Rozmowy

Stare nieżyjące krokodyle

Jestem trochę takim mickiewiczowskim Hrabią, bo zamiast gdzieś tu w Polsce rysować krzaki warszawskie lub podwarszawskie, siedzę w pięknej Toskanii a potem przywożę do kraju pokazać swoje prace – mówi w rozmowie z Tygodnikiem TVP Andrzej Krauze.

Wystawę prac artysty można oglądać do 21 grudnia 2018 roku od poniedziałku do piątku w godzinach 15–17 przy ul. Szpitalnej 5 lok. 18 w Warszawie.

Legenda głosi, że prawdziwy mężczyzna powinien zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewa…

Mam dom, a właściwie mieszkanie w Anglii, jestem ojcem trzech synów, a drzewa jako dziecko na pewno sadziłem. Mam ogromny sentyment do drzew. Odkąd pamiętam zawsze mnie fascynowały.

Mieszkałem pod Warszawą, niedaleko Raszyna, tak trochę w dzikim polu. Do dziś, gdy wspominam swoje dzieciństwo widzę zapuszczone pola z wielkimi drzewami. Nigdy ich jednak nie rysowałem.

Aż przyszedł taki moment w pana życiu, gdy nie tylko je pan zaczął rysować, ale też postanowił zaprezentować na wystawie.

Jeśli chodzi o wystawę to rzeczywiście, wszyscy zawsze domagali się, dopytywali, kiedy przygotuję wystawę swoich rysunków polityczno-satyrycznych. Tymczasem Fundacja Polska Wielki Projekt dała mi całkowitą dowolność i stąd prezentacja właśnie tych prac dotyczących drzew.
Andrzej Krauze opowiada Tygodnikowi TVP o starych krokodylach.
To światowa prapremiera. Nikt nigdy wcześniej poza moją rodziną i dwoma, czy trzema przyjaciółmi w Londynie nie widział, tego, co zrobiłem.

To wracają do poprzedniego pytania, skąd ta potrzeba rysowania właśnie drzew?

To przez ostatnich kilka lat bardzo osobisty dla mnie temat. Gdy patrzę na to z perspektywy kilku lat, to myślę, że przyszedł w odpowiednim czasie i momencie mojej twórczości. Tak jak wspomniałem wcześniej drzewa zawsze mnie fascynowały, zawsze uwielbiałem na nie patrzeć, ale nigdy ich nie rysowałem.

Zacząłem na początku XXI wieku, ale to były jakieś pojedyncze prace, bo nie za bardzo mi się chciało. Mocno do kontynuowania tego tematu namawiała mnie żona, ale jakoś w ogóle mi nie szło. Do czasu…

Co sprawiło, że nagle tych prac pojawiło się dużo więcej?

W 2011 roku przeszedłem skomplikowaną operację serca i to po niej coś we mnie wstąpiło. Do dziś tak naprawdę zastanawiam się, co spowodowało, że z tak wielkim zapałem ruszyłem do z jednej strony rysowania, a z drugiej wycinania tych drzew. Wycinanki były czymś, z czym w ogóle nie miałem do czynienia.

No właśnie z jednej strony wycinanki, z drugiej rysunki. Czy można to odczytywać jako swego rodzaju kontrę?

Nie, raczej jako uzupełnienie tych dwóch technik. Wycinanki same w sobie według mnie robią ogromne wrażenie. Wyglądają trochę jak znak graficzny, taka specyficzna ikonografia, a rysunek jest delikatny. Te starałem się robić z natury, a wycinanki były i są moja impresją na temat drzew.

Gdyby popatrzeć na to metaforycznie albo symbolicznie, to tak samo jest w naturze, w której subtelność czasem mierzy się, ale i dopełnia z czymś, co jest ekspresyjne, twarde.

Jestem ciekawa skąd pojawił się ten pomysł na to, aby zająć się wycinankami? Jak powstała ta pierwsza?

