Cywilizacja

Fochy naiwnego ojkofoba. Peryferia kontra metropolie. Wojna cywilizacji wciąż trwa

Mimo niewyobrażalnego zróżnicowania, setek języków i tysięcy „restauracji etnicznych” wszystkie wielkie miasta są zarazem coraz bardziej do siebie podobne – im większe, tym bardziej: nie tylko za sprawą jednej czy drugiej sieciówki z kawą, ale z powodu cech infrastrukturalnych.

Już na pierwszy rzut oka widać, że mapa, na którą patrzymy przedstawia wyniki jakiegoś głosowania czy badania opinii publicznej: widać to po legendzie, gdzie poszczególne kolory przyporządkowane są procentom głosów.

Gradient kolorów rozkłada się przy tym w charakterystyczny sposób: duże plamy ciemnego błękitu rozmywają się trochę na obrzeżach, po czym skokowo przechodzą w mocną czerwień, którą wypełnione jest całe tło, cały obszar między „niebieskimi” ośrodkami. Wyraźnie mamy do czynienia z kontrastem między centrami a peryferiami, które nie podzielają zapatrywań większych ośrodków.

Czy to wizualizacja wyników drugiej tury wyborów samorządowych w Polsce w roku 2018? Owszem, mapy preferencji wyborczych Pomorza czy Mazowsza mogą tak wyglądać. Ale pisząc powyższe, miałem na myśli wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w roku 2016.

Bardzo podobny wzór można zresztą dostrzec, patrząc na wizualizację głosowania w Wielkiej Brytanii w sprawie brexitu czy wyborów prezydenckich w każdym właściwie dużym kraju Zachodu.
Plamy ciemnego błękitu skokowo przechodzą w mocną czerwień, którą wypełnione jest całe tło. Na zdjęciu: Amerykanie oczekują na wyniki wyborów prezydenckich w 2016 roku w rezydencji ambasadora USA w Moskwie. Fot. Vyacheslav Prokofyev\TASS via Getty Images
Wszędzie tam, gdzie wyborcy stają między prostym wyborem jednej z dwóch opcji (a tak dzieje się, jeśli nie liczyć głosów nieważnych, w referendach czy drugiej turze wyborów prezydenckich) jeden z najgłębszych podziałów przebiega nie, jak dotąd bywało, między Północą a Południem, zaborem pruskim i rosyjskim, ziemianami a robotnikami – lecz między mieszkańcami peryferii a obywatelami wielkich miast.

Cwani, ironiczni, zniewieściali i niezbyt pobożni

Można powiedzieć, że ten podział jest stary jak ludzkość – albo prawie. Adam, jak wiemy, został skazany na uprawę roli w pocie czoła, jego synowie i wnuki to pasterze, ale tuż po opowieści o potopie wśród potomków Noego pojawia się Nimrod, który „pierwszy panował w Babelu, w Erek, w Akkad i w Kalne, w kraju Szinear (….), zbudował Niniwę, Rechobot-Ir, Kalach i Resan, wielkie miasto pomiędzy Niniwą a Kalach (Rdz 10, 10-12).

W następnym rozdziale Księgi Rodzaju czytamy o inicjatywie wzniesienia Wieży Babel – i wiemy już, jaką pychę może zrodzić obywatelstwo miejskie.

Wiemy mniej więcej, kiedy to było: spór o najstarsze miasto świata oczywiście trwa, ale na razie pałeczkę pierwszeństwa dzierżą ruiny anatolijskiego Çatalhöyük – co najmniej 7 tysięcy lat p.n.Chr. Ale Babilon, Niniwa, Kalach i Resan są niewiele młodsze (4-5 tys. lat p.n.Chr.), a potem w kolejce stoi Mohendżo-Daro, miasta wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego – i nagle okazuje się, że historia cywilizacji to dzieje miast.

Skąd właściwie wiemy, że w przypadku Çatalhöyük i jego rywali mamy do czynienia z miastem? Bo murek? Wypadałoby definiować bardziej precyzyjnie: na szczęście w połowie XX wieku australijski historyk Gordon Childe wyliczył dziesięć podstawowych kryteriów „starożytnej wielkomiejskości”.
Obywatelstwo miejskie wyzwala pychę. „Wieża Babel” pędzla Pietera Breugla. Fot. DeAgostini/Getty Images
Owszem, „murek”, a ściślej zachowane ślady budynków publicznych, czyli zbyt dużych, by stanowiły prywatne domostwo lub bodaj pałac, należy do tego dekalogu. Równie istotna jest jednak gęstość zaludnienia (wyższa niż przeciętna na badanym obszarze), fakt, że nie wszyscy mieszkańcy ośrodka zajmują się uprawa roli, odnalezienie elementów zapisu danych i historii oraz magazynów, pozwalających na gromadzenie żywności.

