Kultura

Sobowtór Słowackiego i warszawska królowa Madagaskaru

Gdyby dziś żyli, byliby najwybitniejszymi polskimi poetami – być może laureatami wielu literackich nagród, z Noblem na czele. Niestety zapamiętaliśmy ich jako wiecznie młodych, piekielnie ambitnych, niezwykle inteligentnych i... martwych. Zastygłych na czarno-białych zdjęciach, opisujących rzeczywistość brutalnej wojennej zawieruchy.

Krzysztof Kamil Baczyński i Zuzanna Ginczanka będą kolejnymi bohaterami programu „Pojedynki stulecia” – w czwartek 22 listopada o godz. 22 na antenie TVP Kultura.

Czy PZPR była spadkobiercą polskiego nacjonalizmu

Spór Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza o PRL w istocie dotyczy również III RP.

zobacz więcej
Biografie różne, a jednak bliskie ze względu na tragizm losów. Ona rosyjska Żydówka, świadoma swojego pochodzenia, a jednocześnie tworząca w języku polskim, gdyż to właśnie piękno nadwiślańskiej kultury zauroczyło ją na zawsze. On socjalista i romantyk, żołnierz i geniusz-samouk, który na jednym z konspiracyjnych wieczorków literackich powiedział młodemu Czesławowi Miłoszowi: „już jestem większy od ciebie”.

Poezją Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zachwycał się Jarosław Iwaszkiewicz i Jerzy Andrzejewski, natomiast Zuzanny Ginczanki – Julian Tuwim i Witold Gombrowicz. Przed obojgiem młodych twórców o tak niesamowitym, dojrzałym talencie literackim kariera stała otworem. Ich życie zostało jednak przerwane w tragiczny sposób w 1944 roku.

Naznaczony przez ojca

Baczyński na bycie poetą był po prostu skazany. Pochodził z inteligenckiego, warszawskiego i patriotycznego domu. Czytając życiorys jego ojca, Stanisława Baczyńskiego można się utwierdzić w przekonaniu, że to właśnie takim ludziom Polacy zawdzięczali odzyskanie niepodległości w 1918 roku.

Stanisław był synem Zygmunta, powstańca styczniowego. Sam wstąpił do I Brygady Legionów Polskich. Przypadły mu w udziale walki podczas I wojny światowej oraz wojny z bolszewikami. Uczestniczył również w trzecim powstaniu śląskim. Wojowanie z bronią w ręku była więc w domu Baczyńskich czymś naturalnym. Czy można zatem się dziwić, że mimo, iż Baczyński junior okazał się doskonałym poetą, to pragnął zostać żołnierzem?

W niepodległej Rzeczypospolitej jego ojciec był uznanym krytykiem literackim. Warto zajrzeć choćby do wydanej w 1924 roku książki „Syty Paraklet, głodny Prometeusz”. Już szybkie przekartkowanie tej pozycji dawało czytelnikowi wgląd w szerokie horyzonty autora i ambicje stworzenia eseju totalnego, który poprzez swój szeroki zakres tematyczny stawałby się uniwersalnym kluczem do rozumienia współczesnej kultury.

Gdy Stanisław wydawał tę książkę, jego syn Krzysztof Kamil miał zaledwie trzy lata. Jak powszechnie wiadomo, oba imiona przyszłego poety także brały swój rodowód z literatury. Krzysztof Cedro z „Popiołów” Stefana Żeromskiego był ulubionym bohaterem matki Baczyńskiego – Stefanii, autorki podręczników do nauki języka polskiego. Z kolei Cyprian Kamil Norwid stanowił obiekt uwielbienia obydwojga rodziców.

Wojenna reaktywacja romantyzmu

Norwidem zainteresował się również sam Krzysztof Kamil Baczyński. Stało się to jednak dopiero na przełomie 1941 i 1942 roku. Zresztą nie było to wówczas zjawisko odosobnione. Jak pisał poeta, autor „Afazji Polskiej” Przemysław Dakowicz, atak Niemiec na ZSRR uświadomił ówczesnym dwudziestolatkom, że okupacja szybko się nie skończy – mało tego będzie się brutalizować.

