w skład ziem Korony św. Stefana, czyli „historycznych Węgier”. Mało tego: dla Masaryka szalenie ważnym było pozyskanie dla nowego państwa Rusi Zakarpackiej – etnicznie „rusińskiej”, historycznie zaś nigdy nie wchodzącej w skład żadnego z prekursorów rodzącej się Republiki, włącznie z Państwem Wielkomorawskim z IX wieku! A na okrasę – protektorat nad Serbołużyczanami, pozostającymi w granicach Niemiec.

Czeski korytarz

Szczytowym jednak osiągnięciem czechosłowackich ambicji, wobec którego bledną bajania gen. Żeligowskiego, który w początkach 1920 roku deklarował współrozmówcom, że „mógłby wziąć Moskwę w ciągu miesiąca, tylko nie ma komu oddać tam władzy”, był zamiar utworzenia „korytarza” łączącego nowo utworzoną Republikę Czechosłowacką z południowymi Słowianami – a konkretnie z konstytuującym się w tym czasie Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Korytarz ten biec miał pograniczem austriacko-węgierskim – szeroką kotliną między wschodnim obniżeniem Alp a zachodnim krańcem Niziny Panońskiej i całej Kotliny Karpackiej, zwanym przez Węgrów „Őrvidék”, przez Niemców i Austriaków „Burgenland”, a przez ludy słowiańskie, od Słoweńców po Czechów – Gradiška bądź Gradišče.

Plan był ambitny: spełniony, prowadziłby do pełnego oskrzydlenia Węgrów przez żywioł słowiański, oraz, co może jeszcze bardziej istotne, do oddzielenia od „germańskiej macierzy” wszystkich wschodnioeuropejskich skupisk niemieckich, których liczebność, od Banatu i Wojwodiny, przez Transylwanię, po Budapeszt można było wówczas, w roku 1918, szacować na więcej niż milion. A przy tym – jaka pozycja strategiczna i jakie okno na Południe dla Czechosłowacji!

„Słowiański korytarz”, który początkowo mierzyć miał 200 km długości i 80 km szerokości, obejmując cztery komitaty węgierskie (Moson, Sopron, Vas i Zala), ostatecznie zaś, w skromniejszej wersji, sprowadzony być miał do eksterytorialnej linii kolejowej, kontrolowanej przez wojska czechosłowackie, nie został jednak przyznany Pradze: musiała się zadowolić tzw. Kraikiem Hulczyńskim, czyli czworokątem ziem na południe od Raciborza, wykrojonymi z ziem niemieckich, oraz trzema skrawkami historycznie austriackimi, przyznanymi Czechosłowacji na mocy traktatu pokojowego w Saint Germain we wrześniu 1919 roku: Vitorazsko, czyli Ziemią Witoraską, Valticko (Ziemia Valticka) oraz tzw. Trójkątem Dyjskim. Był to ostatni ukłon, jaki politycy Ententy zamierzali złożyć cieniom panującego tam dziewięć wieków wcześniej świętego Wacława.

Boje o granice

Zanim to jednak nastąpiło, młodej armii republiki przyszło jednak – czy nie brzmi to znajomo? – zbrojnie upomnieć się o granice. Niemcy, zamieszkujący ziemie czeskie za panowania austro-węgierskiego nie zamierzali godzić się z nieoczekiwaną utratą pozycji i prestiżu, z rolą mniejszości w jakimiś dziwnym, sezonowym państwie – i w listopadzie 1918 roku utworzyli w postulowanych granicach republiki aż cztery separatystyczne organizmy polityczne: Deutschböhmen (Niemieckie Czechy) ze stolicą w Libercu, Sudetenland (Kraj Sudecki) ze stolicą w Opawie, Böhmerwaldgau (Czeski Las) ze stolicą w Vimperku, wreszcie Deutschsüdmähren (Niemieckie Morawy Południowe), rządzone ze Znojma.
Wszystkie cztery kraiki miały swoje godła, flagi, i przedstawicielstwa dyplomatyczne, wszystkie zostały zajęte zbrojnie przez armię czechosłowacką w grudniu 1918, a przywódcy dwóch największych – przywódca Niemieckich Czech Lodgmann von Auen oraz wódz Sudetów, Robert Freissler – zasiadali przy stole negocjacyjnym w Wersalu.