Z tych twardych, bo mierzalnych taśmą metryczną danych, można już wnioskować o istnieniu władzy centralnej, grupy rzemieślników i żołnierzy utrzymywanych przez władcę, a co za tym idzie – o poborze podatków i o handlu. To zaś niemal na pewno oznacza pojawienie się „ludzi luźnych”, nie należących wprost do któregoś z rodów czy „fyle”, obecność przybyszów, którzy przynoszą ze sobą własne obyczaje, przyprawy, bakterie i idee, warstwę skrybów, zatrudnionych przy ewidencjonowaniu (rysikiem, węzełkiem czy dłutem) danych, a bywa, że ich przerabianiu i interpretowaniu…


No i mamy to: cwani, ironiczni, trochę zniewieściali mieszczanie, którzy wszędzie mają krewnych i znajomków, i tylko patrzą, jak by oszukać i wyśmiać prostolinijnego hodowcę prosa czy kóz, który przekracza bramy miejskie skuszony targiem albo przymuszony wolą władcy.

Taki obraz mieszkańca miasta też jest stary jak świat: nawet, jeśli nie zawsze ciąży na nich grzech pychy i bałwochwalstwa (jak wśród babilońskich budowniczych wieży) czy rozpusty i sodomii (źródłosłów oczywisty), to są przynajmniej przebiegli, drwiący i niezbyt pobożni.

Antologia takich tekstów musiałaby liczyć wiele tomów, począwszy od sztuk Arystofanesa, przez przytyki Szekspira, wielkomiejskie piekło Balzaca, Dostojewskiego i Hamsuna, drwinki Prusa aż po „Sin City” z komiksów Franka Millera i mocno już trącące myszką o hipsterach siorbiących sojowe latte.

Powietrze miejskie czyni wolnym, wiejskie – zdrowym

Co innego wieś: ostoja ciężkiej pracy, pobożności i zdrowych obyczajów, lekko licząc tak od „Georgik” Wergiliusza, przez Jana Kochanowskiego, aż po Petera Mayle’a, autora poczytnego cyklu o odrodzeniu moralnym i dietetycznym w Prowansji (cykl ten dał początek dziesiątkom podobnych powieścideł, które błogosławią francuscy i włoscy handlarze nieruchomości).
Prowansalska wieś Chateauneuf-du-Pape, mogłaby służyć za wzór sielskości, do którego tęsknią czytelnicy Petera Mayle’a. Fot. Aandrew Holbrooke/Corbis via Getty Images
Oczywiście, medal ten ma dwie strony: jak wiadomo z przysłowia o średniowiecznym rodowodzie, powietrze miejskie czyni wolnym. W miastach kwitnie nauka i sztuka, miasta angażują się politycznie i mają okazję zademonstrować wierność umiłowanemu władcy, znosząc wielomiesięczne oblężenie.

Miasta są heroiczne, odważne i prawe: ich przeciwieństwem jest zaś gbur ze wsi, który nie wiadomo, czy więcej braków ma w edukacji, czy w uzębieniu, a o jego obyczajach lepiej zmilczeć. Mamy materiał na drugą antologię: od satyr Juwenala po powieści Redlińskiego i żarty o Polakach-cebulakach, równie zwietrzałe, jak te o hipsterach.

Tyle, że przez stulecia podział ten utrzymywał się na poziomie stereotypów i wzajemnych uprzedzeń. Owszem, społeczne różnice między miastem i wsią dałoby się zmierzyć przy pomocy narzędzi socjologicznych równie precyzyjnie, co szczątki Ur, Miletu i Teotihuacanu – cyrklem.

Wiadomo, że (z licznymi wyjątkami dla ośrodków przemysłowych w pierwszym półwieczu istnienia, z drugiej zaś strony – dla ustronnych magnackich rezydencji z własną biblioteką, drukarnią i operą) w miastach mamy zwykle do czynienia z wyższym średnim poziomem wykształcenia (a bodaj tylko piśmienności) i zamożności, że jest tam nieco mniejsza umieralność noworodków (ale też mniejsza dzietność), że nieco później są tam zawierane małżeństwa i że to w miastach dochodzi do pierwszych rozwodów. Ma też w miastach więcej roboty policja kryminalna i obyczajowa oraz cenzura, ale też tam pojawia się, to jasne, pierwsze oświetlenie, tramwaj i spoty WiFi.