Perspektywa ziszczenia się idei tysiącletniej Rzeszy sprawiała, że młodzi ludzie zaczynali działać, a wśród tych bardziej uwrażliwionych na literaturę, wracały do łask dwa XIX-wieczne nazwiska: Cyprian Kamil Norwid i Juliusz Słowacki.

To również efekt swoistej literackiej sinusoidy. Wśród twórców dwudziestolecia międzywojennego romantyzm nie cieszył się dużą popularnością. Młodzi autorzy i autorki, którzy próbowali – idąc za słowami skamandryty Jana Lechonia – „wiosnę, nie Polskę zobaczyć”, rezygnowali z romantycznych mitów na rzecz poszukiwań nowego języka. Historiozoficzna logika podpowiadała jednak, że prędzej czy później musiał nadejść czas, kiedy estetyczne wahadło odbije w przeciwną stronę. Wybuch II wojny światowej ten stan rzeczy tylko przyspieszył.

Wyjątek dla anatemy, jaką obłożono romantyzm, stanowił Juliusz Słowacki, którego w II RP otoczono niemal kultem państwowym. Nie bez znaczenia była tu słabość, jaką do wieszcza żywił Józef Piłsudski (Marszałek kazał wyryć sobie na nagrobku słowa z „Króla-Ducha”), a także sprowadzenie prochów poety do Polski w 1927 roku. I to właśnie autor „Ody do wolności” okazał się poetyckim alter ego Baczyńskiego.

Kolejne wcielenie Króla-Ducha

Twórczość Słowackiego miała niebagatelny wpływ na duchowy i poetycki rozwój Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W 1947 roku poeta i eseista Jerzy Zagórski opublikował na łamach „Tygodnika Powszechnego” tekst „Śmierć Słowackiego”, w którym porównywał obydwu twórców. I choć być może śmiałość tego zestawienia była nieco na wyrost – prawdopodobnie spowodowały ją wciąż żywe emocje po śmierci Baczyńskiego – to autorowi tekstu udało się w obu życiorysach dostrzec szereg podobieństw.

Zagórski przyjrzał się bowiem nie tyle twórczości poetów, ile ich życiu rodzinnemu: porównywał ojców i matki pisarzy. I faktycznie domy rodzinne, staranne wychowanie i cieplarniane warunki stworzone do „literackich lotów” wydają się w obu przypadkach bardzo podobne. Najciekawsze jednak było to, że Zagórski dostrzegł również podobieństwo fizyczne między Słowackim a Baczyńskim, choć zarazem asekurował się twierdząc, że to nie tyle lustrzane odbicia, co wspólny „antropologiczny rys”.

Anatomia zbrodni. Dwa spojrzenia na diabelskie systemy

Wybory polityczne Leona Kruczkowskiego i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego były krańcowo różne. Ale obydwu pisarzy interesowała istota totalitaryzmu.

zobacz więcej
Na tekst Zagórskiego warto zwrócić uwagę z dwóch względów. Jego autor pochodził z wileńskiego środowiska żagarystów, które odznaczało się raczej lewicową afiliacją. Co więcej po wojnie ukąszenie heglowskie tego byłego awangardzisty wcale nie zelżało. Był on wierzącym stalinistą, który nie wahał się podpisać rezolucji Związku Literatów Polskich w sprawie procesu krakowskiego (chodziło o proces czterech księży kurii krakowskiej oskarżonych o rzekome szpiegostwo na rzecz USA).

A mimo to obrazy powojennej pożogi i odradzającej się z popiołów Polski (w 1947 roku można było jeszcze stawiać pytanie: jakiej?) były dla niego na tyle sugestywne, że nie wahał się odbyć literacką pielgrzymkę do romantyków i „Króla-Ducha” Słowackiego.

