Historia

Bez niego nie byłoby tranzystorów, komputerów, smartfonów... Przywrócona cześć Jana Czochralskiego

Po wojnie 4 miesiące spędza w areszcie z oskarżeniem o kolaborację z Niemcami. Niczego nie udaje mu się udowodnić, ale w grudniu 1945 roku Senat Politechniki Warszawskiej podejmuje uchwałę o odebraniu mu wszelkich tytułów i honorów. Jego kariera naukowa jest skończona.

Jak Polska odzyskała wolność? Komu ją zawdzięczamy? Jak rodziła się II RP? O tym opowiadamy na portalu niepodlegla.tvp.pl

Choć dopiero od niedawna można się uczyć o nim w szkole, to w ciągu 65 lat, jakie minęły od jego śmierci, pozostaje najczęściej cytowanym polskim uczonym na świecie. I najbardziej polskim, bo mógł gdzie indziej, a wolał tu – na dobre i na złe. I najbardziej uczonym, bo to, co wymyślił 100 lat temu wciąż trwa, rozwija się i ogarnia wszystkie dziedziny życia.

Dotykam ekranu komputera czy telefonu, by zobaczyć, jaka będzie pogoda, „cóż tam panie w polityce?” oraz co odkryto nowego. A każdy kolejny ciąg zer i jedynek, otwartych i zamkniętych mikroskopijnych „krzemowych bramek” procesora w moim laptopie wyśpiewuje pochwały temu synowi trumniarza z Kcyni, Janowi Czochralskiemu.

Matura w strzępach

Przyjść na świat w 1885 roku jako przedostatnie z dziesięciorga dzieci prostego, polskiego stolarza w niedużym miasteczku zaboru pruskiego, z jedyną szkołą „wyższą” na tyle, by kształcić nauczycieli abecadła i rachunków to nie jest wymarzony początek wielkiej kariery naukowej. Być wśród elewów najsłabszych – bo prostak, bo Polak, bo po niemiecku mówi z akcentem i wygląda na takiego, co mocny raczej w pięści, niż w głowie – to dramat. A zakończenie szkoły awanturą z profesorem, podczas której świadectwo szkolne zamienia się w strzępy papieru i padają słowa o niesprawiedliwych ocenach to już zupełna katastrofa.
Jan Czochralski, syn trumniarza, uczony, wynalazca, milioner. Fot. PAP
Bez tego świadectwa i dobrego listu polecającego żadnej pracy w szkolnictwie nie będzie. Jednak opuszczając rodzinny dom i idąc w świat, Jan przyrzeka ojcu, że nie wróci, dopóki nie zdobędzie sławy i majątku. Słowa dotrzymał.

Dzięki terminowaniu w krotoszyńskiej aptece, wreszcie w 1904 roku może się udać do niemieckiej stolicy. Nowy, wspaniały świat, który trzeba poznać i zdobyć! I chemia, którą uwielbia z pasją. Pracuje najpierw w aptece i drogerii firmy AEG (Allgemeine Elektricitäts-Gesellschaft), niemieckiego monopolisty branży elektrotechnicznej. Zacznie jako pomocnik farmaceuty, by skończyć jako kierownik (starszy inżynier) działu badań stali i żelaza. Osiąga niesamowitą, dogłębną znajomość metalurgii i chemii leków.

Uczy się – jako wolny słuchacz – chemii na politechnice w Charlottenburgu pod Berlinem. I – co w owej epoce oczywiste – uczęszcza na wydział sztuki Uniwersytetu Berlińskiego. Trzeba nie tylko zostać kimś (chociażby inżynierem), trzeba jeszcze brzmieć, zachowywać się i prowadzić konwersację jak ktoś.


Podczas wykładów poznaje miłość swojego życia, późniejszą żonę Margueritę Haase. Urocza i utalentowana muzycznie Holenderka poślubi Czochralskiego w 1910 roku. Nic dziwnego, że rodzina panny młodej przystaje na oświadczyny, był to bowiem moment, gdy Czochralski awansuje na kierownika w AEG, a jednocześnie uzyskuje dyplom inżyniera na politechnice w Charlottenburgu. Tak przynajmniej twierdzi część źródeł.

