Cywilizacja

Kim jesteś, trenerze? Od Mulaka i Wagnera do Nawałki i Zidane’a

Adam Nawałka, były selekcjoner polskiej reprezentacji, został szkoleniowcem Lecha Poznań. Dawny Trener z Przetargu – czyli taki, który miał zarabiać mniej od zagranicznych konkurentów – teraz będzie otrzymywać miesięczną pensję w wysokości 150 tys. złotych. To dobry moment, aby się zastanowić nad typologią sportowych trenerów.

Vital Heynen objął reprezentację siatkarzy 7 lutego tego roku, by 30 września zdobyć z drużyną tytuł mistrzów świata. Dla nich drugi, dla niego pierwszy.

Przed tym hitem na parkiecie Belg był w Polsce postacią prawie nieznaną, z wyjątkiem kibiców i specjalistów rzecz jasna. Ktoś kto w pół roku potrafi ustawić zespół na złoty medal tak prestiżowej imprezy, budzi oczywisty podziw i ciekawość ogółu.

Posypały się pytania – jak to było możliwe?

Z grubsza biorąc trener i zawodnik jadą na jednym wozie. I trenera i zawodnika rozlicza się za wyniki, od tego zależą ich kariery zawodowe i byt materialny. Różnica jest taka, że zawodnik odpowiada za siebie, a trener za siebie i za zawodnika. Za siebie w sensie własnych umiejętności i wiedzy, za zawodnika w każdym sensie, gdyż trzeba pamiętać, że ta współpraca często zaczyna się wówczas, gdy podopieczny jest prawie dzieckiem.

Toteż trener bywa omnibusem: trochę pedagogiem, trochę psychologiem, niezłym biomechanikiem i fizjologiem, czasem lekarzem pierwszego kontaktu czy masażystą. Zakres jego obowiązków i odpowiedzialności jest dużo szerszy niż sportowca, którego prowadzi.
Vital Heynen nie miał czasu, żeby nauczyć Polaków grać w siatkówkę. Zdołał jednak odblokować pewne zahamowania i dotrzeć do wyuczonych umiejętności. Na zdjęciu w sierpniu 2018 podczas Memoriału Huberta Wagnera Fot. Olimpik/NurPhoto/Getty Images
Różne są typy trenerów, gdyż różne są ludzkie osobowości i zakresy wymagań, jakie stawia przed nimi sport. Typologie trenerów najtrafniej opisują zazwyczaj zawodnicy, nadając im liczne przydomki: trener kat, trener ojciec, trener dyktator, trener przyjaciel, trener psycholog, trener prorok, trener kolega, trener charyzmatyczny. Ten ostatni pasuje jak ulał do Heynena.

Trener Charyzmatyczny

Najkrócej rzecz ujmując, charyzma to rodzaj naturalnego autorytetu, spójnej osobowości o silnym wpływie na innych ludzi, którzy przyjmują za własne jej przesłania i przekazy. W zawodzie trenera jest to instrument niezwykle pomocny. Heynen nie miał czasu, żeby nauczyć Polaków grać w siatkówkę. Zresztą nie było takiej potrzeby, bo każdy grać potrafi.

Czas, który miał znakomicie jednak wykorzystał. Na odblokowanie pewnych zahamowani, zatem dotarcie do wyuczonych umiejętności. Na panowanie nad słabszymi momentami meczu i szybkie wychodzenie z kryzysów. Wreszcie na poprawę wariantów taktycznych. Przekazów Heynena siatkarze słuchali i słyszeli to, co do nich mówi, chociaż nie zawsze jest to tym samym. Wierzyli jego słowom pewnie dlatego, że wiedzieli o nim więcej niż wszyscy inni.

Jako siatkarz i jako trener Heynen zdobył mnóstwo medali w Pucharach i Superpucharach. Jako zawodnik był brązowym medalistą mistrzostw Europy. Jako trener brązowym medalistą mistrzostw świata z Niemcami. Komuś o takim doświadczeniu nie sposób nie zaufać i choć na początku były z tym spore problemy, lody przełamała właśnie charyzma trenera oraz fakt, że uczy się polskiego z szacunku, jak twierdzi, dla zawodników.

W tym fachu charyzma się przydaje i miewają ja także wybitni polscy trenerzy. Miał ją niewątpliwie Hubert Wagner, choć przeszedł do legendy pod inną ksywką.