Jeśli dodać do tego starcia z Węgrami o pograniczne ziemie słowackie (w tym o Pertžalkę, dziś dzielnicę Bratysławy!), potyczki z separatystami słowackimi i spiskimi, konflikt z Polakami – można uznać, że nowo powstała armia walczyła o wszystkie bez mała czechosłowackie rubieże.

Świadomi obywatele marzą o praworządności

A jednak – to był inny sen niż polski. Jak zawsze, za sprawą Historii. Opowiadając o czeskiej przeszłości, po prostu nie wolno nie wspomnieć o bitwie pod Białą Górą. „Właściwie ta «bitwa» była w sumie zaledwie potyczką, podobnie jak «góra» – to najwyżej większy pagórek. Ale dały nam w kość” – pisze Jiří Gruša w wydanym w tych dniach w Krakowie eseju „Czechy. Instrukcja obsługi”, ale ta deklaracja jest jedynie dowodem stoicyzmu autora.

Starcie z 8 listopada 1620 roku, ważny epizod w wojnie trzydziestoletniej, nie tylko odebrało Czechom wszelkie widoki na suwerenność czy podaj podmiotowość w Europie, ale praktycznie zdmuchnęło jej elity władzy i języka. Nieliczne czeskie rody szlacheckie, które już wcześniej stanęły po stronie Habsburgów, nieuchronnie się germanizowały: u progu XIX wieku język czeski był narzeczem włościan, pasterzy i górników, pozbawionych pamięci kulturowej i dostępu do dorobku kultury czeskiej epoki średniowiecznej i nowożytnej, a bodaj i jej pamięci.

Trzeba było romantyzmu, z jego pochyleniem się nad „pieśnią wieśniaczą”, by zaczął się fenomen odrodzenia narodowego. Jak wymowny jest jednak fakt, że uznawany powszechnie za ojca odrodzenia narodowego František Palacký pierwsze tomy swoich pomnikowych „Dziejów narodu czeskiego w Czechach i na Morawach” pisał i wydawał – po niemiecku! (po czesku ukazał się dopiero szósty tom epopei, w roku 1867).
Bitwa pod Białą Górą (tu pędzla Pietera Snayersa) pozbawiła Czechów elit władzy i języka. Fot. Wikimedia
Tak było. Naród świeżo upieczonych mieszczan, „naród słoików”, jak napisał o nim niedawno, rocznicowo z ciepłą ironią drugi z wielkich współczesnych czechoznawców, Aleksander Kaczorowski, nie był dręczony polskim pytaniem: „bić się czy nie bić”. Opcja insurekcyjna ani suwerennościowa do pewnego momentu po prostu nie istniała.

Świadomi obywatele Czech końca XIX wieku marzą o większej praworządności, a przede wszystkim: o zwiększeniu rangi Korony św. Wacława w obrębie Cesarstwa, o podniesieniu Czech do rangi trzeciego, obok Austrii i Węgier, członu monarchii. W tej formule lojalnych obywateli funkcjonują i najświetlejsi – w tym Tomasz Masaryk, wielokrotny poseł do parlamentu w Wiedniu (w tej kwestii zestawiać go można z Romanem Dmowskim, po roku 1905 posłującym do Dumy).

Bardziej filorosyjscy niż Bułgarzy

Polityka wiedeńska jest dla panów – ale dla wszystkich choć trochę wykształconych Czechów żywe są, i coraz gorętsze, emocje antyniemieckie. Przemawia za tym wszystko: codzienna rywalizacja z niemieckojęzycznymi mieszkańcami ziem czeskich o władzę lokalną, rynki i edukację oraz odzyskiwana stopniowo pamięć dawnych upokorzeń. To zaś sprawia, że nie ma mowy o typowo polskich rozterkach między orientacją prorosyjską a proniemiecką.