Po operacji ledwo się ruszałem, więc jedyne, co mogłem robić to siedzieć i rysować. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Znalazłem w domu szary papier i czarny, w które kiedyś zapakowany był bukiet kwiatów. Zacząłem z niego wycinać ptaszki, motylki, aniołki i naklejać na ten szary.

Potem podarowałem tę swoją wycinankę w prezencie i strasznie się wszystkim spodobała. Mnie również, więc powoli krok po kroku zacząłem w to wchodzić i w wolnych chwilach tworzyć coraz więcej takich prac.
Na początku wycinałem nożyczkami, ale mój angielski kolega przyniósł mi skalpel. W pewnym momencie pojawiła mi się w głowie taka myśl, że to kolejna metafora. Ja byłem krojony skalpelem podczas operacji, a teraz sam wycinam nim te swoje prace.

Gdzie szukał pan inspiracji?

To, czym się inspirowałem i co chciałem przenosić na kartkę papieru, wynikało znowu z mojego powolnego powrotu do zdrowia. Po tej operacji, którą jak mówili lekarze z ich punktu widzenia zniosłem fenomenalnie, zostałem po pięciu dniach wypisany ze szpitala. Byłem bardzo słaby, ledwo mogłem się poruszać, ale zalecenie było takie żebym z każdym dniem pokonywał coraz większe dystanse, żebym się po prostu zmęczył na tyle, na ile dam radę.

Zacząłem najpierw chodzić po pokoju, potem po mieszkaniu, zszedłem po schodach na dół, w górę aż wreszcie przyszedł taki moment, że zacząłem wyruszać na dłuższe spacery. Niedaleko naszego londyńskiego mieszkania znajduje się Kensington Garden. Niesamowite miejsce, które niby znajduje się w centrum miasta, a gdy się tam wjedzie panuje błoga cisza, spokój, jest pięknie i zielono, a cały zgiełk miasta znika jak za dotknięciem magicznej różdżki. Chodziłem tam by uczyć się chodzić a przy okazji patrzyłem na drzewa.

I tu znowu myśląc z perspektywy czasu, metaforycznie było to, że uczyłem się na nowo funkcjonować wśród drzew, które są przecież symbolem życia, powrotu do życia. Zdarzało mi się, że przez kilka a nawet kilkanaście minut stałem i patrzyłem na jedno albo drugie drzewo. Doszukiwałem się w nich kształtów, postaci.

Podobnie jak w mojej drugiej inspiracji, jaką były drzewa oliwne w Toskanii, do której od 30 lat jeżdżę z rodziną na wakacje. Bardzo poruszały mnie te popękane kłody, które przez prawie cały rok są czarne, wyglądają jak umarłe i nagle zaczynają wyrastać zielone, cienkie gałązki. Przypominały mi stare, umarłe, nieżyjące krokodyle.

Z jednej strony symboliczny powrót do życia, a z drugiej do bajkowego świata z dzieciństwa? Myślę, że tak. Kiedy jako dziecko oglądałem wielkie dęby, topole, czy kasztany to też widziałem w nich wszelkiego rodzaju postaci z bajek, ale jakoś nie miałem ochoty ich rysować. Gdy w końcu pojawiły się w tym moim twórczym procesie, nabrały ogromnie symbolicznego znaczenia, stały mi się bardzo bliskie.

Niektórzy w ramach terapii przytulają się do drzew.

Ja się nie przytulam (śmiech). Ja je tylko obserwuję i dostrzegam to, co pewnie mam dostrzec – potwory, sceny, postaci. Tak je sobie potem rysowałem, wycinałem i nagle z kilku prac, zrobiły się cztery zeszyty.

Mottem wystawy jest cytat z „Pana Tadeusza”, który mówi o przyrodzie i o tym jak ważną funkcję odgrywają artyści w społeczeństwie polskim.