Trener Kat

Wagner także zdobył medal mistrzostw Europy jako siatkarz i także brązowy. Jednak jest i będzie pamiętany jako skuteczny, konsekwentny i twardy trener, który odniósł historyczne zwycięstwo. Przed wyjazdem na igrzyska do Montrealu powiedział w wywiadzie: „Interesuje mnie tylko złoto”.

Ta prosta i otwarta deklaracja poderwała do dyskusji całą Polskę. Wagnerowi zarzucano bufonadę, megalomanię, pychę. Dziś byłby chwalony za umiejętną promocję, ale wtedy naraził się brakiem skromności, cechy, która wówczas była niemal obowiązująca u osób publicznych. Emanując pewnością siebie, niekonwencjonalnymi wypowiedziami Wagner nie mieścił się w parametrach socrealu.

Sofia Ennaoui: Na pewno wyjdę za mąż za Polaka

Wicemistrzyni Europy w biegu na 1500 metrów została zawodowym żołnierzem.

zobacz więcej
Gazety w tytułach z upodobaniem umieszczały słowo „kat” obok nazwiska Wagnera, gdyż rzekomo strasznie męczył na treningach zawodników. Jednak prawda była inna. Wagner niczego nie zostawiał przypadkowi. Był przekonany, że jak się czegoś nie wypracuje, to się tego nie ma.

Drużyna podzielała przekonanie trenera. Tamto pokolenie miało inne podejście do sportu i życia. Nie było w nim rozpieszczonych chłoptasiów, którym mamusia z tatusiem sprzątali spod nóg każdy pyłek. Rodzili się tuż po wojnie, w domach się nie przelewało, byli zaprawieni do ciężkiej roboty.

Wagner miał komfort, którego nie miał Heynen i nie ma większość współczesnych selekcjonerów. Miał czas i warunki, aby prowadzić drużynę jako trener, a nie tylko jako selekcjoner. Organizował zgrupowania, budował kondycję zespołu, przepracował wszelkie warianty gry. Wszyscy znali cel, drogę do niego i koszty, więc nie była to współpraca wymuszona, lecz w pełni świadoma.

Nie zmieniło to opinii kata, przyczepionej Wagnerowi jak rzep. I tak już pozostanie, na szczęście razem z pamięcią o tamtych energetycznych nocach przed telewizorami i olimpijskim złocie w Montrealu.

Trener może dużo wiedzieć, dysponować bogactwem warsztatu, mieć wielkie doświadczenie i mnóstwo wybitnych sukcesów, jednak cały ten fundament merytoryczny nie ma znaczenia, jeżeli zawodzi komunikacja z zawodnikiem. Bez klucza do głowy sportowca nie da się otworzyć szeroko drzwi jego talentu, w pełni wykorzystać sportowego potencjału.

Znalezienie właściwego klucza niekiedy wymaga sporych zachodów. Bywa, że kluczem racjonalnych argumentów nie sposób niczego zdziałać. Wtedy należy użyć wytrycha.

Trener Psycholog

Sławomir Nowak, jeden z najlepszych trenerów lekkoatletycznych w Polsce, stał się znany i ceniony jako animator sukcesów płotkarek. Grażyna Rabsztyn, Zofia Bielczyk były tego dowodami, lecz nie tylko one.

Nowak miał w zawodowej biografii 9 rekordów świata, gdy podejmował pracę z Wilsonem Kipketerem, młodym Kenijczykiem o dużych zdolnościach, ale niewielkich wówczas osiągnięciach. Na listach światowych wyników w biegu na 800 m Wilson zajmował 25 pozycję.
Sławomir Nowak (z lewej) skłonił Wilsona Kipketera do treningu, grając na ambicjach afroduńskiego biegacza. Fot. PAP/Grzegorz Michałowski/Christopher Lee/Getty Images/IAAF
Nowak nigdy wcześniej nie trenował Afrykanów. Nie miał pojęcia o ich mentalności, która szybko okazała się poważnym wyzwaniem. Od pierwszych wspólnych treningów Kenijczyk sprawiał zasadnicze kłopoty.

Gdy Nowak zlecał mu wykonanie tempówki (biegu w szybkim i równym tempie), powiedzmy na dystansie 300 m, Kipketer dobrze wykonywał polecenie, ale tylko do 200 metrów. Potem stawał, a następnie siadał na trawie. Na pytanie trenera – dlaczego się zatrzymał, odpowiadał, że się zmęczył i musi odpocząć.