W utworze tym wieszcz zasugerował, że tytułowy bohater wciela się w wybitne postaci polskiej historii. Właśnie dlatego wizja ta zafascynowała Piłsudskiego i tych wszystkich, którzy w czasach narodowego wzmożenia (czy, jak ujęłaby to Maria Janion, „wylania fali romantyzmu”) mogliby ujrzeć Króla-Ducha w Baczyńskim bądź choćby w św. Janie Pawle II.

Poeta przeklęty?

Tezy Zagórskiego antycypowały to, co się stało z dziedzictwem Baczyńskiego po wojnie. Twórczość autora „Modlitwy” była swoistą matrycą dla bardzo wielu młodych poetów, ze szkodą dla niej samej. Iluż to młodych mniej lub bardziej obdarzonych talentem chłopców chciało widzieć w sobie literacki „diament” (przypomnijmy słynne słowa Stanisława Pigonia, który na wieść o tym, że Baczyński został przyjęty do oddziału dywersyjnego AK powiedział Kaźmierzowi Wyce: „cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”).
Tadeusz Konwicki – Jarosław Iwaszkiewicz
Choć poezja Baczyńskiego dotykała spraw fundamentalnych, to paradoksalnie jego młoda śmierć zbliżyła go w zbiorowej wyobraźni do „poetów przeklętych” (miano to w literaturoznawstwie nadano róznym twórcom, którzy zyskali status postaci kultowych za sprawą skandali obyczajowych i odrzucenia przez otoczenie).

Kolejne porównania były formułowane jakby automatycznie i to z jeszcze większą niefrasobliwością niż robił to (jednak świadomy swojego zuchwalstwa) Zagórski. Skoro bowiem można na podstawie podobieństwa rodzin zrównać ze sobą Baczyńskiego i Słowackiego, to czemu nie porównać tego pierwszego do Arthura Rimbauda? Wszak obydwaj napisali bardzo dużo tekstów w młodości, po czym zamilkli (oczywiście z zupełnie różnych przyczyn) na zawsze.

Pamiętajmy jednak, że autor „Arkusza poetyckiego Nr 1” nie był neoromantykiem. Jak słusznie stwierdził Bartłomiej Śleszyński z Instytutu Badań Literackich PAN, przy wszystkich porównaniach, w odróżnieniu od twórców, którzy go inspirowali, był on poetą apokalipsy spełnionej.

Niezwykła, lecz zapomniana

Współczesna popularność poezji Baczyńskiego, spotęgowana przez sugestywne piosenki Ewy Demarczyk wykonywane w PRL kontrastuje z jeszcze niedawnym brakiem zainteresowania Zuzanną Ginaczanką. Urodzona w 1917 roku w Kijowie (jako Zuzanna Polina Gincburg) poetka nie miała okazji, żeby napisać tyle utworów, co Baczyński (liczba napisanych 500 wierszy imponuje). Ba, wydała wyłącznie jeden zbiór poetycki.

Jednak oryginalność tomiku „O centaurach” jest na tyle duża, że w zbiorowej świadomości Ginczanka powinna być już dawno obecna. Tymczasem została skazana na zapomnienie na niemal 70 lat od zakończenia wojny. Dobrze to oddaje szczere wyznanie pisarza Janusza Rudnickiego, który w jednym z tekstów pisał: „(…) wstyd się przyznać, jak późno się o niej dowiedziałem. Znasz Ginczankę, zapytał ktoś, a ja, że nie, nie piłem. Myślałem, że chodzi o nową wodę mineralną”.

Urodzona w 1917 roku w Kijowie Ginczanka przyjeżdża do Polski w wyniku rewolucji bolszewickiej, co zbliża jej losy do życiorysu innego przybysza ze Wschodu – Jarosława Iwaszkiewicza. Pierwszym przystankiem na drodze poetki jest Równe. Tam chodzi do gimnazjum i tam też powstają jej juwenilia – pierwsze wprawki poetyckie. To wiersze nie kwestionujące klasycznych podziałów, rytmiczne, ale zdradzające późniejsze zainteresowania autorki.