No właśnie… pozostaje bowiem pytanie, czy z tą podartą na strzępy 9 lat wcześniej maturą w ogóle mógł tam zostać oficjalnie przyjęty, a w konsekwencji zakończyć studia dyplomem.

Kropla na końcu stalówki

Jakkolwiek było z tym wykształceniem na papierze, już w latach 1911-14 Czochralski prowadzi intensywne prace naukowo-badawcze pod kierunkiem Wicharda von Moellendorffa. Wspólnie publikują pierwszą i kolejne prace poświęcone krystalografii metali i jej związkom z raczkującą coraz raźniej elektroniką.

Założył największą polską gazetę na świecie. Zasiadał w Reichstagu i w Senacie RP. Pulitzer z Grudziądza

„Gazeta Grudziądzka” rok przed wybuchem I wojny osiągnęła nakład 128 tysięcy egzemplarzy.

zobacz więcej
Nie zostaje się geniuszem – ani teraz, ani tym bardziej wtedy – bo zdołało się opublikować wyniki badań. Geniusz, niezależnie od dziedziny, w której Bóg go nim szczególnie dotknął to ktoś, kto widzi pełniej i potrafi się zatrzymać nad tym, co widzi, a obok czego inni przechodzą bez sekundy zdziwienia.

Wielu ludziom jabłko spadło z drzewa na głowę, ale Newton był tylko jeden. Wielu, zwłaszcza naukowców w wieku XIX, nosiło kawałki metalu w kieszeniach, ale tylko małżonka Becquerela zapytała go, jakim cudem jakiś metal może bez przecięcia dziury w materiale spodni poranić skórę na udzie. Cud nazywał się promieniowanie radioaktywne. Wielu ludzi wsadziło stalówkę pióra w dowolne cokolwiek, być może w tygielek z rozgrzanym metalem. Ale tylko Czochralski, wyjąwszy ją z gorącej cyny, spojrzał na nią z ciekawością. I zobaczył to, czego nie widzieli inni. Metaliczny cynowy wąs zwisający ze stalówki.

Im wolniej wyciągał kolejne stalówki z cyny (no przecież jasne, że zaczął się tym bawić), tym wąs był grubszy i dłuższy. Ale… niezależnie od kształtu i wielkości po dokładniejszej analizie, okazywał się pojedynczym kryształem cyny.

W 1916 roku opublikował to, co dostrzegł na końcu stalówki, a co doprowadziło go do odkrycia metody pomiaru szybkości krystalizacji metali. Metodę wielokrotnie ulepszał i dopracowywał. Bez niej nie zaistniałby dzisiaj ani jeden monokryształ krzemu, czyli ani jeden z miliardów pracujących na naszej planecie tranzystorów, a później procesorów. Metoda ta uzyskała swą powszechnie stosowaną na całym ziemskim globie nazwę od tego arcytrudnego do wymówienia przez innych polskiego nazwiska swojego odkrywcy.

Pierwszy milion i zaproszenie od Mościckiego

W 1917 roku rodzina osiada we Frankfurcie nad Menem, gdzie Czochralski zostaje szefem laboratorium metaloznawczego Metallbank und Metallurgische Gesellschaft AG. Szuka lepszego stopu do łożysk w pociągach.
Czochralskiego do powrotu skłonił utalentowany chemik Ignacy Mościcki. Na zdjęciu Mościcki już jako prezydent (siedzi pierwszy z lewej) w zakładzie fizyki Politechniki Warszawskiej ogląda zjawisko istnienia dwóch różnych stanów ciekłych w niskich temperaturach odkryte przez prof. Mieczysława Wolfkego i asystenta dr J. Mazura. Fot. NAC
Niemcy prowadzą wojnę, a nęka ich brak cyny, gdyż są objęte embargiem na jej import wprowadzonym przez państwa ententy. Pociągi muszą jeździć i dostarczać żołnierza oraz sprzęt na front, a tu takie maleńkie łożysko się zaciera i pociąg stoi.

Bezcynowy stop łożyskowy, zwany w Polsce metalem B, zostanie ostatecznie przez Czochralskiego opatentowany dopiero po wojnie, w roku 1924. Zrewolucjonizuje kolejnictwo. Pociągi będą jeździć szybciej i bardziej niezawodnie. Patent kupią liczne państwa i koleje (korzystano z niego do lat 60. XX wieku), a Czochralski zostaje milionerem.