Trenowanie biegacza na średnich dystansach, który nie chce przełamać bariery zmęczenia, to jazda bez trzymanki. A postęp sportowy bez własnego udziału sportowca jest niewykonalny. Nowak miał problem i próbował go rozwiązać drogą motywacyjnych pogadanek, przybliżając podopiecznemu prawa fizjologii ludzkiego organizmu, lecz bez rezultatu.

Pogaduchy i parkowania trwały przez kilka kolejnych zajęć aż w końcu trenera olśniło. Postanowił użyć wytrycha w postaci własnej małżonki Marii, skądinąd wieloboistki. Gdy przychodziło do tempówek Maria biegła razem z Kipketerem. Po dwustu metrach on chciał stopować, lecz ona biegła dalej, więc i on biegł dalej. Tym sposobem dobiegał do końca.

Potrafi Marysia, potrafi i Wilson! Pewnie taki był ten klucz, który zadziałał. W efekcie Kipketer bił kolejne rekordy świata, kilkakrotnie poprawiając własne, zdobył też wiele tytułów mistrzowskich. A Sławomir Nowak okazał się uzdolnionym trenerem psychologiem.

Trener Dyktator

Innym przykładem na to, jak ważne są relacje interpersonalne między trenerem a zawodnikami, jest przypadek Czesława Cybulskiego i grupy miotaczy młotem. Trener Cybulski to wielki mistrz swojego fachu. Wychował wszystkie największe polskie gwiazdy tej konkurencji, a one zgarnęły wszystkie najważniejsze medale.

Kamila Skolimowska, Szymon Ziółkowski, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek to jego wychowankowie bez żadnej przenośni, gdyż zajmował się nimi od początku ich karier, przy nim zdobywali złote medale olimpijskie i mistrzostw świata. Wszyscy wychowankowie rozstali się ze swoim wychowawcą w gniewie i pretensjach, zresztą wzajemnych. Dlaczego?

Ślad w piaskownicy. Sędziowie tracą sporo władzy

Rekord olimpijski przyznano Amerykaninowi, gdyż – wedle wskazań stoperów – to on miał lepszy czas. Ale sędziowie uznali, że zwycięzcą w pływaniu na 100 metrów stylem dowolnym będzie Australijczyk.

zobacz więcej
Otóż każda ze stron widzi to inaczej. Zawodnicy do dziś uważają, że trener był bezwzględnym dyktatorem. Trener uważa, że zawodnicy byli niedojrzali. To tak ogólnie i grzecznie oraz bez bulwersujących szczegółów. W obu opiniach mieści się, rzecz jasna, mnóstwo konkretnych zdarzeń: zatargów, napięć i kwasów, które złożyły się na złą komunikację.

W tym przypadku wystąpiły dwie nietypowe okoliczności. Po pierwsze – zaognione relacje zawodników z trenerem objęły wszystkich wymienionych, a nie kogoś jednego, co zdarza się najczęściej.

Po drugie – wybitne wyniki nie miały wpływu na poprawę klimatu, a to się właściwie nie zdarza. Autorytet trenera rośnie proporcjonalnie do sukcesów sportowca i odwrotnie. Gdy nie ma sukcesów, wiara w trenerski autorytet gaśnie. Tymczasem ludzie Cybulskiego to potęgi w rzucie młotem. Czworo wymienionych to dwie generacje, a każda na medale i rekordy, więc w czym rzecz?

Jedną z przyczyn tego fenomenu – znakomite rezultaty, zła atmosfera – mogły być różnice pokoleniowe. Cybulski wywodzi się z dawnej trenerskiej szkoły: twarde wymagania, żelazna dyscyplina i bez dyskusji. To działało na początku, gdy zawodnicy byli prawie dzieciakami zapatrzonymi w swojego guru.

Tym twardym kluczem trener otwierał wszystkie drzwi: do ich wyobraźni, ambicji, motywacji. Efekty sportowe potwierdzają skuteczność tej metody, choć pewnie kosztem podmiotowości zawodników, na którą obecne pokolenia sportowców są bardzie wyczulone niż poprzednie i stąd konflikty.