Ginczanka, korzystając z rezerwuaru pojęć świata antycznego, upodobała sobie poezję, którą z dzisiejszej perspektywy można by nazwać „genderową”. W swoich wierszach autorka zastanawiała się nad istotą pierwiastka męskiego i żeńskiego, i kwestionowała przyjęty w społeczeństwie podział ról płciowych.

Partyzant i opryszek. Kto okazał się obrońcą zasad w PRL

O Romanie Bratnym nikt już nie pamięta. Marek Nowakowski jest odkrywany na nowo.

zobacz więcej
Być może refleksja Ginczanki nad rolą mężczyzn w jej życiu wynikała z wychowania, które odebrała. Tak się bowiem złożyło, że straciła obydwoje rodziców – nie tyle w wyniku choroby czy wojny, co ich ambicji i stylu życia. Ojciec, początkujący aktor wyjechał szukać szczęścia w Ameryce, matka z nowym mężem uciekła do Hiszpanii. Wychowanie Poliny Gincburg spoczęło na barkach jej babci.

Wybieram polszczyznę, Tuwima i „Ziemiańską”

Przedwojenne Równe było prawdziwym tyglem narodowości, o którym warto wspomnieć w kontekście życia młodej poetki. Na ulicach tego kresowego miasta mieszały się ze sobą języki polski, rosyjski, ormiański i jidysz. Choć Ginczanka była Żydówką, to niewątpliwie posiadała też domieszkę krwi ormiańskiej. Wcale nie było pewne, że językiem, w którym będzie tworzyć, zostanie polski. Trochę jak w przypadku Czesława Miłosza, który zamieszkał w polszczyźnie, choć do swojej polskości miał dużo zastrzeżeń. Dla Ginczanki (tu warto nadmienić, że tak spolszczono jej nazwisko w szkole w Równem) język polski był świadomym wyborem.

Na zainteresowanie poetki polszczyzną silny wpływ miało warszawskie środowisko literackie. Zafascynowana twórczością Juliana Tuwima Ginczanka wysłała mu wiersz zatytułowany „Bunt piętnastolatek”. „My chcemy konstytutucji, my chcemy swego prawa/ że wolno nam bez wstydu otwarcie świat wyznawać/ prawdziwość krwistych burz” – pisała, wywołując zainteresowanie „starca”, jak kazał jej sam siebie nazywać autor „Kwiatów polskich”.

O emocjach, jakie wzbudzał utwór, niech świadczy fakt, że przez lata, wbrew temu, co się zachowało w rękopisach, był przepisywany jako „Bunt piętnastolatków”. Ginczanka doskonale wiedziała w jakie tony uderzyć i jak poetycko uwieść twórcę „Do człowieka prostego” – tak aby ten otworzył jej ścieżkę do literackiego świata Warszawy.
Fot. Printscreen The Lost World – Polish Jews/Facebook
Do stolicy przyjeżdża w 1935 roku. Od początku swojej warszawskiej przygody za wszelką cenę próbowała nie wpaść w pułapkę, w której przylgnęłaby do niej etykieta egzotycznej piękności. Jej semicko-ormiańska uroda w połączeniu z heterochromią – tęczówkę w jednym oku miała czarną, a w drugim piwną – sprawiała, że wyglądała zjawiskowo i przykuwała uwagę nie tylko swoich rówieśników (stąd liczne pseudonimy nadawane przez mężczyzn, na przykład „Gwiazda Syjonu”).

Ów wygląd okazywał się tak samo darem, jak i przekleństwem: Ginczanka szybko padła ofiarą antysemickiej nagonki, na którą odpowiedziała w wierszu „Łowy”. Odważnie starała się znaleźć dystans do swojej sytuacji, znajomym mówiła, że czuje się jak Murzyn, a w karnawale ubierała... strój królowej Madagaskaru.

