Rozmowy

Krewny Piłsudskiego, który chciał być Banksym polskiego street artu

– Na garażu namalowałem portret Jana Pawła II i cytat z niego: „Świat bez sztuki naraża się na to, że będzie światem zamkniętym na miłość”. Mieszkańcy polubili ten mural. Palono tam nawet świece. Nagle ktoś domalował papieżowi wąsy Hitlera. Poprawiłem to, ale praca znów została zniszczona. Zamalowałem więc ścianę i umieściłem napis: „Nie ma miłości, nie ma sztuki” – opowiada Mariusz Brodowski, artysta plastyk i grafficiarz z Nowego Sącza, znany pod pseudonimem Mgr Mors.

Tworzy murale w miastach całej Polski, obecnie prowadzi projekt poświęcony używaniu poprawnej polszczyzny, ale angażuje się też w przedsięwzięcia związane z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. 9 listopada we Wrocławiu, w trakcie widowiska multimedialnego „Imiona Wolności”, namaluje portret aktora Andrzeja Seweryna, który wciela się w postać Józefa Piłsudskiego.

Obcinano im palce na znak, że należą do zamkniętej kasty. Elity okaleczonych „szamanów” – malarzy

Wchodzili w głąb europejskich jaskiń, by malować na skałach. Tysiące lat temu podpisywali się odciskiem dłoni – bez kciuka, często bez palca serdecznego i małego.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Graffiti postrzega się jako wyraz buntu, kontestowanie rzeczywistości, szczególnie zjawisk społecznych czy politycznych. Takimi przesłankami kierował się Pan, rozpoczynając swoją twórczość uliczną?

MARIUSZ BRODOWSKI:
Absolutnie nie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, graffiti nie ma związku z buntem młodych ludzi przeciwko jakiemuś systemowi. W klasycznym graffiti nie ma nawet haseł, są tylko podpisy. To tak zwane tagi. Braliśmy po prostu markery, flamastry czy spray’e i podpisywaliśmy się na ścianach. Robiliśmy to dla siebie i innych członków tej społeczności.

Grafficiarze byli z różnych domów – dobrych, ale też patologicznych i każdy chciał się w jakiś sposób wyróżnić, zaznaczyć. To była tzw. gra uliczna: zdobywanie miejscówek poprzez umieszczenie swojego pseudonimu na ścianie. Taka rywalizacja. W ten sposób rozpoznawaliśmy się na ulicy. Motywowało nas to, żeby zrobić więcej, pokazać, że jesteśmy aktywni. Taka napędzająca się maszyna. W graffiti fascynujące jest to, że można malować co się chce, kiedy się chce i gdzie się chce.

To był wandalizm. Graffiti zazwyczaj powstawało nielegalne na ścianach budynków, garaży, pociągów.

Nie postrzegaliśmy naszej działalności jako niezgodnej z prawem. Nie mieliśmy zamysłu, aby zniszczyć dany obiekt. Traktowaliśmy to jako sztukę uliczną. Trzeba odróżnić tych, którzy tworzą prawdziwe litery, znaki rozpoznawcze na ścianach, od takich osób, które piszą na nich przypadkowe hasła, głównie wulgaryzmy. To jest jedynie wykonane tym samym narzędziem, ale grafficiarze się z tym nie utożsamiają. Tworzenie liter czy tagów to dla grafficiarza rodzaj sztuki, jak typografia, tylko że malowana w przestrzeni miejskiej.

Nielegalne malowanie jest bardzo uzależniające, bo towarzysząca mu adrenalina jest jak narkotyk – gdy ktoś tego spróbuje, to nie może się oderwać. To jest silniejsze od nas, musimy iść i tworzyć.
– Traktowaliśmy to jako sztukę uliczną. Trzeba odróżnić tych, którzy tworzą prawdziwe litery, znaki rozpoznawcze na ścianach, od takich osób, które piszą na nich przypadkowe hasła, głównie wulgaryzmy – mówi „Mgr Mors”. Fot. archiwum Mariusza Brodowskiego
Są tacy, którzy pokonują setki kilometrów, aby zaznaczyć swoją obecność. Grafficiarz jedzie – dajmy na to – do Berlina, następnie do Hongkongu czy Australii, żeby namalować swój obrazek na konkretnym pociągu. Mając świadomość, że ów pociąg może w ogóle nie wyjechać. Ale on maluje, robi zdjęcie i pokazuje innym grafficiarzom.

