Cywilizacja

Niepoprawny politycznie antykomunista, wróg aborcji i LGBT pogrąża lewicę

Nie podziałała kampania przypisująca mu homofobię, wrogi stosunek do Indian i czarnoskórych, sentyment do czasów dyktatury wojskowej, a nawet chęć wycięcia lasów Amazonii. Jair Messias Bolsonaro wygrał. Jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich zagraża nie tylko skorumpowanemu establishmentowi, ale zwiastuje nieuchronny koniec rządów lewicy w niemal całej Ameryce Łacińskiej.

Milionom Brazylijczyków jeszcze długo będzie się kojarzył ze zdjęciem z kampanii wyborczej, na którym niesie go na ramionach tłum zwolenników. 63-letni kongresman z 27-letnim stażem Jair Bolsonaro jest na nim ubrany w żółtą koszulkę i – jak zauważyły brazylijskie media – przypomina trochę Pelego, legendarnego piłkarza, którego też fetowano w ten sposób, bo w 1970 roku wygrał ze swoją drużyną mundial.

Tym razem Brazylijczycy też liczą na zwycięstwo. Chcą, żeby wybrany przez nich ponad 55 proc. głosów polityk znalazł sposób na przestępczość i przemoc (w ubiegłym roku w Brazylii zostało zamordowanych 64 tys. osób!).

W kapitanie rezerwy Bolsonaro jego zwolennicy widzą szeryfa, który rozprawi się ze złem, tym bardziej że sam omal nie stracił życia, kiedy na jednym z wieców próbowano go zasztyletować. Po kilku tygodniach rekonwalescencji, poszedł głosować w II turze w kamizelce kuloodpornej.
Jair Bolsonaro (na zdjęciu z trzecią żoną Michelle) okazał się politykiem niezwykle zręcznym. Fot. Reuters/Ricardo Moraes
Brazylijczycy oczekują też od nowego prezydenta, że poradzi sobie z toczącą kraj jak rak korupcją. W końcu jedno z jego haseł wyborczych brzmiało: „Więcej Brazylii, a mniej Brasílii” (stolicy, w powszechnej dziś opinii siedliska korupcyjnego zła).

Bolsonaro ma też zahamować rosnące bezrobocie i na nowo rozpędzić gospodarkę. W sumie, jego rodacy chcą po prostu prawdziwej zmiany, której jego konkurent, Fernando Haddad, polityk lewicy z Partii Pracujących, kojarzonej z gigantyczną korupcją, po prostu nie mógł im zapewnić.

Czy Bolsonaro będzie umiał spełnić te wielkie oczekiwania? Na pewno już okazał się politykiem niezwykle zręcznym. Jeszcze rok temu mógł liczyć w sondażach na góra 10 proc. poparcia, ale dzięki umiejętnej kampanii, prowadzonej głównie w mediach społecznościowych (przed wyborczą niedzielą jego konto na Facebooku śledziło 8 milionów osób), wdrapał się na sam szczyt.

Dzień po wyborach Stephen Bannon, były doradca amerykańskiego prezydenta stwierdził na łamach dziennika „Folha de São Paulo”, że Bolsonaro jest politycznym talentem, który pojawia się raz na kilka pokoleń i choć był atakowany może nawet bardziej niż Trump, umiał trafić do Brazylijczyków z niemal każdej klasy społecznej, bez względu na kolor skóry.

Trudno się więc dziwić, że wygrana Bolsonaro, dla politycznego i biznesowego establishmentu, który rządził Brazylią od 1985 roku, czyli od końca dyktatury wojskowej, jest jak trzęsienie ziemi.

Różowa fala opadła

Zresztą ziemia zatrzęsła się nie tylko w Brazylii. Po raz pierwszy od lat 80. trzy największe gospodarki na tym kontynencie znalazły się w rękach prawicy – liberalnej gospodarczo i konserwatywnej światopoglądowo.

Chce zostać Sorosem prawicy. Czy rozpali konserwatywną rewoltę w Europie?

Niech was nazywają rasistami, ksenofobami, kimkolwiek. Noście te obelgi niczym odznaczenia! – wzywa Steve Bannon, były współpracownik Donalda Trumpa.

zobacz więcej
W Argentynie od 2015 roku rządzi prawicowy, były burmistrz Buenos Aires Mauricio Macri; w Chile od 2017 roku Sebastian Piñera, biznesmen i polityk prawicowej Narodowej Odnowy.