Niepiśmienni chłopi stali się Polakami. Inny Cud nad Wisłą

Osamotnione, wyniszczone państwo, po 123 latach nieistnienia, dokonało czegoś, co nie miało prawa się udać.

zobacz więcej
Czesi końca XIX wieku są w swojej masie bardziej filorosyjscy niż Bułgarzy czy Serbowie, chociaż w odróżnieniu od nich nie zawdzięczają Petersburgowi realnego wsparcia politycznego czy, jak w przypadku Bułgarów, militarnego.

Nie muszą. Panslawistyczne marzenie jest nad Wełtawą powszechne i podsyca je każda niezręczność administracji centralnej czy nieokrzesanie niemieckiego sąsiada. Nie wszyscy, jak jeden z najważniejszych polityków Karel Kramař marzą po wybuchu wojny o federacyjnym imperium słowiańskim pod berłem Romanowów, w skład którego wejdą, wraz z Rosją, Polska, Bułgaria, Czarnogóra i Czechy: nikt nie chce iść z bagnetem na Rosjanina czy Serba.

Żal do Franciszka Józefa i antyniemieckie urazy

Jeśli ktoś nie ma czasu i sił, by przebijać się przez roczniki gazet i antologie prozy, wszystkie te emocje wyczytać można z arcydzieła, które najpełniej zebrało wszystkie „czeskie stany ducha” z początku Wielkiej Wojny. Oczywiście, myślę o „Przygodach dobrego wojaka Szwejka”. Tyle, że czytanych trochę inaczej, niż zwykle to się czyni, szukając ulubionych anegdot o poruczniku Dubie, praskich pijaństwach Szwejka i przyjaciół, muchach na najmiłościwiej panujących portretach czy kacu oberfeldkurata Katza.

Warto je czytać tak, jak uczyni to trzeci z wielkich polskich czechoznawców Antoni Kroh, który w końcu, zirytowany niedoskonałościami pierwszego polskiego przekładu, pióra Pawła Hulka-Laskowskiego, pokusił się o własny.

Ja pozostaję przywiązany do kanonicznej wersji Hulka-Laskowskiego; trochę za Krohem, trochę idąc tropem własnych lektur, cytuję pierwsze trzy z tysiąca scenek, które ilustrują wyżej wspomniany czeski stan ducha ¬– żal do Franciszka Józefa za to, że nie koronował się na króla Czech, sentymentalny slawizm i urazy antyniemieckie.
Dobry wojak zbiera wszystkie „czeskie stany ducha” z początku Wielkiej Wojny. Na zdjęciu: kadr z filmu "Dobry wojak Szwejk" w reżyserii. Karla Stekly'ego i Jiriego Trnki. Fot. PAT
Scena pierwsza: Szwejk, podczas swej budziejowickiej anabasis, trafia do szałasu owczarza:

Woda z gotującymi się kartoflami bulgotała, a stary owczarz po krótkim milczeniu rzekł tonem proroczym:
– I nasz najjaśniejszy pan tej wojny też nie wygra. Nie ma żadnego zapału dla tej wojny, bo jak mawia pan bakałarz ze Strakonic, najjaśniejszy pan nie kazał się koronować na króla czeskiego. Niech teraz obiecuje, komu chce, złote góry, nikt mu nie uwierzy. Kiedyś, stary gałganie, obiecał, że się będziesz koronował, toś powinien był dotrzymać słowa.
– Ano, może teraz się weźmie do tego – wtrącił stary włóczęga.
– Teraz mu, chłopcze, każdy plunie na to – mówił podrażniony owczarz. – Żebyś słyszał, jak z sobą rozmawiają sąsiedzi w Skoczicach, gdy się zejdą na pogawędkę. Każdy ma kogoś w wojsku, więc rozmowy prowadzą aż miło. Po tej wojnie będzie wolność, nie będzie ani pańskich dworów, ani cesarzy, a dobra książęce zostaną zabrane.