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
Przyznaję jednak, że w domu nie było akceptacji tego typu twórczości. I nie dziwię się moim rodzicom. Zdarzało się, że jako nastolatek wracałem do domu z policją, w związku z moją działalnością „artystyczną”. Mama i tata mieli o to do mnie pretensje, ale ja uparcie malowałem dalej.

Środowisko graficiarskie Panu imponowało?

Przygodę z graffiti zacząłem w wieku 13 lat. Obracałem się w środowisku zafascynowanym hip-hopem, breakdancem, a to wszystko kojarzyło się z tym nurtem. Podglądałem kolegów z podwórka, którzy się tym zajmowali. Byli starsi ode mnie i rzeczywiście mi imponowali.

Początkowo jednak mnie nie akceptowali. Pochodzę z biednej rodziny i nie miałem różnych rzeczy czy możliwości, jakie w tym czasie mieli inni, zawsze byłem z tyłu. Nie uczyłem się dobrze, miałem problemy z nauką. Były niepowodzenia. Dzięki graffiti chciałem być zauważonym.

Choć byłem osobą towarzyską, to lubiłem malować sam. Wychodziłem o północy i wracałem o piątej rano, nawet rodzice o tym nie wiedzieli. Wymyśliłem sobie podpis, o którym nikt nie wiedział. Rano słuchałem na ławce kolegów grafficiarzy, jak komentują między sobą moje prace, nie wiedząc, że ja za tym stoję. Uwagi mieli dość pochlebne. A kiedy malowałem oficjalnie, komentarze były zgoła inne, raczej negatywne.

Po czasie przyznałem się, że to ja jestem autorem tagów. Od tego czasu nasze relacje zmieniły się na lepsze. Zdobyłem szacunek. Choć czasem żałuję, że do tej pory nie robię tego anonimowo. Byłbym drugim Banksym (śmiech).

Klasyczne graffiti to było za mało, zaczął Pan malować na ścianach obrazy i portrety, które zyskiwały już szerszy oddźwięk, budziły zainteresowanie przechodniów.

W 2002 roku narysowałem na kartce portret mojego ojca. Tata był z niego bardzo dumny, pokazywał go innym. I to był taki przełomowy moment, w którym postanowiłem malować charaktery – portrety.
Zacząłem chodzić na zajęcia z rysunku. Nie miałem w tym czasie pieniędzy, więc brałem zlecenia prywatne i w tym czasie środowisko grafficiarzy trochę się ode mnie odcięło. Uważali, że tworząc komercję kompromituję się. Ale ja szedłem własną drogą.

Po każdym zleceniu zostawały mi farby, malowałem nimi na ścianach to, co mnie interesuje. Taka pierwsza praca, która powstała na garażu, to był wizerunek domku, gór plus napis „To dla Ciebie mamo”. Mimo że tej pracy już nie ma, wiele osób nadal ją czule wspomina.

Bukiety na ścianach, girlandy wokół okien, szlaczki pod sufitem. Kwiatowe są nawet psie budy. To bombonierka ludowej sztuki

To jedyna miejscowość Polski umieszczona na japońskiej liście 30 najpiękniejszych miejsc w Europie, które koniecznie trzeba zobaczyć.

zobacz więcej
Wtedy sobie uświadomiłem, że rysunkami mogę nawiązywać pewną relację z widzem. Bo przecież w tym przypadku każda z mam mogła sobie zinterpretować moją pracę tak, że to właśnie dla niej została stworzona. To mnie wciągnęło, szukałem jak najszerszych kontaktów z odbiorcą.

Często wybierałem do portretów osoby starsze. Zawsze lubiłem z nimi rozmawiać. Słuchaliśmy się nawzajem. Zazwyczaj były to obce osoby, które spotykałem przypadkiem.

Wśród serii portretów, które pojawiły się na sądeckich garażach, był też wizerunek Jana Pawła II. Jak został przyjęty?

Jana Pawła II namalowałem w 2011 roku, z potrzeby serca. Pochodzę z religijnego domu, jestem wierzący i praktykujący. A Jan Paweł II miał duży wpływ na moje życie – chodziłem na pielgrzymki, byłem na spotkaniach z papieżem w Krakowie, Wadowicach i Starym Sączu. To był czas modlitwy i wyciszenia. Podziwiałem go za niezwykły kontakt z młodzieżą. Czułem, że płynie od niego coś szczególnie dobrego.