Jestem ironistą, bo siedzę głównie w tych rysunkach satyryczno-polityczno-społecznych. Kiedy pewnego dnia siedziałem w ogrodzie swojego przyjaciela we Włoszech i rysowałem drzewo oliwne, przypomniał mi się właśnie „Pan Tadeusz” i cytat, gdy Hrabia pokazuje Telimenie swoje zeszyty z rysunkami z Włoch.
Andrzej Krauze, "Pietrasanta", tusz, 33 x 24 cm, lipiec 2017. Fot. materiały prasowe
Pomyślałem sobie, że jestem trochę takim Hrabią, bo zamiast gdzieś tu w Polsce rysować krzaki warszawskie lub podwarszawskie, siedzę w pięknej Toskanii a potem przywożę do kraju pokazać swoje prace. A poza tym częściej bywam we Włoszech, na stałe w Anglii, a do Polski przyjeżdżam bardzo rzadko.

Można też powiedzieć, że te prace to taka odskocznia od pana codziennego zajęcia, czyli tej społeczno-politycznej satyry?

To wyciszenie mózgu. Na pewno znalezienie się w innym świecie, nie polityki i spraw bieżących, tylko twarzą w twarz z naturą, którą nazwałbym wielką rzeczywistością.

Jak pan pracuje nad tymi satyryczno-polityczno-społecznymi rysunkami?

Rysuję już od ponad 40 lat, więc trudno mi powiedzieć jak pracowałem kiedyś a jak to robię dziś. Obecnie najczęściej pobudką, wywołaniem myśli, skojarzeń na jakiś temat w mojej głowie są tytuły z gazet, czasem nagłówki znalezione w internecie. Biorę wtedy kartkę papieru, piór i czasem na brudno rysuję szkic żeby zobaczyć, czy coś ma sens, jak to wygląda, jak będzie wyglądało.

A czasem bywa tak, że biorę kartkę papieru i od razu rysuję nie wiedząc, kto, co mówi. Najczęściej podtekstem moich rysunków jest literatura, tak jak wspomniałem tytuły w gazetach, które przekręcam lub rysuję w opozycji do nich i tak powstaje żart na ten temat.

Nie wszystkie moje rysunki są żartobliwe, niektóre są poważnymi metaforami o życiu, polityce. W polskiej prasie w moich rysunkach występują dymki z tekstami bohaterów, w których ktoś coś mówi, w angielskiej, co postanowiłem tuż po tym, jak przyjechaliśmy do Londynu, że moje rysunki będą bez słów. Chodziło mi o to żeby ten rysunek pokazany za kilka lub kilkanaście lat był zrozumiany.

W Polsce uchodzi pan za rysownika prawicowego. Zgadza się pan z tym?

To są takie szufladki. Ja jestem po prostu rysownikiem. Nie jestem ani lewicowy, ani prawicowy. Kiedyś ktoś napisał do mojego redaktora w „Guardianie”, z pytaniem, jak lewicowa gazeta może publikować rysunki rysownika z prawej strony. To absurd, bo ja jestem rysownikiem, który po prostu patrzy na świat i to, co mu się wydaje, co widzi pokazuje, a czy to jest myślenie z tej, czy drugiej strony, to bym dyskutował.

Nie będę walczył z czyimiś przekonaniami. To tak jak z fotografami, czy malarzami. Jeśli fotograf jedzie na wojnę to fotografuje ją z perspektywy atakującego, czy atakowanego? Oczywiście łatwo jest zbudować opinię taką a nie inną, ktoś, kto ma poglądy lewicowe, może powiedzieć, że zaatakował go prawicowiec.

Komentuje Andrzej Krauze

Andrzej Krauze (ur. 1947 r.), polski rysownik od lat mieszkający w Londynie. W latach 80. publikował w „Tygodniku Solidarność” i wydawnictwach podziemnych. Od 1989 r. współpracował m.in. z brytyjskim dziennikiem „The Guardian”.

zobacz więcej
Zawsze starałem się nie być związany z żadną partią, ugrupowaniem politycznym i do dziś tak jest.

Trudno było wyjechać z Polski?

Było bardzo trudno. Razem z żoną i synem, który urodził się jeszcze w Polsce nie myśleliśmy, że wyjeżdżamy na zawsze. Tak się jednak stało. Gdy wprowadzono stan wojenny, dla mnie jako rysownika polityczno-spolecznego, był on sprawdzianem. Wiedziałem, że muszę coś na ten temat narysować.