W 1925 wybierają go na przewodniczącego Niemieckiego Towarzystwa Metaloznawczego i członka honorowego Międzynarodowego Związku Badań Materiałoznawczych w Londynie. Wtedy też Henry Ford (ten od samochodów dowolnego koloru, byle były czarne) proponuje mu stanowisko dyrektora laboratorium swojej nowej firmy produkcji duraluminium w Detroit. Czochralski odmawia. Bo nieco wcześniej otrzymał zaproszenie do powrotu do Polski od innego utalentowanego chemika, prezydenta Ignacego Mościckiego.

Proces o dobre imię

Do kraju wraca w roku 1928. Niemal natychmiast otrzymuje doktorat honoris causa Politechniki Warszawskiej i w oparciu o ten tytuł zostaje szefem stworzonej specjalnie dla niego Katedry Metalurgii i Materiałoznawstwa. Pracuje głównie dla wojska, ma więc (sam będąc jak na warunki panujące w polskiej nauce krezusem) właściwie nieograniczone środki na badania.

Co rok – monografia, co dwa – kolejna córka. Kiedy znalazł czas na politykę?

Intrygant, filut, zawołany myśliwy i ogrodnik, sprawdzający prace seminaryjne swoich doktorantów podczas podchodzenia kuropatw, czego błotniste ślady znajdowali potem na marginesach.

zobacz więcej
Zawiść jest cieniem sławy, jak mawiali starożytni. Nie mylili się. Współpraca z profesorami politechniki nie układa się idyllicznie.

Jest rok 1928. Właściciel pałacyku na Nabielaka w Warszawie, gdzie prowadzi salon literacki – sam był też poetą – na lato zawsze wraca do Kcyni. Buduje tu wspaniałą posiadłość, Margowo. Część majątku wydaje na finansowanie wykopalisk w Biskupinie i remont Dworku Chopina w Żelazowej Woli oraz na stypendia dla najbiedniejszych zdolnych studentów. Mimo tak patriotycznych gestów, jego adwersarze, głównie prof. Witold Broniewski, zarzucają mu w roku 1934 sabotaż na rzecz Niemiec. To intrygujące podwójnie. Po pierwsze dlatego, że istnieją pogłoski, jakoby Czochralski musiał wrócić do Polski, by uniknąć dekonspiracji w Niemczech jako polski szpieg. Po drugie dlatego, że to Broniewski był wcześniej promotorem owego – być może niezbędnego do otrzymania katedry – doktoratu honoriscausa dla Czochralskiego.

Sam kształcony w wielkim świecie (doktorant Marii Skłodowskiej-Curie na Sorbonie), Broniewski nie miał żadnego doświadczenia w przemyśle. Jako uczony był całkowicie odmiennie uformowany. No i znacznie biedniejszy. Zazdrość, która popchnęła go do zniesławiania Czochralskiego, kosztuje go dwa miesiące więzienia i sporą grzywnę.

Mistrz Morawieckiego, idol Miłoszewskiego. Wicepremier wraca do gry

Powinien być patronem studiów MBA, wzorem dla twórców startupów, przykładem dla polskich inwestorów.


zobacz więcej
Część polskich akademików nigdy jednak nie wybaczy Czochralskiemu, że bronił swojego dobrego imienia przed sądem przeciw jednemu z kolegów, a w procesie zeznawali tajnie oficerowie polskiego wywiadu.

Oskarżenie: kolaborant

Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy wybucha II wojna światowa. Okazuje się, że młyny biurokratyczne zarówno dogorywającej Republiki Weimarskiej, jak i III Rzeszy mieliły strasznie powoli. Zwłaszcza papiery o zrzeczeniu się obywatelstwa. Procedura trwała 15 lat.

1 września 1939 roku okazuje się, że Czochralski nadal jest Niemcem. W dokumentach ma na imię Johann, a jego Katedra Metalurgii zostaje przemianowana na Zakład Badań Materiałów, pracujący także na rzecz niemieckich sił zbrojnych. Nastąpiło to za zgodą władz konspiracyjnych Politechniki Warszawskiej i miało na celu ochronę pracowników uczelni oraz wyposażenia. Zatrudniano tam żołnierzy AK i produkowano także uzbrojenie i części do drukarni dla podziemia.