W Brazylii, w styczniu do prezydenckiego pałacu Planalto, w futurystycznej stolicy kraju, wprowadzi się niepoprawny politycznie antykomunista, zwolennik posiadania broni i kary śmierci, przeciwnik aborcji, niechętny propagandzie LGBT, trzykrotnie żonaty ojciec czterech synów i córki. Bolsonaro ma też zamiar zatrudnić na stanowisku ministra gospodarki Paulo Guedesa, wychowanka Uniwersytetu w Chicago, ortodoksyjnego zwolennika wolnego rynku.

To wygląda na ostateczny koniec epoki tzw. „różowej fali” (po hiszp. marea rosa), czyli ery rządów lewicy, którą zapoczątkował nienawidzący kapitalizmu i USA prezydent Wenezueli Hugo Chavez, nazywany też apostołem „socjalizmu XXI wieku”. Jego cień rządził zresztą Ameryką Łacińską długo po jego śmierci.

Brazylijska lewica nie potrafiła np. potępić dyktatury wyniszczającej Wenezuelę, nawet w czasie własnej kampanii wyborczej, kiedy narażała się na zarzut lekceważenia łamania praw człowieka i odwracania się od dosłownie głodujących Wenezuelczyków.

Klęska lewicy, którą przypieczętował swoim zwycięstwem Bolsonaro jest naprawdę ogromna. Wystarczy przypomnieć, że od połowy pierwszej dekady naszego wieku, w 2/3 krajów Ameryki Łacińskiej (a to ok. 350 mln osób) rządziła lewica: na Kubie, w Wenezueli, Argentynie, Urugwaju, Paragwaju, Ekwadorze i w Boliwii.
Przeciwko kandydaturze Bolsonaro protestowali zwolennicy lewicy nie tylko w Brazylii, ale także w Kolumbii. Fot. Reuters/ Luisa Gonzalez
Podobnie w Brazylii, gdzie lewicowa Partia Pracujących rządziła od 2002 roku. Najpierw prezydentem dwukrotnie został Luiz Inácio Lula da Silva, a w 2010 roku wymieniła go namaszczona przez niego Dilma Rousseff, która pełniła tę funkcję aż do impeachmentu w 2015 roku.

To były czasy, kiedy rewolucjonistom sprzyjało szczęście i wydawało się, że będą rządzić wiecznie. Między 2003 a 2012 roku miał miejsce największy eksportowy boom w historii Ameryki Łacińskiej. Wszystko: od kawy, przez soję, miedź po ropę, sprzedawało się na pniu i po wysokiej cenie. Starczało na wszystkie socjalistyczne eksperymenty. W Brazylii za czasów Rousseff ekonomiści mówili nawet o gospodarczym cudzie, bo 40 mln Brazylijczyków wyszło z biedy i dołączyło do klasy średniej.

Drugi Trump, Erdogan, Fujimori

Co więc sprawiło, że „różowa fala” opadła, a na drodze do zwycięstwa kapitanowi Bolsonaro nie przeszkodził zazwyczaj tak skuteczny codzienny ostrzał międzynarodowych i brazylijskich mediów (z którymi nota bene Bolsonaro, tak jak Trump, ma na pieńku)?

Dlaczego nie podziałała kampania przypisująca mu homofobię, wrogi stosunek do Indian i czarnoskórych, lekceważenie reguł demokracji, podejrzany sentyment do czasów dyktatury wojskowej (rzeczywiście otacza się emerytowanymi generałami), a nawet chęć wycięcia lasów Amazonii?


Krytykowały go także kobiety, które założyły na Facebooku specjalną grupę „Mulheres Unidas Contra Bolsonaro” (kobiety zjednoczone przeciwko Bolsonaro), na której zarejestrowało się milion pań. Ich marsze protestacyjne, w czasie których przypominały, że chciał kiedyś spoliczkować koleżankę w Kongresie i nazwał ją dziwką, też nie poskutkowały.