Wszystkie gazety francuskie, angielskie drukowały moje rysunki właśnie przez kilka dni stanu wojennego, kiedy nie było kontaktu z Polską, nie można się było niczego dowiedzieć.

Ale życie tam rzeczywiście nie było łatwe, na początku było wręcz gehenną. Potrzebowaliśmy kilku lat żeby się tam odnaleźć, żebym ja mógł rysować i współpracować z zagraniczną prasą. Mówiono, że rysuję inaczej, dziwnie, nie po angielsku. Kiedy ktoś mówi, że zrobiłem karierę za granicą, to właśnie to ma na myśli, że ten mój rysunek jest taki nie angielski.

Nie próbował się pan parać innymi zajęciami?

Miałem to szczęście, że udało mi się, za wyjątkiem czasów studenckich, nie robić nic innego, nie zarabiać w inny sposób, jak właśnie rysowaniem. Zawsze to robiłem i robię, to moja praca, ale również hobby i przyjemność.

A kiedy po raz pierwszy pomyślał pan, że będzie rysował?

Myślę, że nie było takiego jednego momentu, takiej decyzji. Gdy byłem młodszy, pod wpływem mojego starszego brata Antoniego, który zmarł w tym roku, myślałem o tym żeby zostać reżyserem. Miałem marzenie, że będę to robił. Chciałem pójść na reżyserię, ale żeby tam się dostać, trzeba było mieć inny fakultet zrobiony. A, że ja zawsze od dziecka rysowałem, to poszedłem na ASP.

Aby zarobić zacząłem rysować. Gazety takie jak chociażby „Szpilki” szukały nowych, młodych talentów, więc rysowałem dla nich. Po drodze okazało się, że moje rysunki są nie tylko humorystyczne, ale mają też podtekst polityczny. To rzecz jasna sprawiało mi trochę problemów, bo cezura często je odrzucała. O ile moi koledzy po fachu byli tym sfrustrowani, załamywali się, mnie to nie dołowało, a wręcz szalenie podniecało i pobudzało jeszcze bardziej do tworzenia.

Dwóch reżyserów w rodzinie to byłoby chyba zdecydowanie za dużo?

Kiedy teraz sobie myślę o tej reżyserii, to w ogóle się do tego nie nadaję. Przekonałem się o tym nie tylko obserwując mojego brata, ale też dowiadując się, na czym polega ta praca. To praca jednego człowieka z setką ludzi, a dla mnie już dwie osoby, z którymi miałbym stale współpracować to tłum. Jako rysownik mam tylko kartkę i samotność, którą lubię.
Andrzej Krauze, "Pietrasanta", tusz, 14,8 x 21 cm, 11 lipca 2018. Fot. Materiały prasowe
Nie można tworzyć rysunku z kimś i to mi się chyba właśnie bardzo podoba. Nie zniósłbym momentu, kiedy miałbym dużej liczbie osób mówić, co mają robić, jak się zachowywać. Chyba bym się wściekł i po prostu wyszedł.

Wracając do tematu wyjazdu. Nigdy nie myślał pan o powrocie?

Osiadłem w Londynie i bardzo mi się tam podoba. Dziś to żaden problem być tam, czy tu, rysować dla gazet z pięciu krajów. Kiedy przygotowałem codziennie rysunki dla „Rzeczpospolitej”, pytano mojego redaktora Dominika Zdorta jak to możliwe, nikt nie wierzył, że mieszkam w Londynie a rysuję tematy polskie.

Tymczasem technologia się zmieniła. Kiedyś rysunki trzeba było wysyłać pocztą, a dziś wystarczy je zeskanować i przesłać drogą elektroniczną. Dwa dni temu przyjechałem z Londynu do Warszawy, a w międzyczasie realizuję zlecenia dla Nowego Jorku, czy innych stałych klientów. Gdzie jestem, tam pracuję.