Granice zaborów i wojny stuletniej

Te różnice nie przekładały się jednak na zasadnicze różnice polityczne: owszem, to w miastach wrzała reformacja i rewolucja, ale zwykle miasto i wieś stawały po tej samej stronie barykady. O podziałach decydowały języki i wyznania, w przypadku podbojów – wspólna przeszłość polityczna.

Szkocja podnosiła rebelię przeciwko Anglii, Kongresówka przeciw Imperium Rosyjskiemu, Południe Stanów Zjednoczonych przeciwko Północy, Wandea przeciw rewolucyjnemu Paryżowi – ale w tych i dziesiątkach innych zrywów miasta i wsie szły ramię w ramię, nawet, jeśli z różnym zaangażowaniem i różne ponosząc ofiary.

Arogancki i bezduszny styl w pseudoekologicznym wcieleniu

Szkło zaspokaja faraońskie ambicje. Działa na wyobraźnię. Poprawia wizerunek. Co o naszej epoce mówią wieżowce Dubaju i Warszawy?

zobacz więcej
Odstępstwa od tej reguły, różnego rodzaju rebelie chłopskie, od francuskiej żakerii po bunt Pugaczowa i rabację Szeli postrzegane były właśnie jako ewenement, zaprzeczenie naturalnego porządku świata – i, powiedzmy sobie szczerze – nie miały przyszłości.

Oczywiście – od połowy XIX do połowy XX wieku wieś europejska głosowała (tam, gdzie istniały wolne wybory) na partie chłopskie; ale w ostatecznym rachunku podział nie przebiegał wzdłuż miedz i opłotków, i demografowie mogli cieszyć oczy widokiem powyborczych map, na których do wczoraj można było śledzić dzieje rozbiorów w Polsce, a wojny stuletniej – we Francji.

Im większe, tym bardziej podobne

Ten podział powoli traci jednak na ważności. Wielkie, nowoczesne, niewyobrażalnie zamożne miasta w coraz większym stopniu stają się samodzielnymi podmiotami politycznymi i gospodarczymi – i coraz dalej im, mimo rozrastania się przedmieść, do mieszkańców reszty kraju.

„Wielkich miast” nowoczesności, zwanych też „globalnymi miastami”, nie da się zdefiniować tak precyzyjnie, jak uczynił to Gordon Childe z granitowymi rumowiskami Mezopotamii, ale kilka wyróżników istnieje: metropolie są przede wszystkim kojarzone z nazwy (jak podkreśla Wikipedia, „nikt, kto mówi »Londyn« nie uściśla, że chodzi o miasto w Wielkiej Brytanii”), a ponadto – są siedzibą organizacji międzynarodowych, największych lotnisk, międzynarodowych korporacji medialnych, banków i firm prawniczych, powszechnie znanych muzeów i uczelni.

O, paradoksie! Mimo niewyobrażalnego zróżnicowania, setek języków i tysięcy „restauracji etnicznych” wszystkie wielkie miasta są zarazem coraz bardziej do siebie podobne – im większe, tym bardziej: nie tylko za sprawą jednej czy drugiej sieciówki z kawą, ale właśnie z powodu wymienionych wyżej cech infrastrukturalnych.
Dubaj, miasto „Alpha+”. Fot. Rustam Azmi/Getty Images
Oczywiście, w tym zbiorowisku istnieje hierarchia: trzech „urbanologów”, Jon Beaverstock, Richard G. Smith i Peter Taylor stworzyli przed kilku laty tzw. Globalization and World Cities Research Network (GaWC), w ramach którego starannie mierzą liczbę przesiadek międzykontynentalnych, bankomatów, parad równości i kursów jogi.

Wyniki są jednoznaczne: o absolutny prymat walczą dwa miasta zaliczone do kategorii „Alpha ++”, czyli Londyn i Nowy Jork. „Alpha +” to siedmioro wspaniałych, wśród których, o dziwo, znalazł się tylko jeden Europejczyk (Singapur, Hong Kong, Pekin, Dubaj, Szanghaj i Paryż), „Alpha” – kolejnych 19, wśród nich zaś, na szczęście, Warszawa. Potem zaś zaczyna się walka o kategorię „Alpha Minus”, Bety i Gammy: do ligi „Gamma Minus” załapał się, razem z Dakarem i Baltimore, również Wrocław.