Lwów i Królewiec mogły być w PRL. A Szczecin w NRD

Jedną z przygranicznych warmińskich wsi Polacy od sowieckich sołdatów odkupili za parę litrów spirytusu.

zobacz więcej
Scena druga: Szwejk, odsiadujący karę pułkowego aresztu, zmierza wraz z eskortą na dworzec kolejowy w Kiralyhid:

Szwejk nie mógł się powstrzymać, aby nie krzyknąć do publiczności: „Na zdar!”, i nie pomachać czapką. Podziałało to tak zaraźliwie na wszystkich, że cały tłum powtarzał głośno jego wołanie, słowa „Na zdar!” biegły coraz dalej i grzmiały przed dworcem, a z ust do ust podawano sobie: „Już idą!”. Kapral z eskorty czuł się wprost nieszczęśliwy i wrzasnął na Szwejka, aby zamknął gębę. Ale okrzyk leciał dalej jak wichura. Żandarmi spychali tłum na chodniki, aby zrobić drogę dla eskorty, lecz tłum wołał dalej: „Na zdar!”, wymachując czapkami i kapeluszami.

Była to manifestacja jak się patrzy. W hotelu naprzeciwko dworca stały w oknach jakieś dwie panie, powiewały chusteczkami i wołały: „Heil!” Oba okrzyki: „Na zdar!” i „Heil!”, mieszały się z sobą coraz bardziej, ale gdy jakiś entuzjasta skorzystał ze sposobności, aby zawołać: „Nieder mit den Serben!” [„Precz z Serbami” – przyp. red.] – ktoś podstawił mu zgrabnie nogę, a publiczność podeptała go zdrowo w sztucznym zamieszaniu.


Scena trzecia: charakterystyka porucznika Lukasza:

Porucznik Lukasz był typowym oficerem służby czynnej w armii steranej monarchii austriackiej. W szkole wojskowej wyuczył się obłudy: w towarzystwie mówił po niemiecku i pisał po niemiecku, ale czytywał czeskie książki, a gdy nauczał w szkole jednorocznych ochotników, samych Czechów, mawiał do nich w zaufaniu: – Bądźmy Czechami, ale nie afiszujmy się. Ja też jestem Czech. Poza tym był to człowiek dobry, nie bał się przełożonych, a podczas manewrów dbał o swój oddział, jak się należy, zawsze znajdował dla niego wygodne noclegi po stodołach, a często gęsto ze swej skromnej gaży kazał wytoczyć żołnierzom beczkę piwa.

Tym dwóm snom, czeskiemu i polskiemu, nie sposób było się zejść, chociaż śnione były w tym samym czasie i w tej samej okolicy. Zmieniają się jednak narody, zmieniają się i opresje: znacznie bardziej wspólną datą stał się dla Polaków i Czechów rok 1989; choć wówczas obeszło się (chyba szkoda) bez klepsydr, obwieszczających zgon wiedźmy.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Katolickie kina i radio, a na niebie samoloty Milicji...
Jak polski święty stworzył medialne imperium. Alleluja i do przodu?
Historia Najnowsze wydanie
Wyszukana medycyna… troglodytów
Uzdrawiająca moc kamieni i tatuaży. Nasz europejski przodek – Ötzi – 5 tysięcy lat temu ze znawstwem i pieczołowicie dbał o nadwyrężone zdrowie.
Historia Najnowsze wydanie
Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie dostępne...
„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.
Historia Najnowsze wydanie
Spóźniony prezent dla Stalina. Jak Finowie Rosjan upokorzyli
Snajper Simo Häyhä zabił 505 sowieckich żołnierzy, zyskując przydomek „Biała Śmierć”.
Historia Najnowsze wydanie
Piłsudczycy w morzu poznańskich endeków
„Liczę serio na Paderewskiego, jest zgodny ze mną prawie we wszystkich punktach, jest nawet bardziej zaciekłym «federalistą» i on będzie Dmowskiego moderował...” – mówił Piłsudski.