Polityczni konkurenci Bolsonaro pozostają chyba w szoku, bo powtarzają jedynie, że Brazylię podbiła zagrażająca demokracji skrajna prawica i ich kraj ma teraz najbardziej w demokratycznym świecie ekstremistycznego prezydenta. To drugi Trump, mówią przeciwnicy Bolsonaro, choć niektórzy porównują go też do Recepa Erdogana albo Alberto Fujimoriego, prezydenta Peru, którego oskarża się o współudział w politycznych morderstwach.
Prezent dla zwolenników Bolsonaro. Lewicę w kampanii wyborczej reprezentował były prezydent Lula da Silva. Fot. Reuters/ Nacho Doce
Zdarzają się jednak także trzeźwe analizy przyczyn spektakularnej przegranej lewicy. Na łamach brytyjskiego tygodnika „New Statesman” wyłożyła je np. Julia Blunck, brazylijska pisarka i tłumaczka. Według Blunck lewica popełniła katastrofalny błąd dopuszczając do tego, że w wyborach, których głównym tematem była zżerająca państwo od lat korupcja, reprezentował ją właściwie jeden człowiek – odsiadujący 12-letni wyrok za przyjęcie łapówki były prezydent i długoletni lider Partii Pracujących Lula da Silva.

Myjnia samochodowa

Tymczasem zwiastunem zbliżającego się przesilenia w brazylijskiej polityce był właśnie korupcyjny skandal.

W 2013 roku wyszło na jaw, że firma budowlana Marcelo Odebrechta przekupywała Petrobras, państwowego giganta paliwowego, jedną z 10 największych wówczas firm na świecie. Mechanizm był prosty: łapówki w zamian za kontrakty. Według śledczych, Petrobras stracił w latach 2004-2014 ponad 5 mld dolarów, które przepadły w kieszeniach polityków (część tych pieniędzy zasiliła kampanie wyborcze Partii Pracujących).

Skala przekupstwa była dla Brazylijczyków szokiem. Trzy miliony obywateli wyszły w proteście na ulice. Podobny korupcyjny mechanizm działał zresztą także w innych krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie, tak jak w Brazylii, rządziła lewica.

Swoimi zeznaniami Odebrecht, który wypłacił politykom 750 mln dolarów łapówek, obciążył m.in. wiceprezydentów Gwatemali i Ekwadoru oraz prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro. Michelle Bachelet, socjalistyczna prezydent Chile też odchodziła w cieniu korupcyjnego skandalu, podobnie zresztą jak prezydent Argentyny Cristina Kirchner.

Wszystkie chwyty dozwolone. Jak się broni elita

Cały establishment zorganizował się przeciwko Marine Le Pen, do czego publicznie wzywali nawet psycholodzy!

zobacz więcej
W Brazylii nadal trwa wielkie antykorupcyjne śledztwo nazwane od sieci myjni samochodowych, w których prano pieniądze, „Lava Jato” (myjnią samochodową).

Najgrubszą rybą, którą razem z setkami innych polityków i biznesmenów zdołano wsadzić do więzienia, jest właśnie Lula da Silva. Skazano go za przyjęcie trzypiętrowego apartamentu z widokiem na ocean w Guarujá, brazylijskim kurorcie pod São Paulo, w zamian za załatwienie państwowego kontraktu prywatnej firmie. Jego zwolennicy, których wciąż ma wielu (według sondaży, gdyby był na wolności, wygrałby co najmniej I turę wyborów prezydenckich) twierdzą, że jego proces był farsą i chodziło jedynie o to, żeby nie wystartował.

Podobnych teorii krąży na lewicy więcej. Część zwolenników Luli twierdzi np., że próba zasztyletowania Bolsonaro została zainscenizowana po to, żeby zrobić z niego politycznego męczennika.

Lewicowa samopomoc

Lula to zresztą nie byle jaki przeciwnik. Na początku lat 90. wspólnie z nieżyjącym już przywódcą komunistycznej Kuby Fidelem Castro wpadli na pomysł zintegrowania aspirującej do przejęcia władzy w Ameryce Łacińskiej lewicy i stworzenia czegoś w rodzaju samopomocy. Po raz pierwszy socjalistyczni i komunistyczni politycy spotkali się w brazylijskim São Paulo, od którego zresztą wzięła się nazwa tego lewicowego klubu – Foro de São Paulo. Przez kilka lat nikt nie miał pojęcia o istnieniu takiego forum, a okazało się ono niezwykle skuteczne.
Lula da Silva i Fidel Castro na początku lat 90. wpadli na pomysł zintegrowania południowoamerykańskiej lewicy. Na zdjęciu wizyta ówczesnego brazylijskiego prezydenta w Hawanie we wrześniu 2003 roku. Fot. Reuters
Jak przyznał w telewizyjnym programie „Provocações” José Dirceu, były szef Partii Pracujących, niemal wszyscy politycy regularnie uczestniczący w spotkaniach (odbywających się w różnych miastach Ameryki Łacińskiej) doszli w pewnym momencie do władzy. Dirceu wymienił m.in. prezydenta Meksyku Vicente Foxa, prezydenta Chile Ricardo Lagosa i oczywiście byłego prezydenta Brazylii – Lulę da Silva.