W „Ziemiańskiej” szybko zadomowiła się przy stoliku, przy którym swoją pozycję budował Witold Gombrowicz. Ten, mimo, że się przyjaźnili, nie szczędził jej przykrości, które można by nazwać „końskimi zalotami”. I choć wszystkie szturchnięcia, popchnięcia i szarpania za włosy poetka obracała w żart, to de facto w ten sposób prozaik „upupiał” młodszą od siebie koleżankę. W dodatku narażał ją na żarty reszty środowiska, a na co raczej nie pozwoliłby sobie wobec któregoś z kolegów.

Tomik „O centaurach” ukazał się w roku 1936 (Ginczanka miała wówczas 19 lat!). Tytułowe mityczne stworzenia z jednej strony były odbiciem androgynicznej postaci, która zawierała w sobie jednocześnie pierwiastek męski i żeński (tak charakteryzował też człowieka doskonałego w „Uczcie” Platon, co też miała na uwadze kochająca się w motywach antycznych autorka ), a z drugiej strony były symbolem Skamandrytów i mogły stanowić trybut, jaki poetka płaciła za wejście w to środowisko.

Chominowa, dzielna żona szpicla

Po wybuchu wojny Ginczanka porzuca swoje mieszkanie i zmienia tożsamość. Z opuszczonego domu rzeczy osobiste wynosi Eryk Lipiński, redaktor naczelny „Szpilek”, legendarnego czasopisma satyrycznego, z którym związana była poetka. Wśród szpargałów znalazły się dwa zeszyty z niepublikowanymi do tej pory wierszami, z perspektywy czasu niezwykły literacki artefakt.

Tymczasem Ginczanka chcąc uchronić się przed widmem Holokaustu wyjeżdża do Równego, a potem do zajętego przez Armię Czerwoną Lwowa. Ale i tam w roku 1941 docierają Niemcy. To właśnie we Lwowie została wydana w ręce kolaborujących z niemieckim okupantem ukraińskich policjantów.

Zadenuncjowała ją „Chominowa, lwowianka, dzielna żona szpicla, donosicielka hyża, matka folksdojczera”. Te sążniste epitety pochodzą z wiersza „Non omnis moriar” stanowiącego akt oskarżenia wobec swojej prześladowczyni oraz obciążający polską kulturę wyrzut sumienia.

Ten wiersz to niezwykły fenomen. Trudno znaleźć w pamięci inny utwór, w którym autor lub autorka próbowałaby zza grobu wymierzyć sprawiedliwość i to przy pomocy poezji. Wykorzystując horacjański motyw „Non omnis moriar” Ginczanka skrzętnie wylicza wszystkie sprzęty, które po niej pozostaną, a które pewnie zostaną przejęte przez sprytną Chominową. Przepowiada rozpruwanie poduszek i niszczenie mebli w poszukiwaniu „cennych kamieni ze złota” – jednak zamiast nich – zdaniem poetki – chciwi ludzie odnajdą wyłącznie pakuły noszące ślady krwi.

Korupcja, kastowość, głupota. Tropiciele układów

Patologie II Rzeczypospolitej mogą stanowić zwierciadło ponadczasowych problemów Polski.

zobacz więcej
Z tamtej pułapki autorka „O centaurach” jeszcze wyszła żywo, podobno przekupując lokalnych policjantów. Trafiła do Krakowa wraz z mężem – prawnikiem i krytykiem sztuki, Michałem Weinzieherem, którego poślubiła we Lwowie. Była przerażona i wyniszczona, ze względu na „złą urodę” w ogóle nie opuszczała mieszkania.

I właśnie w Krakowie – jej tragiczny los się dopełnił. Mąż zostaje pojmany w łapance, a Ginczankę aresztuje Gestapo. Poetka najprawdopodobniej została rozstrzelana po przetransportowaniu do obozu w Płaszowie w maju 1944 roku (inna data jej śmierci to styczeń 1945 roku).