Na garażu namalowałem jego portret i umieściłem jeden z jego cytatów: „Świat bez sztuki naraża się na to, że będzie światem zamkniętym na miłość” . Mieszkańcy osiedla bardzo polubili ten mural. Dla niektórych był ważny. Palono tam nawet świece.

Po jakimś czasie ktoś domalował papieżowi wąsy, takie jak u Hitlera. Poprawiłem to, ale praca została ponownie zniszczona. Postanowiłem zatem zamalować ścianę i umieściłem tam napis: „Nie ma miłości, nie ma sztuki”.
Praca wywołała ogromne poruszenie, większości mieszkańców brakowało obrazu papieża. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że to, co namaluję czy napiszę na ścianie, może mieć dla kogoś ogromne znaczenie. I tak powstawały kolejne portrety, jak choćby portret Nikifora w Krynicy Zdroju, czy księdza profesora Józefa Tischnera w Starym Sączu.

Deklaruje się Pan jako wierzący, a jednak pod jednym z wiaduktów w Nowym Sączu powstał mural przedstawiający rozpadającą się Bazylikę św. Małgorzaty i napis: „Upadek Kościoła 2018”.

Nie będę jak Olisadebe. Zakochałem się w Polce i w Polsce

– Nasz kraj jest w najlepszym momencie swojej historii od 400 lat. Nigdy nie znaczyliśmy tyle w Europie i na świecie – mówi Patrick Ney, Brytyjczyk propagujący nasz kraj. Wystąpił o polskie obywatelstwo i prosi Polaków o wsparcie.

zobacz więcej
Nie miałem zamiaru atakować Kościoła i ludzi, którzy są z nim związani. Chciałem tylko dać do myślenia. Postanowiłem stworzyć cykl murali, które mówiły o tym, co nie podoba mi się obecnie w Kościele.

Na początku powstał obraz pędzącego jajka i napis: „Wyluzuj”. To był wynik obserwacji gonitwy przedświątecznej, miałem poczucie, że umyka nam w niej to, co jest najważniejsze. Przykładamy zbyt dużą wagę do organizacji świąt wielkanocnych, zamiast spędzać ten czas z najbliższymi w ciszy, modlitwie i zadumaniu. Chciałem zasygnalizować, że warto się zatrzymać na refleksję.

Z kolei mural „Upadek Kościoła 2018” to była moja odpowiedź na dekorację Grobów Pańskich, tak na Sądecczyźnie, jak i w innych miastach w Polsce. Ich oprawa była oddalona od wartości chrześcijańskich, natomiast nawiązywała do sytuacji politycznej w kraju. Mnóstwo flag, symboli narodowych. Pojawił się nawet Grób Pański w samolocie, który ewidentnie nawiązywał do tragedii smoleńskiej. I ten nadmiar polityki w przestrzeni religijnej mnie mocno zaniepokoił.

Ksiądz z pewnej sądeckiej parafii prywatnie mi podziękował za ten mural. Powiedział, że jego to też bardzo boli, ale nie ma na to wpływu. Ale też podczas rozmowy poprosił mnie, żebym przy kolejnych realizacjach nieco załagodził ten ton… I tak zrobiłem.


Na koniec powstał mural nawiązujący do treści z Pisma Świętego z napisem: „J2, 13-22”. Odnosi się do fragmentu Ewangelii św. Jana, kiedy to Jezus wyrzuca kupców ze świątyni, w której odbywał się targ. Chciałem, aby ludzie wzięli to sobie do serca.

Jestem Polakiem, patriotą, ale nie zgadzam się na nadmiar polityki w Kościele. Są granice, których nie powinno się przekraczać.

Tworzy Pan też patriotyczny street art, w tym murale związane z setną rocznicą odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Podczas widowiska multimedialnego we Wrocławiu „Imiona Wolności” namaluje Pan Józefa Piłsudskiego.

Córka Józefa Piłsudskiego była spokrewniona z moim dziadkiem. Stąd w moim rodzinnym domu rozmawiano o marszałku. Moja 91-letnia babcia często wspomina o Piłsudskim.

Rodzinne opowieści kształtowały we mnie wrażliwość na sprawy polskie. Jestem dumny ze swojego pochodzenia. Chcę to pielęgnować i pokazywać innym.