W takich sytuacjach pod klawisz w komputerze ciśnie się pytanie, co by było gdyby? Gdyby Skolimowska, Ziółkowski, Włodarczyk i Fajdek nigdy nie trafili na Czesława Cybulskiego, trenera dyktatora jak zgodnie twierdzą, czy byli by tymi, jakimi się stali?
Gdyby Paweł Fajdek nigdy nie trafił na trenera dyktatora Czesława Cybulskiego, czy odniósłby sukcesy? Na zdjęciu Fajdek z Cybulskim po zdobyciu złotego medalu w rzucie młotem podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Moskwie. Fot. PAP/Adam Warżawa
Tego się nie dowiemy. Wiemy tylko, jakie są tego wyniki, które pozostaną w historii dając świadectwo ich talentów oraz skutecznej pracy trenera.

Trener z Przetargu

Pewnie nie wszyscy dzisiaj pamiętają, że Adam Nawałka został selekcjonerem narodowym nie dlatego, że był najlepszy, lecz dlatego, że był tańszy od trenerów zagranicznych. W każdym razie tak to przedstawiał Zbigniew Boniek, prezes PZPN. Dodawał ponadto, że wierzy w kolegę, choć wówczas niewielu podzielało jego wiarę.

Na początku Nawałka miał zarabiać nie za dużo (zapewne kilka średnich krajowych). A gdy będzie odnosił sukcesy prezes obiecał, że będzie mu dokładał. I pewnie dokładał, gdyż Nawałka odnosił sukcesy na drodze do mundialu.

Przed nominacją na tę posadę padały różne nazwiska fachowców zagranicznych. Giełda dziennikarska wrzała, w powietrzu latały liczby o wielu zerach, więc gdy wybór się dokonał, zapanowała konsternacja a następnie, jak to u nas, krytyka wyprzedzająca.

Szczerze mówiąc był po temu powód, a podsunął go nie kto inny jak Zbigniew Boniek. Męczony pytaniami, czy będzie to Polak czy nie Polak, Boniek wygłosił oświadczenie: „Nieważne czy trener będzie z Polski czy z zagranicy. Ważne, aby był dobry”. Po czym dokonał wyboru na podstawie ceny za usługę oraz wiary w człowieka.

Dziennikarze piłkarscy podchwycili to wesoło, toteż zaczęła krążyć opinia, że Nawałka to trener z przetargu, gdyż przetarg często wygrywa ten, kto oferuje najniższą cenę. Takie przetargi nie są zresztą rzadkością w polskim sporcie zwłaszcza podczas wyborów między kosztownym zagranicznym, a tańszym polskim szkoleniowcem.

Rzecz w tym, że wybór selekcjonera każdej drużyny narodowej w każdej z gier zespołowych to swoista ruletka. Nie ma takiego mądrego, który by zagwarantował z góry, że selekcjoner będzie dobry albo wiedział, że będzie niedobry. Znane nazwisko i dokonania nie dają takich gwarancji.

Brudne pieniądze, chciwe karzełki o lepkich rękach i rodzinne interesy korupcyjne. Sekrety olimpijskiej idei

Koszt jednego medalu zdobytego przez Polaka na igrzyskach w Rio de Janeiro to 36 milionów złotych.

zobacz więcej
Przykładem na to w naszej piłce był Leo Beenhakker. Teoretycznie duży fachura, który zmalał przy bliższym poznaniu. Chociaż chwacko zapowiadał, że jedzie na Euro po złoto, nie wyszedł bidula z grupy.

W polskim szczypiorniaku mieliśmy niedawno orła-sokoła. Nazywał się Tałant Dujszebajew i robił dużo szumu na parkiecie, niestety bez przełożenia na wyniki. Franciszek Smuda został selekcjonerem narodowym, bo był dobrym i uznanym szkoleniowcem. Tyle, że klubowym, a to zupełnie inna bajka niż reprezentacja.

W tym miejscu należy przypomnieć oczywisty fakt: selekcjoner to nie to samo, co trener. Aby zostać selekcjonerem, należy być trenerem. Jednak będąc trenerem, nie zawsze można być selekcjonerem. To różne rodzaje zajęć, odmienne możliwości wpływu na drużynę.

Trener ma ludzi pod nosem, wie kto solidnie ćwiczy, a kto się obija. Może przerabiać do znudzenia wszystkie warianty meczów, do upojenia poprawiać technikę i wszelkie umiejętności indywidualne graczy.