Można by tę listę pociągnąć pewnie niżej, aż do „Omega+”: podział jest fundamentalny i mało kto nazwał go tak celnie jak prawnik i politolog z Teksasu Michael Lind, który w roku 2014 wyróżnił na Ziemi dwa obszary demograficzne, którym nadał imiona „Densitaria” (w kiepskim przekładzie – „obszar gęsto zamieszkały”) i „Posturbia”.

Przymierze burmistrzów

Densytarianie to naturalnie mieszkańcy wielkich miast: czynni głównie w branży „globalnych usług”, od bankowości po reklamę, ponadprzeciętnie wykształceni i zdrowi. Znacznie częściej otwarci na imigrację, która (znacznie bardziej w przypadku Stanów Zjednoczonych niż Starego Świata) oznacza dla nich po prostu tanią pomocniczą siłę roboczą, od niani po ogrodnika.

Posturbianie nie są koniecznie wieśniakami (jak wiemy, „warstwa chłopska”, tak, jak ją sobie wyobrażali Maria Konopnicka i Maciej Rataj, już nie istnieje), ale w każdym razie – posiadają swoją „małą ojczyznę”, która nie ogranicza się do kilku ulubionych klubów i galerii: są bardziej osiadli, mieszkają raczej „na swoim” niż wynajmują, częściej pracują w zawodach „tradycyjnych” lub nawet, nie daj Hermesie, bożku handlu i usług, fizycznie.

Jak widać, podział ten z jednej strony jest stary jak świat, z drugiej – uległ pogłębieniu za sprawą całej wiązki procesów, hasłowo określanych mianem „globalizacji”.

Biegactwo, czyli jak zrobić z hobby pseudoreligijny fanatyzm

Polskimi miastami rządzą ludzie, którzy organizowaniem imprez sportowych leczą swoje kompleksy i uważają, że wystarczy maraton, żeby być jak Niu Jork – pisze Łukasz Warzecha.

zobacz więcej
Różnica między zamożnością a przede wszystkim wpływami Densytarian i Posturbian nigdy być może nie była tak duża. Nie przypadkiem w ostatniej dekadzie poważnymi uczestnikami rozgrywek politycznych (choć jeszcze nie ich zwycięzcami) stały się „ruchy miejskie”, a Benjamin Barber, krytyk konsumeryzmu i uważny obserwator współczesności proponował w książce „Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta” (wydanie polskie Muza SA, 2013) stworzenie swoistej „neo-Hanzy”, przymierza burmistrzów, dysponujących większym kapitałem i realnym zakresem władzy niż prezydenci ociężałych, nieporadnych państw, często rozsypujących się w kamieni kupę.

Wizja Barbera to na razie utopia – miasta, nawet te z ligi Alpha, zbyt silnie wpisane są w strukturę współczesnego państwa, jego istnieniu zawdzięczają znaczną część swojej siły i prestiżu, nie posiadają też własnych sił zbrojnych, o czym można myśleć z pewną ulgą, wyobrażając sobie Straż Miejską rozpędzającą sprzedawczynie pietruszki przy pomocy groźby użycia głowic jądrowych.

Ojkofob radykalny

Michael Lind zwraca jednak uwagę na jeszcze jedną cechę wspólną większości Densytarian, od Ankary po Zurich: otóż statystycznie są oni znacząco, skokowo mniej przywiązani do idei państwa jako takiego niż ich współobywatele (choć niekoniecznie już współrodacy) Posturbianie. Nie chodzi przy tym tylko o abstrakcyjny dyskurs ideowy: Densytarianie są też znacznie mniej przywiązani do konkretnego kraju, w którym przyszło im mieszkać.