Po wojnie ukazały się wiersze zebrane Ginczanki, zredagowane przez Jana Śpiewaka, kolegę ze szkolnej ławki w Równem. Ale można powiedzieć, że słuch po poetce właściwie zaginął. Jej twórczość nie korespondowała z mitami romantycznymi, a na patrona zamiast wybrać Norwida lub Słowackiego wybrała sobie Leśmiana.

Pamięć o niej wróciła dopiero w latach 90. za sprawą nowego wydania wierszy zebranych i monografii autorstwa Izoldy Kiec. Nie tak dawno w Muzeum Literatury w Warszawie otwarto poświęconą Ginczance wystawę.

Dopełniające losy

Krzysztof Kamil Baczyński stał się niekwestionowanym reprezentantem całego pokolenia Kolumbów. Jego poezja odwołuje się do romantycznych wzorców na czele z koncepcją męczeństwa, które ma przynieść odkupienie. „W dorobku tym, w formie dojrzałej artystycznie, wyraziły się przeżycia typowe dla generacji poety – pisał o twórczości Baczyńskiego Kaźmierz Wyka – zrozumienie chwili historycznej, połączone z patriotycznym nakazem walki z najeźdźcą oraz tradycją takich walk w przeszłości (…) a jako równowaga dla tych postaw – widzenie piękna świata i przyrody, liryczna do nich tęsknota”.
Władysław Broniewski – Julian Tuwim
Także Zuzanna Ginczanka była poetką typową dla swojej generacji. Chodzi o pokolenie polskich Żydów chcących się asymilować, a zarazem mierzących się pod koniec lat 30. z przybierającym na sile w II RP antysemityzmem. Wreszcie okupacyjny los Ginczanki symbolizuje ich wykluczenie i wyobcowanie.

„Non omnis moriar” stał się jednym z najważniejszych wierszy opisujących Zagładę i stosunki w okupowanej Polsce. Podobnie jak „Elegia o… (chłopcu polskim)” Baczyńskiego najgłębiej oddała dramat Powstania Warszawskiego i ginącego pokolenia Kolumbów „rzucanych przez Boga na szaniec”.

O Baczyńskim i Ginczance warto i trzeba mówić razem. Ich losy po prostu się dopełniają. Nigdy się też nie dowiemy, ile obydwoje mogliby osiągnąć, gdyby przeżyli.

–Mikołaj Mirowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Obejrzyj wszystkie odcinki „Pojedynków stulecia”:
Zdjęcie główne: Zuzanna Ginczanka i Krzysztof Kamil Baczyński. Gdyby dziś żyli, byliby najwybitniejszymi polskimi poetami – być może laureatami wielu literackich nagród, z Noblem na czele. Fot. Wikimedia/PAP
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Maja Ostaszewska na barykadach. Aktorka wszystkich protestów
We współczesnej Polsce widzi samo zło: ideologię nazistowską i ksenofobię, szczucie i podsycanie lęków, manipulację, oszczerstwa i cenzurę oraz ból, strach i stres karpia.
Kultura Najnowsze wydanie
Houellebecq dla wielbicieli erotyki i kryminałów
Autor „Serotoniny”, niestety, Nobla chyba nigdy nie dostanie. Z tych samych powodów, z których nie dostali go inni: Nabokov, Borges czy Herbert. Jest zbyt prawicowy i tego nie ukrywa.
Kultura Najnowsze wydanie
Nie traćcie czasu na pościg za Europą
Krzysztof Kłopotowski: Zdemaskujmy umysłową niedojrzałość liberalnej lewicy.
Kultura Najnowsze wydanie
Ogłosił strajk głodowy w łagrze, wygrał z cenzorami
W PRL jego nazwisko nie mogło się pojawić w druku. A co dopiero teksty.
Kultura Poprzednie wydanie
Wyrywali kotom zęby obcęgami, katowali ludzi na ulicach. Pisarz...
Opisywał przestępczy świat pełen ludzi brutalnych i sponiewieranych, upadłych kobiet i przestępców, którzy w panującym powszechnie bezhołowiu próbowali kierować się jednak jakimś kodeksem postępowania.