Selekcjoner nie ma już tak dobrze. Dostaje chłopaków albo dziewczyny na trzy, cztery dni i to, co naprawdę może, to poukładać stałe fragmenty gry oraz poustawiać ludzi na pozycjach. Może także przeprowadzić jakieś badania, ale nie może wiele zdziałać, gdy one wypadną kiepsko. Kiedy komuś brakuje szybkości albo ma za słabą wytrzymałość.

Nie ma czasu na treningi indywidualne ani na to, żeby spokojnie szlifować drużynę. Dlatego selekcjoner musi mieć szczególną osobowość, najlepiej charyzmatyczną, żeby szybko skleić i odpowiednio zmotywować zespół, a takich jest niezbyt wielu.

Głównym celem Adama Nawałki był mundial. Na szlaku dojazdowym były wygrane mecze, wysokie miejsce w rankingu FIFA, niezłomna wiara rodaków i co? Im bliżej celu, tym więcej pary szło w gwizdek. Strach było otworzyć lodówkę, bo mógł z niej wyskoczyć Nawałka jak na reklamie.
Leo Beenhakker chwacko zapowiadał, że jedzie na Euro po złoto, nie wyszedł bidula z grupy. Na zdjęciu w kwietniu 2009 z Michałem Listkiewiczem. Fot. PAP/Leszek Szymański
Mecz z Litwinami ku pokrzepieniu serc odbył się raczej przy statyście gości niż z ich aktywnym udziałem, gdyż po nocnej balandze na mieście Litwini nadawali się bardziej do sanatorium niż na boisko. Na koniec zgrupowanie z żonami i narzeczonymi tuż przed wyjazdem do Rosji pewnie scementowało więzi rodzinne, choć niekoniecznie piłkarskie. Na mundialu była nerwówka i blamaż. Jaka stąd płynie nauka?

Może taka: nieważne czy trener jest z Polski czy z zagranicy. Ważne, aby miał ten jeden sukces u celu, a nie wiele różnych po drodze.

Trener Kolega

W sporcie krążą różne prawdy objawione. Jedna z nich głosi, że wybitny sportowiec nigdy nie będzie dobrym trenerem. Rzadko wiadomo, kto takie prawdy objawia, lecz w tym przypadku akurat wiadomo. Jan Mulak - zdolny organizator, średni trener, słaby sportowiec – ustalił, że tak jest i tego się trzymał. Mulak uchodził za twórcę Wunderteamu (legendarny zespół lekkoatletów), więc liczono się z jego zdaniem.

Trzeba przyznać, że akurat w tej prawdzie trochę prawdy jest. Gwiazdy aren są za bardzo i zbyt długo skupione na sobie, żeby się odkleić od własnego ego pompowanego przez otoczenie, pozbyć egoizmu i poświęcić robocie, która zaczyna się od nowych stresów, a kończy wrzodami żołądka albo zawałem.

Ale i z tą prawdą jest tak, jak z wieloma innymi. Są przykłady na jej poparcie i są takie, które jej zaprzeczają, nawet w obrębie jednej dyscypliny. Zbigniew Boniek był świetnym piłkarzem, ale kiepskim trenerem, więc on potwierdza teorię Mulaka. Natomiast Zinedine Zidane już ewidentniej jej zaprzecza, bo był gwiazdorem na boisku i został gwiazdą na ławce trenerskiej.

Przypadek Zidane wymaga jednak przybliżenia okoliczności towarzyszących. „Zizou” został trenerem niedługo potem jak przestał być piłkarzem. Swoją wiedzę i doświadczenie mógł przekazać zawodnikom na zbliżonym poziomie sportowym, zwłaszcza w Realu Madryt. To była transmisja bezpośrednia i bez zakłóceń. Wirtuoz futbolu szkolił kolejnych wirtuozów futbolu.
Zinedine Zidane, wirtuoz futbolu, szkolił kolejnych wirtuozów futbolu. Na zdjęciu trening przed finałem Ligi Mistrzów na stadionie w Kijowie w maju 2018. Fot. REUTERS/Gleb Garanich
Na tym pułapie porozumienie między trenerem a drużyną jest proste. Zidane nie prowadził szkółki juniorów, nie musiał ich uczyć piłki od podstaw, co zajęło by mu pięć czy siedem lat. Zresztą juniorzy nie byliby w stanie ogarnąć, a zwłaszcza zaadoptować ani jego profesorskiej wiedzy, ani jego wyrafinowanych umiejętności, a on zdążyłby je zapomnieć. Dzieciaki z podstawówki też nie piszą prac doktorskich, gdyż nie są na to przygotowane. Co innego koledzy z najlepszej, klubowej drużyny świata.