Pomoc, której udzielali sobie latynoscy lewicowcy nie była rzecz jasna zupełnie niewinna. W spotkaniach Foro de São Paulo uczestniczyli bowiem także członkowie kolumbijskiej FARC, czerwonej partyzantki, kontrolującej handel narkotykami, głównie produkowaną w Kolumbii kokainą. Nie byli tam tylko obserwatorami. Według brazylijskiego dziennikarza Leonardo Coutinho, autora książki „Hugo Chavez. O Espectro”, nieżyjący prezydent Wenezueli stworzył w swoim kraju centrum narkobiznesu. Z Wenezueli przerzucano kokainę na północ, do USA i na południe, m.in. do Brazylii.

Do zajęcia się handlem kokainą miał go namówić Fidel Castro, który – jak przekonuje Coutinho – wytłumaczył mu, że towarzysze z FARC potrzebują ich pomocy, bo kolumbijski rząd prowadzi przeciwko nim regularną wojnę. Przekonał też Chaveza, że handel narkotykami to skuteczna strategia w walce z o wiele silniejszym przeciwnikiem, amerykańskim imperializmem. Jak mówi w wywiadzie dla tygodnika „Veja” Coutinho, według współpracowników Chaveza, z którymi rozmawiał, apostoł socjalizmu XXI wieku uwierzył Castro, że angażując się w narkobiznes, osłabiają USA.
Bolsonaro przemawiał do wyborców, którzy w większości są chrześcijanami. Fot. Reuters/Pilar Olivares
Skutki polityki Chaveza były katastrofalne i nie ograniczały się tylko do Wenezueli. Według Coutinho połowa wszystkich przestępstw notowanych w Brazylii jest związana właśnie z handlem kokainą sprowadzaną kanałami przerzutowymi z Wenezueli. Narkotyki z wenezuelskiego hubu trafiały także na Bliski Wschód, gdzie handlowało nimi ISIS. Na handlu narkotykami mieli, według Coutinho, korzystać także inni lewicowi politycy skupieni w Foro de São Paulo.

Rodzina, wiara, prawo własności

Poza zmęczeniem korupcją i kryzysem gospodarczym, który przyszedł m.in. wraz ze spadkiem cen ropy i innych produktów eksportowych Brazylii, wyborcy głosowali na Bolsonaro jeszcze z jednego powodu.

Paradoksalnie, ten trzykrotnie żonaty ewangelik (podobnie jak Trump) mówił to, co ceniący rodzinne wartości Brazylijczycy od lat chcieli od polityków usłyszeć. Bolsonaro jest przeciwnikiem aborcji, a w swoich wystąpieniach często odwołuje się do Boga. Jedno z haseł jego kampanii brzmiało: „Brasil acima de tudo. Deus acima de todos.”, czyli Brazylia przede wszystkim, Bóg ponad wszystko. Notabene, nieprzychylne mu media dopatrzyły się inspiracji w nazistowskim „Deutschland uber alles”.

Bezbożni Latynosi. Ten region zawsze był twierdzą skrajnie antykościelnej masonerii

Katolicka Ameryka Łacińska to mit. Wolnomularze stoją u fundamentów wszystkich niemal rewolucji niepodległościowych (co często znaczyło także antykatolickich) w całym regionie.

zobacz więcej
Bolsonaro przemawiał do wyborców, którzy w większości są chrześcijanami. Zresztą dali temu wyraz już w wyborach lokalnych z 2016 roku, kiedy wybierali polityków o korzeniach protestanckich. Burmistrzem Rio de Janeiro został przecież Marcello Crivela, były biskup IURD (po port. Igreja Universal do Reino de Deus, pol. Uniwersalny Kościół Królestwa Bożego), jednego z dwóch najliczniejszych w Brazylii kościołów zielonoświątkowców.