Czochralski sabotuje prace dla Niemców i składa meldunki wywiadowi AK. Korzystając ze swych niemieckich znajomości, wyciąga z aresztów gestapo i z obozów od 30 do 50 osób. Ale… mieszka w niemieckiej dzielnicy miasta, w której znajduje się jego pałacyk – jako obywatel niemiecki nie został wysiedlony. Po Powstaniu Warszawskim dostaje zgodę Niemców na wywiezienie z politechniki ocalałej aparatury badawczej, a także mienia po wypędzonych mieszkańcach.

Po wojnie jednak 4 miesiące spędza w areszcie z oskarżeniem o kolaborację z Niemcami. Niczego nie udaje mu się udowodnić, a na procesie na jego korzyść zeznaje sam Ludwik Solski, któremu Czochralski uratował wnuka, a jednocześnie ojca późniejszej prof. Anny Świderkówny.
Po latach Jan Czochralski patronuje wielu wydarzeniom naukowym. Jego pamięci poświęcono seminarium inicjujące powstanie „RCI – Przestrzeni Innowacyjnych Technologii Jana Czochralskiego” na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy. Fot. PAP/Tytus Żmijewski
Jednak w grudniu 1945 roku Senat Politechniki Warszawskiej podejmuje uchwałę o odebraniu mu wszelkich tytułów i honorów. Jego kariera naukowa w powojennej Polsce jest definitywnie zakończona. A Czochralski nie przyjmuje propozycji wyjazdu do Wiednia.

Długa droga do rehabilitacji

Wraca do Kcyni. Zakłada niewielka firmę Bion, produkującą drobną chemię gospodarczą. A to szuwaks do butów, a to płyn do trwałej ondulacji, a to proszek na katar, a to sól peklującą. Ale przed władzą ludową, zwłaszcza w okresie zaostrzonej walki klasowej, ukryć się nie da.

W kwietniu 1953 roku do willi w Kcyni wchodzi UB i robi rewizję. Jan Czochralski przypłacił tę wizytę zawałem serca i śmiercią. Pochowany w anonimowym grobie na starym kcyńskim cmentarzu, tabliczki z nazwiskiem doczeka się dopiero w 1998 roku.

Gdyby smętni panowie zaczekali jeszcze rok, to Czochralski doczekałby przynajmniej chwili, gdy z uzyskanego jego metodą monokryształu krzemu w odległym Teksasie skonstruowano by pierwszy tranzystor. A potem już poszło! Senat Politechniki Warszawskiej zrehabilituje go 29 czerwca 2011 roku, co prawda dopiero za trzecim razem, ale jednak.

Kończę pisać. Zaraz zamknę klapę laptopa, a maleńkie krzemowe monokryształki będą tam nadal spokojnie robić swoje.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Skręcano tu cygara dla całej Europy, budowano okręty dla Chin....
Nawet po przekopie Mierzei Wiślanej elbląski port nie stanie się zagrożeniem dla Gdańska.
Historia Najnowsze wydanie
Polską drużynę obrażano, że jest „tak zła, jak wasza waluta”
Trener przemycił do Budapesztu kosz jedzenia dla kadry. Pierwszy mecz po odzyskaniu niepodległości biało-czerwoni rozegrali w grudniu 1921 roku z Węgrami.
Historia Najnowsze wydanie
Słońce, które leczy. Zaleszczyki - jak rodził się mit kurortu
Władze II RP uznały, że podróże po kraju będą integrować naród, który dopiero co wyzwolił się spod trzech zaborów.
Historia Najnowsze wydanie
Aby sfinansować armaty, zaproponował „post narodowy”
Jego broszurę przeczytał młody Józef Piłsudski tuż po powrocie do Wilna z zesłania na Syberię.
Historia Poprzednie wydanie
Kwiaty, które wzrosły z ludzkiej krwi
FIFA zabrania umieszczania ich na koszulkach. Grozi surowymi sankcjami.