Podobnie było z Ryszardem Szurkowskim. On jeszcze nie zsiadł z roweru jako zawodnik wyczynowy, a już obejmował kolarską kadrę. Został trenerem kolegów, chociaż z niektórymi ciągle wygrywał na etapach. Sukcesy nastąpiły błyskawicznie. Najpierw wygrana Lecha Piaseckiego w Wyścigu Pokoju. Następnie tytuł mistrza świata amatorów, który także wywalczył Piasecki. Na koniec srebrny medal olimpijski drużyny w Seulu.

To było imponujące przyspieszenie polskiego kolarstwa. Szurkowski tak samo jak Zidene dostał szansę przekazu bezpośredniego. Wszystkim, co wiedział i potrafił jako kolarz, mógł się podzielić z kolegami jako trener. I wszystko to natychmiast trafiało w punkt, gdyż odbiorcy byli na odpowiednim poziomie percepcji oraz umiejętności. Mistrz dobrze wyszkolił mistrzów, a trener kolega kolegów.

Jednak nie obyło się bez pewnych turbulencji o charakterze, nazwijmy to oględnie – dylematów pedagogicznych. Rzecz miała miejsce podczas drugiego przejazdu Wyścigu Pokoju przez ZSRR. Plan zakładał start peletonu z Kijowa, lecz nie obejmował wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu, który nastąpił 13 dni przed startem.

Nikt nie miał ochoty odwiedzać strefy skażonej, co raczej oczywiste. Ani dziennikarze, ani kolarze, ani Szurkowski. A gdy trener powiedział do prasy, że Polacy w tym wyścigu nie pojadą, zrobiła się afera polityczna. KC i rząd podjęły stanowcze interwencje: do negocjacji z Szurkowskim oddelegowano wicepremiera, szefowie mediów wszystkich składali skazanym na ten wyjazd dziennikarzom propozycje nie do odrzucenia. Naciski okazały się skuteczne. Ludzie wsiedli w samolot i wylądowali pod parasolem atomowym.

Kluczową stała się kwestia przetrwania, najlepiej żywym, gdyż zachowanie pełni zdrowia wydawało się w tamtych warunkach sprawą przegraną. Brakowało danych o stężeniu radiacji lub były kłamliwe, brakowało wiedzy, co robić, żeby jakoś osłabić zjadliwą gadzinę.
Ryszard Szurkowski tak jak Zidene dostał szansę przekazu bezpośredniego. Turbulencje zaczęły się podczas Wyścigu Pokoju. Plan zakładał, że peleton ruszy z Kijowa, lecz nie przewidywał wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu... Na zdjęciu trening przed wyścigiem na zgrupowaniu w Zakopanem w styczniu 1986, trener Ryszard Szurkowski (z lewej) z Zenonem Jaskółą. Fot. PAP/Jerzy Ochonski
W końcu jeden z doświadczonych dziennikarzy rzucił hasło: „Kto pije, ten przeżyje!” Wybór między lugolą, a gruzińskim winiakiem, nie stwarzał problemów w tym gronie. Uczestnicy Wyścigu ochoczo poddali się terapii za światłym przykładem natchnionego wynalazcy. Natomiast Szurkowski miał problem – co z kolarzami?

Kolarz nie piłkarz, na wyścigu pić nie może. Piłkarz może wypić tyle, ile waży, jednak tylko przed meczem, bo po meczu może więcej. Ale kolarz to chudzina, setka winiaku może go nie zabić, jednak może go osłabić.

Pijany listonosz na rowerze czasem dojeżdża do adresata. Na pijanych kolarzach nie prowadzono dotychczas doświadczeń. Ponadto koledzy kolegami, a trener trenerem. Koledze można proponować drinka, lecz tylko wtedy, gdy nie siada za kierownicę. Z drugiej strony kolarza na rowerze nic nie chroni oprócz kasku, więc co?