Zresztą, ewangelicy stanowią dziś 1/3 brazylijskiego społeczeństwa, a do tego trzeba przecież dodać miliony katolików. Lewica ten fakt od lat lekceważyła, czyniąc z niechęci do chrześcijaństwa fetysz.

Tymczasem według badań instytutu Datafolha z 2017 roku i Ibope z 2016 roku, brazylijskie społeczeństwo jest konserwatywne, a wśród wyznawanych w Brazylii wartości do najważniejszych należą: rodzina, wiara i prawo własności (które też było notabene tematem kampanii Bolsonaro).

Nie dziwi więc, że piętnowana przez media niechęć kapitana do propagandy homoseksualnej wprowadzanej do szkół, którą tak otwarcie wyrażał wywiadach, też nie zniechęcała wyborców. Nie zraziła ich nawet powtarzana w kampanii konkurenta jego wypowiedź sprzed lat, kiedy przyznał, że nie obawiał się sytuacji, w której któryś z jego trzech synów okaże się gejem, bo – jak się wyraził – synowie dostali porządne wychowanie.

Kapitan z Facebooka

Bolsonaro wygrał także dzięki niezwykłej kampanii. W telewizji miał do dyspozycji zaledwie 8 sekund dziennie, dlatego wykorzystał nowe media. Postąpił podobnie jak Trump, któremu Bannon doradził skorzystanie z mediów społecznościowych, bo media tradycyjne są zbyt związane z establishmentem, z elitą finansową, kulturową i naukową. Według Bannona (wspomniany już wywiad dla „Folha de São Paulo”) kapitanowi Bolsonaro byłoby 100 razy trudniej wygrać bez Twittera i Facebooka.
We wrześniu Bolsonaro omal nie stracił życia, kiedy na jednym z wieców próbowano go zasztyletować. Fot. Reuters/Raysa Campos Leite
Rzeczywiście, kapitan prowadził swoją kampanię ze szpitalnego łóżka i ograniczał się niemal wyłącznie do Facebooka, na którym umieszczał krótkie sfilmowane manifesty skierowane do swoich wyborców. Udzielił zaledwie kilku wywiadów i nie wziął udziału w wyborczych debatach. Jak żaden z konkurentów wyczuwał przy tym nastroje wyborców. Na jednym z filmów nagranych w szpitalu Bolsonaro podniósł nawet koszulę i pokazał bliznę, która została po ataku nożownika.

Przed Bolsonaro stoi teraz znacznie trudniejsze zadanie niż wygranie kampanii, zadanie niemal niewykonalne. Jeśli zawiedzie i sprawdzi się choćby część czarnych scenariuszy kreślonych przez opozycję, wyborcy się od niego odwrócą. Na razie, kilka dni po wyborach próbuje łączyć pęknięty – tak jak wcześniej w USA, w Wielkiej Brytanii czy w Polsce – kraj.

W wywiadzie telewizyjnym dla Jornal Nacional Bolsonaro zwrócił się do wyborców, którzy głosowali na jego lewicowego konkurenta i poprosił, żeby dali mu szansę. Jak uzasadnił swój apel? Tłumaczył, że Brazylijczycy jadą na tym samym wózku i jeśli nie uda się wyjść z gospodarczego i etycznego kryzysu, w którym znalazł się ich kraj, ucierpią na tym wszyscy, nie tylko jego wyborcy.

– Anna Gwozdowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Moskwa gotowa do konfrontacji z Zachodem
W Rosji wciąż mocna jest wiara w to, że najlepszym lekarstwem na korupcję, biedę i panoszenie się biurokracji jest „silny przywódca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyzwolenie na przemoc wobec białych
– Nasi pragną swojej ziemi! – elita polityczna RPA otwarcie zachęca do wywłaszczania białych farmerów.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wielkie oszustwa. Nauka to nie tylko arena wiekopomnych odkryć…
Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Prezydent na wojnie z narkotykami, Kościołem i Ameryką
Do zachodnich organizacji praw człowieka zwrócił się: - Przepraszam, czy uważacie nas za małpy, które mówią?!
Cywilizacja wydanie 2.11.2018 – 9.11.2018
Czy Niemcy bez Angeli Merkel będą niebezpieczni dla Europy?
Zamordowała ojca. Uśpiła Niemców. Metoda polityczna Angeli Merkel