A wracając do powrotu. W Londynie mam swój dom, w którym mieszkam razem z żoną, dwaj nasi synowie też przebywają w tym mieście, trzeci w Szwecji. Poza tym na tym etapie chyba trudno by było wrócić do Polski.

Chce pan powiedzieć, że starych drzew się nie przesada?

Może coś w tym jest (śmiech). Chociaż wiem i jestem świadomy tego, że moje korzenie są tutaj w Polsce. Gdy czasem rysuję chociażby krzesła, to nie te w angielskim stylu, ale takie, jakie pamiętam z dzieciństwa.

W pana pracach dużo jest odniesień do bajkowości i mitologii.

Tak, bo uważam, że to części spuścizny ludzkości. Jestem wychowany na książkach, ta literatura w mojej twórczości cały czas się przewija. Nawet, gdy niczego nie ilustruję, to wraca do mnie. Mam tu na myśli Ezopa, Krasickiego, czy La Fontaine’a. Metafory są mi bardzo bliskie. Wolę rysować wykorzystując zwierzęta, czy bajki, opowiadać historie niekoniecznie wprost.

A jest coś, czego pan nie lubi rysować?

Ludzkich twarzy. Powód jest prozaiczny, po prostu nie za dobrze mi to wychodzi. Ale jak wiadomo życie bywa przewrotne i niedawno przygotowałem na zamówienie PIW 21 portretów pisarzy, których książki zostały przez to wydawnictwo wydane. Pisarze już nie żyją, więc rysowałem z fotografii.
Andrzej Krauze. Fot. Jan Bogacz/TVP
Staram się też nie rysować polityków, bo tak jak wspomniałem, chciałbym, aby te moje rysunki były jak to tylko możliwe ponadczasowe.

Ma pan swoich mistrzów?

Jednym z nich jest Goya, drugim XIX-wieczny rysownik Jean Ignace Isidore Gérard, który nosił pseudonim Grandville. Uważam go za jednego z najlepszych. Nie rysował politycznych rysunków, tylko właśnie rysował ptaki, zwierzęta, to mi się w jego rysunkach bardzo podoba.

A o czym pan marzy jako rysownik?

Ideałem byłoby dla mnie narysowanie jednej kreski na papierze, która by znaczyła tyle żeby już więcej nie trzeba było rysować (śmiech).

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


"Drzewa. Rysunki i wycinanki Andrzeja Krauzego", Fundacja Polska Wielki Projekt, ul. Szpitalna 5 lok. 18, Warszawa

Wystawa czynna: od 29 października do 21 grudnia 2018 roku, od poniedziałku do piątku w godzinach 15 – 17

Tygodnik TVP objął wystawę Andrzeja Krauzego patronatem medialnym.
Zdjęcie główne: Andrzej Krauze, "Kensington Gardens", wycinanka 42 x 59,4, kwiecień 2018. Fot. Materiały prasowe
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kradł, bił, był liderem gangu. W więzieniu spotkał „duchowego...
Najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie. Trwała 40 minut – opowiada Grzegorz Czerwicki, który 12 lat spędził w zakładzie karnym.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Tu się mówi po rosyjsku, a Moskwa jest dla wielu centrum świata
Jednak w sensie kulturowo-cywilizacyjnym wpływ komunizmu szybko przemija.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Krewny Piłsudskiego, który chciał być polskim Banksym
Pierwszy mural podpisał: „Dla Ciebie mamo”. A jeden z ostatnich: „Upadek Kościoła 2018”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Sekcja rosyjska to było kłębowisko żmij
Litewska poetka: Unia Lubelska była koniecznością, ponieważ i Litwa, i Polska widziały niebezpieczeństwo w ekspansji Rosji. Mogła ochronić oba państwa. Dopóki były razem, stanowiły siłę.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet posłowie antyklerykalnej lewicy śpiewali „Te Deum”
Paweł Skibiński, historyk: Większość księży angażowało się po stronie prawicy. Ale byli też kapłani w ruchu ludowym, a nawet po lewej stronie sceny politycznej.