Na dylematy trenera miał gotowe rozwiązanie bardzo już natchniony wynalazca. On preferował prostą koncepcję: „Niech szybciej jadą, to krócej będą wdychać atomy”. Trudno powiedzieć, gdzie dotarła ta skrzydlata myśl. W każdym razie peleton szybko wystartował, szybko dojechał do mety, a żaden z kolarzy nie wskazywał na spożycie. Wszyscy wykazywali oznaki przeżycia.

Po igrzyska olimpijskich w Seulu Ryszard Szurkowski skończył koleżeńską przygodę z kolarską kadrą narodową.

Trener Prorok i inni

Klasyfikacja trenerów sprowadza się zazwyczaj do czegoś, co wyróżnia człowieka. Może to być osobowość, mogą być metody pracy, czasem wystarczy jedno wydarzenie, które ludzie pamiętają.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
„Mamy 15 sekund. Mamy dużo czasu”. Dwa zdania Bogdana Wenty podczas meczu z Norwegami o półfinał mistrzostw świata, wygranego jedną bramką, ozdobiły go licznymi przydomkami: Trener Czarodziej, Trener Wizjoner, Trener Prorok i różne takie, chociaż jego największym atutem była świetna komunikacja z drużyną oraz niewątpliwa charyzma.

Tak naprawdę żaden typ trenera nie mieści wyłącznie w określeniu, jakie mu nadano. Każdy jest trochę sobą i trochę wszystkimi typami, gdyż wszyscy wypełniają podobne zadania. Edward Hatala był Trenerem Ojcem dla Artura Partyki, gdyż ojciec Artura był Algierczykiem i mieszkał we własnym kraju. Tyle, że bycie tatusiem to za mało na medal olimpijski. Potrzebna jest wiedza, opanowanie warsztatu i dobre trafienie z treningiem, czyli fundament profesjonalny.

Bywa, że jednoznaczne próby klasyfikacji prowadzą do tzw. mylnych błędów. No bo kim był Aleksander Wierytielny dla Justyny Kowalczyk? Biorąc pod uwagę jej ciężką harówę można by sądzić, że trenerem katem. Jednak nic podobnego. Justyna chciała i często trenowała więcej niż trener zalecał.

Jej upór i charakter rozwalił mit o rosyjskich trenerach, którzy ciemiężą stu zawodników, żeby wychować jednego. To on był raczej hamulcowym, a nie ona ofiarą sportowego ucisku. W sumie wyrósł z tego układ partnerski, a Wierytielny chyba podpada pod typ – Trener Przyjaciel. Warto pamiętać, że zawód trenera to zawód twórczy. W takich zawodach konieczny jest talent, konieczna jest empatia i mnóstwo wiedzy szczegółowej z wielu dziedzin. Jednak trener nie wykona tego, co musi wykonać sportowiec, więc reszta jest po stronie tego drugiego. Zależnie od efektu końcowego trener będzie określany ciepło. A przypinanie trenerom łatek często wcale nie ma związku z efektem końcowym. No cóż, taka praca.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Adam Nawałka jako selecjoner polskiej kady w rozmowie z Robertem Lewandowskim podczas treningu na stadionie Sputnik w Soczi w czerwcu 2018. Fot. REUTERS/Hannah McKay
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
O każdym szczególe meczu polskiej ligi najpierw dowiadują się...
Podczas każdego meczu Ekstraklasy pracuje trzech operatorów. Jeden ma specjalny „pad”, jak do konsoli Playstation i oznacza piłkę. Pilnuje jej posiadania i tego, czy piłka jest w grze, czy poza grą.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Biskupi powinni donosić do organów ścigania na księży pedofilów
Już św. Pius V duchownych winnych homoseksualnych występków nakazywał przekazywać władzom świeckim, by te ich osądziły i ukarały.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
AIDS nadchodzi ze Wschodu
Agencja ONZ ostrzega, że narażona jest cała populacja Rosji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Koniec glutenowej rewolucji?
Wieszanie na glutenie wszystkich możliwych psów było rodzajem skandalu, na którym różni sprytni producenci żywności zarobili mnóstwo pieniędzy.
Cywilizacja wydanie 30.11.2018 – 7.12.2018
Kto płaci za konwoje imigrantów forsujących granice USA?
Ostatnia „karawana uchodźców” przyprowadziła do Meksyku 10 tysięcy ludzi. Akcję, tuż przed wyborami do Kongresu USA, przeprowadzono sprawnie i szybko, a jej koszt mógł przekroczyć 20 milionów dolarów.