Trzeba być otwartym na inne narody, ale też trzeba pielęgnować lokalne i ogólnopolskie tradycje, bo to są nasze korzenie. Dlatego angażuje się w takie akcje. Powstał już mural patriotyczny w Krynicy Zdroju, w planie jest kolejny w Pawłowie koło Gniezna i jeszcze mural we Wrocławiu, gdzie namaluję wizerunek Józefa Piłsudskiego.

Street art może mieć szerokie zastosowanie.

Może służyć na przykład ulicznej edukacji – tworzy Pan cykl murali wskazujących, jak poprawnie mówić i pisać w języku polskim. Skąd potrzeba takiego nauczania?

W pierwszej kolejności chciałem to zrobić dla siebie. Mam braki w nauce, mój kolega mnie non stop poprawia. Liczyłem, że robiąc coś dla siebie, przy okazji trafię z tym przekazem także do innych, bo sporo osób ma problem z poprawną polszczyzną.
Mural jest prosty w swoim założeniu. Na zielonym tle pojawiają się napisy: „Lekcja” oraz „Temat”, a następnie wyraz, który sprawia nam trudności. Pierwszym, jakie umieściłem na ścianie, było słowo „wziąć”, bo dość często jest źle wymawiane i pisane. Do tej pory powstało już ponad 20 Lekcji, głównie na murach w Nowym Sączu, ale też w Warszawie. Projekt jest cały czas otwarty.
Zaskoczyło mnie duże zainteresowanie tymi pracami. Mimo że w moim pseudonimie jest „mgr”, to nadal uważam siebie za studenta, który wraz z odbiorcami uczy się, jak poprawnie mówić.

I jak Panu idzie nauka?

Staram się, żeby mój kolega przestał mnie w końcu poprawiać ( śmiech).

Nadrabiam ten czas, kiedy nie przykładałem się na lekcji z języka polskiego i przy okazji chcę dotrzeć do młodych ludzi z apelem, by nie popełniali tego samego błędu, co ja. Po latach doceniam wartość nauki.

Fajnie jest uczyć się języków obcych, ale trzeba też znać swój język ojczysty. W ten sposób wyrażamy swój szacunek do naszego kraju.

Jest Pan emocjonalnie przywiązany do swoich prac? Słynny artysta Banksy, o którym wspominaliśmy, zniszczył ostatnio swoje dzieło warte milion funtów. Kopia obrazu „Dziewczynka z balonikiem” uległa samozniszczeniu tuż po tym, jak została sprzedana.

Banksy poprzez swój performance wprowadził coś świeżego do nieco już zatęchłych galerii sztuki. Jego happening wpisał się na zawsze w historię sztuki.

Grafficiarze nie mają takiego przywiązania do swoich dzieł, jak artyści malarze. Mimo że ich prace coraz częściej trafiają na płótna i do galerii. Street art jest jednak ulotny, dziś jest, jutro go nie ma. Jest w niego wpisane przemijanie.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Mariusz Brodowski, czyli „mgr Mors” podczas pracy nad muralem z Józefem Piłsudskim. Fot. Piotr Droździk/archiwum prywatne MB
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kradł, bił, był liderem gangu. W więzieniu spotkał „duchowego...
Najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie. Trwała 40 minut – opowiada Grzegorz Czerwicki, który 12 lat spędził w zakładzie karnym.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Tu się mówi po rosyjsku, a Moskwa jest dla wielu centrum świata
Jednak w sensie kulturowo-cywilizacyjnym wpływ komunizmu szybko przemija.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Sekcja rosyjska to było kłębowisko żmij
Litewska poetka: Unia Lubelska była koniecznością, ponieważ i Litwa, i Polska widziały niebezpieczeństwo w ekspansji Rosji. Mogła ochronić oba państwa. Dopóki były razem, stanowiły siłę.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet posłowie antyklerykalnej lewicy śpiewali „Te Deum”
Paweł Skibiński, historyk: Większość księży angażowało się po stronie prawicy. Ale byli też kapłani w ruchu ludowym, a nawet po lewej stronie sceny politycznej.
Rozmowy wydanie 2.11.2018 – 9.11.2018
Stare nieżyjące krokodyle
Andrzej Krauze: Nie mógłbym być, jak mój zmarły brat, reżyserem. To praca jednego człowieka z setką ludzi, a dla mnie już dwie osoby, z którymi miałbym stale współpracować to tłum.