Można powiedzieć „nic dziwnego”: byt przynajmniej do pewnego stopnia określa świadomość, młodzi wykształceni z wielkich miast spotykają się z różnorodnością postaw i zachowań już w miejscu pracy, a prócz tego są znacznie bardziej mobilni i mniej „zakorzenieni”. W pewnym momencie trudno już powiedzieć, co w uwarunkowaniach ich życia stanowi skutek, a co przyczynę. Część wybrała pracę w branży „rozrywki i przetwarzania informacji” ze względu na swoje poglądy, część została przez miejsce pracy ukształtowana. Zawód gwarantuje dochody, dochody oznaczają mobilność, mobilność wiąże się z późniejszym założeniem rodziny lub jej brakiem, ale i brak rodziny narzuca do pewnego stopnia model życia codziennego.
Kurs jogi okazuje się być jednym z wyznaczników wiekomiejskości. Na miano to bez wątpienia zasługuje zatem miasto Meksyk, gdzie 10 tysięcy ludzi ćwiczyło w październiku 2015 roku jogę dla pokoju. Fot. Manuel Velasquez/Anadolu Agency/Getty Images
Nie chodzi jednak jedynie o letniość uczuć i identyfikacji. Postawieni w obliczu bądź kryzysu politycznego, bądź tylko wyraźnego, zerojedynkowego wyboru, Densytarianie reagują wrogością wobec samej koncepcji tego, co w anglosaskiej terminologii określane jest mianem „nation state” – ale nie należy popełniać błędu tłumaczenia tych słów jako „państwo narodowe”. Idzie raczej o podział na zwolenników tożsamości zbiorowej i „lokalności” (to naturalnie Posturbianie) i tych, których w czasach Jerycha i Aten nazywano „kosmopolitami” – a dziś, gdy to słowo zostało zhańbione używaniem go przez nacjonalistyczną propagandę, bardziej na miejscu wydaje się inne zapożyczenie z greki: ojkofobi.

Lind, a za nim inni krytycy, zwracają uwagę na ewolucję i radykalizację podobnych postaw: wielkomiejscy (z zamieszkania, ale i z mentalności) entuzjaści globalizacji uznają samą ideę suwerenności państwowej (a co za tym idzie – kontroli granic, prymatu prawodawstwa krajowego, edukacji umacniającej tożsamość zbiorową, etc.) za w najlepszym razie staroświecką. Znacznie częściej jednak potępiają ją w czambuł, ochoczo sięgając po poręczną drabinkę potępień: przywiązanie do suwerenności okazuje się szowinizmem, szowinizm prowadzi, w myśl ich wywodów, do nacjonalizmu, ten zaś do rasizmu – którą to hipotezę potwierdza fakt, że zwolennicy suwerenności z reguły nie są entuzjastami niekontrolowanej imigracji.

Wszystkie chwyty dozwolone. Jak się broni elita

Cały establishment zorganizował się przeciwko Marine Le Pen, do czego publicznie wzywali nawet psycholodzy!

zobacz więcej
Na głos ojkofobów mogą liczyć elitarni dziś myśliciele, głoszący zmierzch państw i konieczność powołania sprawnych globalnych władz – bądź to w imię walki z realnymi zagrożeniami (konflikt zbrojeń, nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych, niestabilność klimatu), bądź wyznawanych wartości. Takim inicjatywom zaś mogą tylko przyklaskiwać wszystkie środowiska, czerpiące gigantyczne profity z ciemnych stron globalizacji, których często nie domyślają się nawet naiwni ojkofobi: od „rajów podatkowych” po obozy pracy półniewolniczej w krajach Trzeciego Świata.

Doraźnie jednak fochy naiwnych Densytarian, rywalizujących w tym, kto skuteczniej zademonstruje pogardę dla „cebulaków” z Podkarpacia czy z Ohio, nie są w stanie zmienić świata. Są go natomiast w stanie zantagonizować.

Mniej wykształceni w swojej masie i mniej biegli w erystyce Posturbianie znacznie częściej niż dotąd głosować będą na liderów odwołujących się do ich lęków, obiecujących „zamknięcie świata” i grających na postawach wrogości. To wyjątkowo fatalny przykład samospełniającej się prognozy.

– Wojciech Stanisławski

Pisząc ten szkic, korzystałem z cytowanej wyżej prac Benjamina Barbera, Michaela Linda, w tym przede wszystkim „The Next American Nation: The New Nationalism and the Fourth American Revolution”, Free Press, 1995) i Rogera Scrutona.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Moskwa gotowa do konfrontacji z Zachodem
W Rosji wciąż mocna jest wiara w to, że najlepszym lekarstwem na korupcję, biedę i panoszenie się biurokracji jest „silny przywódca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyzwolenie na przemoc wobec białych
– Nasi pragną swojej ziemi! – elita polityczna RPA otwarcie zachęca do wywłaszczania białych farmerów.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wielkie oszustwa. Nauka to nie tylko arena wiekopomnych odkryć…
Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Prezydent na wojnie z narkotykami, Kościołem i Ameryką
Do zachodnich organizacji praw człowieka zwrócił się: - Przepraszam, czy uważacie nas za małpy, które mówią?!
Cywilizacja wydanie 2.11.2018 – 9.11.2018
Czy Niemcy bez Angeli Merkel będą niebezpieczni dla Europy?
Zamordowała ojca. Uśpiła Niemców. Metoda polityczna Angeli Merkel